CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
EnviraChibi Seme
avatar

Data przyłączenia : 27/06/2017
Liczba postów : 66


Cytat : "You eating stars!" "You are all made of stars. "
Female


PisanieTemat: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Pią Lip 28, 2017 6:37 pm

First topic message reminder :


Ponoć nic nie dzieje się przypadkiem.
Galaktyka jest obecnie pod reżimem Imperium rządzonego przez Darth Sidiousa. Niepewność oraz strach są na porządku dziennym. Każdy opór ma być bezlitośnie tłumiony.
Pewne okoliczności sprawiają, że na jednej z planet dochodzi do nietypowego spotkania Jedi oraz gwiezdnego pirata. Niestety po drodze natrafiają na oddział szturmowców. Ścigani, muszą odrzucić na bok wzajemną niechęć i współpracować, gdyż tylko w ten sposób mają szansę umknąć siłom Imperium...



W rolach głównych:

Przystojny Jedi - Stardust

Nieokrzesany Pirat - Envira


Ostatnio zmieniony przez Envira dnia Pią Lip 28, 2017 9:29 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
StardustBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 27/07/2017
Liczba postów : 297


Cytat : Zero fucks given
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Wto Lis 28, 2017 10:26 pm

Nivh uśmiechnął się delikatnie. Wiedział, że jego propozycja jest nie do odrzucenia. A zadanie było ważne, Rebelia więc nie szczędziła środków na jego wykonanie. Poza tym obietnica dużego zarobku sprawiała, że Kilvaari dwa razy pomyśli zanim zostawi go na imperialnym księżycu bez drogi ucieczki, a jego strata pozbawiłaby Rebeliantów poważnego atutu. Jedi sądził jednak, że człowiek, który zabrał go z Ryloth jest najmniejszą szumowiną, a tym samym najbardziej godnym zaufania przemytnikiem w całym porcie na Rishi. To, że było wielu innych pilotów wcale nie oznaczało, że któryś z nich oznaczał większe szanse na przeżycie dla Mirialanina.
Skinął lekko głową.
- Prawdę mówiąc, trochę jest - wyszczerzywszy się, białowłosy odwrócił się na pięcie i opuścił port, znów chowając twarz pod kapturem. Wolał się pocić niż zostać pochwyconym przez szturmowców albo łowcę nagród. Ze znalezionego nie tak dawno naprędce lokum zabrał swój skromny dobytek w postaci wystarczających do przeżycia przez jakiś czas kredytów i worka z ubraniami na zmianę. Niczego więcej nie potrzebował - ba, lata ucieczki i ukrywania się nauczyły go żyć posiadając jeszcze mniej. Mimo tego że był gotów do drogi już w kilkanaście minut, postanowił, że nie będzie jeszcze bardziej narzucał się Viranowi i da mu jeszcze tę chwilę oddechu od jego osoby. W końcu Oovo IV nie należało do miejsc najbliższych Rishi i jeszcze dużo czasu będą musieli spędzić razem na niewielkiej przestrzeni.
Lorlee zjawił się przy statku Virana o czasie. Wyraźnie widział, że człowiek jest niespokojny, ale sam nie podzielał jego wątpliwości. Wierzył, że wszystko się uda. Niektórzy mogliby nazwać go niepoprawnym optymistą, jednak on czuł, że będzie dobrze. Nawet jeśli by tak nie było, nie mógł poddawać się negatywnym emocjom. Czystość ducha i pewność siebie były najważniejszymi cechami użytkownika Mocy. Choć nauki w Zakonie pobierał bardzo krótki czas, nie oznaczało to, że życie niczego mu nie wpoiło. Gdyby Czystka nigdy nie miała miejsca, prawdopodobnie nie miałby takiego bagażu doświadczeń, jakie było skutkiem ciężkiej wędrówki i nie pragnąłby zgłębiać wiedzy z taką determinacją, zagorzale szukając każdego, od kogo mógłby się czegoś nauczyć.
- Tylko te niezbędne. Nie chciałbym cię narażać na nieprzyjemności - odrzekł, rozkładając ręce. Im Kilvaari mniej wiedział, tym lepiej było dla niego. I, oczywiście, dla Rebelii, bo nie można było całkowicie wykluczyć sytuacji, że Imperium położy na nich swoje łapy. Gdyby tak się stało, niewiedza człowieka mogłaby mu uratować życie. Zdrajcy, nawet jeśli wyznali wszystko, co wiedzieli, nie spotykali się z pobłażliwym traktowaniem ze strony Galaktycznego Imperium.
Nivh zrzucił swój długi płaszcz, odsłaniając czarny strój w postaci tuniki ze stójką wyraźnie opinającej jego ciało i skórzanego tabardu ściśniętych w talii obi i pasem z przypiętymi doń różnymi przedmiotami, wśród których można było wyróżnić sakwy i kapsułki żywieniowe oraz jakieś inne mniej lub bardziej sprecyzowane narzędzia, ale żadnej broni - a przynajmniej nic, co na nią wyglądało. Mirialanin nosił rękawy wpuszczone w długie do łokci solidne, skórzane rękawice, a spodnie w wysokie oficerki. Mimo że były to klasyczne szaty Jedi, tylko przed nielicznymi je odkrywał, a jeszcze mniej osób potrafiło je rozpoznać, dlatego nigdy nie odczuwał potrzeby porzucenia tradycyjnego ubioru.
- Jedną z moich umiejętności jest czynienie niemożliwego możliwym - rzekł Lorlee z szelmowskim uśmiechem, zajmując miejsce nieopodal Virana. - Poza tym, jedna lub dwie osoby mają większą szansę na pozostanie niezauważonymi niż cały oddział. Czasami to nie kwestia zaufania, a braku innych możliwości.
Mirialanin wydawał się nie być ani trochę przejęty powagą swojej misji. Było to jednak złudne wrażenie. Nivh zwyczajnie starał się nie poddawać emocjom, zwłaszcza negatywnym. Strach i stres w niczym nie byłyby pomocne, wręcz zaburzyłyby jego odczuwanie Mocy. Wyjątkową zdolnością białowłosego było zachowanie spokoju i stoizmu w każdej sytuacji. Właśnie to czyniło z niego bardzo groźnego osobnika, który czasem wyglądał po prostu na kogoś nieostrożnego i nierozgarniętego. Ten, kto tak sądził, nie mógł być dalej od prawdy.
- Plan jest taki: lądujemy na Oovo IV jako przedstawiciele Iridonii, których zadaniem jest zabranie ciał i szczątków kilku Zabraków, którzy dokonali żywota w więzieniu, na ich planetę. Oovo już nas oczekuje. Podamy aktualne hasła, a nasze pojawienie się będzie zbieżne w czasie z transportem kilku więźniów na Coruscant i zamiast martwych zabierzemy czterech żywych.
Wszystko brzmiało prosto, jednak było mnóstwo rzeczy, które mogły pójść nie tak i Nivh zdawał sobie z tego sprawę. Wylądowanie w hangarze więzienia było ich najmniejszym problemem, ale tylko jednym z dwóch problemów Virana. Musiał ich jeszcze tylko zabrać, Jedi nie oczekiwał niczego innego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
EnviraChibi Seme
avatar

Data przyłączenia : 27/06/2017
Liczba postów : 66


Cytat : "You eating stars!" "You are all made of stars. "
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Nie Gru 10, 2017 7:18 pm

Nie dość, że taki pomocny, to jeszcze cudotwórca ― mruknął Viran, biorąc większy łyk. Mimo to zgadzał się z taką logiką. Idąc na taką misję we dwójkę, zmniejszało się ryzyko wykrycia, a to tylko dawało więcej czasu na przeprowadzenie wszystkiego tak jak należy. Niby wszystko przedstawiało się tak prosto i pięknie, ale z doświadczenia Viran wiedział, że wtedy trzeba zachowywać szczególną ostrożność. Szczególnie że nie chciał ginąć, bo jego towarzysz wydawał się wręcz pewny powodzenia misji.
Już to sprawiało, że pirat zaczął się zastanawiać, kim naprawdę był Nivh. Zwykle próbował nie interesować się swoim pracodawcą, pozwalało to uniknąć niepotrzebnych kłopotów czy zbytniego przywiązania. W tym przypadku mężczyzna ledwo co mógł pohamować swoją ciekawość. Dlatego gdy zobaczył, że Mirialan w końcu zrzucił ten okropny płaszcz, to wręcz musiał spojrzeć. Miał nadzieję, że ubiór dałby mu jakąś wskazówkę. Sam krój, elementy wydawały się Viranowi dziwnie znajome, ale ku swojemu niezadowoleniu, nie mógł go sobie dokładnie skojarzyć. Spojrzał na resztę wyposażenia i tutaj zauważalnie zmarszczył brwi, gdy nie natrafił wzrokiem na kształt, który przypominały jaką broń. No chyba nikt mu nie powie, że przez ten cały czas był nieuzbrojony? Przecież to nie miałoby wtedy sensu...
Zamrugał szybko, ponownie włączając się do rozmowy.
Iridonia, co? Brzmi całkiem dobrze. ― Aż za dobrze,Viran powstrzymał się przed wypowiedzeniem tego na głos. ― Czyli to parę godzin na zlokalizowanie, znalezienie i dostarczenie ich na statek. ―Zastanowił się przez chwilę. Po chwili machnął ręką, jakby od niechcenia. ― Tyle mi wystarczy, nie mam pytań.
A przynajmniej co do zadania. Rzucając datapad na bok, wstał powoli z miejsca, podchodząc do pobliskiego blatu. Sięgnął po czystą szklankę i pozostawioną po sobie otwartą butelkę z alkoholem. W drodze powrotnej chwycił jeszcze za jakąś prostą przekąskę (przynajmniej nie taką, co chciałaby ci zaraz zwiać. Położył to wszystko tuż przed Nivhem.
Nie chcę byś miał mnie tak znowu za okropnego gospodarza ― wyjaśnił, nalewając im solidnie po szklaneczce. Znów opadł ciężko na miejsce, tym razem nieco bliżej towarzysza. Mógł równie dobrze zostawić go samemu sobie, ale nie wydawało się to dobrym pomysłem. W dodatku ciekawość zaczęła go wręcz zżerać i pewnie normalnie walnąłby od razu serię pytań z blasterem przyłożonym do skroni, to w tym wypadku musiał zachować się bardziej... cywilizowanie.
Co powiesz, żebyśmy sobie umilili czas paroma partyjkami Dejarika? Albo sabaka? ― zaproponował, stukając delikatnie o powierzchnię stolika. ― Ot tak, dla rozluźnienia. No chyba że zbawca rebeliantów raczej nie grywa w coś takiego...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
StardustBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 27/07/2017
Liczba postów : 297


Cytat : Zero fucks given
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Wto Gru 12, 2017 4:30 pm

Bardziej niż cudotwórcą był reliktem, ale nie powiedział tego na głos. Zamiast tego uśmiechnął się uprzejmie, ale skromnie, jednak panowanie nad swoją twarzą nie należało do jego licznych talentów i nie było trudno stwierdzić, że za jego uśmiechem kryło się coś więcej.
Mirialanin kiwnął głową. Plan był solidny, ale nawet mimo tego wszystko mogłoby pójść nie tak, gdyby wykonywania go podjąłby się ktoś nieodpowiedni. W założeniu mieli dostać się do hangaru w tym samym momencie, w którym interesujący ich więźniowie powinni być przemieszczani na transportowiec na Coruscant. Niezgranie się w czasie to był pierwszy, potencjalny problem, z którym musieli, albo raczej Nivh musiał, sobie poradzić. Dalej wcale nie było łatwiej, ale Jedi miał już kilka pomysłów na to, jak zapakować więźniów na statek Virana, zamiast na ten w jedną stronę do jednego z więzień o najostrzejszym rygorze.
- Jak na razie jesteś najlepszym gospodarzem, u jakiego mam okazję gościć - odrzekł Lorlee, unosząc w geście wdzięczności szklankę z trunkiem i uśmiechając się półgębkiem. Poprzeczka nie była wysoka. Najczęściej robiono mu łaskę pozwalając schować się w ładowni statku, między jedną skrzynią towaru a drugą, albo leżeć w skrytce pod podłogą długie godziny, co wyrobiło w Mirialanie przekonanie, że bycie pogrzebanym żywcem to jednak chyba najgorsza śmierć. Od lat przemierzał kosmos w najgorszych miejscach i z najgorszymi szumowinami - przy wszystkich jego doświadczeniach Kilvaari wydawał się być świętym, a jego statek pałacem o wszelkich wygodach. Nie żeby miał jakiś wybór. Dopóki osoba, z którą pracował, bądź musiał skorzystać z jej usług, nie próbowała usmażyć go blasterem albo sprzedać Imperium, wszystko było cudownie i tyle w zupełności mu wystarczało. Podróż w cywilizowanych warunkach była miłą odmianą.
- Zbawca rebeliantów zbawia okazjonalnie - machnął ręką. - A między zbawianiem, czyli prawie przez cały czas, grywa we wszystko, co się nawinie. Ty wybierz.
Nivh uśmiechnął się nieco szerzej. Nie leżało to daleko od prawdy. Większość czasu spędzał na międzygwiezdnych podróżach, a jeśli nie mógł ćwiczyć albo medytować, grał. I był naprawdę niezły, zwłaszcza w Dejarika, który wymagał szybkiego i taktycznego myślenia, co było jedną z podstawowych i naturalnych zdolności Mirialanin. Jeśli brakowało mu kredytów na przeżycie, wystarczyło kogoś ograć. Nierzadko ściągał sobie przez to na głowę gniew jakichś międzygalaktycznych szumowin, które nagle przegrywały wiele więcej, niż były gotowe, ale szczęśliwie potrafił się bronić, a jeszcze lepiej znikać i się ukrywać; ostatecznie robił to całe swoje życie. Miło było, tak dla odmiany, zagrać w coś rekreacyjnie, bez obawy, że poirytowany przegrany zechce odstrzelić mu głowę w ramach rewanżu.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
EnviraChibi Seme
avatar

Data przyłączenia : 27/06/2017
Liczba postów : 66


Cytat : "You eating stars!" "You are all made of stars. "
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Nie Sty 14, 2018 9:00 pm

W takim razie zobaczmy... ― Viran postukał po stoliku, uśmiechając się łobuzersko. ― Ile zbawca potrafi.
W ten sposób zaczęła się ich pierwsza partyjka w Dejarika. Viran rozsiadł się wygodnie, nie szczędząc sobie nalewania alkoholu. Poza mocną głową, jego rodzinny księżyc zdołał go nauczyć parę innych rzeczy, w tym zasad do ulubionych gier przestępczego półświatka. Kiedyś nie było wyjścia, jak grać, by to zarobić lub dowiedzieć się czegoś ciekawego. Jednak wraz z rosnącymi długami i coraz większym brakiem kredytów u siebie, mężczyzna musiał zrezygnować z ryzykowaniem pieniędzy w tego typu grach, a co za tym idzie, zbędne stały się wizyty w kasynie. Tym razem miało być inaczej. Bez pieniężnych zakładów, zwykła gra towarzyszka, w trakcie której miał nadzieję, że Nivh opuści nieco gardę i pozwoli mu uchylić tego rąbka tajemnicy, jakim był on sam.
Gra trwała w najlepsze, a Viran szybko się przekonał, że jego towarzysz nie kłamał. Był godnym przeciwnikiem i chociaż pierwsze dwie rundy kapitan przegrał, nie odczuwał z tego powodu żadnej złości. Dobrze się bawił, aż za dobrze, bo zamiast czego się dowiedzieć, to zaczął rzucać historyjkami o Dejariku. Zasłyszane, z własnego doświadczenia, a przede wszystkim czy w ogóle prawdziwe... to sobie już musiał ustalić Nivh.
Ale najgorszym przeciwnikiem jest Hutt. Był kiedyś taki jeden z nich zwany Na'zar, wstrętna obślizgła szumowina. Nie znosił przegrywać. Ponoć, gdy tak się działo, zżerał co popadnie. Mówili, że zeżarł kiedyś banthę ojca, innym razem że nexu ojca, a potem jeszcze, że samego ojca... ―zamilkł, jakby przez chwilę zastanawiał się nad tym, by potem pokręcić tylko głową. ― W każdym razie kiedyś pewien gracz miał okazję z nim zagrać partyjkę. Sam Na'zar był tak pewny swojej wygranej, że postawił połowę swojej fortuny... by potem niespodziewanie przegrać! Hutt się ponoć tak wściekł, że wyrwał stół z kasyna i próbował zjeść zwycięzcę. I wtedy w ruch poszły blastery i zaraz było po wspaniałym Na'zarze. Kartel do dziś z pogardą wspomina o nim... ― Viran sięgnął po szklankę, by z irytacją stwierdzić, że była pusta. Jak się okazało, tak samo było z butelką. Pirat westchnął, odkładając puste naczynie i z powrotem skupił się na grze.
Chyba znów jestem w pułapce ― stwierdził pirat i zaśmiał się ochryple. Nagle jego mina nabrała poważniejszego wyrazu. ― Zupełnie jak na Ryloth. ― I tyle z dobrej atmosfery. Viran przechylił głowę. ― Wiesz, przed tamtą bandą... Ale mnie uratowałeś. Jestem wdzięczny, serio. Tylko nie rozumiem wszystkiego... co tam się stało. ―Pirat mógł sprawiać wrażenie, że nie pamiętał dokładnie. To było raczej, że on nie chciał pamiętać. Bo jakkolwiek to sobie nie powiedział, nie mógł wpaść na żadne, logiczne wytłumaczenie. Dotąd umiał zapanować nad swoją ciekawością, ale teraz wyszła na tyle niespodziewana sytuacja, że ciężko było mu się już przed nią wzbraniać. A wypity alkohol wcale mu w tym nie pomagał. ― Mówiłeś, że nie chcesz mnie narażać na nieprzyjemności w związku ze szczegółami misji. Rozumiem to. Ale ― Tutaj Viran pochylił się do przodu, odważnie wpatrując się w ciemnozłote oczy Nivha. Jego twarz wykrzywił uśmiech. ― nie wspomniałeś nic o sobie. Chętnie pomagasz rebeliantom, ubierasz się...dosyć nietypowo i co najdziwniejsze nie masz przy sobie broni. Czy raczej nie widzę nic, co by ją przypominało. Kim jesteś?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
StardustBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 27/07/2017
Liczba postów : 297


Cytat : Zero fucks given
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Pon Sty 15, 2018 1:16 am

Nivh wyraźnie się rozluźniał. Kapitan był wymagającym przeciwnikiem, ale nie było czegoś, co umknęłoby mirialańskiemu intelektowi. Między innymi dlatego, gdy tylko ktoś zobaczył jego zielonkawą, pokrytą tatuażami twarz, szybko wycofywał się z gry, obawiając się, że zostanie oskubany z kredytów. Do stołu siadali z nim tylko albo bardzo głupi, albo bardzo dobrzy. W obu przypadkach zabawa była przednia.
Ale jeszcze nigdy nie bawił się tak dobrze, jak teraz. Nie wiedział, czy była to wina alkoholu, czy może charakteru Virana, ale atmosfera była swobodna, a sam Jedi również zaczął wtrącać jakieś historie związane z jego przygodami podczas gry w Dejarika, dzieląc się z mężczyzną rzeczami, którymi nigdy wcześniej nie miał okazji się z nikim podzielić. Nie miał zbyt wielu znajomych, a jeszcze mniej osób chciało utrzymywać z nim przyjacielskie relacje - wszyscy z nich należeli do Ruchu Oporu i większość wiedziała, kim był. Mało kto chciał być blisko rycerza Jedi. Większość sądziła, że są stuknięci, a jeśli nie, to z pewnością, że niebezpiecznie było ich znać. W końcu niewielu było tak poszukiwanych i znienawidzonych przez Imperium, co oni.
- Tego nie znałem - zaśmiał się głośno Lorlee. - Ale faktycznie, z Huttami nie gra się najprzyjemniej.
Mirialanin podrapał się z nieśmiałym uśmiechem po nosie, gdy Kilvaari przyznał, że chyba było już po wszystkim. W przeciwieństwie do człowieka, nawet nie zauważył, że osuszyli całą butelkę. On z domu wyniósł niewiele, a z pewnością nie kulturę picia. Miał znacząco słabszą głowę, co wyraźnie było widać po jego nieco rozbieganych oczach i ciemnych wypiekach na policzkach. Wykonał swój ruch i uniósł głowę, krzyżując spojrzenia ze swoim towarzyszem, gdy jego ton nagle się zmienił.
- Nie wiem, o czym mówisz - odparł szybko, zbyt szybko, Nivh. - Na Ryloth mieliśmy dużo szczęścia. Nie jestem nikim nadzwyczajnym...
Zaśmiał się nerwowo, usiłując zachowywać się, jakby zupełnie nie wiedział, o co takiego chodziło Viranowi, a sam był najnormalniejszym kosmitą w galaktyce, ale ani trochę mu to nie wychodziło - nie tylko nie był wytrawnym kłamcą, ale również mocny trunek wcale nie pomagał w utrzymaniu jakichkolwiek pozorów. Gdyby był trzeźwy, prawdopodobnie rzuciłby jakąś wymijającą odpowiedź i uśmiechnął rozbrajająco, a tymczasem miał trudności ze skleceniem posiadającego jakiś większy sens ciągu słów.
Westchnął głośno, widząc nieustępliwe i twarde spojrzenie kapitana, nad którym ciekawość wyraźnie wzięła górę.
- Wolałbyś nie wiedzieć. Dla własnego bezpieczeństwa - jego ton stał się nagle zaskakująco poważny. - Zresztą, nawet gdybym ci powiedział, raczej byś nie uwierzył.
Posłał mu krótki, ale w ogóle niewesoły, uśmiech, który oznaczał koniec dyskusji na ten temat. Lorlee wolał się nie ujawniać. Już i tak powiedział za dużo, a poznał Virana całkiem niedawno. Byli sobie właściwie obcy, a ich drogi prawdopodobnie niedługo się miały rozejść. Mimo to nie chciał, by miał przez niego kłopoty, a świadomość, kim był, mogła je na człowieka ściągnąć. Dopóki tego nie wiedział, był względnie bezpieczny - nawet gdyby trafił w szpony Imperium i został przesłuchany, nie mógłby niczego ujawnić, a niewiedza świadczyłaby o tym, że należał do przypadkowych przemytników, których Jedi wykorzystał, a nie jego dobrowolnych wspólników; za to drugie z pewnością kara była niewspółmiernie cięższa i bardziej okrutna.
- To chyba nie był najlepszy pomysł - wyjąkał nagle Jedi, gdy zawirowało mu w głowie niebezpiecznie. W ogóle nie kontrolował tego, ile wypił i teraz czuł, że popełnił ogromny błąd. Wnętrze statku zaczęło kołysać mu się przed oczami; miał nadzieję, że zanim wylądują, wytrzeźwieje wystarczająco, by utrzymywać pionową postawę i w razie czego zamachać mieczem świetlnym z odpowiednią skutecznością. Z drugiej jednak strony lekko podpity z pewnością byłby bardziej wiarygodnym przedstawicielem Iridonii, wysłanym na więzienny księżyc do odebrania ciał skazańców. Kto na trzeźwo chciałby wykonywać taką robotę?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
EnviraChibi Seme
avatar

Data przyłączenia : 27/06/2017
Liczba postów : 66


Cytat : "You eating stars!" "You are all made of stars. "
Female


PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   Sro Lut 07, 2018 8:21 pm

Biedny jego towarzysz, tak bardzo nie umiał kłamać. Niestety Viran ciągle nie dostał odpowiedzi, której by chciał. Choć niewielki konkret mógłby zaspokoić nieco jego ciekawość. Oczywiście próbował szukać logicznych argumentów tej nadmiernej potrzeby wiedzy, że robota tego wymagała, że pracodawca mógłby stwarzać zagrożenie dla niego samego... Znaczy na pewno umiał go wciągać w paskudne rzeczy, ale potrzebował kasy i w ogóle. Viran złapał się za skroń, próbując powstrzymać ten niepotrzebny strumień myśli.
Nagła zmiana w tonie Nivha wcale nie odstraszyła kapitana. Wręcz przeciwnie, jego towarzysz chyba nie mógł pojąć, że takimi słowami tylko bardziej sprawi, że mężczyzna tym bardziej zacznie być dociekliwy. Szczególnie zastanawiały go ostatnie słowa. Nie uwierzyłby? Czy jego towarzysz był aż tak kimś (lub może czymś) niespotykanym, że nawet on, pirat, którzy przemierzył dziesiątki tysięcy parseków oraz bywał na różnych planetach, nie miał okazji spotkać kogoś podobnego? Ale przecież wtedy w hangarze... Teraz jednak ciężej było przywołać tamte wydarzenia. Powinien był to lepiej zaplanować, chociażby nalewać sobie mniej, co pozwoliłoby mu zachować większą jasność umysłu. Ale gra po prostu go kompletnie wciągnęła, a towarzystwo Nivha okazało się być całkiem przyjemnie. Zwyczajnie dał się ponieść chwili. Szlag by to.
Wiesz, dla swojego bezpieczeństwa to już dawno powinienem był założyć sobie farmę na Dantooine ― odezwał się wreszcie, nie chcąc jeszcze kończyć tego tematu.
Zrobiła to jednak słaba głowa Nivha i zaraz Viran mógł doświadczyć widok swojego towarzysza, którego dopadały skutki wypitego alkoholu. Kapitan chwycił machinalnie za ramię mężczyzny, nie chcąc, by ten zaraz mu tu nie rąbnął o stół. Po krótkim milczeniu, nagle zaśmiał się pod nosem, a tamta napięta atmosfera uleciała tak szybko, jak się pojawiła.
No dobra, koniec tego. Chodź zaniosę cię do kajuty, nim mi tu kompletnie odlecisz. ― To mówiąc Viran oparł się wolną ręką o siedzenie, próbując wpierw samemu stanąć na nogi. Nie było źle, może początkowo nieco się zakołysał, ale zdołał ostatecznie utrzymać stabilność. Po tym sięgnął po towarzysza i ignorując wszelkie możliwe sprzeciwy, zarzucił sobie ramię Nivha. ― Dobra. Na trzy. Raz, dwa...
Oczywiście na początku kapitanowi niezbyt wyszło, co skończyło się na mocnym walnięciu kolanem o stolik. Zagryzł dolną wargę, próbując zapomnieć o pulsującym bólu. Jednak opłaciło się, bo Viran zdążył chwycić chłopaka w talii, dzięki czemu ten mu nie poleciał z powrotem na miejsce.
Widzisz? Mam wprawę. A ty przynajmniej nie jesteś Wookie.
I w taki oto sposób, kapitan zaciągnął Nivha do jego kajuty. Zapewne teraz widokiem nie różnili się od pijaczyn w kantynach, szczególnie gdy na korytarzu parę razy zdarzyło się Viranowi zatoczyć ich wprost na ścianę. Ale wystarczyło się odbić i iść dalej. Po drodze napotkali T4-2U, który widocznie zdążył poukładać to, co trzeba było w magazynie (lub tylko sprawić jeszcze większy burdel). Robot stanął przed nimi, zaraz piszcząc pytająco.
W jak najlepszym porządku, przyjacielu! Weź no nam otwórz drzwi, co? ― Rozległ się głośny dźwięk potwierdzenia droida, która po chwili... wjechał z impetem w drzwi, odbijając się od nich, ale na szczęście nie wywracając. Kapitan przewrócił tylko oczami. ― Ale panelem, nie sobą.
Wreszcie droid zrobił to, co trzeba. Drzwi się otworzyły, a Viran wszedł do środka, ciągnąc ze sobą Nivha. Kapitan w końcu puścił towarzysza, uśmiechając się dumnie z wykonanej eskorty. Oparł się o ścianę obok drzwi, przechylając nieco głowę.
Wyśpij się. Wolałbym, żeby Imperialni nie podziurawili mojego pracodawcę przed otrzymaniem wynagrodzenia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]   

Powrót do góry Go down
 
Pod przewodnictwem Mocy [Star Wars]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Spis mocy zakazanych
» Pomoc w zrozumiałym opisaniu mocy w KP

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Spin-off-
Skocz do: