CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Ja tu jeszcze wrócę!

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:23 am


X i Y są parą już od dwunastu swoich żyć. Jak to możliwe? Mężczyźni dzielą dziwaczna zdolność. Za każdym razem gdy giną, niezależnie od okoliczności, odradzają się jako kolejna osoba. Ot tak, na świecie pojawia się nowe ciało będące opoką dla tej samej świadomości. Reinkarnacja ma jednak pewien mankament. Łączy się z brakiem pamięci, którą przywraca ponowne zakochanie się w drugiej połówce.
W momencie kiedy Y ginie po raz trzynasty pod kołami ciężarówki (nomen omen w piątek trzynastego o trzynastej trzynaście) wszystko dzieje się tak jak zwykle. Tuląc w ramionach rozwłóczone przez osiemnastokołowego potwora ciało swojego ukochanego, X obiecuje go odnaleźć. Jak zwykle... Co przecież może pójść nie tak?

Może na przykład to, że Y uprze się, że jest hetero, ma narzeczoną i do kurwy nędzy nie wie o co chodzi temu pojebowi na progu jego mieszkania?

X – Amayusia
Y – Młoteczek

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:26 am



❝ ALAUDE  ROBESPIERRE ❞

24 lata | 184 cm | Zaręczony | Zastępca prezesa w firmie TechNoco

♛ jak to możliwe, że młody szczyl dopiero po studiach dał radę dochrapać się pozycji zastępcy głównego prezesa w wielkiej firmie zajmującej się wypuszczaniem na rynek nowinek technicznych własnej konstrukcji? Otóż z takim przenikliwym umysłem jak Alaude'a oraz jego sprytem i elokwencją nie było to rzeczą trudną. Zwłaszcza kiedy prezesem jest jego ojciec.

♛ od ponad pół roku jest zaręczony i szaleńczo zakochany Clotilde Coletti - modelce, która poznał na wakacjach, dwa lata temu. Pięknej, długonogiej blondynce z apetycznym wcięciem w talii i hipnotyzującymi, błękitnymi oczami.

♛ mieszka w jednym z apartamentowców w centrum miasta - ma tam swój odjebany, dwupiętrowy loft w stylu industrialnym, a w strzeżonym podziemnym parkingu stoi jego wymuskany i wyfroterowany, elegancki czarny Rolls Royce - tak, jedyny problem jaki ma z kasą to-to, że może mu nie wchodzić do portfela.

♛ jest rozpieszczony, nadęty i cholernie pewny siebie. To człowiek, który receptę na sukces wypił z mlekiem matki i miał go zapisanego w testamencie od przodków.

♛ nie ma cierpliwości do zwierząt, na dodatek jego życie jest tak bardzo zaplanowane z kilkuletnim wyprzedzeniem i tak nieziemsko dynamiczne, że żaden zwierzak nie dałby rady wytrzymać takiej presji.

♛ kompletnie nie potrafi gotować, jest gastronomicznym beztalenciem, dlatego albo stołuje się w drogich knajpach, albo zamawia coś do domu - również drogiego. Jego podniebienie nie zdzierżyłoby taniego jedzenia dla plebsu.

♛ przed studiami wybrał się za hajs rodziców w wycieczkę dookoła świata i dość sporo zakątków zwiedził - przez co całkiem światowy i tolerancyjny z niego człowiek. Oczywiście wszystko w granicach moralności.

♛ mimo tego, że jest nadętym snobem, to czasem (rzadko, ale zdarza się), że wychodzi ze swoim snobistycznym towarzystwem do pubów.

♛ ma pierdolca na punkcie sushi.

♛ ma pierdolca na punkcie wyjazdów do gorących źródeł. Ogólnie straszny z niego ciepłolub, podczas zimy jest spowolniony, jakby wegetował albo w połowie hibernował.

♛ bardzo trudno wzbudzić w nim ekscytację. Ogólnie Pan Robespierre cierpi na chroniczny brak wrażeń w życiu, zupełnie jakby nie stymulowały go już ziemskie namiętności.

♛ lubi dobre książki. Oh, cholernie je kocha - potrafi zarwać noc nad pasjonującą lekturą.

♛ od niedawna męczy go sen w którym świat oblewa się ciemnością i jedynymi źródłami światła są dwa jasne okręgi, które zbliżają się do niego z zastraszającą prędkością, by uderzyć weń, w tle wydając ryk podobny do klaksonu wielkiego pojazdu.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:31 am



Alastor Ariel Blanchard
Dwadzieścia dziewięć lat || Sto osiemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu || To skomplikowane ||  Księgowy w małej firmie


∞ Zginął już dwanaście razy. Pamięta każda ze swoich śmierci z najdrobniejszymi szczegółami. Raz nawet spłonął w rozbitym samochodzie. Nie ten koniec wspomina jednak najgorzej. Najgorszy był nowotwór mózgu, który stopniowo wyłączał jego funkcje życiowe.

∞ Ma lekkiego pierdolca na punkcie tatuaży. No dobra, nie lekkiego. Jest zmalowany jak pisanka.

∞ Na wewnętrznej stronie nadgarstka lewej ręki ma wytatuowane ‘Non omnis moriar‘. Mądrala.

∞ Mieszka w małym, dwupokojowym mieszkanku, które wcześniej dzielił z Alaudem. Sam nie wie co go w nim trzyma. Może zapach kochanka magicznie pozostający na jego poduszce już od kilku lat?

∞ Właśnie, kurwa! Szuka tego gnojka już sześć lat!

∞ Uwielbia grać na gitarze.

∞ Dodatkowo świetnie śpiewa.

∞ Jego królestwem jest kuchnia. Uwielbia gotować. Cokolwiek wpadnie mu w ręce, jest w stanie przerobić na danie, jak z najlepszej, pięciogwiazdkowej restauracji.  

∞ Dałby się pokroić za deser. W końcu kto odmówiły sobie pyszny czekoladowy suflet, czy kawałek serniczka? Wszystko ma jednak swoje granice. Nie zniesie czegokolwiek, co zawiera dżem.

∞ Jest nieco zamknięty w sobie, wystarczy jednak zdobyć chociaż odrobinę jego zaufania, a wtedy gotów jest zagadać człowieka na śmierć.

∞ Nosi okulary. Tylko do czytania. Wstydzi się ich. Wie o nich tylko Alaude. A raczej wiedział. Wstydzi się ich jak jasna cholera. Czy wspominał już, że się ich wstydzi?

∞ W pierwszym z żyć urodził się jako bękart paryskiej dziwki. Szczerze nienawidzi jedenastu z dwunastu swoich ‘matek‘. Ostatnia z nich, Juliette Blanchard, zdobyła jednak jego synowską miłość. Warto dodać, że nigdy nie ‘miał‘ ojca.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:35 am

To miasto nie mogło żyć spokojnie, sensacja goniła sensację. To strzelanina na lotnisku, to alarm bombowy na dworcu, to morderstwo w szkole albo wykrycie nielegalnego burdelu z nieletnimi dziewczynami. Mimo wszystko informacją top w tym tygodniu był koszmarny stan zdrowia od lat walczącego z rakiem skóry prezesa firmy TechNoco - ulubieńca tłumów szczególnie z powodu tego, że to dzięki jego bezdennej kieszeni miejski szpital jest jednym z najlepiej wyposażonych w państwie. "Co dalej z firmą?" - pytały gazety. - "Czy Apple wchłonie TechNoco? Jak na rynku przyjmie się ich najnowszy dron? Kto będzie wystarczająco godny, żeby zastąpić Pana Robespierre w rządach nad tak ogromnym potworem, nie tylko na czas jego niedysponowania, ale i w najgorszym wypadku - śmierci?" To były pytania retoryczne, gazety znały odpowiedź i czytelnicy również mogli ją poznać zanim poprzerzucali kartki do wskazanej strony z artykułem. Twarz Alaude'a świeciła świeżością, młodością i diabelnym błyskiem w oku na pierwszych stronach trzech wiodących gazet. Był wszędzie: w kioskach na rogach ulic, w niewielkich stoiskach na dworcu i lotnisku, spoglądał czujnym okiem z półek w Empikach i z ekranu telewizora podczas reklam najnowszego numeru Newsweeka. Całe miasto mogło obejrzeć syna Pana Robespierre ze wszystkich stron. Na nieszczęście gazet dla Pań tak mocno pilnował on swojej prywatności, że nie było w obiegu żadnych informacji towarzystkich, ani wspomnienia o jego zaręczynach czy też planowanym ślubie.
A czym właśnie zajmował się ponętny brunet z apetycznej i profesjonalnej sesji okolonej ze wszystkich stron zachwalającymi go ścianami tekstu? Zażywał porannej kąpieli. W okolicach dziesiątej rano. W napełnionym po brzegi, bulgoczącym jacuzzy, wlepiając spojrzenie do połowy przymkniętych oczu w ekran zawieszonej na ścianie plazmy. Miał dzisiaj luźniejszy dzień, na bankiet i do ojca miał sie wybrać dopiero wieczorem, resztą dnia zamierzał rozporządzić jak mu sie podobało. Clotilde była na sesji na Bali, stabilnymi sprawami firmy zajmowała się rada, a on miał jeden z niewielu dni dla siebie. Zamruczał i obsunął się głębiej w gorącą wodę pachnącą miodowymi i waniliowymi olejkami. Uwielbiał to połączenie smaków i aromatów - zarówno w kąpieli jak i np w herbacie. Nawet sam nie podejrzewał, że ta fanaberia sięga daleko poza jego dotychczasowe życie. Otworzył oczy nieco szerzej i zerknął niepiesznie na zegarek cyfrowy widniejący niezmiennie w lewym dolnym rogu ekranu teleziwora. Przeszło trzydzieści minut temu zamówił dostawę sushi - powinni już być blisko, nawet wliczając korki na ulicach, których o tej godzinie było niewiele. Jeden z kilkudziesięciu domofonów ozwał sie z podłogi niedaleko ceramicznej bali. Alaude zerknął na czarny głośnik i nacisnął odpowiedni przycisk. Ochrona...? Powinni sie już nauczyć, by wpuszczać dostawców bez pytania o zgodę, zwłaszcza do niego.
- Panie Robespierre, jakiś mężczyzna pyta czy... - głos służbisty nieprzyjemnie zaharczał z głośnika.
- Tak, tak, wiem. Wpuść go. - wszedł mu w słowo zniecierpliwiony i zerwał połączenie. To na pewno dostawca, a oni robią mu problemy. To stąd niepotrzebne opóźnienia, kiedy jemu aktualnie głos z telewizora zagłusza żołnierski marsz urządzany mu przez puste trzewia. Sapnął bezsilnie i podniósł się wychodząc z wanny, ale nie wyłączając jej. Miała wysuwaną deseczkę do jedzenia i tu zamierzał dokończyć posiłek. Na tę chwilę jednak wytarł się pobieżnie, pozostawiając włosy wilgotne, a skórę przyjemnie nawilżoną, rumianą i odprężoną. Wsunął na nagie ciało szlafrok i zszedł po schodach na dół, przeczesując palcami mokre czarne włosy i doszedł do drzwi już słysząc pukanie z drugiej strony. Zgarnął portfel z szafki obok i otworzył wrota z rozmachem na początek nawet nie reflektując sie z kim ma przyjemność.
- To będzie osiemdziesiąd dolarów plus dziesięć dla Pana za fatygę z ochroniarzem - rzucił lakonicznie i dopiero przyjrzał sie lepiej stojącemu przed nim mężczyźnie. I zwrócił uwagę na jego charakterystyczne braki. - Zapomniał Pan torby z zamówieniem?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:37 am

Często mówi się, że pewne miasta nigdy nie śpią. Zawsze dzieje się w nich coś nowego. Coś, czym media mogą wycierać sobie swoje tyłki, zbijając przy tym niebotyczne góry mamony. Tak było też tym razem. Zapowiadana śmierć starego Robespierre, dobroczyńcy całej społeczności, była najgorętszym tematem ostatniego dziesięciolecia. Zupełnie jakby nie mogli dać mu odejść z godnością i w spokoju. Wiadomość, iż właściciel TechNoco raczej nie dożyje przyszłych świąt (które de facto miały nadejść za półtorej miesiąca) gruchnęła mocniej niż wybuch samochodu pułapki na Bliskim Wschodzie. Każdy, nawet dziennikarzyny z podrzędnych czytadeł czy niewielkich stacyjek telewizyjnych, chciał jak dowiedzieć się jak najwięcej, a najlepsze kąski umieścić na łamach swojej gazety, czy dramatycznym głosem wypowiedzieć na antenie.
Kiedy Alastor Blanchard opuszczał swoje mieszkanie celem dotarcia do pracy na czas nie zdawał sobie sprawy, że jego życie w końcu nabierze rozpędu. Dokładnie pięć minut temu zauważył okładkę jednego z bardziej poczytnych dzienników. Pierwszy raz od lat jego serce zabiło szybciej. Wyszarpnął gazetę z rąk kioskarki rzucając jej całe dziesięć dolarów. Nie czekał na resztę. Nie obchodziła go w tym momencie. Przerzucając zachłannie strony dotarł w końcu do tej którą go interesowała. Jego jasne oczy, które szybko prześlizgiwały się po tekście. Radość, którą poczuł na widok znajomej, acz nieco innej, twarzy wywołała na jego ustach lekki uśmiech.

~•~•~

Małej firmy zajmującej się wprowadzaniem na rynek bardzo dochodowych aplikacji na smartfony nie ominęła cała ta burza. Już od dawna krążyła plotka, że TechNoco planuje wchłonąć Yay!Teque. W momencie, gdy śmierć roztoczyła swój cień nad molochem, cała obsada firemki zaczęła przebąkiwać o tym, iż z wykupu nici. Codziennie w biurze na poddaszu staromiejskiej kamieniczki pojawiały się nowe informacje. Coraz większą sterta gazet zalegała w niewielkiej pracowniczej kuchni. Siedzący na składanym, tanim krześle szatyn z byka wpatrywał się w pierwszą stronę zakupionego wcześniej dziennika. Spoglądał na niego on. Oczy nie kłamały.
- Kurwa… - mruknął biorąc gazetę do ręki.
Pierwsza fala jego radości minęła pozostawiając po sobie całe morze niepewności.
Szukał go bite sześć lat.
Co miał teraz zrobić? A co jeśli tym razem opatrzność zawiodła i jego kochanek nie przypomni sobie nic? Co jeżeli zostanie w tym sam jak palec z wielką, ziejącą dziura w miejscu, gdzie powinno być serce? Pójście, ot tak do mężczyzny wydawało mu się najzwyczajniej w świecie głupie. Dostanie się do osoby tak ważnej i dzianej wiązało się najpewniej z całą masą formalności. Nie mógł tak po prostu pojawić się na jego progu. A może jednak mógł? Przez chwilę próbował sam siebie przekonać, że to nie ma sensu. Że powinien się przygotować do tego spotkania, jak to miał w zwyczaju. Nie zdało się to jednak na nic. Jego zdrowy rozsądek został wyparty przez zgoła inną emocję. Mnąc lekko gazetę w roztrzęsionych dłoniach mężczyzna zerwał się z krzesła.
- Szefie, paskudnie się dzisiaj czuję. Muszę… muszę iść do lekarza.

~•~•~

Alastor nie należał do najlepszych kłamców. Mimo to, szef łyknął jego kiepską wymówkę jak młody pelikan. Dokładnie pół godziny temu szatyn rozpoczął swoją podróż po utraconą miłość. Poetycko, nie ma co. Stał właśnie przed wyjebanie wielkim wieżowcem, którego zwieńczeniem miał być apartament Aloude’a. Tak przynajmniej donosił internet. Utrzymanie względnej prywatności w czasach powszechnego dostępu do informacji było ciężkie. Mrużąc jasne ślepia szatyn zagwizdał pod nosem. To nie będzie łatwe. Jednak raz kozie śmierć. Poprawiając poły skórzanej kurtki (przecież był październik) podszedł do automatycznie otwieranych drzwi budynku. Widok portierni zbił go nieco z pantałyku. Wyglądała na droższą niż całe jego mieszkanie. Z lekkim zawahaniem podszedł do kontuaru ochrony przywołując na twarz uśmiech.
- Witam. Chciałbym zobaczyć się z Panem Robespierre. Jeżeli to oczywiście nie… nie problem? - zająknął się, kiedy jego spojrzenie pochwycił łysy, barczysty ochroniarz.
Nie chciałby się spotkać z takim w ciemnej uliczce. A sam widok tatuażu znaczącego jego kark… Alastor o mały włos nie skrzywił się. Co za rzeźnik to dziarał?!
Wsunął dłonie do kieszeni. Nie chciał by ochroniarz zauważył ich drżenie. Wystarczyło, że był niezapowiedziany i najpewniej odejdzie z kwitkiem skazany na wieczną udrękę. Zacisnął kciuki. Nieszkodliwy zabobon. Niekoniecznie pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi. Słysząc wymianę zdań między karkiem a Alaudem odetchnął z ulgą. Po pierwsze, głos jego niegdysiejszego kochanka był jeszcze seksowniejszy niż zapamiętał, po drugie, mógł wejść! Czy mógł mieć, kurwa, większe szczęście jednego dnia? Dziwaczne zrządzenie losu sprawiło, że właśnie, uśmiechnięty, zmierzał do windy. Prawie zapomniał, że był piątek trzynastego.
Kiedy przesuwne drzwi odcięły go od otoczenia pozwolił sobie na gest zwycięstwa. Tylko kilkanaście pięter dzieliło go od kolejnego początku jego życia. Zerknął w lustro umieszczone na ścianie windy. Było dobrze. Szczęście wróciło.

~•~•~

Uderzając kostkami lewej dłoni w słusznych rozmiarów drzwi zerknął szybko na swój ulubiony tatuaż. Autor cytatu nie mógł zdawać sobie sprawy, jak blisko prawdy się znalazł. Kiedy wierzeje rozwarły się szeroko, zaniemówił. Po prostu odjęło mu mowę. Jasna cholera. Sześć lat walenia sobie konia odezwało się w jego penisie. Spodziewał się wszystkiego, ale nie, kurwa, szlafroku. To będzie cięższe niż mu się na początku zdawało.
- Ja pierdolę. - mruknął pod nosem.
Ostatkiem sił powstrzymywał się przed… właściwie co chciał zrobić? Co powiedzieć? Dlaczego tu właściwie przylazł? Puszczając mimo uszu uwagę o torbie (jakiej torbie, do cholery) zrobił pierwsza rzecz, która przyszła mu do głowy. Ruszył w kierunku wnętrza apartamentu tym samym wpychając tam Alaude’a. Pierwsze pomysły często nie są tymi dobrymi. Co można powiedzieć jednak o drugim pomyśle, którym jest pocałowanie mężczyzny uznającego nas za nieznajomego dostawcę żarcia na wynos? Zaskoczenie odbiło się nawet na twarzy Alastora. Myślenie chujem nie było najlepszym co dziś zrobił. Może nie trafi do pierdla? Kurwa, było warto, czarnowłosy smakował i pachniał jak zapamiętał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:38 am

Alaude spodziewał się zobaczyć za drzwiami jak za każdym razem jakiegoś młodego chłopaka zagubionego w tym wielkim apartamentowcu, który to tego właśnie dnia na krótką chwilę przestał żałować tego, że podjął sie pracy dostawcy i dał się wciągnąć emocjonalnie przez ten blichtr i splendor. Zamiast niego jednak za wrotami stał dojrzały mężczyzna, zdecydowanie starszy od witającego go gospodarza. O ile w ogóle można by nazwać to "witaniem". Nie było znajomego uniformu restauracji Hoshi Sushi, nie było torby z wyczekiwaną zawartością, a już tym bardziej nie było nawet słowa wytłumaczenia tego, co miała znaczyć ta niezapowiedziana wizyta w jednym z niewielu dni wolnych panicza Robespierre. Nie było nawet miernego "dzień dobry", a tylko ledwie słyszalne: "Ja pierdolę".
Ta dyskusja nie mogła być mniej jasna.
- Ta wizyta to chyba jakaś pomyłka - nie powiedział Alaude nigdy, bo... Nie zdążył. Najnormalniej - gwałtem nieomal! - wepchnięto go bowiem do prywatnego apartamentu zanim zadecydował, że minęło wystarczająco dużo czasu, by mógł zdradzać objawy poirytowania tą sytuacją. Skórzany czarny portfel z pacnięciem wylądował na ziemi upuszczony przez właściciela. Istotnym faktem, było to, że Al nigdy nie upuszczał swoich pieniędzy; nie ważne pod jaką postacią: bilonu, papieru, czeku czy papierów wartościowych - bez wyraźnego powodu. Kolejnym istotnym faktem było to, że tym razem miał powód.
Pocałunki od progu nie były nowością, ale dotąd prezentowały je pełne, rozpalone wargi muśnięte różową szminką, kiedy jego narzeczona wracała z wyjazdów i gorący jak piece wpadali sobie w ramiona - dziedzic fortuny spędzał wtedy pół nocy pomiędzy jej gładkimi udami albo z nosem wciśniętym w apetycznie wystającą kość obojczyka, wdychając zapach jej skóry pachnącej ciepłymi krajami, słońcem i nagrzanym piaskiem. Tym razem jednak coś poszło okropnie nie tak i mało brakowało, a to ON skończyłby jak kochanka w czyjś ramionach! Usta które nakryły jego wargi były zupełnie inne, choć zdradzały niecierpliwymi, prawie napastliwymi ruchami, że motywowały je dokładnie te same emocje: pożądanie i tęsknota. Z tym, że Alaude nie znał tego mężczyzny, co z automatu wykluczało tęsknotę; a dodatkowo... To był MĘŻCZYZNA. To wykluczało pożądanie.
Po kilku cennych chwikach, w których oboje nieomal oddychali tym samym powietrzem, gospodarz wreszcie się opamiętał. A jego furia zbliżała sie nieubłaganie, niczym zemsta obudzonego smoka. Odepchnął od siebie mężczyznę, słabiej niż by mógł - większość sił zachowując na wisienkę na tort. Na wypalony z chirurgiczną precyzją strzał z pięści w twarz, który ofiara z pewnością poczuła gdzieś w kręgosłupie. Alaude nie czekał na ruch oponenta i czym prędzej przewrócił go całym ciężarem ciała na podłogę z jasnego drewna. I dosiadł go, tak jak mógłby w niegrzecznych wyobrażeniach, które malowały sie pod przymkniętymi powiekami, ubarwiając liczne zabawy z ręką. I tak, jak dosiadał go już nie raz, odkąd tylko nabrał w sypialni pewności siebie. I wszystko byłoby okej, byłoby spełnieniem marzeń, nęcącym i ekscytującym wydarzeniem, gdyby tylko Alaude w istocie siedział w rozchłestanym szlafroku na biodrach szczęśliwej ofiary. Ale zamiast tego siedział idealnie na jego zgrabnych czterech literach dociskając go, leżącego na brzuchu, do podłogi; dodatkowo boleśnie wykręcając do tyłu jego lewą rękę i przytrzymując ją przy plecach. Czarnowłosy pochylił sie nad wcześniejszym agresorem wściekły i rozjuszony.
- Kto cie przysłał? - warknął nad uchem mężczyzny, z właściwą czułością witając go po tylu latach rozłąki. - Te cholerne brukowce, tak? Szukacie taniej i szybkiej sensacji? Ty odwalasz ze mną pedalską scenkę, a kolega zza winkla robi zdjęcia?
Złapał go za włosy na karku i przycisnął jego policzek mocniej do podłogi, nie kłopocząc sie na razie tym, że pochylając sie przez to jeszcze głębiej, ociera sie niemal nagim brzuchem o wykręconą dłoń ofiary. Ani nie zajmując tym, że drzwi nie były zamknięte.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:39 am

Jasne deski, najprawdopodobniej bukowe, odciskały się dość boleśnie na policzku Alastora. W istocie, wcześniejsze uderzenie, którym czarnowłosy obdarował szczodrze mężczyznę, odezwało się w kręgach jego karku. Blanchard był w stanie przysiąc, że kiedy jego głowa odskoczyła po przyjęciu ciosu usłyszał nieprzyjemny chrzest. Uzębienie rozharatało miękkie wnętrze ust. Przez myśl przeszło mu, że następne dwa tygodnie spędzi żywiąc się pokarmami w płynnej postaci. Oby tylko nie musiał wymieniać żadnych zębów na akryl! Szczerze powiedziawszy, sam sobie na to zasłużył. Gdyby tylko, jak we wcześniejszych wcieleniach, zaplanował wszystko od początku do końca. Gdyby kontroli nad jego ciałem nie przejął fiut. Gdyby tylko raz, kurwa, raz pomyślał! Czy żałował jednak? Ani, kurwa, trochę. Delikatne kłucie w lewej łopatce uzmysłowiło szatynowi, że wydostanie się z przytrzymania w parterze może być nieco kłopotliwe.
- Ćwiczyłeś. - dało się w końcu usłyszeć z poziomu podłoża.
Lekko zachrypnięty głos mężczyzny w skórzanej kurtce mimo że był stłumiony, zdradzał znamiona dumy. Doskonale pamiętał, jak dwanaście żyć temu gach jego matki w identyczny sposób przyciskał go do podłogi. Był wtedy zbyt wątły, by w jakikolwiek sposób się obronić. Upokorzony i wykorzystany, ze smarkiem wiszącym z rozkwaszonego nosa, obiecał sobie, że nigdy więcej na coś takiego nie pozwoli. Kiedy tylko przestał krwawić i znów mógł usiąść na tyłku rozpoczął naukę walki wręcz. Alaude którego pamiętał wiedział o tym doskonale. Sam Alastor nie raz dawał mu pokaz swoich umiejętności. Zasiadający jednak na jego pośladkach, 'nowy’, czarnowłosy nie miał o tym zielonego pojęcia.
Wszystko stało się nader szybko. Dodatkowy nacisk na kark był bronią obosieczna. Pomimo bólu narastającego w stawie barkowym, mężczyzna zdołał przekręcić lekko nadgarstek swojej lewej dłoni. Zupełnie jak zakładał, zaowocowało to delikatnym zwolnieniem uścisku przez siedzącego na nim furiata. To musiało mu wystarczyć. Nadzieja, że nie spotka go najgorsze wydawała się w tym momencie płonna. Działał jak maszyna, starym, utartym w jego mózgu schematem. Nawyk przejął kontrolę nad jego ruchami. Prawą dłoń spoczęła płasko na podłodze. Mocne odepchnięcie od płaszczyzny zaburzyło równowagę pochylonego nad nim Alaude’a. Okazja była tylko jedna. Wymachem prawej nogi przetoczył się na lewy bok ze stale trzymającym jego nadgarstek czarnowłosym. Obleśny odgłos utwierdził go w przekonaniu, że dzisiejsze przedpołudnie faktycznie spędzi u lekarza. Adrenalina zaszumiała mu w uszach. Nim jeszcze poczuł ból wiedział co się stało. Musiał przyspieszyć. Z nienaturalnie obwisłym lewym ramieniem zerwał się do podpartego prawą ręką klęku. Miał go po swojej lewej. Nie zastanawiając się zbytnio (jak całego dzisiejszego dnia) to on dosiadł chłopaka. Z pewną jednak różnica. Alaude wił się pod nim przyciśnięty plecami i pośladkami do podłoża. Mocne uda Alastora w znacznym stopniu uniemożliwiły ruchy czarnowłosego. Sprawna, prawa dłoń unieruchomiła oba nadgarstki młodszego mężczyzny nad jego głową. Nie był wściekły, jak jego oponent. Był zaskoczony. Pozytywnie zaskoczony. Poza jednym faktem. Pierdolony szlafrok. Jego poły już dawno rozeszły się ukazując ciało, które tak dobrze znał. Które już nie raz zaspokajał i które oferowało zaspokojenie jemu. Pokaz slajdów w jego głowie prawie się zaczął. Za chwilę mu stanie! Że też nie mógł otworzyć tych jebanych drzwi ubrany w golf!
- Uspokój się, nie ma tu nikogo poza mną. A jeżeli mam robić jakiekolwiek zdjęcia, to tylko na własny użytek. - mruknął w końcu wlepiając swoje jasne ślepia w oczy drugiego z nich.
Zdawał się pochłaniać wzrokiem twarz mężczyzny. Zupełnie jakby ta chwila była najintymniejsza w jego całym życiu. Co było oczywiście wierutnym kłamstwem. Nie raz przeżywał momenty bardziej intymne w towarzystwie dosiadanego właśnie ciemnowłosego.
Ból zaczynał nieprzyjemnie rezonować w obwisłym ramieniu. Adrenalina opuszczała jego krwiobieg pozostawiając go podatnym. Główka jego kości nie po raz pierwszy wysunęła się z panewki stawu. Oby tylko sam staw nie rozleciał się. Ukłucie dyskomfortu odbiło się na twarzy szatyna.
- Kurwa… mać… - jęknął słabo.
Było gorzej niż przypuszczał. Ciemne mroczki zatańczyły mu przed oczami. Próbował odpędzić je mruganiem, na nic się to jednak nie zdało. Ciemność całą swoją lepkością upomniała się o niego. Obejmowała. Alaude mógł zaobserwować na jego facjacie całą gamę wyrazów. Ostatnim była pustka. Alastora zemdlał przygważdżając młodszego z nich do podłogi.
I tylko dostawca sushi gapił się na nich z otwartymi ustami. Przekupienie go może być kosztowne…

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:40 am

Najtrudniejszym było rozgryzienie o co temu facetowi chodziło. Brzmiał zupełnie jakby już w jakimś stopniu Alauda znał, ale przez to, że wspomniany zupełnie nie kojarzył jego twarzy, to brzmiało to bardziej jak szept creepy stalkera niż kumpla, który postanowił się spotkać po latach. Nie było mowy o pomyłce albo luce w pamięci Robespierre'a, bo każda z jego znajomości była przez niego przemyślana i dawała mu profity dzięki którym stale musiał pamiętać o wszystkich ludziach, z którymi powinien trzymać kontakt. Ale nawet jeśli pojawiłaby się jakakolwiek luka wychodząca poza margines błędu i mężczyzna przyciśnięty do podłogi mógł być chociażby przyjacielem z dzieciństwa, to nadal to nadmiernie czułe i aż niesmaczne powitanie sprawiło, że w pełni zasłużył na wciąganie nieistniejącego kurzu z drewnianej podłogi. I Alaude nie zamierzał w żaden sposób przepraszać czy naprostowywać tej sytuacji, a wręcz z całą mocą uważał, że to jemu należało się wytłumaczenie, o które tym razem dopraszał się już mniej uprzejmie. Ale i tym razem otrzymał uwagę zupełnie wychodzącą poza obszar jego zainteresowań. Jedna z jego brwi ostro poszybowała w górę.
- A co to ma w ogóle...?
Znowu nie zdążył. Noż cholera jasna! W suczą wlań! Skupił się na przetrawianiu słów zamiast na odpowiednim chwycie (nigdy zapaśnikiem czy street fighterem nie był i być nie zamierzał) i przytrzymywany wywinął mu się jak piskorz. Choć nie, to złe porównanie: wywinął się raczej jak taran, który miotnięciem zbił jeźdźca z grzbietu i dał mu posmakować lądowania na tym samym podłożu, do którego go dociskano. Jeszcze przed chwilą dociskano, sekundę, cholera, temu! I podczas gdy mężczyzna bezczelnie się po nim przetaczał nawet on usłyszał to nieprzyjemne... Nie, to nie było chrupniecie, to brzmiało jakby coś mu łamał! Aż z impulsu strachu puścił jego rękę, dodatkowo pomagając nieznajomemu ogarnąć się do bardziej zwycięskiej pozycji. Ba, zdecydowanie bardziej zwycięskiej. Denerwująco wręcz! Wiecznie stojący na szczycie Alaude warknął jeszcze mocniej rozjuszony, kiedy złapano go za nadgarstki i przytrzymano pod sobą. Wierzgnął pod mężczyzną z siłą, którą mogły pochwalić się tylko młode byczki, ba wręcz taką jej ilością, która nie wiadomo gdzie się chowała w szczupłym ciele. Ale cóż, mówi się, że trzmiele według badań nie powinny umieć latać na swoich, zbyt małych w stosunku do ciała, skrzydełkach. Ale mimo to latały zapewne tylko dlatego, że same nie wiedziały o tym, że według naukowców nie powinny. Dlatego też Alastor podskoczył kilka razy jak kowboj na rodeo, najpewniej jasno odczytując znaki, że zachowanie byczka wcale nie jest objawem kusicielskiego grania niedostępnego. Gospodarz długo nie chciał odpuścić, dopiero kolejne słowa, po których aż ciarki przebiegły mu po kręgosłupie, powstrzymały go chociaż na moment. Wbił spojrzenie w rozmówce i czuł jak z nerwów drętwieją mu palce. Czemu ten typ posyłał mu takie - prawie erotyczne, naprawdę! - spojrzenia? Przecież oboje byli facetami, to było obleśne! I świńskie, zwłaszcza kiedy przez obecną sytuację wyglądali cholernie dwuznacznie. Przystojna twarz Alaude'a skrzywiła się brzydko na myśli, które strzepnął czym prędzej szybkim pokręceniem głowy. Zamierzał puścić strzelanie mu fotek „na własny użytek” mimo uszu. Zwłaszcza, kwestie rozwinięcia tego „użytku”. Aż wzdrygnął się mocno i wyczuwalnie spiął pod swoim nieproszonym kowbojem. Nie czuł nic poza jakimś najdzikszym rodzajem strachu przed tym facetem, który jawił mu się pod znakiem zagrożenia, którego nigdy nie oczekiwał i o którego bliskości nawet sobie nie wyobrażał – było to zbyt niepojęte. A jednak. I miało do tego dojść na podłodze jego mieszkania, jego przytulnego domu, który miał być jego bezpieczną twierdzą! Tylko i wyłącznie przez jego głupotę i ignorancję! I ten głęboki przestrach odbił się widocznie w jego ciemnoniebieskich oczach tak wyraźnie, że Alastor mógł się sam siebie przestraszyć. A raczej wyobrażenia siebie, które układało się pod kopułą czaszki przyszłego prezesa TechNoco. Oczywiście hipotetycznie mógłby, gdyby tylko nie był zajęty zmienianiem kolorów. Naprawdę, ku przerażeniu Alauda gość z zielonego zrobił się niebieski, a potem wszystkie barwy, z jasno-czerwonych ust i z rumieńców rozpalonych adrenaliną, spłynęły mu jakby za kołnierz i pozostawiły wątłego i bladego. I ciężkiego.
Mdlenie w tym miejscu było najgorszą decyzją, jaką Alastor mógł podjąć. Szkoda tylko, że ciało kompletnie tego z nim nie skonsultowało.

To był specyficzny początek dnia. Alaude nie przypuszczał, że początkowo znieruchomiały na widok zdębiałego dostawcy w drzwiach, będzie musiał w końcu warkliwie wyprosić u niego pomoc w zdjęciu z siebie zbędnego balastu. Potem samemu zbierając się z podłogi i poprawiając szlafrok, musiał zasypać biednego chłopaka, który wciąż miał problem z domknięciem ust, kupą kasy, mając nadzieje, że to wystarczy by wypchać przestrzeń między jego wargami i zamknąć ją na dobre. Zwłaszcza przed pytaniami z gazet. Do opłaty za zamówienie również dołączył sowity napiwek i zatrzasnął za nim drzwi. Odsapnął wyczerpany, otarł pot z czoła i zerknął na zwłoki leżące niedaleko jego kuchni. Zacisnął kilka razy pięści myśląc gorączkowo nad tym jak rozwiązać tę sytuację. Powinien zadzwonić na policję, z chwilą, w której wepchnięto go do mieszkania mógł to podciągnąć pod wtargnięcie. I to wtargnięcie z napastowaniem! Zamknęli by go, własnymi sposobami zmusili by do ochłonięcia i wydali ewentualnie jakiś nakaz niezbliżania się. Miałby problem z głowy. Z tym, że wciąż nie uzyskał odpowiedzi skąd ten człowiek się tutaj wziął – może było ich więcej? Albo miał jakiś konkretniejszy cel? Może powinien sam się nim zająć? Po policje mógł zadzwonić zawsze, ale może jak sam go nastraszy, to koleś odpuści bez robienia szumu i skandalu?
Mężczyzna oderwał się od drzwi i podążył w stronę garderoby na piętrze, z zapobiegawczo dużym łukiem omijając leżącego nieruchomo mężczyznę. Po pierwsze, musiał się zabezpieczyć pod kątem tego, że agresor za szybko nie wstanie. Po to zaczął grzebać w najniższej szufladzie jednej z szafek, znajdując w niej kilka skórzanych pasków. Nie były jeszcze gotowe, więc walcząc z czasem zbiegł na dół, wprost do kuchni i porobił w nich ostrymi nożyczkami kilka dodatkowych dziur bliżej sprzączki. Nie chciał bawić się w wiązanie marynarskich węzłów, stary dobry sposób, zakrawający tu nieco o sado-maso, miał być odpowiedzią na wszelkie niedogodności i uniwersalnym sposobem na poradzenie sobie z nadmiernie ruchliwym ciałem. Pozostawał tylko jeden, kompletnie nieoczekiwany problem, który w pierwszej chwili kompletnie wyleciał Alaude'owi z głowy: to nienaturalne przemieszczenie się ręki u jego chwilowej ofiary. Wyglądało na wybity bark albo coś w tym guście. Przyklękując obok zemdlonego Robespierre zaczął szukać odpowiedzi w Google za pomocą telefonu. Przyszła ona natychmiastowo, ale każda wyglądała jak tortury i kazała natychmiast zgłosić się po niej do szpitala! Nic to, facet sam się zgłosi jak go stąd wypuści. Albo jak policja go wypuści. Na ten moment musiał nacieszyć się medycznymi skillami swojego kata. Pisali oczywiście, że samemu nie wolno, że można ucisnąć na nerw albo tętnicę i doprowadzić do amputacji, że boli i takie tam... E tam, pierdolenie, Alaude widział na filmach, że piratom wystarczył bukłak rumu i rzemień do przygryzania. Nie może być aż tak źle! Przede wszystkim jak najmniej inwazyjnie (nie wiedział skąd nagle u niego taka delikatność wobec tego człowieka) podniósł go do pozycji siedzącej i oparł plecami o ściankę z boku szafek kuchennych. Czyli pozycja podstawowa spełniona. Potem ugiął jego przemieszczoną rękę w łokciu i przytrzymał ją dłońmi zarówno pod nim, jak i nie puszczając jej nadgarstka. Ta metoda wyglądała najmniej boleśnie i pisali, że była najlepsza do zrobienia samodzielnie. Potem następowało kilka robionych powoli i dokładnie trików z odsuwaniem konkretnej części ręki od ciała i dociskaniem innej i podczas łagodnego ruchu kość wsunęła się ospale z kolejnym, nieprzyjemnym chrupnięciem. Alaude aż się wzdrygnął, ale pociągnął ten teatr do końca. To było niedorzeczne, powinien go związać i zostawić z tą wybita kością, a nie bawić się w pielęgniarkę po szybkim kursie internetowym! A mimo to poświecił się i zamierzał traktować to jako sowitą nawiązkę, jaką odbierze sobie, kiedy śpiąca królewna się obudzi. Po udanej operacji bez zwłoki spiął paskiem kostki nóg Alastora, a potem jego ręce ciasno w nadgarstkach za plecami. Po chwili zastanowienia spinając je jeszcze jednym paskiem pod łokciami – nie chciał być światkiem wielkiej ucieczki, więc wolał się dokładniej zabezpieczyć. Tuż po tym, by zapewnić ofierze choć odrobinę komfortu – czego też nie musiał wcale robić! - przeciągnął go po podłodze wprost do salonu, na miękki, biały dywan. I tam zostawił.

Zasłużył sobie jasna cholera na odpoczynek! Ciepła kąpiel i sushi wciąż na niego czekały, a on tracił czas na jakiegoś niebezpiecznego psychola. Zrezygnował z kąpieli – ograniczył ją tylko do przepłukania twarzy zimną wodą i spuścił wodę z Jacuzzy, po czym wyłączył telewizor. Na nagie ciało poza bielizną naciągnął jeszcze ziemne jeansy i czarny, cienki golf – zupełnie jakby nieświadomie czytał w myślach swojego biednego, byłego oprawcy. Najgorsze jednak było to, że o ile szlafrok pobudzał wyobraźnię i odsłaniał pewne względy, to przylegający do smukłego ciała cienki materiał golfa pobudzał ją jeszcze bardziej. Przygotowań nie był jeszcze koniec. Robespierre, czując się już na zdecydowanie lepszej pozycji, przeczesał palcami praktycznie suche włosy i tym razem niespiesznie, z pedantyczną dbałością rozłożył sushi na ślicznym, szklanym stoliku w salonie nieopodal śpiącego. Sam miał przez swój obecny spokój zadatki na psychopatę, ale nie dbał o to. Skubnął jeden apetyczny kawałek zamówionego śniadania i kucnął nad pogrążonym we śnie księciu o złych zamiarach. Gospodarz zmrużył oczy przyglądając się przecież kompletnie sobie nieznajomej twarzy; długo i to bardzo długo. Wodził wzrokiem po ciemnych włosach, jaśniejących w miarę zbliżania się do ich końcówek, po linii rzęs przymkniętych oczu, po ściągniętych w grymasie bólu brwiach, po całkiem przyjemnie zarysowanym nosie, lekko spiczastym, o wymiarach, które Michał Anioł mógł nadawać swoim perfekcyjnym rzeźbom; po policzkach pokrywających się w końcu ciemną szczeciną i lekko rozchylonych, już nie jasno-czerwonych, a karminowych ustach, które... Co jest do cholery?!
Alaude aż się podniósł jak tknięty paralizatorem i zadrżał cofając się o parę kroków, o mało co nie wpadając na fotel. Pokręcił głową i rozmasował szczyt nasady nosa. Zaraz rozboli go głowa, już czuł tę nadciągającą wielkimi krokami migrenę. Zirytowany tupnął wręcz bosą stopą jak małe dziecko i zbliżył się znów do leżącego, tym razem z większym zdecydowaniem. Kucnął nad nim i kilka razy pstryknął palcami tuż przed jego twarzą.
- Pobudka. Koniec sjesty. No już wstawaj. – Kolejne dwa pstryknięcia.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:42 am

Ból. Wyłączył go, choć nigdy wcześniej coś takiego nie miało miejsca. Nawet podczas dwunastu śmierci nigdy nie zdarzyło mu się odpłynąć w niebyt przed czasem ostatecznym.   Zupełnie, jakby ktoś nagle wcisnął nieistniejący wyłącznik.

P S T R Y K!

I już. To, że ciało odmówiło mu współpracy nijak jednak nie wiązało się z jego mózgiem. Najważniejszy narząd, podtrzymujący jego funkcje życiowe, urządził sobie bowiem imprezkę z pokazem slajdów pod nawałą czerepu szatyna. Każde pojedyncze wspomnienie Alaude’a przetaczało się po wewnętrznej stronie powiek Alastora. Przez cienki fałd skóry przesłaniający oczy mężczyzny można było dostrzec jak jego tęczówki szybko się poruszają. Zadziwiające. Wyglądał jakby spał. Blady, wycieńczony, z nienaturalnie przemieszczaniem barkiem zalegał na jasnej podłodze. Choć jego masa nie była zbyt duża, jego bezwładne ciało zdawało się być nader ciężkie. Jak to zwykle bywało w przypadku nieprzytomnych jegomościów. Pozostawiony na pastwę losu w pozycji horyzontalnej niedaleko kuchni czarnowłosego, nie ruszył się ani o milimetr. I tylko wyraz jego twarzy zmienił się nieco. Wyglądał na udręczonego. Co takiego działo się w jego łbie? Ot, jego mózgowie postanowiło właśnie wywinąć dzikiego koziołka wyrzucając z siebie obraz ostatniej śmierci Alaude'a. Tego, od czego cała ta farsa się zaczęła.
Transport jakiemu poddał poszkodowanego młody Robespierre był zadziwiająco delikatny. Do tego stopnia, że nie wywołał na facjacie Blancharda żadnych znamion bólu. Posadzony pod ścianą, wciąż bezwladny, osunął się nieco po czystych jak łza, najprawdopodobniej regularnie woskowanych deskach podłogi. Jego głowa opadła miękko w kierunku klatki piersiowej. Podbródek pokryty szczeciną praktycznie stykał się z mostkiem mężczyzny. Pozycja nie wyglądała na najwygodniejszą na świecie, nieprzytomny jednak nie mógł protestować, czyż nie? Kiedy Alaude doktoryzował się przez Google mógł usłyszeć kilka zamroczonych omdleniem mruknięć, które opuściły lekko rozchylone usta. Niewyraźnie rozpoznał wśród nich swoje imię. Not creepy at all!
Arrr! Z Alastora mógłby być kurewsko dobry pirat. Mógłby, gdyby tylko z tak samo pokerową twarzą przyjął nastawianie barku bez znieczulenia przytomny. O dziwo medyczne sztuczki czerpane wprost z odmętów internetu nie wybudziły go z letargu. A już na pierwszy rzut oka wydawało się że taka akcja w reakcji powinna ze sobą nieść potępieńcze wycie i przekleństwa na czym świat stoi w pakiecie. Jedynym dźwiękiem jednak był dziwaczny odgłos kości wracającej na odpowiednie miejsce.  Gdyby tylko sam zainteresowany był w stanie zdać sobie z tego sprawę na pewno byłby z siebie dumny.
Związanie bezwładnych zwłok szatyna nie było najłatwiejszym zadaniem na świecie. Ręce ześlizgiwały się że siebie, zupełnie jakby umyślnie uciekając przed spętaniem. Zupełnie jakby nieprzytomny walczył o ostatek godności, jaki mu pozostał. Godności, która sam ochoczo położył dzisiaj na szali. I przejebał ją spektakularnie w grze życia.

    Złośliwość rzeczy martwych…

Brak wyrazu na twarzy mężczyzny z wolna zaczął przeobrażać się w odzwierciedlenie bólu. Jego powieki zatrzepotały delikatnie pod wpływem pstryknięć tuż przed jego nosem. Nim jasne ślepia w odcieniu zimnego błękitu zogniskowały się na tych należących do Alaude’a, młody Robespierre mógł zwrócić uwagę na to, jak długie rzęsy miał jego oponent. Przez chwilę spojrzenie Alastora zdradzało znamiona zagubienia. Gdyby sytuacja przedstawiała się nieco inaczej, można by to uznać za nawet słodkie. Kilkukrotne mrugnięcie pozwoliło Alastorowi na jako takie powrócenie do świata żywych. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, że jego kończyny zostały unieruchomione skrzywił się lekko marszcząc brwi. Nigdy nie był zwolennikiem sado maso. Z niejakim zaskoczeniem zauważył, że ramię nie rwie go niemożliwym bólem, a tylko ćmi lekko przypominając o tym, jak bestialsko je potraktował. Ktoś tu chyba zabawiał się w pielęgniareczkę, kiedy najbardziej zainteresowany takimi zabawami był nieprzytomny. Nieco sarkastyczny uśmieszek uniósł lewy kącik jego ust. Ledwo dostrzegalnym ruchem przetestował unieruchamiające jego ramiona więzy. Były mocne. Nie zdziwiłby się, gdyby były w stanie odciąć mu całkowicie krążenie.
- Kompletnie nie tak miało być… - wychrypiał w końcu po raz kolejny będąc tak irracjonalny, jak było to tylko możliwe.
Jeżeli teraz miałby przeprowadzić bilans zysków i strat okazałby się bankrutem w moralnym tego słowa znaczeniu. Kompletnie zeszmacony. Wycierał właśnie swoim siedzeniem podłogę osoby, którą kochał najbardziej na świecie. A ona o tym nie wiedziała.

K U R W A  M A Ć~!

Jedynym co go pocieszało, był fakt, że w prawej kieszeni swojej kurtki dalej wyczuwał ciężar swojego portfela. Nie to, że bał się w towarzystwie Alaude'a o pieniądze które się w nim znajdowały. Większym problemem było ich wspólne zdjęcie, na którym przytuleni do siebie robili głupie miny do obiektywu. Bał się, że mógłby je stracić. Wyrywając się z zamyślenia poruszył palcami u stóp w butach. Nogi nie były aż tak bardzo ściśnięte. Szanse jednak, żeby pozbyć się więzów bez kolejnych uszkodzeń ciała były znikome. Czy Alastor wspominał już, że w ósmym życiu był iluzjonistą? Owszem, pozwolił wielu rzeczom związanym z tą profesją zardzewieć w odmętach jego pamięci, aczkolwiek uciekanie z więzów pamiętał dosyć dobrze. Tak samo jak śmierć spowodowaną brakiem tlenu w tej jebanej trumnie, kiedy nie mogąc pozbyć się, o ironio, podobnych pasów ze swoich nadgarstków, najzwyczajniej się udusił. Zakaszlał czując jak jego gardło, jak zwykle, zaciska się na samo wspomnienie braku tlenu w małej przestrzeni. Chciało mu się pić. Milczał jednak. Jak to miał w zwyczaju. Albo nie odzywał się wcale albo gadał od rzeczy. Miał nadzieję, że kiedy już Alaude zacznie zadawać pytania przestanie bredzić.
Chociaż pewnie nie...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:43 am

Alaude nie był złym człowiekiem, bestią ani psychopatą. Jakoś nadal sądził w tym swoim kloszu, że trzymanie spętanego stalkera w salonie może jeszcze uchodzić za czyn społecznie akceptowalny. Bo ten człowiek był stalkerem – tego był już pewien na dwieście procent. Jak inaczej miał wytłumaczyć to, że przyzywał jego imię nawet kompletnie nieprzytomny? To było okropne. Owszem, słyszał o psychofankach i problemach jakie przysparzały, i był więcej niż pewien, że dorobił się własnych zwłaszcza po tej akcji, jaką odwaliły gazety, ale one zawsze były gdzieś tam na dole, za kotarą. No i były kobietami, a to sprawiało, że były zdecydowanie mniej niebezpieczne. Ten tutaj to mężczyzna z krwi i kości, na dodatek silniejszy. Starszy, można by przypuszczać, że wiekiem zobligowany do zachowywania się dużo dojrzalej.
Obrzydliwe.
I niebezpieczne.
Mógł mieć jakąś broń, nawet głupi scyzoryk. Ba, mógłby nie wybić sobie barku i nie zemdleć – pociągnąć ten cyrk dalej, aż do momentu, w którym doprowadziłby do tego, że Alaude byłby bohaterem kolejnego wydania gazet. Ale tym razem martwy, wykorzystany, raniony albo okradziony. Albo wszystko naraz w zmienionej kolejności. Świadomość niebezpieczeństwa pojawiła się dopiero po tym jak adrenalina opadła i sprawiała, że gospodarzowi drętwiały palce dłoni. Gardło miał tak wyschnięte, że przed decyzją wybudzenia niechcianego gościa opróżnił dwie litrowe butelki wody. Ciągle czuł się niewystarczająco gotowy na nadciągającą rozmowę, ale wiedział, że musi się odbyć. Miał tylko nadzieję, że ten chory człowiek będzie dżentelmenem na tyle, że nie zmusi go do wysłuchiwania jakiś chorych i obleśnych wytworów swojej zblazowanej wyobraźni, w których Alaude odgrywał główną i jak najbardziej upodloną rolę.
Cofnął dłoń pstrykającą i oparł ją o uda ugiętych nóg, nie odrywając wzroku od wybudzającej się, śpiącej królewny. Nawet nie podejrzewał, że w tej chwili ze zduszonego stresu był równie blady co jego ofiara. Patrzył pilnie, prawie nie mrugając, jak smukłe ciało najpierw walczy z biegającymi po nim dreszczami, a potem uaktywnia się, wlewając więcej życia w początkowo mętne, jasne oczy. Zmiótł resztki snu szczotkami z wyjątkowo długich rzęs i dopiero po chwili jego spojrzenie się wyostrzyło i chyba dotarło do niego w jak nieciekawej sytuacji się znajduje. Troszkę zabawne było to, że przez chwilę wyglądał jakby czekał na hasło: „Policja już jest w drodze”. Ale nic takiego nie nadeszło. Nie była w drodze. Alaude porwał się na misję samobójczą w pojedynkę.
Zmarszczył demonstracyjnie brwi, niemal zabawiając się w złego policjanta na przesłuchaniu.
- Oczywiście, że pewnie „tak nie miało być” – skomentował twardo. - Bo pewnie to ja miałem leżeć tak na podłodze i czekać na twoją łaskę, albo niełaskę.
Źle, kurwa. Źle zaczął, nie mógł się powstrzymać, niechęć sama z niego wyzierała. Niechęć i triumf, który udało mu się osiągnąć w tym, że sam tak nie skończył i teraz to on jest niekwestionowanym Panem sytuacji. Nie wytrzymał i podniósł się do pionu z taką szybkością, jakby miał sprężynę zamiast kręgosłupa - patrząc na ofiarę z góry, ze srogością, jeszcze mocniej zaznaczając swoją pozycję. Wycofał się dopiero po dłuższej chwili, nie słysząc żali ani lamentów – po to, by usiąść na kanapie naprzeciwko leżącego. Zarzucił jedną nogę na drugą, wtopił plecy w miękkie oparcie i zaplótł smukłe ręce na piersi.
- A teraz pora na konkrety: Jak się nazywasz, kim jesteś i po co tu przyszedłeś? – burknął rozeźlony. Wracały do niego emocje, z którymi musiał się zmierzyć na podłodze obok kuchni. - Pojawiłeś się tutaj niezapowiedziany, zacząłeś mnie do wejścia napastować i naruszać mir domowy. Powinieneś się cieszyć, że nie zawijają cię stąd jeszcze smutni Panowie w mundurach, zamiast patrzeć na mnie z takim wyrzutem. Nie wiem czy to jakiś nieśmieszny żart, czy może jesteś zabłąkanym Belgiem i takie macie zwyczaje przy powitaniu, ale ja nie będę sobie pozwalał na takie obrzydliwości i co za tym idzie – tobie też. I teraz albo będziesz odpowiadał konkretnie, albo naprawdę zdecyduję, że nie będę tracił na ciebie czasu.
Oh, jaki straszny Pan. Straszny Pan na włościach. Straszny i zły, i ma bardzo ostre kły.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:44 am

Smukłe palce Alastora zafalowały lekko, kiedy ich właściciel próbował pozbyć się wstrętnego uczucia odrętwienia. Uparte mrowienie w opuszkach zaczynało mu doprawdy doskwierać. Niekomfortowe położenie w jakim się znalazł nijak nie wpisywało się w jego głowie w definicję dobrego dnia. Zalegając na prawym boku czuł napięcie między łopatkami, które dodatkowo potęgował pas łączący jego łokcie. Śnieżnobiały dywan służący mu w tym momencie za posłanie łaskotał go w policzek. Metaliczny posmak w ustach podpowiadał, że najprawdopodobniej jasny splot materii zaścielającej podłogę apartamentu ubarwił się już dawno wykwitami krwistej czerwieni. Upodlenie było słowem, którego szukał. Pozbawiony mobilności, zdany wyłącznie na dobrą lub złą wolę Alaude'a. Mężczyzny którego kochał i absolutnie nie miał w zamiarze w jakikolwiek sposób uszkodzić, do cholery!
- Przestań… - wydał z siebie w końcu głosem tak zbolałym, jakby właśnie jego serce pękło.
A może faktycznie tak się stało? Może w tym momencie tysiące których kawałków cięło jego wnętrze, pchane mocą słów wypowiadanych przez jego ukochanego.
Śledząc wzrokiem każdy, nawet najmniejszy ruch czarnowłosego odprowadził go do wybranego przezeń siedziska. Kiedy tylko młodszy z nich dwóch usiadł, nasadę nosa szatyna pokryła drobna pajęczynka zmarszczek mimicznych, kiedy ten zasępił się nieco. Najwyraźniej bardzo się nad czymś głowił. Cóż to takiego było? W tym momencie na pewno nie postawione przed nim pytania. Ot, zupełnie, jakby decydował się na wypicie popołudniowej herbatki, postanowił dokonać niemożliwego. Z pełną premedytacją przetoczył się na plecy tym samym dociskając swoje spętane ramiona do ziemi. Ból w lewym barku eksplodował w jego łbie całą feerią odcieni czerwieni, zupełnie jakby wcześniej czaił się ukryty głęboko w odmętach mózgu mężczyzny, czekając na okazję do ataku. Jedynie mocne zaciśnięcie szczęk uchroniło Alastora przed wrzaskiem, jaki zagotował się w jego krtani. Powieki jego oczu spotkały się, kiedy mężczyzna zamknal je w grymasie bólu. Musiał… musiał wytrwać. Zbierając całą swoją siłę woli, na tyle na ile pozwalały mu jego pęta, zgiął łokcie. Górna połowa ciała oderwała się, jakby sennie, od podłoża. Wciąż jednak było to zbyt mało. Mięśnie brzucha i grzbietu spięły się na tyle mocno, że aż poczuł ich pieczenie. I zanim zdążył pomyśleć, że robi coś nieprawdopodobnego… siedział! Jak gdyby nigdy nic. Byli równi, to właśnie chciał zobrazować swoim w cholerę irracjonalnym zachowaniem, nie spodziewał się, że przyniesie ono jakiekolwiek efekty poza zrobieniem z samego siebie kreatyna. Wyraz zaskoczenia przemknął przez jego twarz niczym cień, kiedy podkurczył nogi dając im odrobinę ruchu, których potrzebowały do odpędzenia przysłowiowych mrówek.


    Kurwa jak?!

Zajebisty pokaz, nie ma co!
W końcu mógł w odpowiedni sposób nawiązać kontakt wzrokowy z czarnowłosym. Jego twarz była facjatą pokerzysty. Nie można było z niej wyczytać nic. Zupełnie jakby mężczyzna był biała karta. Pierdolonym carta blanca. Skłamałby, gdyby stwierdził, że nie pracował na to opanowanie z całych swoich sił. Ale jego oczy... zdradzały go. Mówiły o nim wszystko. W lodowatym błękicie przelewało się całe morze uczuć. Głównym z nich w tym momencie była nadzieja. Kiełkowała w nim od kiedy chwilę wcześniej usłyszał pierwsze pytanie Alaude'a.
Kiedyś to zadziałało, dlaczego nie teraz?
- Jestem Alast… - zaskrzeczał nieprzyjemnie, kiedy głos na chwilę odmówił mu posłuszeństwa.
Musiał odkaszlnąć głęboko, aby chociaż trochę oczyścić swoją krtań. Na jego nieszczęście zaowocowało to ponownym otwarciem rany po uderzeniu, jakim obdarował go czarnowłosy, połączonym z rozpyleniem krwawej mgiełki na biel dywanu i jego jasnego t-shirtu. Wzdychając ciężko pochylił głowę, by oszacować straty. Przekleństwo odbiło się od ścian jego czaszki. Nie wyglądało to najlepiej. Był więcej niż pewien, że ten kawałek jasnego dywanu kosztował więcej niż wynosiła cała jego wypłata. Cóż, będzie się nad tym głowił kiedy przyjdzie na to czas.
- Nazywam się Alastor Blanchard. Jestem… księgowym. - stwierdzenie to rozbawiło szatyna do tego stopnia, iż ciężko było mu powstrzymać śmiech.  
Kiedy kąciki jego ust zadrgały musiał przerwać, by nie parsknąć. Był pewien, że Alaude'a rozpatrzy to w kontekście bajki wymyślonej na poczekaniu. W końcu księgowi byli najnudniejszym z gatunków ludzi znajdujących swój dom na ziemi. Nie mogli przecież nachodzić ludzi ot tak, napastując ich i kończąc związanymi na białych dywanach. Nie wybijali sobie barków w trakcie dziwacznych walk z osobami, które nachodzili. A już na pewno księgowi nie całowali nieznanych sobie osób jakby te były ich wszystkim. Nie, to stanowczo nie był opis tych nudziarzy. Kolejna rzecz, która się wydarzyła była niespodziewana. Jedno krótkie zdanie, które zamknęło na chwilę usta im obu.
- Jestem tu bo Cię kocham.
Źle. Kurwa, to już nie było źle. To było najgorzej! Zimne oczy Alastora zamknęły się na chwilę, kiedy ten obiecywał sobie w duchu, że następna jego śmierć będzie polegała na rzuceniu się pod jebany pociąg. Zaraz po tym jak porazi się prądem i własnoręcznie zirytuje niedźwiedzia grizzly.
Rozminął się dzisiaj ze swoim zdrowym rozsądkiem. Ciekawe na ile lat posądza go za tą całą farsę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:45 am

Jego myśli były rozpędzone, pobudzone tysiącami makabrycznych opowieści i telewizyjnych doniesień policji, zaczynając tworzyć najróżniejsze i najdotkliwsze przy tym scenariusze jako następstwa nieznanych powodów, które pchnęły tego człowieka wprost do jego domu. Niestety większość z nich, jak nie wszystkie, przedstawiało Pana Alastora w nie najlepszym świetle. W końcu mógł być każdym i zrobić wszystko; ledwie udawać biednego, pochwyconego i naprawdę żałującego swoich czynów. Mógł chcieć zagrać oprawcy na emocjach – Oprawcy?! To Alaude był tutaj ofiarą! - wykorzystać słabość i ckliwość, i mimo obsuwy w planach dokończyć to, co zaczął.
...cokolwiek bolesnego i okropnego by to nie było.
To na pewno była tylko gra. Jego głębsze oddechy wywołane napięciem i bólem, plamka krwi na dywanie (pewnie z przegryzionego od wewnątrz policzka), zbolały i umęczony ton... To wszystko było...
A jednak Robespierre nie mógł oderwać od niego wzroku. Od twarzy spinającej się pod wpływem dyskomfortu, od ciała które nie było już rozgrzane i rozluźnione, ale nieprzyjemnie napięte, jakby próbowało samym dotykiem jakoś odnaleźć się w tej sytuacji. Od zmarszczonych brwi i dziwnie znajomego spojrzenia oczu tak jasnych, że przypominały nieco kryształowe kule z delikatnym kolorowym wypełnieniem – zupełnie jakby z tej odległości za żywą i soczystą barwę nie była odpowiedzialna tylko tęczówka, ale jakby wewnątrz unosił się dym. Takich oczu nie mógł mieć po prostu każdy. Na dodatek wystarczyło jedno, wypowiedziane z umęczeniem słowo, by zamknąć rozpieszczonemu Paniczykowi usta na dłuższa chwilę. Ba, by nawet pozwolić mu wsłuchać się w brzmienie wibrującego tembru, który nosił w sobie znamiona tego, jakby coś faktycznie rozpękło się w końcu wewnątrz wielkiego salonu i odłamki posypały się na drogi biały dywan, upstrzony teraz kilkoma kropkami wściekle niewyglądającej na nim czerwieni. Ta profanacja o dziwo nie przyciągnęła nawet uwagi Pana Domu, który skupiał się mocniej na żywym organizmie, a nie otaczających go pięknych dodatkach. Wszystko jakby blakło w oczach. Zupełnie jakby cały świat dookoła - wyglądające znajomo meble i przedmioty, okna, a nawet widok za nimi - były zrobione z pasteli, które właśnie zaczęły przemakać. Jakby wściekły artysta cisnął piękny obraz do wanny z wodą. Tylko granice leżącej na dywanie figury pozostawały całkowicie stałe. No i granice samego Alaude'a.
Nie to wszystko co zdarzyło się dotąd było zagadkowe, ale to co rozmówca zrobił po wymuszeniu na nim konkretnej odpowiedzi. Gospodarz miał komórkę w rękach, jakby chciał zaakcentować, że nie żartuje i naprawdę źle działają na niego wymijające odpowiedzi, i zdecydował się tym razem dać mężczyźnie definitywnie ostatnia szansę zanim skaże go na upajające popołudnie z policją. I tak miał ułożyć się neutralny scenariusz, w którym mężczyzna leżąc odpowiada na wszystkie pytania złaknionego wiedzy gnojka i... I co, zostaje wypuszczony? Alaude sam nie wiedział co zrobi, kiedy już uzyska odpowiedzi. Na razie był pchany przez szybkie i krótkie polecenia wydane przez podświadomość, wybudzone najpewniej przez emocje, które nie mogły albo też nie chciały się uspokoić. Było ich jak dotąd tylko kilka: Odsunąć go. Uderzyć. Powalić. Nastawić bark. Zachować w domu.
...zachować w domu...? Czemu chciał zachować go w domu...? I czemu ta potrzeba okazała się w ostateczności być w hierarchii wyżej niż Uderzyć?
Robespierre poprawił się na siedzeniu niespokojnie, zupełnie jakby coś ukuło go w tyłek. Patrzył z rosnącym.... Czymś. Strachem, niepewnością, zdumieniem? Wszystkim naraz? Jak mężczyzna przekręca się na plecy ryzykując kolejne zwichniecie barku, jak napina się, jak zaciska mocno i widocznie zęby od czego jego dolna szczęka zaczęła delikatnie drżeć, jak jego powieki marszczą się i bieleją wręcz od siły, jaką wkłada, by pozostawić oczy usilnie zamknięte. Czarnowłosy aż wyprostował się szybko, odwijając ręce z piersi i odkładając telefon na kanapie obok uda.
- Co ty wyrabiasz?! Przestań, zaraz zrobisz sobie krzywdę! – Oh, czyżby troska w głosie? Gdzieś tam pod koniec? Tak troszeczkę...?
Ale On się nie zatrzymał, w ogóle nie słuchał. Próbował zdjąć sobie pasek z rąk? Albo z nóg? Groził wybiciem ramienia dla bezowocnej próby uwolnienia się? Podniósł się. Alaude obserwował to zapominając domknąć kuszące usta. Śledził wzrokiem jak smukłe ciało drugiego mężczyzny gnie się, męczy, unosi ponad przecież miękki, biały puch dywanu. Patrzył na to jak wiele wysiłku kosztowały go proste czynności w chwili, w której spętano go może nie z doświadczeniem, ale za to z pomysłem. Chciał się podnieść, usiaść. Tylko tyle. Przecież Al mógł go na samym początku usadzić gdzieś na fotelu, żeby było mu wygod... NIE. Nie mógł; był za ciężki, a poza tym nie zasłużył sobie ani na odrobinę wygód. Powinien był zostać na twardym drewnie przy kuchni! Na nic nie zasłużył!
Gospodarz się nie podniósł, nawet jeśli olśnienie co do powodu całego zachowania jego gościa spadło na niego jak grom z jasnego nie ma. Nie podniósł się, choć aż kolana go bolały od napięcia, jakie zaserwowało mu ciało powstrzymane przez nadęty mózg, który przygwoździł go tyłkiem do miękkiej kanapy. Robespierre po tym pokazie przełknął ślinę, która ledwo przesunęła się gęsto po koszmarnie ściśniętym gardle, będąc w szoku dalekim od uważania drugiego mężczyzny za kretyna. Zawisło pomiędzy nimi przygnębiające milczenie. Ciężko było nie zauważyć, że Alastor po tym wysiłku pobladł niemal całkowicie, jakby kolory z całej jego twarzy spłynęły za kołnierz. Wyglądał... Źle, bardzo źle. Jego twarz była enigmatyczna, skamieniała, teraz przez brak kolorów upodabniająca go do rzeźby z marmuru; był zmęczony i... Smutny. Nie było na to lepszego słowa. Z niebezpiecznego agresora przeobraził się w oczach Alaude'a w długo odpędzanego kamieniami szczeniaka, który mimo wszystko dalej zawzięcie drepce za człowiekiem, nawet nie popiskując, żeby mocniej go nie rozgniewać swoją obecnością. Żałował go. Tak, to było widać w zaciśniętej na spodniach pięści, nerwowo międlącej w palcach materiał jeansu, we wstrzymanym oddechu, w ściśniętych szczelnie szczękach i koniec końców w rozwartych szerzej oczach, które... Niewiarykurwagodne, zaszkliły się.
Czarnowłosy momentalnie poderwał się z kanapy, ale daleko nie uszedł, padając w końcu z bolesnym hukiem na kolana tuż obok mężczyzny, rzucając się na niego i uwieszając na szyi. Oplatając go ciasno splotami rąk, łapał powietrze rozedrganie i głośno, opanowując szloch kotłujący mu się zawzięcie w krtani i głowie. Otulił Alastora mocno, ciepło, przywierając do niego i dłońmi sięgał niespokojnie jego ramion, burzył jego fryzurę, zupełnie jakby chciał się upewnić, że to na pewno to samo ciało, które pieścił nieprzerwanie przez setki setek lat. Że palce same odnajdą każdy czuły punkt, każdy wrażliwy skrawek skóry od którego wszystkie włoski na ciele mężczyzny na równo się podnosiły, od którego obiegały go dreszcze wywołujące parsknięcie. Ciepłe, mokre wargi przytulał do nagich skrawków długiej szyi, zostawiając na nich wilgotne pocałunki, lejąc słone łzy na obleczone w ubrania ramię kochanka i powtarzając przeprosiny jak mantrę, która nigdy nie miała opuścić jego ust.
A tak naprawdę to nie.
Tak naprawdę to ledwie ruszył się z kanapy, a jakby z nerwami obrał zupełnie inny kierunek, omijając ją i idąc jeszcze kilka kroków w głąb domu tuż za siedziskiem. Przesunął dłońmi od twarzy w górę, palce po kostki zatapiając w morzu czarnych włosów.
- Nie patrz tak na mnie – pomimo tego, że ciągłość zdania coś załamało, to utrzymał w nim srogi ton. Potrzebował jeszcze chwili, żeby ochłonąć, przez ułamek sekundy sądził, że zemdleje, co doprowadziłoby dziwność tej sytuacji do jakiegoś dramatycznego apogeum. Mimo to zwalczył tę ciążącą mu słabość i powoli obrócił się z powrotem w stronę rozmówcy, mniej śmiało zbliżając się z powrotem do kanapy, pochylając i opierając przedramionami o szczyt jej oparcia. Słuchał mówiącego niczym pilny student wykładowcy, przeszukując odmęty swojej pamięci w poszukiwaniu Alastora Blancharda. Zero wyników. Szukał więc jeszcze raz. Zero wyników. Ani wśród przyjaciół rodziny, ani partnerów biznesowych, ani wśród kolegów ze szkół czy studiów. Nic. Nic. Nic. Zero.
Drgnął dopiero, kiedy kąciki ust mężczyzny zadrgały, zupełnie jakby hamował śmiech. Co go niby tak rozbawiło? Nic w tej sytuacji nie było, kurwa, śmieszne! To był jakiś dramat! Dramat, którego akty dłużyły się i dłużyły i z każdą zmianą sceny zmuszały Alaude'a do coraz durniejszych posunięć. A jego ofiarę do coraz odważniejszych słów. Wystarczyło pięć słów, żeby przesłuchujący ofiarę zły-ale-mięknący policjant na nowo się wyprostował, wbijając palce w obicie kanapy. Milczeli oboje, a rozmówca bladł i bladł... Akurat wtedy kiedy wydawało się, że to już nie możliwe, kolory uciekały z niego jeszcze mocniej. Następstwa jego wyznania nie dało się nazwać „satysfakcją” czy „zadowoleniem”. On żałował. Żałował i czekał na ostrzał, na kolejne ciśnięte w jego stronę kamyki – tym razem jednak nieporównywalnie większe. Robespierre za to wcale nie powinien być zdziwiony – w końcu słyszał jak te wargi szepczą we śnie jego imię, nadal czuł jak ich ciepło nie uleciało z jego własnych ust po incydencie z progu drzwi i już zdążył kilka razy nazwać go creepy stalkerem. Nie powinno go zdumieć to wyznanie, powinno więc być jakby w pakiecie, który był zbyt ogólnikowy i nie powinien go zadowolić. A mimo to te słowa zabrzmiały aż... Za ciepło. Aż zbyt znajomo.
Mężczyzna, by wypaść z twarzą parsknął aktorsko, z jakimś teatralnym „pha!” na koniec, odsuwając się od sofy na odległość wyciągniętych dłoni i na moment zwieszając bezwładnie głowę. Dopiero kiedy ją na powrót podniósł i po raz kolejny przyjrzał siedzącemu na komodzie, związanemu facetowi, jakby oczekuj ac, ze cokolwiek się zmieni, z jego gardła wydostało się tylko mało rozbawione:
- Mój Boże, ty nie żartujesz...
Oderwał się od kanapy i podszedł do mężczyzny od tyłu, przyklękując przy nim i zabierają się za odpinanie najgorszego pasa, który pętał jego ręce na ponad łokciami. Dłonie cholernie wyczuwalnie trzęsły mu się jak galareta.
- Nie znamy się przecież, w życiu cie nie widziałem, a ty coś sobie ubzdurałeś – nie da się w końcu zakochać w kimś nie znając go. To durne. Poza tym nie jestem taki jak ty, nie interesują mnie mężczyźni. Nie wiem z jakiej planety się urwałeś, Alastorze... – Jak przyjemnie było usłyszeć swoje imię wypowiadane niemal tym samym głosem i to całkiem niedaleko ucha? - ...ale zaczynam mieć o tobie całkowicie inne zdanie.
Wariat. Zwariował. I co, to już? Już po wszystkim? Odwaga popłaca – i takie tam? Ucisk na rękach zelżał i ciężka sprzączka paska uderzyła o dywan. Ale tylko jednego paska.
- Jesteś chory, a ja zachowałem się niestosownie. Zaraz obdzwonię centralę i sprawdzę skąd uciekłeś, a ty tu grzecznie zaczekasz, dobrze? Odwiąże ci ręce, zrobię jakiejś uspokajającej herbaty, poczekamy na panów w białych kitlach i zapomnimy o całej sprawie, a ty nie wniesiesz na mnie oskarżenia za pobicie, dobrze? Świetnie. – odchylił się na bok i sięgnął dłonią po telefon, który został na sofie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:46 am

Alastor przez całe swoje nieprawdopodobnie długie życie wierzył, że był osobnikiem inteligentnym i pełnym empatii. Pewność co do tego potęgowali zawsze ludzie, nie odmawiając mężczyźnie wrodzonej zdolności kojarzenia faktów. Umiejętności, która w tym momencie wydawała się całkowicie wyparować z jego zmęczonego odgrywającym się właśnie, tragikomicznym spektaklem dwóch aktorów mózgu. Nie było więc nic dziwnego w tym, że odpowiednie trybiki wewnątrz czaszki szatyna nie spotkały się podsuwając mu jednoznaczny obraz zaistniałej sytuacji, który raz po raz znajdował swoje odbicie w twarzy jego kochanka pozbawionego pamięci. Wszystko zdawało się w tym momencie, jak wyjęte z obrazu surrealisty. Przestrach, który cieniem ślizgał się po bladym obliczu Alaude'a był nieustannie wypierany przez udręczone jestestwo przelewające się za osłoną jasnych tęczówek. Alastor przywlókł się tu nie po to, by stać się siewcą lęku. Mimo że każdy jego dzisiejszy czyn dyktował ocean emocji szalejący sztormem w jego wnętrzu, były one dla niego namiętnościami, nie wyrazem gniewnego afektu. Nijak więc, we własnym odczuciu, nie wpisywał się w definicję oprawcy, osoby która swą ciężka bytnością zagrażałaby w jakikolwiek sposób bezpieczeństwu czarnowłosego. Bezpieczeństwu które niejeden już raz przez wieki zobowiązał się chronić, choćby za cenę własnego marnego żywota. Był gotów z jego powodu zabić. Kurwa, gdyby tylko wyraził choć najcichsze życzenie, podpaliłby dla niego choćby cały świat. Pomysł tego, że mógł być odbierany jako agresor wydawał mu się być nad wymiar niedorzeczny. Ot, zwyczajny nonsens!
Siedząc na jasnej materii znaczonej krwawymi wykwitami jego własnej posoki wodził mętnym  spojrzeniem jasnych ślepi za każdym działaniem czarnowłosego, chłonąc każdą, nawet najmniejsza manierę zawartą w jego nerwowych ruchach. Fakt, że stale mógł to robić, że właściwie jeszcze nie znalazł się na najbliższym komisariacie policji kuląc się pod gradobiciem pytań i czując nad sobą groźbę zakazu zbliżania się do Alaude’a, był dla niego małym cudem. Ze wszystkich sił, zupełnie jak rozbitek na środku oceanu, uchwycił się myśli że te małe okruchy troski zawarte w głosie jego kochanka oznaczają, że nie musi się już bać. Uczepiony tych ledwo dostrzegalnych strzępów mężczyzny którego pamiętał dał się nieść prądem, jak liść porwany przez nurt rzeki. Jasne ślepia zniknęły za woalem nieco sinych już powiek. Kroczył uparcie po lodzie, gładkiej tafli zaprzeczenia zmieszanego z wiarą, która w każdym momencie mogła zarwać się pod nim ciskając go w szalejący huragan rozpaczy. Walka o pewny grunt, którego łaknął jak powietrza, przez wszystko co dziś uczynił bez namysłu zdawała się być z marszu skazana na porażkę. I nie był już pewien, czy podniecenie spowodowane odnalezieniem Alaude'a było prawdą. Wielka, ziejąca w jego klatce piersiowej czarna dziura smutku pochłaniała z wolna pozytywne odczucia, jakie niespełna kilka godzin temu poczęły się tlić w jego wnętrzu. Cień gęstych rzęs kładł się na bladych niby ściana policzkach szatyna, potęgując tym samym wrażenie ogólnego zmęczenia którym smakował wokół siebie. Mimo że jego oddech uspokoił się już nieco, po jego szaleńcem walce o podniesienie się do siadu, kolory nijak nie chciały powrócić na jego oblicze, pozostawiając je blade, niczym u trupa. I kiedy już wydawało się, że zasnął, zupełnie nagle, rozwarł ślepia.
Były nierzeczywiste, zupełnie jakby rybie oczy starca, takie które widziały już wszystko co tylko świat ma do zaoferowania, zostały przypisane, przez błąd w niebiosach, mężczyźnie w sile wieku. I wtedy, zupełnie nagle, jego życie rozpędziło się, zupełnie jakby ktoś umieścił go w rakiecie zmierzającej w głąb uniwersum, do granic ludzkich możliwości. Niespodziewany ruch, nagłe uderzenie, które przez uszy Alastora zostało odebrane jako niebywale bolesne i… po bladej facjacie szatyna potoczył się pojedynczy, słony paciorek, pozostawiając po sobie drobne meandry w ciemnej szczecinie porastającej jego ostro zarysowaną szczękę. Kończąc swą wędrówkę, łza lekko oderwała się od męskiego podbródka znacząc pojedynczą plamką przód jego jasnej koszulki. Szczęście, które nagle obudziło się w jego ciele o mały włos nie rozerwało mu klatki piersiowej. Zupełnie jakby każdy ucisk tak dobrze mu znanych palców, które bezbłędnie odnajdywały czułe punkty szatyna, uruchomiły jego własna fabrykę endorfin. Spętane za plecami ręce napięły się jak sprężyny, kiedy ze wszystkich sił naparł na łączące je pasy. I mimo całej włożonej w to mocy, pomimo zaciśniętych aż do bólu zębów, klamry nie odpuściły. Jedynym co mu pozostało, było wsparcie policzkiem o ciepłą, zalaną łzami twarz kochanka. I powtarzane raz po raz roztrzęsionymi ustami wyrazy miłości, dozgonnej i wiecznej.

    Z tym, że niekoniecznie...

Bo kiedy faktycznie rozwarł swoje powieki wyrywając się z letargu na jaki pozwolił sobie jego zmęczony już nad wyraz organizm, uzmysłowił sobie, że jego wyobraźnia postanowiła spłatać mu figla. Jego własny umysł w przedziwny sposób znalazł się po przeciwnej stronie barykady mszcząc się na nim niebywale boleśnie za każdą głupotę jaka kiedykolwiek uczynił. Wystarczyło, że uwierzył… że dał się ponieść obrazom Alaude'a dokładnie takiego, jakiego chciał podświadomie od kiedy tylko skrzyżowań z nim spojrzenia. Ciężkie milczenie, które panowało aktualnie w pomieszczeniu można by ciąć nożem. Przerwanie go wydawało się w tym momencie szatynowi awykonalne, jego krtań pozostawała ściśnięta do granic jego możliwości. Samo oddychanie było niebywale utrudnione, przeciśnięcie przez gardło jakichkolwiek słów graniczyło z cudem. Smutek wrócił ze zdwojoną siłą, konsumując wszystko co dobre. Dodatkowym ciosem okazało się kompletne niezrozumienie, które przesunęło się po twarzy Alaude'a na dźwięk jego imienia i nazwiska. Jeżeli wcześniej serce Alastora rozpadło się na części, w tym momencie każdy z fragmentów rzeczonego organu został starty na proch. To nie był jednak koniec. Postludium parsknięcia zgotowane mu przez czarnowłosego na wieść o jego miłości zadziałało jak dziki wicher rozwiewając resztki jego serca, zupełnie jakby były nic nie znaczącym przydrożnym pyłem. Ponowne zamknięcie ślepi uchroniło go przed nagłym uderzeniem fali prawdziwego płaczu. Odcinając się tamą powiek od świata zewnętrznego, zupełnie jak małe dziecko, chciał zniknąć. I zapewne nie ruszyłby się nawet o milimetr, gdyby nie nagłe zrozumienie, które zawarło się w tembrze ukochanego głosu. Unosząc lekko podbródek starł piekące uczucie, które zawsze przynosiły łzy, kilkukrotnym mrugnięciem. Powoli odnajdywał się w nowym świecie. Uniwersum w którym nie mógł liczyć na proste rozwiązanie sytuacji. Bliskość czarnowłosego, której jeszcze chwilę temu traktował jako niebywale podniecającą, w tym momencie utrudniała mu egzystowanie jako takie. Był zgorzkniały. Musiał sam sobie tłumaczyć, że nie była to zdrada umyślna. Do jasnej cholery, przecież uwalniając jego ramiona Alaude nie mógł świadomie wbijać mu noża wprost w grzbiet, by później boleśnie wiercić nim w zadanej ranie. Nie mógł, prawda?!
W pierwszym odruchu, tuż po uwolnieniu jego łokci z okowów zgotowanych mu że zwyczajnego, skórzanego paska, mężczyzna rozluźnił w końcu boleśnie napięte barki. Ścięgna mięśni wyczerpane stałym podtrzymywaniem jego kośćca w nienaturalnym położeniu zaczynały się z wolna poddawać, w niemym proteście katując swojego właściciela iskierkami bólu co chwilę wybuchającymi w różnych miejscach jego ciała. Słowa czarnowłosego zdarzały się trafiać w niego, by po chwili odbijać się kompletnie nieodebrane. Moment kiedy dotarła do niego prawdziwa semantyka złożonych naprędce zdań uderzył w niego, jak bokser wagi ciężkiej w nic nie podejrzewającą ofiarę. Mimo całej, doprawdy skompresowanej siły którą wlewał w strzępki woli, jakie w nim zostały, Alastor nie był w stanie zachować ani sekundy kamiennego oblicza. Gdyby poeta miał opisywać jego facjatę, niechybnie stwierdziłby, że powierzchnia bladej, niby marmurowej skóry popękała nagle odsłaniając po raz kolejny obraz pełen bólu, mimo iż zdawać by się mogło, że większa doza smutku własna w krwiobiegu tego mężczyzny niechybnie go uśmierci.

W A R I A T

Tym właśnie stał się w oczach persony, której życie stawiał ponad swoim własnym. Niegroźnym wariatem, ot uciekinierem z azylu, którego od tak można było odesłać wprost w ramiona pielęgniarzy którzy po naszprycowaniu go prochami zapomną o jego marnej egzystencji dającej im miejsce zatrudnienia. Och, jak bardzo chciałby, aby była to prawda. W tym momencie skrycie marzył o pomieszczeniu ze ścianami pokrytymi miękką wyściółką, gdzie do końca swoich dni mógłby wykrzykiwać imię Alaude'a bez żadnych konsekwencji. Gdzie byłby tylko nieszkodliwym wariatem. I mógł dokonać swojego żywota samotnie, a jeżeli tylko opatrzność będzie nad nim czuwać zdechnąć raz, a dobrze, bez żadnych pierdolonych reinkarnacji.
- Nie znajdziesz mnie na żadnym z wykazów. Nie jestem uciekinierem z żadnego ze szpitali, w związku z czym nie kłopocz się nawet, nie warto byś tracił na to swój cenny czas. Nie słuchałeś mnie najwyraźniej - jestem księgowym. - powtórzył raz jeszcze głosem, który na myśl przywodził skrzypienie zastałych zawiasów. - Nie musisz obawiać się pozwu z mojej strony, nie jestem tu po to by Ci w jakikolwiek sposób zaszkodzić. Po prostu rozwiąż w końcu moje ręce, bo nie uśmiecha mi się ich amputacja. I zrób mi kawy. Najczarniejszej jaką masz. - herbata w tym momencie nie była odpowiednim napojem.
A może jednak był wariatem? Jeżeli tak to kurewsko inteligentnym.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:47 am

Surrealizm tej sytuacji powoli osiągał poziom krytyczny – jeszcze chwila a Alaude przysiągłby, że zaczynają mu się topić zegary, a po salonie biegają płonące żyrafy. Najgorsze jednak było to, że ta sytuacja dla człowieka patrzącego na to trzeźwym okiem była bardzo prosta: mężczyzna siedzący na dywanie chciał przekonać napadniętego do swojej niewinności i robił to tak umiejętnie, że zaczynał manipulować nieugiętym gospodarzem domu. Bo to nie na zewnątrz a wewnątrz dział się największy i najbardziej popierdolony pogrom – w głowie. Robespierre nie wiedział co myśli jego zakładnik, ale wiedział co myślał sam i już to mu się wyjątkowo nie podobało. Nie łatwo było podejść zastępce Prezesa – a nawet chwilowego Głównego Prezesa! - którego postępowaniem kierowały zimne i logiczne kalkulacje, namiętności były wyważone i nigdy nie pochłaniały go w całości, póki nie wybadał gruntu, na który miał z nimi wpłynąć. W głowie mu się nie mieściło jak można postępować jak... Alastor. Pan Alastor. Że można tak po prostu wejść komuś do domu, porwać się na jego usta i... ARGH. I jeszcze wyglądać właśnie tak. Właśnie tak wyglądał związany paskami na z lekka zakrwawionym białym dywanie. Czemu wyglądał właśnie tak? I Czemu to tak było dla oziębłego Alaude'a takie intensywne? Takie burzliwe, lawinowe? Z każdą sekundą było coraz gorzej. A musiał być twardy, do ciężkiej cholery! Twardy, bezkompromisowy i nieprzejednany! Przecież ludzie nigdy nie potrafili wejść mu na łeb!
Zdjął jeden, najgorszy z pasków – tyle powinno wystarczyć, to już i tak był zbytek łaski. Zdjął i już miał telefon w rękach. Już zdjął, miał telefon w rękach i patrzył na zgarbione plecy przetrzymywanego. Na to jak łagodnie porusza rękami, by doprowadzić krew wszędzie i by poruszać zastałymi mięśniami; jak rozluźnia barki i mocniej ugina cały tułów pod ich ciężarem – albo ciężarem czegoś, co właśnie spadło mu na kark. Dziwne, ale w głowie młodszego Pana Prezesa przez moment wcześniej zaświtało, że posądzenie Alastora o bycie wariatem, a nie szalonym psychopatą podziała na niego jakkolwiek łagodząco, ale w tej chwili mniej rozmowny kompan wyglądał jak przygnieciony złem świata trup, który już jedną nogę wsunął dobrowolnie do grobu.
Jak miał postępować z tym chaotycznym człowiekiem?!
Młodszy mężczyzna zaczynał tak się przejmować nierozumieniem tego drugiego, że nie zauważał tego, iż sam zaczyna zachowywać się chaotycznie i niezdecydowanie. Nabrał głębszego wdechu. Zaczynał rozważać niebezpieczne możliwości... Na przykład kolejnego przyłożenia mężczyźnie w głowę i zadzwonienia po policję. To nie było na jego nerwy.
- Zwykłym księgowym, który postanowił wpaść tu, nie myśląc o konsekwencjach i wyznać mi miłość? – prychnął i lekko nerwowy uśmiech zawitał na jego bladych ustach, choć wcale nie było mu do śmiechu. - Nie rozwiążę cię, póki nie będę tego pewien. I tego, że nie masz przy sobie niczego, czym mógłbyś zrobić mi krzywdę.
Wreszcie! Wreszcie jakaś logiczna myśl! Przeszukać go! Dlaczego nie zrobił tego wcześniej, psia mać?!
Odłożył telefon na dywan i wsunął smukłe dłonie najpierw do szerokich kieszeni skórzanej kurtki swojego gościa. Nie sądził, by ten obawiał się kradzieży, z pewnością nie miał przy sobie niczego, czego Pan Robespierre już nie miał albo czego nie mógł łatwo zdobyć. Dlatego robił to niejako bez skrępowania – pierwsza oznaka zdenerwowania tym rytuale pojawiła się, kiedy w kieszeniach kurtki nic nie było i musiał przeszukać te wewnętrzne, i te... W spodniach. I do tego musiał zza pleców Alastora przyklęknąć naprzeciwko niego.
To było jakieś kurewskie wariactwo. Ten człowiek wyglądał naprawdę źle! Cholernie źle! Jakby potrzebował leków, snu, odpoczynku, gorącej kąpieli, sytego obiadu, dwóch mocnych kaw, kilku shotów czystej wódki z tabasco i kota na zagryzkę. Alaude chrząknął i zamiast przyglądać się twarzy mężczyzny skupił się na swoim zadaniu. Była pierwsza rzecz! Jakaś dziwna w dotyku, płaska i mieszcząca się w dłoni. Wyciągnął ją i przyjrzał się jej z bliska. To był identyfikator pracownika na szybko wsunięty do wewnętrznej kieszeni kurtki. Nie wyglądał na podróbkę, zwłaszcza, że miał chip. Chip i zdjęcie tego mężczyzny. I Jego imię i nazwisko. I stanowisko...
- Nie kłamałeś – burknął. Nie lubił przyznawać się do pomyłki. Ale to nie był jeszcze koniec! Odłożył własność mężczyzny na fotel obok i wrócił do przeszukiwać – zostały już tylko spodnie. Tam znalazł to, czego się na dobrą sprawę spodziewał: portfel i klucze. Tym drugim nie poświecił za dużo czasu – wystarczająco by przyjrzeć się dyndającemu na kółku pingwinkowi. Tragedia. Nie rozpoznawał już nawet prezentu, który sam kupił kiedyś Alastorowi po wspólnej wycieczce do zoo. I tego, że sam miał kiedyś podobny breloczek. Klucze z szelestem spoczęły obok identyfikatora, a dzielny poszukiwacz zajął się portfelem. Otworzył go - z pewnością podnosząc tym właścicielowi ciśnienie – ale mimo to nie kopał w nim za głęboko, zatrzymując się tylko na kieszonkach na dokumenty i karty kredytowe, skąd wyjął dowód osobisty. Wszystko się zgadzało. Miał w istocie do czynienia z Panem Alastorem Arielem Blanchardem, urodzonym dwadzieścia dziewięć lat temu, obchodzącym urodziny za niecałe cztery miesiące.
Sapnął i jakby ze złością wsunął dokument z powrotem na miejsce, zamknął portfel, odłożył go błyskawicznie na fotel i wbił poirytowane spojrzenie w siedzącego na dywanie księgowego.
- Przysięgam – zaczął pochylając się. - że jest Pan najbardziej popieprzonym księgowym, z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia, panie Blanchard. Komukolwiek zdaje Pan miesięczny raport z przychodów i rozchodów, zapewne jest już po dwunastu zawałach. – Klamra paska trzymającego zwarte kostki ofiary ustąpiła i więzy rozluźniły się, po czym zupełnie znikły, kiedy pasek odrzucono na bok. Po tym kat na nowo znalazł się za plecami swojej ofiary i zabrał się ze ostatni bastion utrzymujący swoje wyimaginowane poczucie bezpieczeństwa. - Tylko bez kolejnych idiotycznych pomysłów.
Zabezpieczył się ostatnimi słowami, jak jakimś magicznym zaklęciem i kiedy klamra paska ustąpiła, a skórzany wąż opadł na dywan, Alaude prawie odskoczył od mężczyzny. Ostrożności nigdy dość. Wyprostował się, zaczesał włosy do tyłu i sprężystym krokiem przeszedł przez salon, do okolic połączonej z nim kuchni. Już o nic nie pytał, kurwa. Nie chciał już słyszeć o żadnej miłości, psychiatryku, ani patrzeć na umęczoną twarz człowieka, któremu nic przecież złego nie zrobił! Wręcz pomógł mu z tym cholernym barkiem...!
Warczał pod nosem wstawiając zalany wodą czajnik elektryczny na jego gniazdo i postukując wyjmowanymi z szafek kubkami. Też potrzebował kawy czarnej jak mrok jego duszy, albo przyszłość jego gościa. Woda w czajniku zabulgotała zupełnie jak krew w żyłach poirytowanego nie wiadomo czym gospodarza. W oczekiwaniu na nią Alaude oparł się tyłem o szafki i zaplótł ręce na piersi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:48 am

Natężenie nonsensu unoszącego się ciężką chmurą tuż ponad powierzchnią podłogi wielkiego salonu było tak duże, że zdawało się wypierać z wolna cały tlen z powietrza. Zupełnie jakby poziom absurdu dobijał właśnie krańca skali, nieubłaganie pchając świat ku zagładzie poprzez implozję całego uniwersum. A w centrum tego wszystkiego znajdował się jasny dywan, niewielkie krople gasnącej już posoki oraz Alastor, który ze smutkiem stale kładącym się stalowoszarym cieniem na jego obliczu taksował wejrzeniem półprzymkniętych, hipnotyzujących ślepi czarnowłosego. Nie było tu miejsca na logikę, czy zimną kalkulację, obie już dawno sczezły do szczętu pokryte ciężkim pyłem niedorzeczności. Co za tym idzie, ich nieodrodna córka, manipulacja, ani na sekundę nie pojawiła się we łbie Alastora, zbyt zajęta opłakiwaniem swoich matek. Mężczyzna po prostu był, znaczył swoją ciężką obecnością apartament, niezależnie nawet od siebie stając się centrum tego małego wszechświata, czarną dziurą wokół której wszystko orbitowalo. I chociaż nie znał myśli, które przemykały tuż za oczami Alaude’a, w głębi czaszki czarnowłosego, widział doskonale, jak każda z nich uwidacznia się na jego obliczu. Ostra szpila niepewności zagłębiała się dalej i dalej w ziejący w jego klatce piersiowej otwór w miejscu, gdzie powinno znajdować się serce. Pomimo całej swojej postawności, w tym momencie zdawał się być cieniem samego siebie, zupełnie jakby z pełnoprawnego obrazu został jedynie delikatny, ołówkowy szkic. Zgarbiony, blady niczym wyrzut sumienia zalegał w najbardziej niewygodnym dla młodego Robespierre’a miejscu, bynajmniej nie chodziło w tym momencie o apartament czarnowłosego. Znalazł się pod nawałą jego czaszki, siejąc spustoszenie równe temu, które czynią katastrofy naturalne. Jednak nawet fala tsunami trafiając na odpowiednio wielki mur może się załamać. Ściana, która pojawiła się zupełnie nagle przed szatynem sprawiła, że jego oczy otwarły się nieco szerzej, dodając do worka jego emocji kolejne - zdziwienie doprawione delikatną nutką przerażenia.
Protest który zagotował się w jego krtani, mimo wszystko nie znalazł ujścia, zupełnie jakby zgubił się gdzieś pomiędzy nagłośnią a bladymi wargami. Jedynym co opuściło usta mężczyzny był cichy pomruk. Pierwszy dotyk Alaude’a zdradzał znamiona nienaturalnej w tej sytuacji pewności siebie. Kieszenie nadgryzionej już zębem czasu skóry ustąpiły posłusznie pod wpływem wprawnych dłoni czarnowłosego chcąc zdradzić mu wszystkie swoje sekrety. Pech chciał, iż wszystkie były puste. Alastor pluł sobie w brodę z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, dlaczego do cholery wszystkie rzeczy, które standardowo wrzucał do zewnętrznych kieszeni kurtki znalazły się w kompletnie innych miejscach? Po drugie, dlaczego zanim tu przyszedł nie wyjął z portfela ich wspólnego zdjęcia? Finalnie, dlaczego jego własne ciało po raz kolejny postanowiło go zdradzić, uruchamiając najmniej odpowiedni do sytuacji mechanizm obronny?! Spodziewał się drżenia, potu, rzucanych pod nosem przekleństw, ale nie, kurwa, łaskotek! Walcząc o zachowanie powagi, z całą mocą tłumił w sobie nerwowy chichot wybierający w jego gardle piekącą falą, zupełnie jakby nie był oznaką radości, a rzygowinami. I kiedy już sądził, że straci tą resztkę zdrowego rozsądku, która ukrywała się w najdalszych zakątkach jego jestestwa, dłonie czarnowłosego zniknęły zabierając ze sobą narastającą w jego żyłach panikę. Byłby może nawet odetchnął z ulgą, gdyby nie nagłe zmaterializowanie się młodszego z nich tuż przed jego nosem. Jasne tęczówki, niczym lustra, odbiły w swojej zakrzywionej powierzchni facjatę Alaude’a, by po chwili przenieść wejrzenie szatyna na należąca do czarnowłosego dłoń. I chociaż umysł uparcie podszeptywał mu, że zatroskanie, które wydawało się na mgnienie oka pojawić na obliczu kochanka było jedynie złudną gra cieni i świateł, obraz ten wypalił się po wewnętrznej stronie powiek mężczyzny, wracając uparcie z każdym kolejnym mrugnięciem. Kiedy w tak dobrze znajomej mu dłoni pojawił się jego własny identyfikator, niewielka fotografia wyobrażająca jego oblicze zdawała się ciskać w jego kierunku spojrzenia pełne pogardy. Na szczęście nim zdążył pokłócić się z samym sobą, co byłoby doprawdy niedorzeczne, kawałek plastiku opatrzony wesołym logiem Yay!Teque, zniknął z pola jego widzenia odłożony na bok.
- Nie lubię robić rzeczy, w których nie jestem dobry. Co za tym idzie, nie mam w zwyczaju kłamać. - słowa rozsypały się niczym skrzące się perły, tocząc się wprost ku czarnowłosemu.
A potem na Alastora spadło najgorsze, zupełnie jakby sufit nad jego głową rozstąpił się posyłając na kark mężczyzny kolejny głaz. Szatyn miał wrażenie, że jedynie sekundy dzielą go od momentu, kiedy zapadnie się w sobie wessany w próżnię własnego lęku. Jego grzbiet, choć wydawało się to niemożliwe, zgarbił się jeszcze bardziej nabierając kształtu idealnego łuku. Od kiedy się tu pojawił liczył na delikatny, naznaczony miłością i oddaniem dotyk Alaude’a, w tym jednak momencie, z serduszkiem zmienionym w pył, poddany bezosobowym przeszukiwaniom z największą ochotą odsunął by się od niego jak zranione dziecko. Czuł się odarty ze swojego człowieczeństwa, spętany jak zwierzę, zaszczuty. I wtedy uniósł wzrok wiedziony metalicznym dźwiękiem kluczy zderzających się ze sobą tuż przed twarzą młodszego z nich.

    Zostaw Pana Pingwinka, bydlaku!

Byłby wrzasnął, na całe szczęście jednak zatchnął się powietrzem, którym próbował napędzić swoją krtań, kiedy dostrzegł portfel będący następnym w kolejce do przeszukania. Przesunięcie granicy absurdu jeszcze odrobinę mogłoby ich obu wpędzić do grobu, a był w stu procentach pewien, że ruszyłaby się ona o co najmniej kilka cali wraz z odnalezieniem ich wspólnego zdjęcia przez Alaude’a. Napięcie było tak wielkie że o mało nie przebił wnętrz swoich dłoni wbitymi w nie, krótkimi paznokciami, mięśnie przedramion boleśnie napierały na łączący je pas. I kiedy już był pewien, że za chwilę jedynie mocą swoich kości i ścięgien rezerwie twarda skórę… było po wszystkim. Tak oto, z bezimiennego wariata, stał się w oczach czarnowłosego PANEM Alastorem Arielem Blanchardem. Wystarczyło kilkusekundowe mgnienie jego dowodu osobistego, nic przecież kurwa prostszego.
- Szufladkowanie księgowych jako osób całkowicie bezbarwnych jest krzywdzące, panie Robespierre. Nie jesteśmy tak nudni, jak mogłoby się wydawać. - z westchnieniem ulgi powitał powrót mobilności własnych kończyn dolnych. - I choćby pan w to wątpił, moje pomysły w moim własnym mniemaniu są najlepszymi na świecie. - i chociaż widział czarnowłosego w kategorii bliższej słowa ‘Kochanie’ przyłączył się do gry w ‘pana'.
Moment, kiedy pasek opadł z jego nadgarstków był najlepszą chwilą płynącego dnia. Zmęczone kończyny w pierwszym odruchu wycieńczonego organizmu opadły luźno po obu stronach torsu mężczyzny. Kurtka zsunęła się z obwisłych ramion, by po chwili wylądować na dywanie ze słyszalnym szelestem. Każdy skrawek skóry na ramionach mężczyzny okalała skomplikowana siatka czarnych tatuaży, zupełnie jakby był on płótnem uzdolnionego artysty. Pozostały w samym T-shircie Alastor, testując delikatnie lewy bark, uniósł ramię prostopadle do linii żeber, zupełnie jak młody ptak po raz pierwszy mający okazję poruszyć opierzonym skrzydłem. Ból nie był tak dotkliwy jak tego oczekiwał, ot był jedynie wyczuwalnym dyskomfortem, który co prawda znalazł sobie miejsce z tyłu jego czerepu, jednak nie uniemożliwiał mu myślenia. Ukontentowany odetchnął, by po tym unieść obie dłonie na wysokość twarzy. Nadgarstki obwodziły ciemne cienie powstających właśnie sińców, zapowiadając upojne tygodnie noszenia koszul z długim rękawem. Fantastycznie… mimo woli, zupełnie jakby miało to w czymkolwiek pomóc, zaczął rozcierać uszkodzone miejsca odkrywając przy tym, że w niektóre fragmenty jego naskórka pokryły się piekącymi otarciami. Potrzebował czegoś do zdezynfekowania ranek, natychmiast, wstał więc z rozmachem z podłoża zataczając się lekko. Skołowany mózg zaprotestował przed nagłą, nazbyt szybką zmianą pozycji posyłając przed oczy szatyna całą armię mroczków. Zmuszony do stanięcia w pół kroku ukrył jasne ślepia za woalem powiek ściskając przy tym palcami nasadę swojego nosa. Zaplanowanie nad własnym ciałem zajęło mu chwilę, fakt że Alaude mógł śledzić jego poczynania z otwartej na salon kuchni nie było w tym pomocne, bez dwóch zdań. Zostawiając wszystkie swoje rzeczy odpowiednio na fotelu i dywanie powlókł się do kuchni, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie - wiadomo, nachodzisz kogoś, napastujesz fizycznie, mdlejesz, budzisz się związany i już! Przepis na szybki i idealny związek dwóch serc i dusz murowany. Nie zapomnij dodać tylko szczypty bycia tak bardzo zdruzgotanym, jakim był Alastor, w każdym momencie jego bytności w apartamencie czarnowłosego. Kiedy dobył w końcu do kuchennych szafek wsparł się na jednym z blatów obiema rękami po raz kolejny zamykając ślepia. Był zmęczony. Nie, kurwa, on był wycieńczony.
- Kiedy nauczył się pan nastawiać wybite barki, Robespierre? - głos ledwo przebił się przez bulgot gotującej się wody. - Chociaż, właściwie powinienem po prostu powiedzieć ‘Dziękuję’, prawda? - wciąż pochylony był swoim własnym cieniem.
I tylko jego tatuaże wydawały się być w nim żywe, poruszane delikatnymi ruchami włókien mięśni pod bladą niczym marmur skórą, zdawały się snuć opowieść. Prawe przedramię porastał gęsty las, snujący się wokół niego ciemnym tuszem wtłoczonym pod odpowiednią warstwę naskórka. Korony drzew opuszczało stado spłoszonych ptaków, zupełnie jakby w okolicach runa leśnego czaiło się coś niewypowiedzianie złego. Lewe ramię okalało w całości proste wyobrażenie staromodnego zegarka na łańcuszku, który uparcie wił się w meandrach, by w końcu gładko przejść w kaligrafię głoszącą

    Non omnis moriar

- Czy mógłbym prosić o coś odkażającego? Widzi pan, panie Robespierre, lubię moje tatuaże, a to im nieco zagraża. - łeb mężczyzny uniósł się w końcu, kiedy oderwał on dłonie od płaszczyzny blatu i jak gdyby nigdy nic wyciągnął je ku Alaude’owi.
Emocje wcześniej tak doskonale widoczne na jego obliczu zniknęły. I jedynie jasne ślepia spoglądały z nadzieją.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:49 am

To był jakiś absurd... Absurd! Niedorzeczność! Idiotyzm! Brednie! Cholerna paranoja!
Co to za dziwna sensacja, która rozpływała się po skórze Alaude'a jak mleko i sięgała przygryzanych zębami warg, zaciskanych raz po raz dłoni, niecierpliwie skaczących piętami po podłodze stóp? Która docierała do mrużących się oczu, wodzących po ciele przybysza, do gładkiego czoła, który marszczył się co chwile przez zamyślenie? Wypełniała już nawet ciemne, czujne oczy, które już prawie-prawie pokrywały się czymś na kształt niebezpiecznego zainteresowania. Gospodarza domu mrowiły palce i w głowie mu huczało, domagając się łyknięcia jakiegoś mocniejszego alkoholu, żeby rozwiać tę przedziwnie rzeczywistą fatamorganę, która zalęgła się w jego głowie i jak kurtyna zaczyna nachodzić na rzeczywistość. Kawa, nawet najczarniejsza, nagle stała się niewystarczająca póki zamiast wody nie zaleje się jej wódką. ...od kiedy Alaude zaczął to poważnie rozważać? Zapewne od chwili, w której wymysł jego wyobraźni powstał z dywanu i zachwiał się, a gospodarz odruchowo chciał ruszyć się z miejsca i go wesprzeć. Miękł jak pozostawiony nad ogniem marshmallow, choć chciał by jego postawa pozostała twarda i nieustępliwa. Odruchowo zaplótł ręce ciaśniej na piersi i wcisnął głowę między ramiona. Zdążył tego człowieka już uderzyć, powalić na ziemię, związać, oskarżyć, wysłuchać i przeszukać, a potem zmienić zdanie, rozwiązać i zrobić mu kawę. A teraz wewnętrznie chciał pomóc mu przejść z salonu do kuchni i usiąść na hokerze, wysłuchać jeszcze mocniej, rozmasować jego... STOP. Nie. Przysiągł sobie, że od tej chwili, aż do opuszczenia jego domu przez tego chaotycznego szaleńca nie ruszy się z miejsca. A przynajmniej nie z kuchni.
Stał więc, czując się z samym sobą coraz gorzej, odnosząc wrażenie, że trucizna z jego słów pali od wewnątrz nawet jego samego.
- Dzisiejszy pomysł jednak bardzo widocznie nie powiódł Pana właściwą ścieżką – dobił tylko w ten sposób ten rażąco wystający gwóźdź. Zupełnie jak łajająca dziecko rodzicielka, która nakryła je na podrzucaniu opakowań z prezerwatywami do koszyków obcych ludzi w markecie. Samemu zastanawiając się dlaczego ich nie użyła, żeby uchronić się przed takimi sytuacjami. A potem nagle dochodziło do niej, że przecież nie powinna tego mówić, i że wcale tak nie myśli – że kocha swoje dziecko i docenia każdą fantastyczną i przepełnioną subtelną magią chwilę, którą z nim spędziła i radość oraz dumę, którymi ją napełniało samym istnieniem. I to był absurd. Jego wnętrze wypełniało się wrażeniami, które powinien odczuwać przy swojej wieloletniej partnerce, a nie przy zupełnie obcym człowieku, który władował mu się do życia nie bacząc na konsekwencje swojego postępowania. Alaude zachowywał się dziś całkowicie normalnie, odnosił się do tego człowieka tak, jak do każdego innego, zupełnie neutralnego osobnika, który wdarł się na jego pozbawione litości terytorium, a jednak po każdej krzywdzącej uwadze dostawał od jakiejś niewidzialnej siły po łapach i po głowie; z każdą chwilą coraz mocniej! Szczeki zaczynały go boleć od zaciskania się po każdym takim ciosie. W końcu doszło do tego, że czuł jak obrywa za same nieprzychylne myśli i zaczynał się krzywić jak bite dziecko.
Zaklął pod nosem i uciekł wzrokiem na bok, nie chcąc patrzeć na siniejące nadgarstki jego niedoszłej ofiary, ani na to, co mu – chcąc nie chcąc – zrobił. Nie patrzył jak mężczyzna rozprostowuje kości, jak sprawdza bark, dotyka go i testuje jak mocno kość siedzi na właściwym miejscu. Nie spoglądał na to jak jego związana dotąd ofiara ma problem z poruszaniem się, jak ciężko jest jej złapać równowagę, jak okupuje chwilowe skupienie zaciśnięciem powiek tak mocno, że zapewne wybuchło pod nimi kilka pozbawionych barw fajerwerków. A przynajmniej z całych sił chciał tego nie widzieć. Oślepnąć, stać się twardym jak głaz, niewzruszonym na jakiekolwiek atrakcje wizualne, obejmujące dyskomfortem mocno bijące serce, którego uderzenia właściciel słyszał w uszach jak bęben. Oszukiwał samego siebie, wmawiając sobie, że to po prostu kolejny raz kiedy jego – zwycięzce! - mierzi patrzenie na słabość i nieporadność, ale tak naprawdę, to skrycie obawiał się własnych, dziwnie pierwotnych myśli i odruchów. Odruchów wprowadzonych mu jakby w autopilot, którego w chwili obecnej hamował tak mocno, że prawie przebijał podwozie wciskanym weń pedałem – pomimo tego, że silnik warczał i charczał, a szalejące opony piszczały i zasnuwały otaczający go świat dymem palonej gumy.
Zgarbił się i objął ciaśniej, jakby obawiał się, że drżenie dłoni go zdradzi, że spojrzenie go zdradzi, ze zdradzą go usta, palce, gęsia skórka, napięte mięśnie, stroszące od dreszczy włosy... Że wszystko zdradzi jego chłodny i analityczny umysł, który stał właśnie w ogniach namiętności, której przecież ani nie chciał, ani nie oczekiwał. A nieuchronne zbliżanie się tego, kto je wywoływał wcale nie polepszało tej sytuacji. Alaude wolno podniósł wzrok na rozmówcę, opierającego się o jedną z kuchennych szafek; usta miał zasznurowane i ciasno zaciśnięte – ta mina mogła wyglądać tak, jakby się obraził, ale tak naprawdę to była mieszanka konsternacji, bardzo wymuszonej niechęci i usilnej potrzeby zaznaczenia, że jest się odpornym na wszelki czar i gracje, które wiły mu się właśnie przed oczami we wdzięcznym tańcu muśnięć tuszu ubarwiającego bladą skórę długich rąk.
- Być może potrafiłem nastawiać je od zawsze? – spytał prawie że wyzywająco. Skąd ten bezczelny człowiek niby wiedział cóż takiego młodszy prezes TechNoco potrafił, a czego nie? Kto dał mu luksus tej wiedzy?! - Tak, okazanie wdzięczności byłoby aż nadto pożądane.
Ciężko przełknął ślinę i po kliknięciu ekspresu aż za szybko wyrwał się w jego stronę, żeby zalać kubki zasypane szczodrą ilością kawy. Mimo to, wciąż zerkał za siebie przez ramie, żeby spojrzeć na przygniecionego czymś strasznym mężczyznę, wiszącym nad ogrzewanym czułymi dłońmi meblem. Dłońmi, które były podestem podtrzymującym dwa filary wypełnione pnącą się po nich historią, która wypełniły je dłonie artysty. Jednak to, co opowiadały nie było wymysłem tego, kto je zrobił, ale tego, kto je nosił. Tego, którego skóra nie wyglądała jak brudnopis, ale płótno, którego było jakby za mało do opowiedzenia wszystkiego, co chciał przekazać światu. Zwykły księgowy. To była opowieść o ciemnym borze pełnym pierzchającego pod rękaw ptactwa i o upływającym czasie.
Nie wszystek umrę.
Alaude nie zauważył, że prawie wyszeptał ten cytat pod nosem, ale przerwało mu nagłe pieczenie w dłoni, które rzuciło się na jego skórę jak kły rozszalałego psa. To para unosząca się znad przechylonego mocno elektrycznego czajnika sięgnęła wreszcie trzymającej go za ucho dłoni. Czarnowłosy wrzasnął i z hukiem odłożył czajnik na blat, rozlewając nieco zawartości i pochwycił poparzoną dłoń, zaraz pakując jej najbardziej bolący fragment pod usta. Pochwycił zdrowa ręką jeden z kubków z kawą i podsunął go zmęczonemu towarzyszowi, wciąż mając wargi przytkane dłonią i mimowolnie spojrzał na ranki na jego nadgarstkach. Nawet chwilę po prośbie stal i patrzył na nie. Myślał. Apteczka była w łazience – niedaleko stąd, ale to sprawiało, że musiałby złamać postanowienie i opuścić kuch... Podniósł wzrok i napotkał jasne, pełne nadziei oczy drugiego mężczyzny.
NIECH GO PIERDOLONY SZLAG!
Alaude oderwał oparzoną dłoń od twarzy i bez słowa wyszedł szybkim krokiem z kuchni, zapuszczając się do łaźni, w której wciąż panował gorąc po niedawnej kąpieli. Dla własnego komfortu psychicznego zamienił poprzednia przysięgę nową: że wyrzuci stąd tego człowieka. Już za chwile, niech on tylko wypije kawę. Tylko dojrzy dno kubka i wyleci stąd na zbity pysk, tak sobie postanowił.
Nie sprawdzając za bardzo jakie plastry wybrał pochwycił jeszcze wodę utlenioną i nieco waty, po czym truchtem zszedł do kuchni, na nowo stając tak, żeby od interesanta oddzielał go kuchenny mebel. Odłożył zebrane skarby zaraz obok, nie zwracając uwagi na swoją dłoń, której zewnętrzna część – pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym – robi się coraz bardziej czerwona. Urwał watę, zbił ją w niewielkie kolo i sowicie oblał woda utlenioną, po czym pochylił się, łokciami opierając o blat i wyciągnął dłoń po rękę drugiego mężczyzny, z cichym: „Mogę?”. Jakoś nie pomyślał nawet o tym, by dać suweniry gościowi i dać mu czas na zajęcie się sobą. Jakby nie było absolutnie żadnej innej możliwości poza tą, kiedy naprawia go sam. Tym razem złapał go z większym wyczuciem – nie traktując go jak niechcianą zabawkę, ale jak – o zgrozo – człowieka, który może czuć i na którego ciele mogą wystąpić owoce niepotrzebnej brutalności. Zaczął niespiesznie przytykać wilgotną watę do co czerwieńszych otarć. Nie potrafił w troskę o drugą osobę. Sam jak sobie coś robił, to traktowa swoją ślinę jako najlepszy opatrunek i odkażenie, po czym brnął dalej. W tym przypadku jednak nie mógł odwalić fuszerki, dlatego z dbałością szukał kolejnych śladów znaczących białą skórę czerwonym nalotem i każdemu z nich prezentował nieco pomocy ze strony wynalazków medycznych codziennego użytku. Nie wiedział czy cokolwiek tym ułatwia, czy cokolwiek pomaga, brnął utartym szlakiem nie chcąc odpalać Googla drugi raz przy w pełni przytomnym obserwatorze. Grał na zwłokę wiedziony starymi przyzwyczajeniami: woda utleniona i opatrunek. A ponieważ otarć do krwi było tylko kilka, to oplatanie bandażem było bezcelowe – wystarczyły plastry chroniące przed nadmiarem wilgoci i mogącymi je podrażnić, przylegającymi do ran ubraniami. I koniec – jego zadanie będzie skończone.
Odrzucił leciutko pokrwawioną watę do zlewu i otworzył wciąż nieużywane opakowanie z plastrami wybierając jedno reprezentujące średnią wielkość. Rozerwał zębami chroniące go hermetycznie plastikowe opakowanie i już odlepiał papierek, żeby uwolnić lepkie skrzydełka kiedy jego oczom ukazał się nadrukowany na zewnętrzną stronę plasterka podrygujący żółty Triceratops z gitarą i unoszącym się obok jego głowy dymkiem z napisem: „Jesteś bardzo dzielny!”. Robespierre zastygł w bezruchu, po czym sięgną bardzo wolno po leżące tyłem opakowanie i obrócił je do siebie przodem. Na kartonowym opakowaniu było pełno kolorowych dinozaurów z instrumentami, nad którymi unosił się napis: „DISCOZAURY”.
Nie trzeba było znać Alaude'a dwanaście żyć, żeby widzieć teraz gołym okiem jak próbuje profesjonalnie wybrnąć z tej kretyńskiej sytuacji. Chrzaknął i oderwał papierek od plastra.
- Cóż... Innych nie mam, wymieni je Pan sobie w domu – rzucił szybko i pocieszycielski Trieratops z gitarą spoczął opleciony częściowo dookoła nadgarstka księgowego.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:51 am

Tylko spokój mógł ich uratować od zagłady. Przynajmniej tak powtarzał sobie szanowny Pan Alastor Ariel Blanchard, księgowy z wieloletnim doświadczeniem, osoba światła, obyta, cechująca się inteligencją skumulowaną pod nawałą czerepu przez wieki. Czy tylko on wątpił w pełnię swoich możliwości umysłowych, w tym właśnie momencie przypinając sobie łatkę szaleńca? Mgła zmęczenia z wolna osiadała na złogach jego pamięci krótkotrwałej. Jak zza muślinowej kotary przebijał ku niemu fakt, że kiedy dosłownie minuty temu, zalegając na jasnym dywanie, zauważył wykwitłe na alabastrze jego skóry czerwone otarcia zareagował odruchowo - jak robił to od kiedy pamiętał - ruszył poszukiwać pomocy u Alaude’a. I chociaż nawet w jego oczach wydawało się to wybitnym nonsensem nie był w stanie się opanować. Przemierzając krótki dystans dzielący go od kuchni opadł z sił do tego stopnia, że myśli w jego czaszce przybrały postać monotonnego białego szumu, z którego nie był w stanie wyłowić ani jednego, konstruktywnego słowa. I mimo, że czarnowłosy zadawał mu cios za ciosem, przyjmował je na siebie w biernym milczeniu, zupełnie jakby nagle postanowił zasilić grono męczenników. A może najzwyczajniej w świecie nie był w stanie połączyć już liter w jakikolwiek sensowny zlepek? Może coś tak nie wymagającego jak wyrażenie swoich własnych myśli i trosk było w tym momencie dla niego lingwistycznym odpowiednikiem stanięcia na szczycie Mont Everestu? Zupełnie jak wysokogórski wspinacz mężczyzna tracił w tym momencie dech wznosząc się na wyżyny swoich możliwości. I chociaż igła osadzona tępym szpikulcem na jego mostku raz po raz była dobijana młotem irytacji czarnowłosego, mimo tego, że ból prawie nieustannie znajdował odbicie na jego obliczu skierowanym wtedy ku powierzchni kuchennego blatu, on sam pozwolił sobie jedynie na krótkie:
- A zatem dziękuję, Panie Robespierre. - ni mniej, ni więcej.
Ton jego własnego głosu spotęgował jego cierpienie. Był przepełniony dojmująca tęsknotą, a przez to jakby… pusty? Tembr nie falował w głębokim tenorze, zupełnie jakby wielowymiarowe fale dźwiękowe nagle całkowicie się wypłaszczyły, a sam ich właściciel nie był do końca pewien, czy z jego ust dobyło się cokolwiek, czy nie wyobraził sobie złożonego z niemałym trudem zdania poganianago szaleńczym galopem jego pulsu.
Jak możliwym było, iż wydarzenia, od których aktualny punkt w czasie dzieliło niespełna kilka minut tak ciężko było mu sobie przypomnieć? Czyby jego umęczone jestestwo z wolna pozbywalo się śladów tego, co je tak wielce dreczyło? Bał się tego bardziej niż śmierci - bał się zapomnienia. Świata, w którym nie będzie czarnych włosów, ukochanych ciemnoniebieskich oczu, miłego jego uszom głosu wygłaszającego w ciemności jego imię oraz spokojnego oddechu będącego w nocy najlepszą tarczą przeciw koszmarom minionych żyć. Lękał się świata, który byłby pozornie idealny - przecież nie pamiętałby żadnego z tych tak bliskich mu aspektów Alaude'a - z drugiej jednak strony świata takiego, gdzie pokątny los na krawędzi snu podsuwałby mu otoczoną mglistym płaszczem sylwetkę świdrująca jego mózg jak nieproszony paproch szorujący o powierzchnię oka pod powieką. I ta właśnie drobinka na wieki męczyła by jego marny byt, utożsamiając coś co, jak słowo wiszące na końcu języka, było nieosiągalne. Wsparty na giętkich przedramionach toczył wewnętrzną walkę - pech chciał, iż jakąkolwiek stronę obrałby, jakkolwiek chciałby odnieść wiktorię - w tej bitwie i tak będzie przegranym. I kiedy już bliski podjęcia decyzji postanowił po raz kolejny zmusić skorupę swojego ciała do ruchu, do jego uszu dotarł nagły wrzask i stukot. Alaude nie mógł tego odnotować zbyt zajęty złorzeczeniem na czym świat stoi, jednak szatyn doskonale odczuł reakcje swojego umysłu na wyartykułowany głośno ból. Barki spięły się niemal boleśnie, powieki stale zamknięte zacisnęły jeszcze mocniej. Ruszył. I chociaż jego ciało bardziej niż dobrze naoliwioną maszynę przypominało zardzewiałe ustrojstwo, które oddaje się na złom udało mu się przenieść swój cały ciężar z powrotem na filary nóg. Jego rozbiegane spojrzenie na chwil kilka opadło na zaczerwieniona skórę na dłoni czarnowlosego - siły którymi powstrzymywał się od ujęcia ręki Robespierre’a były doprawdy wątłe.
Wszystkie wypadki tego poranka zbiegły się w tym jednym miejscu, w nienależącej do niego kuchni, gdzie stojąc z dłońmi uniesionymi w geście przywodzącym na myśl poddaństwo błagał mężczyznę, w oczach którego był całkiem obcą osobą, o opatrunek, który potrzebny był mu z jego własnej winy. Los drwił z niego coraz bardziej, ochoczo podsuwając mu pod nos absurdalne rozwiązania, które on z zapałem średnio inteligentnego szympansa zamieniał w czyn. Jego jasne ślepia starły się z ciemnym błękitem tęczówek czarnowłosego. Jego własne blade lico, które w nich ujrzał wydawało się być facjatą ducha. Nadzieja przelewająca się pod osłoną rogówki zbladła nieco przysłonięta zamyśleniem. Przez to, że jego jestestwo uparcie odsiewało przez sito zapomnienia czyny podjęte przez niego w ciągu upływającej doby, stare wspomnienia stały się aż nazbyt jaskrawe. Zupełnie jakby wydarzyło się to wczoraj - a nie cholerne wieki temu - pamiętał kiedy pierwszy raz te piękne chabrowe oczy spojrzały na niego z mieszaniną złości i buńczuczności kładącą się burzowym cieniem na ich krzywiźnie. Wtedy pierwszy raz poczuł to ciepłe uczucie w okolicach mostka. Coś czego nie czuł nigdy wcześniej, ani też nigdy później do nikogo innego. Coś, co Alaude pomógł mu z biegiem czasu zdefiniować jako miłość. Coś co odebrano mu wiele razy, zrzucając go w otchłań rozpaczy i również wiele  razy pozwolono mu rozpalić na nowo.

    ’Wskrzesiła ich miłość, serce każdego z nich miało w sobie niewyczerpalne źródło życia dla serca drugiego.’

Odprowadzając wejrzeniem odchodzącego, najpewniej tylko na chwilę, mężczyznę Alastor nabrał do płuc głęboki haust powietrza. Próbował przekonać sam siebie, że zniknięcie w tym momencie, kiedy czarnowłosy nie śledził każdego jego ruchu, było idealnym wyjściem. Jeżeli ulotni się teraz, bez zbędnych ceregieli, oszczędzi sobie i temu którego cenił nad swoje własne marne życie, kolejnych mąk. Ale… był cholernym hipokryta. Pierdoloną, samolubną wymówką prawdziwego mężczyzny z krwi i kości. To właśnie dlatego, kiedy Alaude poprzedzony szybkim tupotem stop wrócił pospiesznie do kuchni, szatyn wciąż stał dokładnie w jej centrum rozwiewając wokół siebie aurę zagubienia. Nie patrzył na czarnowłosego i przez jedno, przeokropnie głośne uderzenie serca wydawał się zmienić w marmurowy posąg. Kiedy jednak jego powieki zatrzepotały, ulotna fantasmagoria rozpłynęła się w miseczce, niby mgła poddana działaniu słonecznych promieni. A wtedy niebo Alastora rozstąpiło się dając mu tym razem cień złudnej zapewne nadziei. Moment kiedy sam pragnął zająć się pielęgnacją swoich ran przerwał głos tak dobrze mu znany. Zamierając, z dłonią wyciągniętą w kierunku medycznych utensyliów, uniósł spojrzenie wprost na twarz, na widok której na raz chciał śmiać się i płakać na przemian. Zaciskając zęby skinął jedynie łbem. Uczucie, które dźgneło go w splot słoneczny, kiedy delikatne dłonie młodszego z nich dotknęły jego wlasnych rąk odebrało mu mowę i resztki zdrowego rozsądku. Mimo piekących ukąszeń bolu, jakimi owocowalo zetknięcie nasączone waty z co glebszymi otarciami, nie skarżył się. Nie mógłby. Nie wtedy, kiedy widział skupione oblicze Alaude'a. Nie kiedy miłość do niego wyginała wąska linię jego ust w kształt lekkiego uśmiechu. A tym bardziej nie kiedy na jego dłoni spoczął… dziecięcy plasterek z dinozaurem!
- Ani słowa więc. Na szczęście byłem dzielny i na niego zasłużyłem. - czy tym, co pobrzmiewalo w jego głosie była podszyta lekkim rozbawieniem drwina?
I wtedy, właśnie w tym momencie proch jego serca odnalazł drogę do pustki jego klatki piersiowej starając się wypełnić ją chociaż jedną pozytywną emocją poczuł, że jego samoopanowanie kruszy się i chwieje w posadach. Nie mógł się dłużej powstrzymywać - gdyby tylko zdecydował się wyjść kilka minut wcześniej… nie musiałby… nie mógłby… chyba… jego szczupła prawa dłoń wystrzeliła jak z procy, całkowicie ignorując ograniczenia stawiane mu przez ciało, by pochwycić nadgarstek czarnowłosego. Nie miał na celu zrobienie mu krzywdy, nie mógłby. Niemniej, zupełnie jakby było to najnormalniejsza z rzeczy na świecie - zaraz po wtargnięciach, wybiciach własnych barków, a przede wszystkim całowaniu innych, niechętnych ku temu mężczyzn - podsunął sobie praktycznie pod nos poparzoną rękę oceniając stopień uszkodzenia naskórka. Powierzchowność ranki uspokoiła go odrobinę. Chwytając niewielką buteleczkę wody utlenionej odkorkował ją zębami - bardzo kurwa profesjonalnie - po czym unosząc brwi skrzyżował z czarnowłosym wejrzenie. Nie dostrzegając sprzeciwu - Alaude pewnie nie zdążył jeszcze odnaleźć się w stale rosnącym absurdzie sytuacji - szczodrze polał zaczerwienienie wodą utleniona. Przy dłuższych oględzinach namierzył na dłoni młodszego z nich niewielki bąbel wypełniony osoczem. Nim czarnowłosy zdążył się zorientować na jego dłoni, tuż poniżej palca wskazującego, pysznił się niewielki plasterek z kreskówkowym wyobrażeniem grającego na perkusji raptora.
- Chyba… czas na mnie. Zgodzi się Pan z tym, Robespierre? - mimo semantyki swoich słów blada dłoń stale spoczywała na tej należącej do Alaude'a.
I tylko kawa, której nie tknął, z wolna przestawała parować.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:52 am

Czemu nawet mimo podziękowań nie czuł się usatysfakcjonowany? Owszem był wiecznie nienasyconym sukinsynem, ale tym razem dziwna zaległa w powietrzu pustka była jakby inna niż zazwyczaj. A on niemal czuł się niepocieszony i winny(!) tego, że zmusił tego smutnego człowieka do okazania wdzięczności. Tego człowieka, który zdawał się ulatywać z każdą chwilą jak temperatura z nieruszonej kawy. Jakby słabł, zanikał; ramy utrzymujące na miejscu jego rozmokłe w wodzie kolory zaczęły rozmiękać i wypuszczać barwy do żarłocznego świata naokoło, który pochłaniał je bez pamięci. I tak wnętrze kuchni jaśniało soczyście, ślizgające się po wyfroterowanych panelach promienie słońca zaglądające tu przez okna też stały się mocniejsze – podczas gdy skóra gościa szarzała, robiła się cieńsza, kości z twardych części szkieletu zrobiły się puste i bardzo kruche, ledwo co utrzymujące wysoką postać w pozycji pionowej. Z twarzą zwieszoną smętnie, zastygłą w wyrazie spokojnego, pogodzonego z aktualnym stanem rzeczy załamania. Wydawało się być go mniej od chwili, w której tak brutalnie rozgościł się w domu Robespierre'a. A już chwytając się chwili to i ona zdawała się być tak odległa, jakby w ogóle się nie zdarzyła, albo to było wczoraj. Albo dziesięć lat temu.
Ten człowiek nie mógł się tak zachowywać! Tak, jakby Alaude w obronie własnej zdobił mu – i kontynuował to wciąż! - coś okropnego i niewybaczalnego! Został w końcu rozwiązany, kiedy jego personalia zostały sprawdzone i potwierdzone, a teraz nawet nie spojrzał na kawę, o którą poprosił. Nie powinien snuć się po mieszkaniu przykładnego i dobrego przecież obywatela i budzić w nim tą koszmarną emocje zwaną litością. Na sam dźwięk nazwy młodszy prezes TechNoco marszczył swój przyjemnie wykrojony nos i zaciskał mocniej palce w pąku pięści. Nie chciał Go żałować, nie chciał się nad Nim rozczulać, wzruszać i rozklejać. Nie chciał wcale szukać swojego odbicia w intrygujących jasnych oczach, nie chciał okazywać słabości i empatii, robić za jakiś spieprzony Czerwony Krzyż dla beznadziejnych i nielogicznych zakochańców! Nie chciał całego tego bagażu! Dość miał przecież własnych spraw i problemów, własnych wielkich planów, żeby jeszcze przejmować się spektakularnym upadkiem jakiejś niewymownie jasnej gwiazdy.
...a mimo to patrzył. Patrzył jak w miarę zbliżania się do horyzontu jego prywatnej rzeczywistości, gaśnie, a ciągnąca się za nią smuga płomieni robi się coraz krótsza i bledsza. Po tym jak światło rozbije się o kraniec jego świata miał pokiwać tylko głową z uznaniem i wrócić do swojego wypełnionego sprawami życia.
Wypełnionego kolorowymi dinozaurami z instrumentami.
Czego by nie powiedzieć, ten plaster był naprawdę bardzo wymowny. I bardziej barwny niż skóra jego „nosiciela” - kontrastujący widocznie swoim kreskówkowym, dziecięcym rysunkiem z poważnymi tatuażami i z dorosłym wiekiem reprezentowanym przez Pana Blancharda. Z jego strapioną miną, niewesołą postawą, małomównością i ogólną zawiłością i niejasnością wypowiedzi. Z zalegającym dookoła niego ciężkim milczeniem, sztywnością i oparami dawnego gorączkowego pragnienia, które stygło z każdą chwilą i już teraz pozostawiłoby na ciekawskich, sięgających do niego palcach wilgotny, chłodny ślad. Choć, to mógł być tylko wybryk wyobraźni, ale Alaude chyba dojrzał jakiś cień uśmiechu na bladych, spierzchniętych wargach Alastora. Sam za to początkowo wyglądał jakby się obruszył komentarzem i uciekł z tą emocją do szybkiego, nerwowego wrzucania reszty wysypanych plastrów do pudełka i zamykania go. Temu rozpieszczonemu człowiekowi nie dało się dogodzić. Choć i tak jak dotąd Pan Prezes zachowywał się najbardziej ludzko – prawie jakby w akcie miłosierdzia pozwolił swojemu gościowi podczas pierwszej i ostatniej wizyty zachować prócz dotkliwych jeszcze jakieś przyjemne wspomnienia.
Nie miał być to jeszcze koniec, a przynajmniej nie całkowity, bo podobna przez chwilę żmii dłoń złapała go za nadgarstek z nieprawdopodobną na tego wyczerpanego człowieka szybkością. Ale zamiast bólu towarzyszącego wbiciu w skórę kłów, obdarowujących nieuważnego ujarzmiacza pełnym trucizny pocałunkiem, poczuł oplatające jego przegub ciepłe palce przyjemnie dużej dłoni mężczyzny. Nawet nie zaciskały się na drobniejszej ręce, nie przytrzymywały jej siłą, ale sugestią kryjącą się w najdrobniejszym, pełnym gracji ruchu ciała. Alaude spiął się, zamierając z pudełkiem plastrów w drugiej dłoni, wpatrując się w księgowego dokonującego powolnych, pełnych wyczucia i wyważonych oględzin poparzonego, niezmiennie szczypiącego miejsca na dłoni. Co było ciekawsze – dyskomfort jakby zelżał, zupełnie jakby para jasnych, skupionych oczu naprawę była kawałkami lodu, które ślizgały się łagodząco po pokrzywdzonej skórze i przynosiły upragnione ukojenie. Nic się jednak takiego nie stało – nie było tak naprawdę żadnych kostek lodu, przyjemności i kojącego uśmiechu dorywczego lekarza. I chwila, w której Alaude zdał sobie z tego sprawę zaowocowała dreszczem, który szarpnął całym jego ciałem. Nie zreflektował się jednak w porę i serce gwałtownie przyspieszył oswój bieg, a jego śpiewna pieśń docierała tym razem wprost do wymęczonego i pozbawionego nadziei adresata. Alastor mógł poczuć przyspieszające tętno po wewnętrznej części nadgarstków – tam gdzie rozpaczliwie wybijało ono rosnący rytm i łasiło się do opuszków jego palców. Woda utleniona ściekała po dłoni, kapiąc na blat, ale Robespierre nie oglądał się za rosnącym w jego poukładanym świecie chaosem, tylko niezmiennie śledził ciemnoniebieskimi oczami twarz swojego chwilowego medyka. Nawet obecność plastra stwierdził dopiero kiedy musiał mrugnąć, bo wysychające oczy dały mu się we znaki. Zacisnął powieki, wybudzając się z otępienia i po chwili spojrzał na swoją dłoń, prostując palce i widząc pod jednym z nich niebieski plaster, na którym wielkogłowy drapieżnik w przyciemnianych okularach sięga do bębnów pałeczkami dzierżonymi w swoich karykaturalnie maleńkich łapkach.
Dokąd on szedł ze swoim życiem...?
Cóż na pewno nie do tego, co się teraz działo. Przeniósł więc zdumione spojrzenie na nie chcącego go puścić rozmówce – jakby zdziwiony tym, że ten pragnie tak szybko opuścić jego progi. Co... Jak to? A kawa...? Nawet Alaude o niej zapomniał - biednej czarnej otchłani złapanej w elegancką filiżankę, o którą nikt nigdy nie miał się upomnieć. Nikt prócz piekła w postaci kuchennego zlewu.
- Tak. Myślę, że to odpowiednia chwila. – Usłyszał swój głos za szybą. O dziwo nie był zimny i szorstki jak lodowy papier ścierny. Nie był też ciepły i pełen czułości. Był zwykłym pożegnaniem, ale już nie wariata, stalkera, psychola, ale człowieka. Niepoprawnie... nieprofesjonalnego i ekscentrycznego księgowego, któremu chyba pomyliły się wszechświaty i rzeczywistości. Ale mimo wszystko człowieka. Z fantastycznymi tatuażami zdobiącymi jego ręce. Z oczami tak niewymownie jasnymi, jakby mogło lśnić własnym, wewnętrznym blaskiem, którego tej figurze zabrakło pod koniec tego kuriozalnego spotkania. Z ciepłymi i ostrożnymi dłońmi, które potrafiły uchronić swojego właściciela od dociskania do parkietu, ale jednocześnie zająć się agresorem tak, żeby nic mu się nie stało, a na dodatek jeszcze uchronić go przed koszmarnymi i bolesnymi następstwami jego własnej głupoty i niedociągnięć. I wreszcie: człowieka, który jakby nie patrzeć, zostawił cząstkę siebie na dywanie salonu. Kilka kropli soczyście czerwonej krwi.
A dzień dopiero się zaczął.
Alaude skinął głową i łagodnie, powoli wysunął nadgarstek z troskliwych objęć. Cofnął się o krok, czując, że znajoma przecież podłoga jego kuchni gnie się pod jego stopami jak śliski i zdradziecki lód pokrywający niespokojny ocean; jak gotowa jest rozstąpić się i pochłonąć go bezpowrotnie, topiąc w zamrażającej ciało toni. Czuł, że musi z niej czym prędzej wyjść – szybko, zanim potknie się o własne emocje. Wyszedł więc i kilka kroków później znalazł się na moment w salonie, zgarniając z dywanu skórzaną kurtkę i otrzepując ją z dbałością i ostrożnością. W końcu nie były to jego rzeczy. Ani kurtka, ani plakietka, portfel i klucze ze słodką i niepotrzebną zawieszką, które po kolei wsuwał do kieszeni nakrycia, zanim nie zbliżył się do ich właściciela na dystans co najmniej wyciągniętej ręki i nie wręczył mu jego skarbów, jednoznacznienie się z nim żegnając. Na dziś. Przypuszczalnie na zawsze.
W tym czasie zdradziecki lód ekspansję na hol. Tam też przeniósł się z tym zagadkowym mężczyzną, przed którym uprzejmie otworzył podwoje swoich drzwi, jednak tym razem wyprowadzając go tym gestem z powrotem na chłodniejszy korytarz.
- Żegnam
Czuł jak to jedno, dotkliwie jasne i niepozostawiające wiele złudzeń, słowo i jemu samemu boleśnie wżyna się w uszy. Mimo to nie poprawił się, twardo trzymał wersji, w której lepiej będzie nie robić księgowemu zbytnich nadziei i raz na zawsze pozbyć się jego uciążliwej i ewidentnie szkodliwej obecności. Czekał aż wyjdzie. Niecierpliwie czekał. Za plecami zaciskał palce w pąk pieści. Pilnował się, żeby nie przygryźć nerwowo wargi. Żeby nie patrzyć na Niego za długo. Nic więcej nie mówić. Stać i czekać. Naprawdę bardzo się starał.
W końcu drzwi stuknęły i gospodarz zamiast z miejsca, wiedziony przyzwyczajeniem, przekręcić w nich klucz, powoli się do nich zbliżył i oparł się plecami o twarde drewno antywłamaniowych wrót, czując jak zabrało one całą siłę jego wiotkim, gnącym się pod ciężarem ciała nogom. Wreszcie mógł pozwolić sobie na wypuszczenie przytrzymywanego w płucach powietrza tak mocno, że jego ciało aż się zgarbiło. Tylko po to, by wypełniając je na nowo powietrzem jak sflaczały materac, pozwolić puste miejsca zapełnić dziwną, gorącą sensacją, która wprawiła jego dolną wargę w drżenie. Żeby to powstrzymać złapał między zęby kostkę wskazującego palca zdrowej dłoni i wpatrując się twardo w znowu stabilną, drewnianą podłogę zaczął bardzo powoli się na nią osuwać. Kuło go w piersi. Chciał to przeczekać, ochłonąć od nabuzowania, które atakowało go naprzemiennie wewnętrznymi wybuchami ciepła i zimna. Ale nic nie wymagało – ani normowanie oddechu, ani zaciskanie dłoni na golfie w miejscu mostka, ani przytulanie policzka do chłodnego mebla drzwi. Wyprostował jedną nogę, drugą dla harmonii uginając w kolanie mocniej tylko po to, żeby pochylić się bezsilnie w przód i oprzeć się o niego czołem.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:54 am

Tak bardzo chciał się obudzić… jego myśli rozbiegły się jak szalone ku nieuniknionej zagładzie w kłębach białego szumu, kiedy dotarły do niego słowa będące początkiem końca ich dziwacznej schadzki. Spotkania pełnego bólu, absurdu, ambiwalentnych emocji. I jeszcze jednej części absurdu. Moment, kiedy dłoń ciemnowłosego wysunęła się z okowów jego własnej odczuł zimnem odbitym w całym ciele, zupełnie jakby z delikatnymi palcami Alaude'a wyparowało z niego całe ciepło, zupełnie jakby potrzebował młodszego z nich dwóch do dalszej egzystencji. Labirynt jego własnych emocji uniemożliwił mu przemieszczenie się do salonu za właścicielem apartamentu, mężczyzna bał się, że zagubiony nie będzie w stanie postawić dwóch pewnych kroków na grząskim gruncie kuchennego gresu. Pozostając w kuchni wysłał jedynie swoje ślepia w ślad za młodym Robespierre'em. Marzył o tym, by czas zamarł w miejscu, by mógł zatrzymać się wypalając w jego pamięci obraz czarnowłosego mężczyzny, który w najwyższym skupieniu zajmował się jego własnością. I chociaż metodyczność ciemnowłosego była wręcz przerysowana, szatyn nie odezwał się na ten temat ni słowem, kiedy ten powrócił do znaczonego ciężką obecnością księgowego . Otrzymawszy w końcu z powrotem swoją kurtkę zacisnął na niej palce do zbierania knykci, zupełnie jakby miał nadzieję, że jego palce przenikną przez jej materię ponad wszelką wątpliwość utwierdzając go w przekonaniu, że jednak śnił. Nic jednak bardziej mylnego, gładka skóra pozostawała jak najbardziej materialna, kiedy odetchnąwszy cicho zarzucił ją na ramiona szerokim zamachem. Opuszczenie apartamentu czarnowłosego było dla niego niemalże tytanicznym wysiłkiem. Z każdym, stawianym coraz ciężej krokiem bolesnej uzmysławiał sobie jak bardzo dzisiaj spierdolił sprawę. A potem, z pominięciem wszelkich standardowych, dramatycznych aktów, akcja jego prywatnego przedstawienia rozwiązała się nagle.

    Dwie sylaby.

Tyle wystarczyło, by jego świat jeszcze mocniej zachwiał się w posadach, by wszystko zmieniło się we wszechogarniający zamęt, wybuchnęło nieokiełznanym płomieniem biorącym swój początek w rękojeści wyimaginowanego sztyletu wystającej spomiędzy jego łopatek. I kiedy stał już za progiem wlepiając jasne kule ślepi w te chabrowe, jego twarz nie wyrażała już nic poza obezwładniającym zagubieniem. Stuknięcie skrzydła antywłamaniowych drzwi o framugę wycisnęło z jego płuc dech, który chciał przeznaczyć na wydanie z siebie pożegnania - nie wypowiedział więc nic. Jego ramiona zwisające smętnie po obu stronach dziwacznie zapadniętego torsu spięły się kiedy boleśnie powoli tracił ostatni strzęp kontroli, którego trzymał się jak rozbitek łudzący się, że koło ratunkowe pomoże mu na środku oceanu. Pierwsza łza w meandrach zsunęła się z jego kościpoliczkowej, by zniknąć w pokrywającej szczękę szczecinie zarostu. Nim zdołał opanować swoje nieco wyolbrzymione przez zbyt długie oczekiwanie reakcje, jego dłoń wystrzeliła w kierunku płaszczyzny wrót zatrzymując się na niej z cichym mlaśnięciem. Mężczyzna starając się pohamować nadchodzący potok łez marzył tylko o jednym - by choć przez jedno uderzenie serca jeszcze raz poczuć ciepło emanujące od tak dobrze znanego mu ciała. Dokładając drugą dłoń w okolice pierwszej był w stanie przysiąc, że drewno drzwi faktyczne przekazuje mu energię, która iluzorycznie ogrzewała skostniałe opuszki jego palców. Przepadł. Dłonie zsuwając się biernie po gładkiej lakierowanej powierzchni ustąpiły miejsca zgarbionemu grzbietowi, który z cichym stuknięciem pozwolił mężczyźnie przenieść cały swój ciężar na odrzwia. Opierając się czuł, jak niepewny grunt usuwa się spod jego nóg otwierając pod nim otchłań, z której wydostanie się będzie największym wysiłkiem. Szloch, który spazmem przetoczył się po jego ciele sprawił, że mężczyzna boleśnie opadł do siadu. I zanim jego mózg zdołał ogarnąć całość tego przedstawienia, najbardziej niestabilny księgowy na całej planecie, podciągając kolana ku klatce piersiowej ukrył swoją lekko opuchnięta twarz w drżących dłoniach. Paradoks całości tego zajścia był dla niego niedostrzegalny, a szkoda - pierwszy raz od kilku lat bowiem znalazł się tak blisko Alaude'a - po dobroci oczywiście.

~*~*~

Słyszał kiedyś stwierdzenie, że najciemniej jest tuż przed świtem. Nigdy specjalnie w to nie wierzył. Ciemność zawsze pozostawała ciemnością, nieprzejednaną i niesamowitą zarazem - wzbudzającą niewysłowiony lęk i mamiącą duszę obietnicą rychłej jutrzenki. Minionej nocy, kiedy koszmary podstępnie wypełzły z ciemnego boru, kiedy pół nocy wpatrywał się w cienie kładące się dziwacznymi fantasmagoriami na suficie jego bardziej pustej niż przez ostatnie sześć lat sypialni, kiedy mrok otulal go najczarniejszym z woali - szaleństwem - cichym szlochem przyznał temu zdaniu rację. Jego ciało zatruwały myśli, powracające jak stado spłoszonego ptactwa, kiedy na granicy jawy i snu, w półmroku zasypiania materializowały się po wewnętrznej stronie jego powiek przyjmując postać okrutnych, onirycznych majaków, których bieg niezmiennie dotyczył czarnowłosego mężczyzny. A teraz, pomimo poranka rozpościerającego swe jasne skrzydła nad światem Alastor wciąż czuł gotującą się w jego klatce piersiowej ciemną materię, która swą ciężką bytnością przytłaczała wszystko co znalazło się w jej zasięgu. Był głazem opadającym w centrum szklanego, kruchego uniwersum, trzaskającym na kawałki cokolwiek stanęło mu na drodze - w zapamiętaniu niszczył samego siebie. Stojąc przed lustrem nie poznawał mężczyzny który przypatrywał mu się jasnymi, mętnymi oczyma. Z każdym mrugnięciem rogowkę jego nabieglych krwią ślepi kąsało palące uczucie którego niezaprzeczalnym powodem było niewyspanie. Cienie obwodzące sinym konturem jego dolne powieki połączone z bladością nie wypoczętej twarzy nadawały mu wygląd żywego trupa. Był tak pozbawiony barw, jak to tylko możliwe - zupełnie jakby stanowił jedynie lekki szkic znanego wszystkim Alastora Blancharda - i tylko wykwitłe na jego prawym policzku zaczerwienienie, wspomnienie ciosu, który może nie z wprawą, ale z wielką mocą wyprowadził Alaude, skupiało w sobie jako taki koloryt. A może była to plama opadowa?
Kiedy jego szef zadzwonił do niego wczoraj, późnym popołudniem, by zapytać czy czuję się już lepiej, z lekkim ociąganiem wydusił z siebie mało stanowczą odpowiedź twierdzącą - teraz kiedy cały obolały, o godzinie 6:47 stał ubrany w czarne niczym jego jestestwo spodnie garniturowe i ostro kontrastującą z nimi śnieżnobiałą koszulę, starając się związać równo niebywale upartą wstęgę grafitowego krawatu wokół swojego karku (dlaczego to cholerstwo bardziej przypominało stryczek?!) żałował tego. Jednak pomimo przemożnej chęci odszczekania swoich słów i schowania swojego łba jak najgłębiej w piach wiedział że nie może tego zrobić. Dzień dzisiejszy miał stać się dla Yay!Teque najważniejszym ze wszystkich, począwszy od decyzji założenia niewielkiej firemki - dzisiaj dla całej załogi ważyło się dalsze być albo nie być. I chcąc nie chcąc, główny księgowy był jedną z osób, która musiała zjawić się w sali konferencyjnej TechNoco, do której zaproszenie wystosowano, kiedy rzeczony księgowy zalegał związany na jasnym drewnie. Życie nie oszczędzało mu kolejnych razów, a on nie mając sił, by się ochronić przyjmował je wszystkie, jak policzki wymierzane w twarz przez zawiedzioną kochankę. Ukrywając jasne kule ślepi za woalem powiek po raz kolejny poczuł wyimaginowany piasek trący o delikatną powierzchnię. Spektrum jego emocji z wolna przeobrażało się ze wszechogarniającego smutku w ogromną irytację na samego siebie. Sam nie wiedział co nim powodowało, przyrzekł sobie jednak solennie, że już zawsze będzie myślał odpowiednią głową. Krawat w końcu ustąpił pod naporem smukłych palców przyjmując formę względnie prostego węzła windsorskiego lekko oplatającego męską szyję. Ostatnim szlifem stała się dopasowana, taliowana marynarka kolorem odpowiadająca spodniom. Wszystko leżało idealnie, nijak jednak nie pasowało do umęczonego oblicza, które tej nocy nie zaznało snu jako takiego. Rzuciwszy pod nosem przekleństwo pokręcił łbem z dezaprobatą - spotkanie miało odbyć się o 8:00. A gdyby tak po drodze wpaść pod samochód? Nie poczuje się już gorzej, czyż nie?

~*~*~

Ogólne rozbicie. Stwierdzenie, które stało na jego zwolnieniu w miejscu powodu nieobecności w pracy dnia minionego, nabrało nowego znaczenia, kiedy zasiadł na wyściełanym krześle sali konferencyjnej TechNoco wiercąc się lekko. Czuł się tak, jakby każda jego kość oddzielona została od mięśnia, który w założeniu miała podtrzymywać, jakby jego organy wewnętrzne zamieniły się w półpłynną breję przelewająca się w granicach jego otrzewnej. Po lewej miał swojego szefa, czterdziestoparolatka który z malującym się na okrągłej twarzy uśmiechem, jak dzieciak w lunaparku rozglądał się po pomieszczeniu powierzchniowo niemal większym niż cała jego firemka. Sam główny księgowy jednak mógł jedynie robić dobrą minę do złej gry. Jego jasne ślepia zatoczywszy pojedynczy krąg po sali zakotwiczyły się w końcu na wyzierającym spod jego mankietu dziecięcym plasterku. Powaga nakazywała mu pozbyć się go natychmiast, zdrowy rozsądek ponaglał, jednak żaden ruch, by tego dokonać się nie wydarzył.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:54 am

Im dłużej siedział, tym mocnej chciał wstać i odnaleźć w sobie tę energię, która posypała się po podłodze jak perły z rozszarpanej misternej kolii. Zawsze tak robił, odkąd tylko pamiętał – przeczekiwał najgorszą burzę, a potem zbierał się w sobie i brnął dalej. Tym razem było jednak inaczej - czuł, że gdyby tylko pochwycił w dłoń te kilka pereł, to energia pokierowałaby jego palce z powrotem na klamkę. Nie do klucza, który tkwił w zamku i którego wciąż nie przekręcił. Siedział więc i rozpaczliwie starał się nie szukać - nieistniejących przecież do diaska! - połyskujących białych kuleczek przy nogach mebli, w rogach pokoju, skrytych w puchu białego dywanu, wciąż kołyszących się na gładkim kuchennym blacie, wrzuconych niechcący do pudelka z Discozaurami, czy tych, które sięgnęły już chyba sufitu, wyplute wraz z ostatnim słowem, którym odprawił tego dziwnego człowieka ze swojego domu. Postąpił właściwie. Właściwie, rozważnie i dobrodusznie, i powinien być z siebie zadowolony. A zamiast tego czuł, że nie chcący zaczyna oddychać coraz szybciej. Że emocje zaczynają miotać jego wnętrzem jak w niewyjaśnionym ataku paniki czy histerii, która jeszcze czaiła się za rogiem, ale pozwoliła ofierze odczuć cień swojej siły, który wystarczył by zwalić go przy drzwiach z nóg i zmusić do porzucenia profesjonalizmu i dojrzałości na rzecz skulenia się jak dziecko i bronienia przed sensacjami, których kompletnie nie rozumiał. Których nie chciał. I to kulenie wcale nie pomagało, a wręcz wzmacniało poczucie tego, że zapomniał o czymś bardzo ważnym, że w tej ucieczce przed nagłym nieprzewidzianym problemem, którego nie znał, pomniał o jakimś bardzo ważnym elemencie zwyczajowego dla siebie rytuału. Było to porównywalne do tego, jakby przy robieniu sobie herbaty zapomniał o dodaniu torebki do wrzątku. Albo nie, gorzej. Jakby zapomniał o kubku. Jakby wylał sobie właśnie gorącą wodę na dłoń, w której trzymał torebkę herbaty i dziwił, że postąpił tak skrajnie idiotycznie. Czegoś mu brakowało i to bardzo mocno, do czegoś było mu teraz straszliwie tęskno. A nie powinno, wszystko było tak jak kiedyś, jak zawsze. Tak jak rano. Był w swoim domu, miał czas dla siebie, był piękny dzień, na stole czekało jego ulubione jedzenie, miał się odprężyć i cieszyć. A siedział po drzwiami zwalony z nóg przez dziwne zawirowanie o formie wysokiego, wytatuowanego, najbardziej zbzikowanego księgowego na całym globie. Nie męczył go już strach o jego zdrowie i dobre imię, to sumienie nie dawało mu w obecnej chwili spokoju. Martwił się, przejmował, zdawało mu się, że siedzi już pod tymi drzwiami całe wieki, ale nie słyszał piknięcia windy. Ani odgłosu jej rozsuwanych drzwi. Może ten człowiek jeszcze tam był...? Tylko szaleniec wybrałby schody.
Alaude sięgnął nagle szybko po kilka pereł.
Sięgnął po klamkę i otworzył drzwi z rozmachem, nie zauważając, że umknął mu z głowy moment kiedy zdążył sprężyście podnieść się do pionu – zupełnie jakby przecież zawsze stał w tych otwartych drzwiach. Oddychając głośno z głupią nadzieją szukał dziwnego, pobladłego i smutnego człowieka w rogach eleganckiego korytarza, za kawiarkami i lampami. Umknął wzrokiem na windę i zobaczył, że wskazuje ona swoją pozycję na parterze. Czym prędzej rzucił się w stronę wiszącego niedaleko na ścianie domofonu i wcisnął zero, wykręcając automatyczny numer do ochrony na dole.
Zawisł w przestrzeni z nabranym w płuca powietrzem i czekał na odpowiedź po drugiej stronie. Zorientował się, że nie przymknął drzwi, ale nie dbał o to. Tak, jak nie dbał o fakt, że dłonie drżały mu tak niemożliwie, że słuchawkę przyciskał do policzka oburącz. Drugi sygnał łączenia odezwał się przy jego uchu. Gdzieś tam na dole słyszał jak przepastna otchłań korytarzy i klatek schodowych przenosi gasnące echo świdrującego i irytującego odgłosu telefonu nierozbrzmiewającego w kanciapie ochroniarskiej. Trzeci sygnał. Jeszcze dwa i połączenie się urwie.
- Odbieraj, kurwa... – sapnął umieszczając w tym warknięciu całą swoją nienawiść do ludzkości, włącznie z niechęcią do niesprawiedliwości na świecie, wojen, śmierci, nieuleczalnych chorób, zdrad...
Czwarty sygnał.
Zacisnął powieki tak mocno, że wybuchły pod nimi czaro-białe fajerwerki. Jego ciało było napięte, gotów był ruszyć w stronę windy, do drodze zgarniając z szafki klucze do mieszkania i zacząć nerwowymi przyciśnięciem guzika wzywać windę na górę, by ostatecznie z desperacją wybrać te cholerę schody.
- Halo?
Aż podskoczył, kiedy usłyszał w słuchawce zachrypły i znudzony głos ochroniarza.
- Czy już wyszedł? – wypalił dopiero w drugiej chwili orientując się, że pracownik ma pełne prawo nie rozumieć pytania. Pokręcił głową i zaczesał szybkim ruchem dygoczącej ręki czarną czuprynę do tyłu. - Mężczyzna w czarnej skórze, który przyszedł tu niedawno... Już wyszedł?
Mówił szybko, niespokojnie oblizując co chwila spierzchnięte usta, ale nawet nie obejrzał się na ostygniętą na ladzie kawę, której nikt już nie chciał.
- Taak... Tak, jakieś dziesięć minut temu.
- Coś mówił? – wyrwał się jeszcze zanim mężczyzna skończył wypowiadać ostatnie słowo.
Ochroniarz nawet przez telefon brzmiał na skonfundowanego.
- Nie, Panie Robespierre. Po prostu wyszedł, nic nie mówił.
- Na pewno?
- Na pewno. Mogę w czymś pom...?
Młodszy prezes TechNoco odłożył słuchawkę na tak zwane widełki nie wysłuchując pytania do końca.
Zamknął drzwi i przekręcił klucz.

Co za absurd.

*

Co za cholerny absurd.
Nie mógł spać. Leżał na brzuchu w swoim obrzydliwie wielkim łóżku, w przewietrzonej sypialni wypełnionej świeżym, chłodnym, nocnym powietrzem, na specjalnym materacu mającym zapewniać mu ożywczy sen i być łaskawym dla jego kręgosłupa i karku. Niedaleko cichutko szumiał elektryczny nawilżacz powietrza, na parapecie nad grzejnikiem na podgrzewanym przez świeczkę stojaku ulatniał się wonny olejek mający za zadanie odprężyć ciało. Mężczyzna przygotował i włączył oraz zrobił wszystko tak, by do zera zniwelować wszelki, choćby najmniejszy dyskomfort, który mógłby przeszkodzić mu w spoczynku. Było przyjemnie. W firmie wszystko było w porządku. Nie miał się czym stresować, kolejny dzień miał być przyjemny, miała wrócić jego ukochana, ojciec czuł się nieco lepiej. A i tak mimo tego, że oczy szczypały go domagając się zasunięcia kotar powiek i pozwolenia im na odpoczynek od obserwowania brzydkiego i niesprawiedliwego świata – on wciąż leżał na brzuchu, bezmyślnie pocierając w pacach róg miękkiej poduszki i szukał nazwy na to, co wyzierało mu dziurą w piersi. Na usta ciskała mu się samotność, ale była jednym z bardziej niedorzecznych wyborów, z grupy „strachu przed utratą stabilności finansowej”, „niespełnienia życiowego” czy „obawy o swoją przyszłość” - które były paniczowi Robespierre kompletnie obce. Był w końcu młodym, bogatym, inteligentnym i – przynajmniej jego zdaniem – całkiem przystojnym mężczyzną, skazanym odgórnie na sukces. Miał u boku seksowną narzeczoną, która potrafiła znaleźć wspólny język ze wszystkimi, oczarowywała nawet najbardziej odpornych na urok partnerów biznesowych i była piękną ozdobą na jego koronie. Alaude nie był tak głupi, by twierdzić, że pieniądze mogą zapewnić mu absolutnie wszystko, ale czuł, że ma wiernych mu przyjaciół i oddaną ukochaną – nie powinien więc czuć się samotny. I owszem, Clotilde często wyjeżdżała na sesje zdjęciowe nie rzadko na inne kontynenty, ale oboje dawali sobie tyle swobody, że nie potrzebowali siebie nawzajem przez całą dobę siedem dni w tygodniu. Czarnowłosy uważał to za prawdziwą miłość – pełną zaufania i z dużym wybiegiem, gdyż nigdy nie wierzył w te poetyckie uczucia, które spędzały wytęsknionym kochankom sens powiek. Których nieopanowane zrywy zbywały na bok zdrowy rozsądek, które pozwalały wierzyć w to, że powietrze dobrze smakuje tylko spijane wprost z ust tej drugiej osoby i że dopiero takie pozwala w pełni zasmakować życia...
Takie rzeczy dobrze się czytało w książkach, ale nie istniały... Nie było ludzi, którzy wzdychali beznadziejnie po nocach.
A teraz leżał tu i wzdychał.

Leżał w kompletnych ciemnościach. Jego ciało przeszywało zimno, choć pamiętał, że przecież zamknął okno i na nowo odkręcił grzejniki – to tej pory sypialnia powinna nagrzać się do odpowiedniej temperatury. Ale on już nie był w swojej sypialni. Czuł na twarzy zimne powiewy wiatru, które spychały mu na policzki włosy które były zdecydowanie dłuższe niż zazwyczaj - sięgały końcami jego ust. Czuł jak prócz wiatru na jego twarzy ląduje wilgoć drobnego deszczyku. Było rozpaczliwie cicho, nie widział niczego prócz głębokiej ciemności choć wiedział, że jego powieki są szeroko rozwarte. Wiedział że stoi na czymś chropowatym, w butach o tak miękkiej podeszwie, że czuł każdy zalegający na asfalcie kamyczek. Z jakiegoś powodu wiedział, że to ulica. Że swoi na ulicy. Że pada deszcz, że wieje, że jest bardzo, bardzo późno, a on jest bardzo, bardzo zakochany. I że ktoś, komu w odrapanej kilkusetletniej szkatule złożył w ofierze swoje serce jest tuż obok, zaraz obok - tak blisko, że wystarczyło tylko lekko wyciągnąć dłoń i poczułby znajomy dotyk, prześlizgnął by palcami po materiale rękawa śliskiej skórzanej kurtki i mógł spleść swoje palce z tymi drugimi. Wiedział, że te dłonie będę spore, ale delikatne, że od razu zamkną jego dłoń w swojej z czułością, z którą podchodzi się do wiotkiego, delikatnego zwierzątka. Ale że chwyt ten będzie pewny, zdecydowany. Mimo to Alaude nadal uparcie stał i nie wyciągał ręki. Nie dlatego, że nie chciał, albo, że się bał – on po prostu nie mógł się ruszyć. Mógł tylko czuć. I czuł całym sobą – przeżywał po raz kolejny i kolejny, dokładnie wiedząc co przyjdzie już za chwilę. Coś nie do pokonania, nie do przeskoczenia; coś na co nigdy nie będzie gotowy, a co miało być nieodłącznym elementem jego życia, który od zawsze na zawsze miał napawać go przerażeniem. To były dwa równolegle, żółte światła, które pojawiały się nie wiadomo skąd; to był ryk klaksonu, który rozdzierał się jak potwór za jego plecami; to był ten piekielny, ale ledwie kilkusekundowy ból, który rozdzierał jego ciało na kawałki. Uderzał zawsze wtedy, kiedy Alaude się odwracał, żeby go dojrzeć. A odwracał się zawsze.
I była tylko jedna, jedyna rzecz, która przerażała go bardziej. To, że pewnego razu odwróci się i światła uderzą nie w niego, ale w tego, po którego dotyk nie mógł sięgnąć.

Najbardziej dziwiły go jednak słowa, które zawsze wtedy pchały mu się na jego nieruchome już, martwe usta, kiedy chropowatą powierzchnię miał już nie pod butami, ale pod całym sobą. Kiedy słyszał czyiś szybki rwany szlochem oddech tuż nad głową.

„Poczekaj na mnie. Zaraz wrócę.”

*

Alaude Robespierre podczas już któryś raz w swoim życiu obudził się w swoim domu z krzykiem na ustach.

* * *

Dopiero druga, bestialsko mocna kawa dopijana w samochodzie zdołała utrzymać jego nerwy w ryzach. Czuł, że sam za kierownicą stwarzałby zagrożenie na drodze, więc wynajął na dzień dzisiejszy kierowce, który był już w połowie drogi do głównego budynku firmy, nie spiesząc się i prowadząc uważnie. Mieli jeszcze chwilę czasu, bo po tym jak koszmar pozbawił młodszego prezesa ostatnich nadziei na sen, rozpoczął on swój dzień o spartańsko wczesnej porze. Wziął nieludzko zimną kąpiel, wypił dwie siekiery pod rząd – chyba tylko żeby pobudzić do życia ciało, bo jego mózg pracował na pełnych obrotach – uczesał się, ubrał jeden z lepszych garniturów, które przyjemnie zaznaczały jego figurę, spędził kilkadziesiąt minut na dobieraniu eleganckich i pasujących do okazji spinek do mankietów, i trzy razy zmieniał krawat, żeby ostatecznie zastąpić go ekstrawaganckim plastronem. Tuż przed wyjściem jeszcze raz wypastował buty.
Mieli pożreć małą firmę... Pomóc jej się wybić, pomóc jej zarobić, przykleić ich produktom swoją metkę i zwrócić na nie większą uwagę świata – mieli połączyć siły, ale jednocześnie... To nazwa TechNoco a nie Yay!Teque miała zgarniać z tego największe laury. Patrząc na Alaude'a z boku można by pomyśleć, że stresował się samym spotkaniem, na który pierwszy raz wybierał się sam, a nie w charakterze asysty dla ojca – ale nie było to prawdą. Po prostu czuł się tak skołowany, że rozpaczliwie potrzebował zajęcia, a minuty dłużyły mu się niemiłosiernie. Dlatego czesał, poprawiał, wiązał, zmieniał, sprawdzał, dopieszczał, dobierał, pastował, upewniał, nie myślał.
Wszystko byle tylko nie myśleć.
Droga do pracy była trzy razy dłuższa niż zwykle i nawet wiadomość tekstowa od narzeczonej w skrzynce telefonu wcale nie obudziła w nim prawdziwej, niekłamanej i czystej radości oraz podniecenia – choć w istocie cieszył się, że ją zobaczy i że czeka już na niego w firmie. Był pewien, że się cieszy.

Clotilde z cichym, uroczym śmiechem ścierała mu właśnie kciukiem ślad swojej kusząco czerwonej szminki, który świadczył o gorącym i czułym powitaniu, który sobie nawzajem sprezentowali. Dwójki zakochanych nie speszył nawet zaglądający częściowo do wnętrza gabinetu młodszego prezesa pracownik z grubą teczką pod pachą.
- Panie Robespierre, goście już przyjechali. Są sali w konferencyjnej.
Niech czekają. Pan Robespierre był samotny i się stęsknił – i tylko to sprawiało, że nie mógł spać.
Tylko to. A tej nocy chciał zasnąć. Niech czekają. Jeszcze minuta, może dwie.

Drzwi do sali konferencyjnej otworzyły się i pierwszy wszedł niesamowicie wychudły mężczyzna, który w wyjątkowo młodym wieku już miał problem z zakolami – niosący pod pachą grubą, czarną teczkę wypełnioną dokumentami. Uprzejmie przywitał się zarówno z szefem Yay!Teque jak i z jego księgowym. Dopiero za tym do przesyconej profesjonalizmem sali wszedł młodszy prezes z wysoką, smukłą kobietą, stąpającą na niewiarygodnie wysokich szpilkach z gracją antylopy na swoich długich, kusząco szczupłych nogach, ledwie otwierających drogę do smakowitego wcięcia w talii, zaznaczonego przez spinający białą sukienkę szeroki czarny pas. Na jej szczupłe, przyjemnie zarysowane ramiona lała się burza złotych loków pozostawionych w pozornym, uroczym nieładzie, choć tak naprawdę ta fryzura najpewniej powstawała długie godziny i była dobrze przemyślana. Tej kobiety nie powinno tu być, ale stęskniona spytała swojego Misiaczka czy może iść z nim. Jak mógł więc odmówić temu słodkiemu uśmiechowi...?
W sali więc zamiast czterech znalazło się pięć osób i pierwsze, rzekomo najważniejsze przywitanie nadeszło wtedy, kiedy dłoń uścisnęło sobie dwóch szefów własnych firm. Ale to była kolejna nieprawda ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Najważniejsze nadeszło dosłownie chwilę po tym, kiedy ciemnoniebieskie, przenikliwe oczy zjechały z rozradowanej twarzy starszego mężczyzny i złowiły spojrzenie dwóch niesamowicie, hipnotycznie wręcz jasnych tęczówek, otoczonych od góry czarująco długim i gęstym dachem rzęs, a od dołu... Cieniem kładącym się na papierowo blade policzki; świadczącym o ciężkiej nocy.
Zapomniał. Miał w rękach legitymacje pracowniczą tego człowieka i zapomniał. Zapomniał, że to właśnie jego miał następnego dnia pożreć. Jemu dokleić metkę swojej firmy i swojego nazwiska. Jego posiąść. Jemu płacić. Mieć jego za wasalskiego KSIĘGOWEGO. To ON, Robespierre, miał być pobieżnie tym, który miał dostawać zawał za każdym razem jak dostanie od wytatuowanych rąk kolejne dokumenty do sprawdzenia. I jeden z zawałów właśnie się zaczął.
Obyczaj nakazywał podać dłoń i się przywitać. Zastój Alaude'a trwał sekundę i po jej upływie szybko chrząknął, z tytanicznym wysiłkiem i niebosą siłą zmuszając nagle niemożliwie zgrabiałą dłoń do wyciągnięcia się uprzejmie w stronę Pana Blancharda. Tę dłoń, na której przy kostce wskazującego palca tkwił dolepiony plaster z dinozaurem. Discozaurem.
Jak do tego doszło, do pieprzonej cholery?!
Jak mógł... Jak mógł nie zauważyć tego wcześniej?! Przecież...!
I nim zdążył cofnąć dłoń i pozbyć się tego kłócącego się ze wszystkim dodatku jego dłoń na moment utonęła w uścisku drugiej dłoni – dużej, miękkiej, ciepłej. Takiej która mogłaby od razu odpowiedzieć na oplecenie z nią palców.
Powiedział „dzień dobry”? Albo „witam”? Powiedział czy nie? Otworzył w ogóle usta? Nie pamiętał. Nie pamiętał, na Boga! Kretyńsko było to powtórzyć, więc zbył ten idiotyzm i cofnął rękę, szybko zrywając zeń plaster i chrząknął po raz kolejny, subtelnym ruchem dłoni obejmując podchodzącą bliżej kobietę w pasie.
- Cóż... Panie Morrison, mojej narzeczonej jeszcze nie miał Pan przyjemności poznać. Clotilde. – rzucił szybko, ciesząc się, że może się zająć przedstawianiem przyszłemu partnerowi biznesowemu swojej przyszłej... Żony.
Choć czuł, że wewnętrznie krzyczy i już za moment najpewniej się udusi. Już za chwilę.
- Usiądźmy więc! – zaproponował szef Yay!Teque rezolutnie.
Więc zasiedli.
A Alaude zmienił zdanie; jednak zaczął się stresować tym spotkaniem. I pewnie stresowałby się bardziej, gdyby wiedział, że w kąciku ust wciąż miał niestarty do końca ślad po czerwonej szmince.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:55 am

Metafizyczny ból jego egzystencji po raz szósty zataczał krąg popędzany spojrzeniem jasnych ślepi. Myślał, że skonał już wczoraj, osuwając się bez życia na podłogę ocieplanego korytarza gdzieś u szczytu drogiego apartamentowca, ale okazało się, że jego agonia bezlitośnie się przedłużała. Kiedy jego na wpół przytomne ciało wyniosło się w końcu z chłodnej powierzchni gresu, spod drzwi pod którymi zaległ przytłoczony obezwładniającym smutkiem, sam nie wiedział, gdzie zaczyna się jego drżący kontur, a gdzie kończy nieprzebrane poczucie winy, które oblało go razem z perlistym potokiem łez. Wyrzuty sumienia dopadły go w windzie, otaczając go jak grupa dawno nie widzianych przyjaciół, stloczoczyly się wokół jego marnego jestestwa lepkimi palcami starając się wkupić w jego łaski, by w efekcie, dużo później, na granicy jawy i snu wbijać rozgrzaną szpilę żalu w jego potylicę. Opuszczając lobby wieżowca, które już na pierwszy rzut oka wydawało się bardziej kosztowne niż jego niewielkie mieszkanie, nie odezwał się ani pół słowem do odprowadzającego go wzrokiem ochroniarza, nie ufając swojej nabytej wieki temu zdolności składania słów w logiczną całość. Wszystkie wydarzenia dnia minionego dręczyły go nie pozwalając o sobie zapomnieć ani na mgnienie oka. Jego blada skóra była nader podatna na zewnętrzne bodźce - sam już nie wiedział czy to jego świadomość pod wpływem zmęczenia posyła ku niemu na wpół przytomne majaki, czy faktycznie krzesło na którym zasiadał składało się w całości ze szklanych odłamków, których ostre krawędzie haratały jego ciało zmieniając jego spójną całość w krwawe strzępy. Chciał nie pamiętać - zwyczajnie zapomnieć o wszystkim co uwierało go jak kamień wciśnięty w niewielką przestrzeń dopasowanego buta, taki który pomimo usilnych chęci pozbycia się go zawsze jakimś cudem pozostawał na swoim miejscu. Marzył o tym by wszystko czego dopuścił się w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin okazało się tylko koszmarem - tak jak nocne mary, które przebrzmiałej już nocy nie pozwoliły mu zasnąć, odciskając głęboko w jego mózgu obraz ukochanej twarzy otoczonej aureolą rozrzuconego hebanu włosów przechodzącego ostro w szkarłat krwi na chropawej powierzchni asfaltu. Jego pusty żołądek na samo wspomnienie tego okrutnego zrządzenia losu wywinął dzikiego koziołka - wchodząc do tej sali księgowy miał szczerą nadzieję, że torsje, które od rana wyciskały z niego zabarwione żółcią rzygowiny minęły bezpowrotnie przy trzeciej gorzkiej i diabelnie mocnej kawie, nic jednak bardziej mylnego. Musiał zatchnąć się powietrzem, by zahamować pierwotny odruch i nie ubarwic swoich wizytowych butów warstwą wymiocin - przełknięcie rzeczonych pozostawiło w jego ustach palący posmak.
- Wszystko w porządku? - Joshuah Morrison razem z trzecim ciężkim oddechem, który wyrwał się z krtani Alastora, uznał, że zachowanie jego pracownika wymaga jakiejkolwiek reakcji z jego strony.
W końcu każdy rezolutny przełożony powinien ponad wszystko stawiać dobro swoich pracowników, czyż nie? Zwłaszcza, kiedy pracownicy ci w domyśle sprawowali jedna z najważniejszych funkcji, choćby i w niewielkiej firmie.
- Tak… tak, nic mi nie jest. - głos ciemnowłosego z subtelnością ciśniętego w przestrzeń kamienia przeleciał nad krawędzią muru, który mężczyzna starał się wokół siebie wznieść - mimo tego, że nie do końca był pewien, czy budulec zaprzeczenia okaże się być tym odpowiednim.
Chociaż może kiedy wystarczająco dużo razy powtórzy swoją mantrę, kiedy zlepek słów pozornie bez wartości wystarczająco dużo razy odbije się we wnętrzu jego czaszki i powróci zwielokrotnionym echem uwierzy, że wszystko jest, jak być powinno?

    Alastorze Arielu Blanchardzie, nic ci nie jest…

Kilka minut później sam już nie wiedział, które z jego uczuć jest prawdziwym. Był blisko uwierzenia, że tak naprawdę nigdy nie znał żadnego Alaude'a, że to tylko jego wynaturzone jestestwo podsuwało mu złudne wrażenie, że ostatnie okruchy jego serca biły nieskoordynowanie wydając z siebie echo imienia które, bądźmy szczerzy, nigdy nie istniało. Gdzieś pomiędzy jednym urywanym oddechem, a drugim tak bardzo chciał się oszukać, dotknąć sklepienia swojej czaszki, które okazałoby się być zbudowane nie z litej kości, a papier-mâché, który ustąpiłyby pod jego palcami pozwalając usunąć obraz przenikliwych chabrowych oczu z jego pamięci - zwyczajnie wyrwać go z wnętrza czerepu i cisnąć w niebyt. I kiedy już czuł wiarę w to wszystko ocierającą się o koniuszki jego palców, kiedy bliski był pochwycenia się czegokolwiek, co pozwoliłoby mu przestać myśleć, dwuskrzydłowe drzwi rozwarły się z rozmachem. Profesjonalizm był tym, czego tak wielce potrzebował. Namiastką normalności, której łakną całym sobą. Podnosząc się z krzesła na swoją pełną wysokość, machinalnie zapiął górny guzik dopasowanej marynarki. Tak, schematy - oto najbezpieczniejsze co mógł w tym momencie zrobić, odciąć się od myśli, pozwolić nawykom prześlizgującym się wzdłuż jego rdzenia kręgowego w elektrycznych impulsach tchnąć życie w odpowiednie grupy mięśni jego ciała. Mężczyzna, który zaszczycił swoją obecnością przedstawicieli Yay!Teque został przywitany z zachowaniem odpowiedniej etykiety. Kiedy szatyn uścisnął jego dłoń odniósł jednak wrażenie, że nie jest on osoba predystynowaną do przeprowadzenia z nimi dzisiejszego spotkania. Odgłos kolejnych kroków za stale otwartymi drzwiami utwierdził go w przekonaniu, że ma rację. Udając uprzejme zainteresowanie przeniósł wejrzenie na otwór drzwi… a później było już tylko gorzej. Jego pieczołowicie dobrana maska składająca się z niedomówień strzaskała się w drobny mak, by razem z murem zaprzeczenia rozsypać się u jego stóp. Widmowy pył niedowierzania pokrył jego idealnie wypastowane buty, kiedy on sam zapomniał jak właściwie wziąć oddech, kiedy każdy kolejny haust powietrza wypełniał jego płuca ogniem raniącym jego wnętrze. Dlaczego młodszy prezes osobiście zajmuje się przejęciem nic nie znaczącej firemki? Jakim cudem to wszystko ma miejsce? Jego wnętrze wypełniał niemy krzyk, który wznosił się i opadał w nieznośnym vibrato. Ile jeszcze razy będzie zmuszony nadstawić policzek, by przyjąć nań zamaszyste uderzenie losu? Ten w którego istnienie zwątpił kilka minut wstecz, jak najbardziej materialny znów pojawił się w jego ‘tu i teraz’ obracając w niwecz pozorne poczucie bezpieczeństwa. A przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co może się stać - do cholery, ta firma należała przecież do jego rodziny! Buczenie, które wypełniło jego głowę, zdawało się brać swój początek w jego zaciskających się i na przemian rozluźniających palcach. Przez chwilę miał wrażenie, że jego ciało w wyrazie niemego buntu przed jawnymi nadużyciami minionej doby postanowiło ukarać go odbierając mu całkowicie zdolność jakiegokolwiek poruszania. Marazm
Dłoń czarnowłosego zawisła w dzielącej ich przestrzeni pełnej niewypowiedzianych słów, które nie mogąc pomieścić się w ściśniętej krtani Alastora wysypywały się z jego półotwartych ust, by z łoskotem opaść na szarą powierzchnię wykładziny. Jasne ślepia księgowego zdawały się być pozbawione jakiegokolwiek życia - zupełnie jakby przynależna im iskra wygasła na wzór starej gwiazdy pozostawiając po sobie jedynie chmurę pyłu na tle nicości. I chociaż ze wszystkich sił starał się zapobiec temu, uśmiech który pojawił się na jego twarzy tylko spotęgował otaczającą go aurę smutku, sprawiając że ta stała się praktycznie nie do zniesienia. Dłuższa prokrastynacja nie miała żadnego sensu, jego ślepia osunęły się niebezpiecznie powoli z twarzy Robespierre’a na wyciągniętą w profesjonalnym geście rękę. Tytanicznym wysiłkiem złożył odpowiednio zdrętwiałe wargi, by wyrzucić z siebie jednym tchem:
- Witam, panie Robespierre. Bardzo miło mi pana poznać. - kolejne niewypowiedziane słowa skotłowały się wokół jego kostek tworząc beznadziejną plątaninę pozbawionych wydźwięku wyznań.  
Jedno uderzenie tętna zajęło mu uwięzienie mniejszej dłoni w uścisku jego własnej. Kolejne przyniosło absurdalną myśl, że oto dwa Discozaury wyszły sobie naprzeciw ciesząc się możliwością ponownego spotkania. Trzecie z kolei ofiarowało mu przejmującą pustkę, w ciszy której jego dłoń opadła biernie w kierunku biodra. Wmawianie sobie profesjonalizmu stało się nagle największym kłamstwem unoszącym się ciężko tuż pod nawałą wielkiego pomieszczenia. Lekkie wzdrygnięcie które skurczem prześlizgnęło się po całym ciele mężczyzny ujście znalazło w palcach dłoni, które spięły się lekko, by po tym zacisnąć w pięść - zupełnie jakby to jego skóra została właśnie w bolesny sposób pozbawiona bliskiego kontaktu ze skrzydełkami dziecięcego plasterka.
Jeżeli wcześniej odebrał pojawienie się Alaude'a jak kolejny wymierzony w jego twarz, siarczysty policzek, wypowiedziane przez niego właśnie słowa okazały się być ciosem wyprowadzonym z chirurgiczna precyzją prosto w jego splot słoneczny. Powietrze zatrzymało się w jego krtani doprowadzając do (jak to możliwe?!) jeszcze większego odpływu kolorów spod pergaminu jego skóry.  Dwa brakujące oddechy później jego ciało postanowiło zadać mu zdradziecki cios, tym razem faktycznie mszcząc się za czyny, jakich Alastor podjął się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin. Ból, zupełnie znikąd, zyskał znamiona czysto fizycznej sensacji, która zaatakowała go z zajadłością wściekłego psa, szarpiąc na kawałki szara istotę jego mózgu, zadając coraz to dotkliwsze rany, doprowadzając do ukrycia jasnych, pozbawionych światła ślepi pod kotara powiek. I chociaż jego jestestwo przestało odbierać zewnętrzne bodźce, jego odsunięcie się na krzesło idealnie zbiegło się w czasie ze zdaniem wyrzuconym przez nagłośnię jego obecnego przełożonego. Nie był w stanie zanotować choćby najmniejszej części nic nie znaczącej wymiany dalszych uprzejmości i rozmowy na chwilę zahaczającej o temat pogody. Usilnie starał się unieść powieki. I mimo tego, że odniósł na tym polu sukces nie był w stanie zogniskować wierzenia na czymkolwiek.
W jego głowie przebrzmiałe echo gasło właśnie pochłaniane przez lepki woal ciemności materializujący się przed jego oczyma pod postacią roju tańczących mroczków.

    Alastorze Arielu Blanchardzie, nic ci nie jest…

Z tym, że kurwa, niekoniecznie. Chropowata wykładzina odbiła na jego policzku swoją fakturę, kiedy z łoskotem opadł z krzesła w jej objęcia.
- Blanchard!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:56 am

To miał być dzień jak przypuszczalnie każdy inny. Obecność prezesa lub młodszego prezesa (w sytuacji niedysponowania tego pierwszego) była obligatoryjna nie tyle ze względu na to, że nikt prócz nich nie mógł podjąć decyzji o przyłączeniu i objęciu swoją marką innej firmy – Robespierre już od dawna dał na to zgodę i wymagany był tylko urzędnik, który wszedł do sali pierwszy. Jednak obecność samej głowy firmy zawsze robiła dobre, psychologiczne wrażenie – dzięki temu goście czuli się ważniejsi, przyjmowani jak rodzina, a nie kolejna... Narośl. I tak faktycznie było TechNoco było ogromne, ale tylko dlatego, że podlegało mu mnóstwo mniejszych firm, z którymi utrzymywało świetne stosunki i zawsze mogło liczyć na ich oddaną pracę. Yay!Teque wraz z jego świeżymi pomysłami miał być kolejnym członkiem tej wielkiej rodziny, przyjmowanym z równymi honorami i oddaniem. Firma była wielkim dzieckiem dla każdego ojca, który poświęcił życie by ją stworzyć – rozumiał to starszy Pan Robespierre i tę wartość od dziecka wbijał synowi do głowy – szacunek do takich ludzi jak Pan Morrison. Do niego i do dzieła jego życia, w które włożył mnóstwo energii i stresu; po to, by pokazać mu, że podjął on dobrą decyzję oddając je w dłonie, które właściwie się nim zaopiekują i pozwolą mu wreszcie rozwinąć skrzydła oraz dać szerszej publiczności to w czym jest najlepsze. W dłonie pewne i pełne profesjonalizmu. Dłonie, które w tej konkretnej chwili dygotały chowane pod blatem stołu.
Alaude dokładnie wiedział jak zaczynać takie spotkania, wiedział, że nie musi się spieszyć, bo kolejnego interesanta ma umówionego dopiero późnym wieczorem, ale i tak jego myśli z każdym drgnieniem kruszyły się coraz mocniej, na moment ulatując w powietrze ja wiórki palonego drewna znad ogniska, a następnie tańcząc przed jego oczami opadały miękko na podłogę. Nie potrafił... Po prostu nie mógł włączyć się w snującą się gdzieś przed jego oczami rozmowę, która potrącała jego szybujące myśli i ciekła po stole przyjemnie ciepłym strumieniem, pokrywając wypolerowany drewniany blat połyskującą, wilgotną warstewką. Patrzył na nią, czując że musi odciąć się choć na krótki moment od rzeczy, które „musiał zrobić”. Że musi odetchnąć, otworzyć okno, wziąć głęboki oddech pachnący dużym miastem, przejść się, usiąść w miękkim fotelu w swoim gabinecie. Że musi poluzować krawat duszący go jak sznur stryczka, że nie powinien się tak denerwować, że to już zamierzchła historia, że wczorajszy dzień zakrył się już dawno stuletnim kurzem, którego nie chciał strzepywać.
Robespierre był niewymownie wdzięczny swojej narzeczonej, że ta całkowicie naturalnie na moment przejęła panowanie nad rozmową, kiedy zorientowała się, że sama nie tak dawno weszła w posiadanie jednego z produktów Yay!Teque i może osobiście pochwalić zakup samemu prezesowi. Pan Morrison poruszony tą wieścią na dłuższą chwilę również dał się pochłonąć tej rozmowie, z zadowoleniem i szczerą wylewnością przyjmując wszystkie komplementy. Nie był on człowiekiem sztucznie eleganckim, na salonach zjedliby tego dobrodusznego mężczyznę jako zakąskę... Właśnie dlatego na jego aktualnym etapie rozwoju jeśli chciał iść dalej musiał albo przerodzić się w pozbawionego uczuć i empatii potwora, albo poszukać zwierzchnictwa kogoś takiego. Na przykład Alaude'a Robespierra, który na bankietach za otoczką komplementów wgniatał rozmówców w ziemię jeśli ci zagrażali jakkolwiek interesom jego rodziny i pokrewnych TechNoco firmom. I robił to z niekłamaną rozkoszą, niczym wampir upojony własną niesławą.
Mimo to w tej konkretnej chwili wcale nie przypominał kogoś takiego – potwora bez uczuć, gotowego przeć przez wszystko dla owoców i zysku. Wręcz wyglądał jak nieco zduszone, spłoszone dziecko, które znalazło się w nieodpowiednim miejscu i piszczy wewnętrznie, blade wargi mając mocno zaciśnięte. Zauważył to dopiero lekko nudzący się uprzejmą rozmową urzędnik, który przyjrzał się pochłoniętemu myślami prezesowi z uwagą, po czym przesunął nieco głośniej dokumenty nieomal wprost pod jego nos, wyrywając go z otumanienia.
- Zatem przedmiotem naszego dzisiejszego spotkania jest przejęcie przedsiębiorstwa „Yay!Teque” należącego do Pana Morrisona przez „TechNoco” należące do Anatole'a Robespierre i syna w osobie Alaude'a Robespierre. Przejęcie będzie pełnowymiarowe: zarówno z ówczesnym prezesem jak i wszystkimi pracownikami z zachowaniem ich dotychczasowej pozycji. Firma dostanie przyzwolenie na opatrywanie swoich produktów logiem TechNoco, spreparowanym specjalnie na ich potrzeby tak, by poniżej zawierało się pomniejszone wcześniejsze logo Yay!Teque. Na tych prawach będzie mogło...
Słowa płynęły, Pan Morrison co jakiś czas kiwał głową dając znać, że wszystko rozumie, a jego nieodłączny towarzysz właśnie ucinał sobie drzemkę na podłodze.
Chwila... CO?!
Pierwszy zareagował starszy mężczyzna, który natychmiast sam znalazł się w przyklęku na ziemi, i starał się podnieść przynajmniej przelewający mu się przez ręce tułów pracownika. Urzędnik wstał, wychylając się przez stół, żeby zobaczyć co się stało, Clotilde zakryła czerwone usta zgrabną dłonią, a Alaude... Alaue podjął kolejną głupią decyzję.
- Zanieśmy go do mojego gabinetu!


Oczywiście, że był to zły pomysł, powinni byli zadzwonić do szpitala, ale zamiast tego Pan Morrison i jaśnie Panicz Robespierre postanowili własnoręcznie przetransportować zemdlonego do gabinetu dwie sale dalej – całe szczęście znajdującego się na tym samym piętrze. To musiało być dopiero widowisko dla innych pracowników... Pewnie myśleli, że złożona w sali oferta była tak dobra, że aż zwaliła interesanta z nóg. Dosłownie.
Pan Blanchard spoczął na wygodnej, skórzanej sofie pod ścianą. W tym czasie przez uchylone drzwi zajrzała zdumiona sekretarka prezesa - w samą porę kiedy była potrzebna. Alaude wyłowił ją wzrokiem.
- Penelope, szklanka wody, proszę – rzucił, a kobieta kiwnęła głową i natychmiast pognała po zamówienie.
- Ja mam sole trzeźwiące gdzieś w torebce, zaraz je przyniosę! – wyrwała się Clotilde, która szła całą drogę przed nimi i otwierała im drzwi. Wyglądała na bardzo przejętą, bo pierwsza posprawdzała temperaturę na czole i policzkach księgowego, wspominając, że jest okropnie zimny. Kiwnęła głową w stronę swojego narzeczonego i też znikła w drzwiach kierując się do windy, by zjechać na dół i odebrać swoją torebkę z bezpiecznej szatni. Sole trzeźwiące były czymś, co ponoć nosiła przy sobie każda modelka – przez niedojadanie i gonitwę ku wymarzonej figurze czasem podczas sesji padały jak muchy.
Tylko Pan Morrison jeszcze się nie odezwał, trwając przy pracowniku i wpatrując się w niego tak intensywnie, jakby miał nadzieję obudzić go samym spojrzeniem. Wręcz podskoczył, kiedy poczuł dłoń Alaude'a na ramieniu i spojrzał na niego z rozpaczą.
- Bardzo Pana przepraszam... – zaczął nieco skołowany najwyraźniej sądząc, że prezes wielkiej firmy będzie miał mu za złe ten cyrk. Co za niedorzeczność!
Czarnowłosy pomimo tego, że jego żołądek ściskał się właśnie w ciasny supeł, przywołał na twarz życzliwy uśmiech.
- Nic się nie stało Panie Morrison. Takie spotkania zwykle budzą wiele emocji. Przeniesiemy je może na czas, kiedy Pański pracownik poczuje się lepiej? – I kiedy sam Alaude poczuje się lepiej? Był pewien, że jeszcze moment, a dołączy do śpiącego na kanapie mężczyzny i rozpoczną tym samym epidemię narkolepsji.
Prezes Yay!Teque pokiwał głową pocieszony i sięgnął do kieszeni marynarki po telefon.
- Myśli Pan, że powinniśmy po kogoś zadzwonić, czy czekać?
- Myślę, że może Pan zadzwonić pod 112 i dopytać osoby, która lepiej zna się na takich przypadkach, w najgorszym wypadku wezwać ratowników – mówił z opanowaniem, na które nie było stać jego rozbisurmanionego wnętrza. Patrzył jak starszy mężczyzna zgadza się ochoczo z tym pomysłem i wymija go, wybijając trzycyfrowy numer na klawiaturze dotykowej. Wyszedł z gabinetu, przymykając za sobą drzwi.
W przestronnym, eleganckim pokoju emocje nieco opadły, kiedy większość osób opuściła jego progi, ale przez to Alaude znowu został z nieprzytomnym księgowym sam na sam. Zerknął na rozłożone na kanapie ciało i zaklął pod nosem nieprofesjonalnie, luzując krawat i odpinając dwa guziczki koszuli spod szyi.
Znowu nie potrafił się powstrzymać przez zerknięciem w stronę poszkodowanego. Alastor był blady jak śmierć, jego usta były papierowe, spierzchnięte tak jakby od tygodni nie zasmakowały choćby kropli wody. Przez jego bladą skórę, zwłaszcza na cienkich powiekach, przebijały się niebieskie żyłki, poniżej rzęs na zarośnięte policzki lał się cień zmęczenia i niewyspania. Robespierre poruszył się niespokojnie. Przypomniał sobie artykuły, które czytał wczoraj czekając niecierpliwie na sen – te odnoszące się skutków złego nastawienia barku. Dotyczyły one między innymi ucisku na tętnice, który mógłby doprowadzić nawet do zawału...
Czy to był zawał...?
Nawet nie spostrzegł, kiedy sam znalazł się tuż obok sofy, pochylając się nad mężczyzną. Blanchard oddychał spokojnie, śnił się zdaje o czymś, bo pod powiekami jego oczy poruszały się leniwie na boki. Ale poza tym był nieruchomy i zamknięty w klatce oficjalnego garnituru... Musiało być mu upiornie niewygodnie i gorąco.
- Czego się tak przestraszyłeś...? – bąknął, zrzucając tę reakcję na trwogę. Wyciągnął dłonie w stronę mężczyzny i odwiązał krawat z jego szyi zdejmując go całkowicie i przewieszając przez oparcie siedziska. Wszystko delikatnie, bez pośpiechu i niepotrzebnej brutalności. - Przecież nie zabiorę ci miejsca pracy. Będziesz zarabiał więcej, patrzył jak mała firemka się rozrasta... Nie ma czego się bać. – mruczał, rozpinając marynarkę i rozrzucając jej poły na boki, a następnie odpinając guziczki na zgrabnej szyi, zauważając, że zajmuje mu to więcej czasu niż zazwyczaj. Jakby specjalnie się ociągał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:57 am

Zanim nieprzytomny księgowy z odpowiednim ku temu akompaniamentem szelestu dopasowanej marynarki odsunął się na podłogę, jego zdrętwiałe wargi ułożyły się w kształt przekleństwa ponaglane gasnącym widmem jasnych ślepi umykającym w głąb czaszki. Żaden dźwięk nie opuścił jednak jego krtani, pozwalając obecnym oszczędzić uszy przed bezecnymi frazami, jakie standardowo towarzyszyły nieoczekiwanemu. Bo oto, co się właśnie działo - ciało szatyna zupełnie niespodziewanie postanowiło z całą mocą uderzyć w resztki ściany logiczności i sensu - biorąc ku temu rozpęd i nadstawiając nań przepełnioną ciężkim absurdem czaszkę - by tym samym obrócić nadwątlony mur w pył. A wszystko to przez jedno zdanie, które pozbawiło go tchu, które sprawiło, że jego serce opuściło kilka uderzeń nie dostarczając odpowiedniej ilości tlenu do wrzeszczącego o ów mózgu. Cały ten cyrk brał swój początek w zwerbalizowanej frazie, która doprawiona gestem pełnym czułości okazała się być bardziej gorzka niż strychnina, choć równie śmiercionośna. I tylko świat niepomny na wielki dramat jednego z milionów rachmistrzów znajdujących dom na jego powierzchni wciąż wirował, z każdą sekundą zbliżając się ku nieuchronnej zagładzie. Moment, kiedy wątła sylwetka zjechała już z krzesła w objęcia szorstkiej wykładziny, kiedy Morrison starał się że wszystkich sił utrzymać rozpadające się truchło jego pracownika, był tak bardzo nie na miejscu jak to tylko możliwe. Wczorajsze, hitchcockowskie trzęsienie ziemi nie zdążyło jeszcze przebrzmieć, chroniąc się pod podkładami kurzu, a oto Alastor fundował swemu uniwersum kolejny kataklizm, o sile od której ziemia mogłaby się rozstąpić. Napięcie, za radą klasyka, zdawało się stale intensyfikować, powiększając niestrudzenie swoje spektrum. Niewypowiedzianie ciekawą będzie chwila, gdy naprężenie wydostanie się w końcu poza skalę - zdawać by się mogło bowiem, iż moment ten objawi się spektakularną eksplozja wszechświata, która swym blaskiem przyćmił wszystkie słońca. A w centrum wszystkich zgliszczy pozostanie on - supernowa. Oby tylko nie zadał dotkliwych ran tym, którzy pomimo samodzielnie wmawianie sobie głupoty, postanowili mu pomóc. Cóż, gwiazda odgrywająca postludium swojego spokojnego życia była przecież niewypowiedzianie gorąca…

Przeniesienie ciała, które lecąc przez ręce nie było, w najmniejszym nawet stopniu, w stanie pomóc w takim manewrze było, doprawdy, wyzwaniem! Zwłaszcza, kiedy owe ciało należało do rosłego mężczyzny, który po raz kolejny w ciągu niepełnej doby stracił przytomność na rzecz lepkiego płaszcza bezwładu. Pomimo niezaprzeczalnego faktu, że pracownicy TechNoco darzyli młodszego prezesa szacunkiem (podbitym lekka szczeciną lęku), wiele głów zwracało się ku temu cyrkowi z delikatnym przebłyskiem rozbawienia kładącym się na krzywiźnie ich oczu. A przedstawienie trwało w najlepsze, zmierzając do rozwinięcia swojej akcji na skórzanej kanapie prywatnego gabinetu młodszego prezesa. Kiedy to gwiazdor tego poranka, predestynowany przez los do wycierania podłogi w miejscach całkowicie ku temu niezdatnych spoczął na miękkim siedzisku, kolor jego twarzy i szyi zdawał się zalewać z barwą okalającej jego ciało koszuli. Gwiazdy ostatnia muzyka wydała z siebie ostatni takt, pozostawiając jedynie zimno na pozbawionej barw skórze policzków. Zdawać by się mogło, że beznadziejność tej chwili była tak wielka, że aż nieprzekraczalna. Wszystko zmieniło się jednak, gdy dłoń Alastora zsunęła się z podparcia, jakie oferowało jej miękkie siedzisko. Mężczyzna o mały włos nie opadł z powrotem na podłoże, ratowany jedynie szybką reakcją Morrisona. Wszystko było tak dalece nierzeczywiste… i tylko powolny oddech szatyna świadczył o tym, że ten jeszcze żyje. Jego aktualny przełożony sam nie mógł zebrać myśli, poddany ogromnemu napięciu. Młody Blanchard od wczoraj zachowywał się jakby postradał zmysły, by dzisiaj, na najważniejszym spotkaniu w życiu Josha Morrisona, dotrzeć na szczyt wariactwa, by po tym stoczyć się z niego z największym rumorem na jaki było go stać. A przecież był pytany! Przecież kurtuazyjne zdanie padło z ust jego przełożonego, podszyte ułudą jakiejkolwiek troski! Teraz, kiedy Morrison już pewniejszy gruntu pod stopami opuszczał gabinet z jasno postawionym przed nim zadaniem poczuł się lepiej. Obecność Blancharda od rana była niebywale ciężką, teraz jednak, nieprzytomny, roztaczał aurę tak obezwładniające smutku, że nabranie głębszego oddechu w jego otoczeniu wydawało się niemożliwe! Mijając się w drzwiach z sekretarką Robespierre'a ukłonił się jej lekko. Kobieta śpiesznie odstawiła szklankę wody na stolik tuż obok sofy. Życie nauczyło ją nie zadawać zbyt wiele pytań - milcząc więc przesunęła zaciekawionym wzrokiem po nieprzytomnym mężczyźnie, by po tym zniknąć na podobieństwo ducha, kompletnie niesłyszalnie.
W środowisku akademickim od lat trwał spór o to, czy omdlały umysł jest w stanie wytworzyć coś, co możnaby nazwać snem. Podstawowym problemem było ponoć to, że niedotlenienie wyłączało większość funkcji mózgu, który w momencie ograniczonych zasobów skupiał się jedynie na podtrzymywaniu podstawowych funkcji życiowych. Który jednak z przemądrzałych profesorów kiedykolwiek doprowadził się do stanu, który prezentował sobą właśnie zalegający na sofie, półżywy księgowy? Nie… uwięziony w klatce swojej pamięci, sięgającej wstecz dalej niż wydawało się to możliwe, obserwował drżące życzenia jego zmęczonego jestestwa. Zawieszony pomiędzy okropnym teraz, a upragnionym kiedyś, śledził krzywizny blizn pokrywających jego serce - organu który pozornie nie miał nic wspólnego z uczuciami jako takimi, acz w romantycznych wyobrażeniach zawsze stawał się tym najważniejszym w kontekście miłości. Ciężki ścieg szwów przetarł się w kilku miejscach, pozwalając mięśniowi po raz kolejny broczyc krwawymi łzami. Sen, który rozłożył swe iluzoryczne skrzydła w męskim umyśle traktował poniekąd o nim samym, pokazując mu jak dalece zabrnął w szpony nonsensu. Unosząc się w pustce stracił całkowicie postać, pozostał mu jedynie rys. Nie mogąc poruszyć choćby pojedynczą wiązka mięśni stracił swą twarz, stał się niebytem… wspomnieniem o zatartym kolorycie. Resztki szczęścia ześlizgiwały się przez jego zdrętwiałe palce, którymi nie był w stanie poruszyć. I kiedy już miał nadzieję zniknąć kompletnie, historia zaczęła toczyć się od nowa. Z jednym dysonansem - blond kosmyki nie należały do niego, delikatne dłonie i czerwoną szminka także. A uśmiech Alaude'a nie był skierowany ku niemu. Tęczówki dostrzegalne przez pergamin jego powiek poruszyły się niespokojnie. Wciąż unosił się pomiędzy. Wrzask narastający w jego wnętrzu utknął w okolicach jego zaciśniętej krtani. Uczucie rozdarcia, które mu towarzyszyło wzrastało z każdym kolejnym uderzeniem bolącego jak diabli serca. Wynaturzone wspomnienia ślizgały się przed jego oczyma do momentu, kiedy zacisnął powieki tak mocno, że wyimaginowane fajerwerki zajęły miejsce blond loków i wpatrzonych w nie chabrowych oczu. A potem wrzask w akompaniamencie rwanego oddechu opuścił jego nagłośnię rozrywając ją na dwoje.
Pustka w której wibrowało jedynie echo jego własnego krzyku poczęła się z wolna rozpadać na drobne kawałki, każdy z nich opadając dopuszczał ku niemu więcej światła. A później ku umęczonej egzystencji przedarł się głos, który Alastor rozpoznałby wszędzie. Chłód dłoni, która z zaskoczenia owinęła się wokół przedramienia młodszego prezesa TechNoco zdołał przedostać się przez materię zarówno koszuli jak i marynarki, by ukąsić lekko powierzchnię gładkiej skóry. I chociaż kotary powiek pozostawały zsunięte, widmo tęczówek widocznych przez ich cienką warstwę przestało poruszać się zwiastując nadchodzące przebudzenie księgowego.
- Boję się niepamięci, Robespierre. To co Pan wymienił zdaje się pozornie ważne, jednak nijak ma się do masy myśli kotłujących się w mojej głowie. W tym momencie nie ma to dla Pana żadnego sensu - wszystko co odczuwam, co pamiętam, czego tak bardzo łaknę - znaczenie tego zatarło się nagle kilka lat temu i nie ma zamiaru powrócić. To mnie przeraża. - czy to jedynie wyobraźnia, czy spierzchnięte usta faktycznie wydały z siebie ciche niczym westchnienie frazy? - Przepraszam…
Jasne ślepia rozwarły się w końcu krzyżując się z tymi chabrowymi. Bliskość była dziwacznie upajająca - zupełnie jak słabe wino, pozornie tylko nie uderzające do głowy. I chociaż jego ciało wręcz wrzeszczało, jego dłoń ześlizgnęła się z prezesowskiego przedramienia, opadając na przód jego niedopiętej koszuli.
Postanowienie, by wstać zdawało się przyjść zbyt szybko, zwłaszcza biorąc pod uwagę osłabienie, jakie spadło na jego ciało w momencie, kiedy jego stopy zsunęły się na spotkanie podłoża, a tułów nienaturalnie wolno uniósł z miękkiej powierzchni sofy. Alaude chcąc, nie chcąc, musiał wykonać krok w tył.  Czerwona wstęga bezsilnej złości owinęła się wokół jego czaszki, kiedy boleśnie przypomniał sobie ostatnie godziny, dni, kurwa, lata! Walczył do cholery o ten jeden moment, chwilę w której ukochane oczy spojrzą na niego tak jak kiedyś. Niewspółmiernie do swoich starań, do swojej wierności i całej zakorzenionej w nim miłości, otrzymał jedynie ból i rezygnację. Jego ręce zostały złamane o jeden raz za dużo. Przyjmując w końcu pozycję siedząca zachwiał się jak faktycznie pijany.
- Ale wiesz co? Jebać to. Uznajmy, że nic nie miało miejsca. Że tak naprawdę jestem tylko nieznajomym ci wariatem. A może kiedyś, w środku nocy, ja sam w to uwierzę. - rezygnacja zupełnie nagle zamieszkała się z kilkoma kroplami gniewu, który jak jad ranił jego krtań, rozsiewając wokół mgiełkę kwaśnych kłamstw.
Mężczyzna strzepując z ramion marynarkę zaczął odpinać guziki mankietów swojej koszuli, by w efekcie podwinąć jej rękawy w okolice łokci. Płótno jego skóry zafalowalo pod wpływem nagłej sensacji - jego zimno w konfrontacji z ciepłem powietrza wypełniającego prostopadłościan gabinetu wyrysowalo na wcześniej gładkiej powierzchni delikatny wzór gęsiej skórki. Wspierając ciężko przedramiona na udach zgarbił się ponownie wydając z płuc oddech, który przy odrobinie dobrej woli byłby w stanie wyczarować lodową warstewkę na powierzchni wody, w znajdującej się niedaleko od niego szklance. Ciemny bór zafalował, zupełnie jakby chciał wezbrać wokół przyklejonego w okolicach jego runa plastra deklamującego wielką dzielność Alastora. Odwagę i śmiałość, której w tym momencie próżno było szukać we wnętrzu czaszki księgowego. Jego szczęka drżała, kiedy poddawał ją naciskowi tak wielkiemu, że jego zęby już prawie, prawie samoistnie krzesały iskry bezsilności. I chociaż uzewnętrznienie byłoby dla niego zapewne bezpieczniejszym wyborem, pozwalał bezradności ucztować na jego największych lekach, podczas gdy on sam wpatrywał się biernie w przestrzeń zmętniałą krzywizną ślepi. Kochał. A w nagrodę dostał jedynie żal, który lodowym szpicem atakował jego mózgowie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 156


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:58 am

Gabinet młodszego prezesa TechNoco zawsze kojarzył mu się z ciężką pracą, z nakładaniem na siebie dziesiątek tysięcy kilogramów odpowiedzialności za setki pracowników, podejmowaniem istotnych, znaczących decyzji i przygotowywaniem się na niekończącą się listę spotkań i konferencji. Kojarzył się z ciągłą pracą, w której ewentualne wyciśnięte minuty wolności i przerwy spędzał właśnie na skórzanej sofie. Leżąc i rozmasowując skronie, próbując uspokoić myśli i pozwalając, by skóra siedziska spiła zmęczenie z jego własnej. Skóra sofy, na której zaległ właśnie nieplanowany gość. Alaude odpinając denerwująco maleńkie guziczki jego koszuli przez moment zamartwiał się czy aby wszystkie złe wibracje, które wcześniej oddal temu siedzisku, nie zalewają właśnie osłabionego mężczyzny. Wszystko wyglądało tak, jakby widoczne zza papierowo białej i równie cienkiej skóry faktycznie wypełniał mocny jad, który wypijał ze swojej ofiary całą energię. Zacierał subtelną granicę pomiędzy chorobliwie bladą skórą, a wcześniej choć lekko zaróżowionymi, spierzchniętymi wargami. Przez to Pan Blanchard wyglądał prawie tak jakby... Naprawdę umierał. Wczoraj chociaż jego skóra była ciepła, a tu, kiedy Alaude rzekomo niechcący przesunął wierzchem palców po jego szyi, to nawet w tak newralgicznym miejscu był chłodny jak poranny prysznic. Młodszy prezes spojrzał w kierunku drzwi – odkąd zniknęła w nich sekretarka nikt z reszty biorących udział w spotkaniu nie wracał. Przez dobre wygłuszenie wnętrza gabinetu Robespierre nie słyszał nawet rozmawiającego z ratownikiem Pana Morrisona, a wolał dokładnie wiedzieć gdzie znajduje się każdy potencjalny gość, który na ten moment miał prawo tutaj wejść. Dlaczego wolał...? Bo czuł, że robi coś niedobrego? To nonsens, tylko sprawdzał czy wszystko z drugim człowiekiem w porządku – nawet z jego marnymi medycznymi umiejętnościami. A mimo to czuł, że nie powinien sięgać palcami jego twarzy, jego szyi... Nawet na krótki moment. Dlatego też aż podskoczył, kiedy dłoń śmierci zacisnęła się lekko na jego przedramieniu. Ah nie, jednak była to dłoń Alastora – zimna jakby należała do Króla Lodu. Monarchy, którego głos przypominał odcieniem zawodzenie chłodnego wiatru przeciskającego się z szelestem pomiędzy zaśnieżonymi gałęziami świerków – pełen był boleści i kuł lodem, który drapał słyszalnie zbolałe gardło swojego mówcy. Sprawiał wręcz, że w porównaniu z wczorajszym ciepłem – smutkiem, ale nadal ciepłem! - Alaude przez moment miał wrażenie jakby rozmawiał z całkowicie innym człowiekiem. Albo z jego resztką. Trupem. Zadrżał wewnątrz siebie, nie zdejmując wzroku z mężczyzny i słuchając go uważnie – jak zwykle naprawdę niewiele rozumiejąc z sensu wypowiedzi. Mimo to czuł się w niewielkim stopniu spokojniejszy, bo nie miał już kontaktu z nieprzytomnym ciałem, lejącym się przez ręce jak wypełniona pierzem zabawka – i to niezwykle ciężkim pierzem. Odzyskanie przytomności przez jego gościa powinno ucieszyć młodszego prezesa, ale wraz z ulgą wewnątrz gabinetu zaległa się głęboka niepewność. Ulotny zapach absurdu, którym dnia wczorajszego naćpał się aż do bezsenności młody Panicz Robespierre, teraz na nowo zaczęła bezlitośnie zduszać zapach jego drogich perfum, mieszających się z perfumami księgowego Yay!Teque. Znowu Alaude był niepoprawnie blisko tego człowieka, znowu szukał w jego niezwykłych jasnych oczach resztek życia i odpowiedzi czytelniejszych niż frazy wypluwane przez pobladłe wargi. Znowu krztusił się wręcz zamknięty w bańce powietrznej przeznaczonej do użytku tylko dla nich dwóch – zbudowanej tak, by mogli swobodnie oddychać tą dawką tlenu, która zdążyła już zwiedzić ciało tego drugiego.
To wszystko trwało ledwie minutę i dłoń mężczyzny omdlewająco zsunęła się z przedramienia Prezesa i tuż po tym czarnowłosy odsunął się robiąc wstającemu nieco miejsca. Coś na tyłach jego głowy wrzeszczało, że powinien go powstrzymać, namówić do tego, by odpoczywał, że nie sprawia problemów i może tu zostać tak długo jak zechce, że mogą zadzwonić po pomoc, odwieźć go do szpitala. Robespierre wręcz czuł, że powinien ułożyć nieodpowiedzialnego chorego z powrotem na prowizorycznym leżu, że powinien oprzeć dłonie na jego ramionach i pomóc mu na nowo przytulic plecy do ciepłej skóry, że powinien nachylić się wtedy mocniej i...
Nie.
Nic nie zrobił jednak, stał nad załamanym mężczyzną, czując jak zaczyna coraz mocniej zaciskać dłonie w pieści. Powinien był poczuć to dziwne współczucie i żal, który złamał go wczoraj – i nawet gdzieś na początku tej dziwnej rozmowy jego emocje szły w tę stronę, ale teraz czuł jak rozkwita w nim irytacja. Jak zaczyna go denerwować każde słowo, porównywalnie do rozpalających ogień w kominku kolejnych szufli pełnych czarnego węgla. To nie była nienawiść, ale złość, którą obdarzał ludzi, których nie rozumiał, którzy okazywali słabość, odpuszczali, poddawali się – nie cierpiał ich. Wczoraj kazał temu człowiekowi zaprzestać tego cholernego procederu i nachodzenia nieznajomych ludzi w ich domach i nawet jeśli nadal nie chciał mieć na głowie stalkera, to czuł, że przez swoje szczątkowe rozeznanie w całej tej sprawie niesamowicie trudno mu było się w tym wszystkim odnaleźć. Nie chciał chorego fana, który pakowałby mu się do domu i molestował go, ale miał przed sobą księgowego ze świetnymi wynikami i swego przyszłego, bardzo dobrego pracownika. Chciał go widzieć dumnego u swojego boku, pomagającego firmie wkroczyć w świat nowych technologii i wyprzedzać swoja epokę, a nie obserwować go froterującego panele sal konferencyjnych przez zły stan zdrowia, zakorzeniony w kiepskiej kondycji psychicznej!
Robespierre sapnął i wyrwał się na bok, pokonując sprężystym, zdenerwowanym krokiem dystans dzielący go od drzwi i przekręcił w nich kluczyk, wrzucając go do wewnętrznej kieszeni marynarki. Zamknął ich tym samym obu w wygłuszonym gabinecie – brzmiało to cokolwiek niepokojąco. Dopiero po tym wrócił na swoje poprzednie miejsce, bezlitośnie cedząc w umyśle słowa i najwyraźniej planując porzucić na krótki moment profesjonalizm na rzecz akcentujących jego wewnętrzne rozterki wulgaryzmów. Wpatrywał się jeszcze chwilę w siedzącą na jego sofie otępiałą kupkę nieszczęścia nim nie rozpoczął krwawej tyrady.
- Masz racje to wszystko nie ma dla mnie żadnego sensu. - Zapomniał też o zwrotach grzecznościowych. - I powiem ci teraz coś niesamowicie zaskakującego: wcale nie pomagasz mi w odnalezieniu go! Jesteś starszym ode mnie, dojrzałym mężczyzną, a zachowujesz się jak niezdolny do wyartykułowania swoich zamierzeń gówniarz. Wszystko zarysowałeś tak, jakbyś biegł do mnie schodami co najmniej od parteru, natchniony jakąś genialną myślą, która ma zmienić wszystko w moim życiu, wbiegał z butami do mojego gabinetu o mało co nie wyrywając drzwi z futryny, z „Alaude wiesz co...?!” na ustach, po czym opuścił byś ręce i dokończył: „Zresztą nie ważne”. NO KURWA. A potem miał pretensje, że nie wywaliłem milionów na twój plan, bo jest taki dobry, ale nadal nie wystarczająco, by mi go właściwie zaprezentować. A raczej oczekujesz, że od tak rzucę wszystko co mam i zaufam ci na, nie wiem... Piękne oczy albo twoje słowo honoru. Nie dopiłeś nawet tej pierdolonej kawy, musiałem ją wylać do zlewu!
Dziecinnie gorzki wyrzut odegrał kilka znaczących nut w ostatniej wypowiedzi. Alaude zrobił dwa kroki do przodu i osadził dłonie na szerokich ramionach mężczyzny, siłą wciskając go w oparcie sofy – po to, by w następnej chwili złapać go wręcz za szmaty, zmuszając go do spojrzenia sobie w oczy.
- Wciągnąłeś mnie w to wszystko, pojawiasz się moim życiu drugi raz, będziemy ze sobą pracować... Nie pozbędę się ciebie z mojego życia, ani ty mnie ze swojego, więc oczyśćmy atmosferę pomiędzy nami, bo jesteśmy tu by pracować w spokoju i harmonii, a nie w atmosferze niedopowiedzeń, niewyspania i... Bóg wie czym jeszcze mnie zaskoczysz. Nie wyspałem się przez ciebie! Lubię sen i nie mam zamiaru pozwalać ci mi go po raz kolejny odebrać, więc tu i teraz powiesz mi wszystko, albo cie stąd nie wypuszczę. I nie wyciągnie cie stąd ani twój dotychczasowy szef, ani policja, ani pierdolona armia zbawienia - wszystko mi wyśpiewasz i wyjdziesz stąd cało dopiero kiedy będę znał wszystkie twoich myśli w te i na zad. Dlaczego przyszedłeś akurat do mnie? Dlaczego zachowujesz się tak jakbyś mnie bardzo dobrze znał? Dlaczego wyglądasz gorzej niż wczoraj? I żadnego „jebać to”! Będziesz MOIM księgowym, POSIĄDĘ CIE bez reszty na dniach i nie zamierzam mieć pod skrzydłami kogoś, kto po prostu się poddaje! Zrobię ci z życia rollercoaster horroru jak nie pomożesz mi rozeznać się w tej absurdalnej sytuacji. – Musiał złapać oddech, więc ostatnie wypluł praktycznie już na wdechu, co lekko załamało jego głos.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:59 am

Przełyk palił go żywym ogniem krzesanym przez jadowite słowa. Frazy wysypały się z jego krtani, na wzór niewielkich kryształków arszeniku, zbierając się wokół jego butów, osiadając na udach i zwisających smętnie dłoniach bladych jak kartka papieru. Wygłuszone ściany pomieszczenia, w którym się znalazł - kurwa, tak bardzo nie chciał tu być - zdawały się zbliżać do niego klaustrofobicznie napierając na jego zgarbiony grzbiet, wyciskając z jego płuc ostatnie tchnienie, które ciężko zsuwając się z czubka jego języka opadło w kierunku podłogi mieszając się tam z grubą warstwą narastającej irytacji. Iskra podsycanej przejmującym lękiem złości rozgorzała na dobre rozpierając półkule jego mózgu przejmującą sensacją, zmuszając jego zdrowy rozsądek do zaprzestania jakichkolwiek działań - zwyczajnie wyłączając logikę. Niewidzące ślepia wciąż wisiały w przestrzeni gdzieś przed jego bladą facjatą, wnętrze dłoni, która kilka sekund wcześniej stała się punktem styku z ciałem Alaude'a mrowiło go delikatnie, zupełnie jakby naelektryzowało się jedynie przez ulotny dotyk. Delikatne uczucie ciepła w okolicach tętnicy wybijającej jego tętno mimo całej swojej ulotności zdawało się wypalać piętno na płótnie jego skóry. Kiedy właściwie to wszystko zaczęło chwiać się w posadach, walić w tumanach pyłu jego równowagi psychicznej, jak domki z kart? Jakim cudem wydał na świat ten wyrzut, który opuszczając jego wargi tylko bardziej upodobnił go do Lodowego Króla? Kiedy szara istota jego mózgu zamieniła się w pierdoloną papkę nie będąca w stanie na jakiekolwiek posunięcie zgodne z jego przekonaniami? Zgubił się w labiryncie własnych frustracji, gdziekolwiek się nie obrócił trafiał na litą ścianę beznadziei i strachu o to, że koniec końców nikt nie usłyszy jego krzyku. A zwłaszcza ten, do którego chciał wydać z krtani wrzaskliwe peany. W pewnym momencie (ile to już czasu minęło?) złapał się na tym, że nawet biały szum jego własnych myśli zaczynał go wkurwiać. I kiedy już wydawało się, że zamarzł będąc jedynie lodową figurą, jego plecy przeszedł dziki dreszcz, wprawiając całe jego ciało w przejmującą wibrację. Czuł się tak, jak wyglądał - zmęczony, skołowany - w najdrobniejszym nawet aspekcie nie przypominał samego siebie, świetnie rokującego księgowego z predyspozycjami, którym powinien być - którym tak bardzo chciał w tym momencie na powrót się stać. Ukrywając błękit ślepi za kotarą powiek marzył o tym, by maska profesjonalnego Alastora ze słyszalnym kliknięciem wsunęła się na należne jej miejsce, w pełni ukrywając to, co kryło się wewnątrz - chowając przed okrutnym światem jego największe lęki i pragnienia, jak czynił to przez ostatnie sześć długich lat, w efekcie zapominając kim był tak naprawdę. Z zastygłych już dawno popiołów ich wspólnych żywotów nauczył się w jaki sposób powinien się zachowywać - znał przecież na pamięć cały scenariusz, od kołyski aż po grób! Słowa powinny płynąć same - niewielcy niewolnicy w służbie przyzwyczajenia - jednak kolejne, coraz płytsze wydechy nie pozostawiały miejsca dla choćby pojedynczej litery. Dusił się w więzieniu swojego własnego ciała, czując jak kości jego zaciśniętych w tym momencie palców trzeszczą, jak suche gałązki, tak bliskie złamania. Przeokrutnie popierdolił kroki, całkowicie zmieniając ich kolejność.
Zamknięcie ślepi z reguły wyostrzało działanie pozostałych zmysłów księgowego, kiedy więc Alaude wykonał szybki ruch w kierunku drzwi jasne tęczówki wystrzeliły w jego kierunku, na wzór srebrzystych kul opuszczających lufę naładowanego wcześniej pistoletu, trafiając wprost między łopatki czarnowłosego. Śledził wzrokiem każdy, nawet najmniejszy (wyimaginowany?) ruch Robespierre’a z narastającym w okolicach mostka poczuciem pustki. Zaledwie kilka sekund - a może wieków? - później, źrenice zwężając się zogniskowały wejrzenie na delikatnych palcach - dlaczego nie chcesz dotknąć mnie?! - które manipulując przy niewielkim kluczu zamknęły drzwi. Nim szatyn zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, więzienie jego rozedrganego jestestwa rozciagnelo swoje granice do ścian pomieszczenia znacząc je ociężałą stagnacją jego własnego umysłu. A potem bramy tartaru rozwarły się z wolna gotując mu piekło na ziemi. Szpony wiecznego potępienia zaciskały się wokół jego karku grożąc mu najgorszym - paradoksalnie nie chodziło o pozostanie wariatem (którym przecież był!), a o samotny żywot w każdej z kolejnych egzystencji. Podniesiony głos Alaude'a uderzał w niego obijając raz po raz jego ciało, zupełnie jakby czarnowłosy ciskał w jego kierunku nie naznaczone idealnie wymierzoną złością frazy, a ostre kamienie. Tak bardzo chciał zaprzeczyć. Tak dalece marzył o tym, żeby móc wszystko wyjaśnić. Żeby być w stanie ubrać to w słowa.
Tak bardzo marzył, by wypić tą cholerną kawę!
Tymczasowy tron Lodowego Monarchy zdawał mu się być pokryty nie miękką skórą, a papierem ściernym, toteż kiedy grzbiet Króla na powrót zmuszony został do zetknięcia się z pozornie wygodną powierzchnią, spotkało się to z mimowolnym dreszczem ślizgającym się wartko wzdłuż jego kręgosłupa. Był do tego stopnia wyzuty z sił witalnych, że do poruszenia jego ciała wystarczyłaby jedynie sugestia zawarta w ruchach Alaude'a. Poddając się jej bezwiednie z zaskoczeniem poczuł ciepło dłoni sączące się przez sztywny materiał wizytowej koszuli - uczucie spływało leniwie po jego torsie, oblepiając go. W jego prywatnej bańce, której granice naruszył w tym momencie niepożądany gość zaczynało brakować tlenu - dusił się, tego był więcej niż pewien. Każdy kolejny haust powietrza grzązł w jego gardle unieruchamiany tam przez tyradę czarnowłosego. Mimo najszczerszych chęci jego usta poruszały się, pozostając nieme, zupełnie jakby był ryba wyrzuconą na suchy ląd. Jakby zamienił się w jebanego karpia! I jedynie jego jasne ślepia wyszły w końcu na spotkanie tym chabrowym. Różnica względem dnia minionego była uderzająca - pustka zastąpiła bowiem mgłę, która przelewała się tam jeszcze kilkanaście godzin wstecz - marazm odbijający się w gładkiej powierzchni podmienił całe światło, którymi epatowała ona wczoraj. Był jak pusta skorupa, niezdolna do niczego ponad bierne spoglądanie na równającego go z błotem ciemnowłosego. Kolejny kamień. I jeszcze jeden. Za chwilę znów zemdleje. Powietrza!
A wtedy…
Razem ze zbłąkanym oddechem, któremu udało się przecisnąć przez ściśniętą krtań, spierzchnięte wargi Alastora opuściło coś… jeszcze. Coś absolutnie nieakceptowalnego. Coś, czego najwyraźniej nie spodziewał się nawet on sam, ponieważ jego blada dłoń, o kilka sekund spóźniona, przesłoniła jego usta tłamsząc rozszalały worek podszytych goryczą słów, które na wieki miały pozostać w sferze tych niewypowiedzianych.
- Pocałuj mnie…
Desperacja tej krótkiej frazy rozeszła się słodkim posmakiem zgnilizny wewnątrz jego ust, o mały włos nie wprawiając jego żołądka w kolejną wibrującą falę torsji. Był słaby. Zbyt wątły na to wszystko. Powierzchnia jego ślepi boleśnie piekła pod wpływem usilnie powstrzymywanych łez, które zatrzymując się tuż pod pergaminowym fałdem powieki groziły nagłym potokiem. Sam nie wiedział kiedy zarzewie jego gniewu wygasło całkowicie okryte popielną osnową agonalnego dyskomfortu - tak namacalnego, że druga z jego dłoni zacisnęła się w okolicach jego mostka, gdzie serce wybijało właśnie kolejny kurant przyobleczony lękiem. Po raz kolejny jego mózgowie nie było w stanie podsunąć pieklącemu się prezesowi jakiejkolwiek odpowiedzi. I tylko Alastor zdawał sobie sprawę z faktu, iż to o co poprosił to jego ostatnia szansa na to, by nie udusić się tu i teraz…

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   

Powrót do góry Go down
 
Ja tu jeszcze wrócę!
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» jeszcze tu nie jestem miesiąc a już wszystko wyrozumiem
» Chata wuja Toma {Nathaniel i kto tam się jeszcze napatoczy}
» Jeszcze Bardziej Artystyczna Pracownia Ururururu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: