CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Ja tu jeszcze wrócę!

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 9:23 am

First topic message reminder :


X i Y są parą już od dwunastu swoich żyć. Jak to możliwe? Mężczyźni dzielą dziwaczna zdolność. Za każdym razem gdy giną, niezależnie od okoliczności, odradzają się jako kolejna osoba. Ot tak, na świecie pojawia się nowe ciało będące opoką dla tej samej świadomości. Reinkarnacja ma jednak pewien mankament. Łączy się z brakiem pamięci, którą przywraca ponowne zakochanie się w drugiej połówce.
W momencie kiedy Y ginie po raz trzynasty pod kołami ciężarówki (nomen omen w piątek trzynastego o trzynastej trzynaście) wszystko dzieje się tak jak zwykle. Tuląc w ramionach rozwłóczone przez osiemnastokołowego potwora ciało swojego ukochanego, X obiecuje go odnaleźć. Jak zwykle... Co przecież może pójść nie tak?

Może na przykład to, że Y uprze się, że jest hetero, ma narzeczoną i do kurwy nędzy nie wie o co chodzi temu pojebowi na progu jego mieszkania?

X – Amayusia
Y – Młoteczek

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 148


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 10:00 am

Chciał jasnej i klarownej odpowiedzi na swoje pytania – gdzieś tam na samym początku tego wszystkiego. Tego wszystkiego – czyli tego kiedy spośród burzy meczących go emocji wybrał złość, czyli tę, którą najmocniej z nich wszystkich znał. Jedynej, która zaciskała jego pięści, a nie serce, kazała tłamsić słowa, a nie szloch; jedynej która pomagała mu zachować spokój sumienia i tłumaczyła rozedrganemu wnętrzu dlaczego lepiej jest tego człowieka zatrzymać niż wyrzucić. Że trzeba odpowiedzi, a nie spojrzeń. Odpowiedzi, a nie dotyku. Odpowiedzi, słów, a nie pieszczot, wizyt w domu, okrwawiania dywanu, czy marnowania kawy. Że właśnie chęć odnalezienia się w tym wszystkim tylko z powodu niepewności jest jedyną rzeczą, dzięki której Pan Blanchard nie był jeszcze za drzwiami. Albo w drodze do szpitala. Że nie ma nic innego poza tą nienasyconą potrzebą – poza morderczym przyzwyczajeniem do otrzymywania koniec końców tego, o co się prosiło, kazało, o co biło się, krzyczało, szarpało i walczyło. Że nie można pozwolić temu człowiekowi być wyjątkiem, wyłamywać się z ram, pozwolić odejść tak po porostu, skoro już drugi raz się spotkali.
Ponadto spoglądanie na tego człowieka rozbudzało w Alaude niesamowity... Strach. Tak, strach. Nie bał się go jednak z powodu tego, że mógł być niebezpieczny, że mógł być psychofanem, psychopatą... Nie. To był strach przed jego wiedzą. Tą, której dotąd nie potrafił wypluć, zupełnie jakby była ona straszna, albo nieodpowiednia. Nieprawdopodobnie przerażająca. I przez tę rozpalającą się wewnątrz obawę Robespierre miotał się na scenie całego spektaklu nadaremnie krzycząc w stronę publiczności, szukając kontaktu wzrokowego z innymi aktorami, albo wygrażaniem im pięściami. Czuł się tak, jakby on jedyny nie dostał scenariusza ani nawet wstępnego opisu tego jaką jest postacią i czego dotyczy spektakl, na którego deski wepchnięto go siłą. Z początku w jego oczy uderzył blask oświetlenia, a potem ujrzał setki oczu wpatrzonych w niego bezrefleksyjnie, czekających aż ich czymś zaskoczy, zrobi coś, co zaprze im dech w piersi. I czegokolwiek nie próbowałby robić, jakichkolwiek decyzji by nie podjął za każdym razem było źle, aktorzy wchodzili na scenę i znikali z niej, bzdurnie odpowiadając na interakcje z nim, a on wciąż miał przeczucie, że co rusz wyciąga błędne wnioski. W tym wszystkim tylko szalony księgowy odpowiedział na zew; najpierw stajać naprzeciwko niego i wreszcie wpasowując go jak puzzla w odpowiednie miejsce – całując go. Zupełnie jakby wreszcie chciał mu nie słowami a czynem pokazać jaką ma rolę, co powinien robić w tym akcie. I wydawał się wstrząśnięty tym, że Alaude jak za każdym razem zrobił coś sprzecznego ze scenariuszem... Ale kiedy tylko Robespierre pociągnął go na tyły sceny i próbował cokolwiek od niego wyciągnąć – naskakując nań, grożąc, obrażając, raniąc, uderzając, wrzeszcząc, w końcu zaczynając zachowywać się jak desperat, otrzymywał tylko głodne kawałki. Te słowa zapewne miały go poruszyć, dopasować się do siebie, pokrętną, romantyczną drogą utworzyć algorytm, który na nowo miał sprawić, że jego życie po wielu perturbacjach wskoczy na właściwy tor. Ale on słuchał ich jak pieśni śpiewanej słowiczym głosem w języku, którego nie znał. A jego kompan marniał w oczach, wiądł – też odsuwał się do reszty aktorów, bladł, pierzchł, pokrywał woalem udręczenia, który z szelestem ciągnął za sobą po ziemi. Sprawiając tym samym, że Alaude zaczynał czuć się jak zły wilk, jak bezlitosny skurwysyn, który podnosi rękę na słabszych dla własnej obscenicznej uciechy i próbuje z siebie zrobić ofiarę.
Pył irytacji księgowego osiadł delikatnym kurzem na jego eleganckich, wypastowanych rano butach, ciężki nastrój przybicia ściskał go ze wszystkich stron jak nałożona nań dodatkowa atmosfera. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że owa ciężkość, która ułożyła się na jego ramionach i grzbiecie, to zwielokrotnione, odbite od ścian, słowa Alastora. Że zaczynają one powoli, ale nieubłaganie kruszyć naprędce i niechlujnie zbudowany mur nieustępliwości. I ostateczny cios od którego Alaude poczuł w ustach rdzawy posmak krwi, nadszedł i przeszył go na wylot, kiedy Pan Blanchard skrzyżował z nim swoje spojrzenie.
Boże... Jego piękne jasne oczy przypominające kryształowe kulki do gry wypełnione błękitnawym dymem, w magiczny sposób wciąż pozostającym w leniwym, pełnym gracji ruchu, kiedy otaczał czarną kropkę źrenicy – były teraz mętne, zastygłe jakby włożone do lodu, którym była gubiąca myśli czaszka drugiego mężczyzny. Można by pomyśleć, że gdyby dłonie prezesa szarpnęły za koszule przepytywanego i potrząsnęły nim jak szmacianą lalką, to do jego uszu dotarłby cichy szczebiot wielokształtnych lodowych odłamków, w które pozmieniały się myśli księgowego. Stało się to najpewniej, bo pomimo gróźb i warknięć Alaude nie pochłonął strumień tłumaczeń. Znów na scenie zaległa cisza, ale zamiast tego trybuny zdecydowały się odezwać cichym buczeniem, upodabniającym widzów do roju wściekłych os. Buczeli, bo nie podobało im się, że ubrany w fantazyjną i nadmiernie efekciarską zbroję Bohater Niczego grozi siedzącemu na podłodze aktorowi - umorusanemu i przybranemu w prawie wiszące na jego wychudłym ciele szmaty. Obracając głowę na bok dało się pomimo uderzających w oczy lamp oświetlenia zobaczyć pierwszy rząd widowni. Siedziała w nim kobieta, która ubarwiła wargi wściekle czerwoną szminką i była przybrana w złotą, pełną cekinów wieczorową suknię. Jako jedyna z kobiet zachowywała się najspokojniej – z zimną i opanowaną nienawiścią mierzyła Alaude spojrzeniem. To była Namiętność. Zaraz obok niej siedział znudzony dżentelmen z policzkiem wspartym na dłoni i poluzowanym krawatem. Nie wyglądał na zaskoczonego całym zajściem, a wręcz wydawał się być boleśnie do takich sytuacji przyzwyczajony. Na imię mu było Pasja. Przy końcu rzędu wręcz stała czarnoskóra kobieta, która niecierpliwymi ruchami dłoni rozmazała sobie różową szminkę z karminowych warg aż na policzek i właśnie krzyczała coś, czego Alaude nie mógł do słyszeć. Zazdrość. Było jeszcze jedno miejsce, obok Namiętności. Puste. Tabliczka, która była doczepiona do oparcia była z tak daleka ciężka do odczytania, ale na pewno zaczynała się na literę M.
Tak właśnie się czuł, kiedy wisiał nad pobladłym, chorym, zmęczonym, wycieńczonym, wynędzniałym i zmaltretowanym w tej chwili mężczyzną, któremu niemiłosiernie gniótł wyjściową koszulę. Czuł się źle, obrzydliwie źle. Kiedy to do niego dotarło, wyglądał na przerażonego samym sobą - zupełnie jakby stał nad posiniaczonym człowiekiem z pasem w ręku, czując jak dłoń wystudiowanym ruchem już chce zadawać kolejny cios. Co on najlepszego wyrabiał...? Puścił tego biedaka na deski sceny, wycofał się o kilka kroków, prawie potykając o swoją piękna zbroję i bajeczną pelerynę. Cofał spoglądając na swoje dłonie, zupełnie jakby szukał na nich dowodów krzywdy, której się dopuścił – śladów krwi, albo czarnych kleksów będących klątwą rzucaną na każdego, kto dopuścił się bezprawia i agresji. Że te kleksy na zawsze mają być jego znamieniem - być widoczne przez wszystkich, a z czasem zaczną się rozrastać i w końcu pochłoną go całego w czeluść autonienawiści. Obrócił się na miejscu i puścił się biegiem w stronę drugiego końca sceny, czując, jak ściga go prychnięcie Namiętności, znudzone westchnienie Pasji, wrzask Zazdrości i jak dusi go kurz, który od bardzo dawna – od sześciu pierdolonych lat! - osiadał na krześle przygotowanym dla Pani M. Uciekał, starając się nie nie odwracać, nie upewniać czy umorusany chłopiec się podniósł, czy otrzepał swoją koszulkę i kolana, i wrócił bezpiecznie do domu.
Alaude zawsze mógł zadzwonić do ochroniarza i spytać czy mężczyzna już wyszedł z apartamentowca...
CO.
Czuł jak traci zmysły. Ocknął się i nabrał głębszego wdechu, jakby dopiero co wynurzył się z wody, z głębokiej toni duszących go myśli i wyobrażeń. Dyszał, zupełnie jakby faktycznie przed momentem biegł, choć tak naprawdę nie ruszył się z miejsca nawet o milimetr, wciąż trzymając przytłoczoną ofiarę w potrzasku. Wiąż dzierżąc w palcach szpilkę, którą przybił Alastora do oparcia kanapy jak barwnego motyla do korkowej tablicy – jakby chcąc cieszyć nim oko już na zawsze.
Kolejny oddech nabrał nieomal z bólem, zauważając, jak zamglone, wciąż porywająco piękne i niewysłowienie smutne oczy zaczynają lśnić od cienkiej warstewki wilgoci, która zebrała się na nich... Z bólu? Ze zmęczenia? Z kurzu osiadłego na pustym siedzeniu widowni? A może to Alaude kapnął na te jasne oczy własnym słonym dowodem wstydu. Bo czuł wstyd, czuł się upokorzony własnym zachowaniem, skrępowany i zawstydzony – a emocje te z wolna wybijały jego sercu morderczo wolny rytm.
”Pocałuj mnie...”
Miał déjà vu? Prawie jakby już kiedyś to słyszał – setki razy. Setki tysięcy. Nocami i dniami. W chwilach, w których policzki były mokre od łez, albo w których nieprzerwany śmiech urywał pełną czułości pieszczotę. W tle pobrzmiewał szum morza, jazzowa muzyka, skandowanie tłumów, szum wiatru. Słyszał to w Europie, Azji, obu Amerykach, na środku oceanu...
”Pocałuj mnie...”
Słyszał to dziesiątkami męskich głosów, które łączył delikatny, wibrujący przy końcu tembr, który tylko i wyłącznie tym razem załamał zdradziecki szloch. Tylko tym razem blada dłoń zamknęła dojście do źródła desperacko łaknącego uwagi – warg potrzebujących wilgoci języka, nacisku zębów i ciepła dotyku. I tylko tym razem Alaude tak długo kazał czekać na swoją decyzję. I teraz razem była cisza – żadnej muzyki, żadnych tłumów, żadnego oceanu, innego kontynentu, kującego w oczy słońca i wściekłych wrzasków Zazdrości. Był tylko czas spowolniony po to, by wszystkie żyjątka cierpliwie odwróciły wzrok od tej zakazanej sceny i dały parze zbłąkanych dusz chwilkę intymności. Tylko krótki moment, który pozwoli na nowo poprawić pogniecione garnitury i wrócić do życia.
Tylko chwilkę.
”Pocałuj mnie...”
Nie powinien był. Ale na żałowanie przyjdzie jeszcze czas. Teraz była pora żniw, pora próbowania owoców, nawet tych najbardziej zakazanych. Pora spijania cieknącego po ich sprężystej skórce soku, zatapiania zębów w soczystym miąższu i kapania śladami tej zdrożnej przyjemności na przesiąkające zapachem podniecenia ubrania i brudną od pyłu irytacji podłogę.
Alaude pochylił się, odtrącił stojącą mu na drodze dłoń i praktycznie wgryzł w usta Alastora, jak pajacyk na sznurkach, którego drewniany krzyżyk upuszczono i mógł podjąć próbę ucieczki od absurdu swojego dotychczasowego życia w stronę czegoś co rozrywało go i składało na nowo. Teraz księgowy był jego. Teraz go posiadał, pozyskiwał, zagarniał i zdobywał. Dłońmi tłamszącymi niecierpliwie włosy na jego karku przejmował go i opanowywał, bezlitośnie ciągnął na samo dno, nie dając chwili na zaczerpniecie oddechu. Gryzł i rozszarpywał to, co zamgliło piękne, jasne kryształowe kule, zębami darł otępienie i bezsilność, niecierpliwymi ruchami głowy rozwiewał zagubienie i demotywację. Rozdarł wszystko do żywej, broczącej, świeżej rany i kładł na nią plastry z pieszczot uśmierzających wszelki ból. Będących Panaceum i Remedium na wszystko, z czym ludzkość kiedykolwiek miała problem. Spijał z Alastora trucizny, choroby, uzależnienia, dołki, łzy, aż nie zachłysnął się czułością, która minęła jego usta i pobiegła elektryzującą sensacją wzdłuż kręgosłupa.
Pani M. Przez moment nieomal słyszał stuknięcie jej obcasów na widowni. Ale to mógł być tylko szczebiot sofy, o którą oparł się kolanem, przygnieciony bliżej podłogi obezwładniającymi emocjami, przez które tym mocniej zbliżył się do osłabionego mężczyzny. Przylgnął wręcz doń. Zlepił się z nim w jedną całość, językiem rozgaszczając się w pełnej modłów katedrze jego ust. Z ledwością łapał oddechy, ale przez to gubił myśli, które przeciekały mu pomiędzy palcami, łaskocząc go jak gładkie włosy mężczyzny, uginające się zachęcająco pod naciskiem palców. Jak jego skóra, jego wargi, oddech łaskoczący policzek, język idealnie odpowiadający na zaproszenie do tańca – namolnego, szybkiego, pełnego mocnych uderzeń obcasów, częstych obrotów, szelestu ubrań, głośnych westchnień i chwytania się partnera jak jedynego koła ratunkowego utrzymującego na powierzchni pomimo szalejącej nawałnicy. Alaude zachowywał się dziko i gwałtownie, jakby był opętany potrzebą spijania oddechu wprost z ust księgowego – dopiero w takiej formie czując prawdziwy smak piękna każdego łyku tlenu, który sprawiał, że był naprawdę żywy. Że żył, a nie tylko egzystował.
”Pocałuj mnie...”
Całował jak szaleniec, jakby zaraz miał umrzeć, jakby odwlekał nieubłaganie chwilę, w której przyjdzie mu odwrócić się i zobaczyć zbliżające się półkule świateł wielkiego samochodu. Chciał trwać na tej ulicy w tym deszczu i nie szukać już dłoni. Szukać ust.
Choć szukać już nie musiał.
Teraz już tylko sięgał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 52
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 10:02 am

Powietrze nabieranie poprzez smukłe, pokryte pleśnią bladości palce więzło mu w gardle wraz z intensyfikującym się jedynie posmakiem zgnilizny, którą sam zaczął definiować już nie jako desperację, a smak wyrzutów sumienia. Czy żył? Agonia krążąca w jego krwiobiegu, napędzająca każde kolejne uderzenie serca (w okolicach którego wciąż zaciskał drżącą pięść), wypełniająca żyły i tętnice swoją lepką bytnością utwierdzala go w przekonaniu, iż wciąż wegetował - tak dalece jednak od życia nie znalazł się już od lat. Echo wibracji jego własnego głosu, które rozbrzmiewało jeszcze w jego krtani, prześlizgujące się niespokojnie po nagłośni, zdawało się rozdzierać jego gardło, rwąc je szponami naprędce zaostrzonymi poczuciem winy. Marzył by odszczekać wypowiedziane na granicy płaczliwego załamania słowa, by zahamować chaos, którym stało się jego jestestwo w momencie, kiedy jego własne myśli stały się jego najgorszymi wrogami. Żadne z wydarzeń ostatnich czterdziestu ośmiu godzin nie było zgodne ze scenariuszem, didaskalia maczkiem pokrywające powierzchnię wyświechtanych kart rozsypujących się wokół jego butów, nijak miały się do jego aktualnego położenia. Gdyby tylko mógł zapanować nad swoimi własnymi odruchami, niechybnie chwyciłby w garść pożółkłe stronice strzepując z nich warstwę emocjonalnego pyłu, która tak uparcie przesłaniał mu odpowiednie wersy. Poszukałby w pokrywających je znakach niezawodnej metody, bezpiecznego wyjścia z sytuacji, z góry zaplanowanej przez scenarzystę odpowiedzi, takiej która oferowałaby Alaude'owi klarowność sytuacji, której czarnowłosy tak dalece pożądał. Gdyby tylko mógł, oderwałby dłoń tłamszącą jego wargi na wzór skleconej naprędce tamy, pozwolił słowom płynąć wolno, wić się w meandrach, by te na końcu swojej drogi mogły finalnie obudzić wśród złości Prezesa lichą iskierkę ukontentowania. Gdyby tylko nie bał się tak dalece, że w momencie kiedy będzie próbował cokolwiek wyjaśnić jego umęczone jestestwo wyrzuci w przestrzeń jedynie krzyk, głoszący że wydająca go istota ma już dość. Zadowolenie nie miało w tym momencie już prawa pojawić się w zajmowanym przez nich gabinecie - nie teraz, kiedy Alastor czuł, że umiera. Umiera z każdą kolejną sekundą, cichym tyknięciem zegara, w oczekiwaniu na cios, który winien nastąpić, przebijając go sztychem furii, przyszpilając do rekwizytu sofy, czyniąc z niego samego pozbawioną wyraźnych barw cząstkę scenografii. Kolejny element wystroju scenicznego dostosowanego do sztuki, która nigdy nie powinna była zostać odegrana - której główny aktor nawet nie był w stanie wydusić z siebie odpowiednich słów. Nie potrafił. Nie był w stanie. Nie znał ich… a przynajmniej nie w formie, która była odpowiednia do zaakceptowania przez analityczny umysł.
Pierwsza łza opuściła wewnętrzny kącik jego oka w momencie kiedy Alaude wykonał ruch zwiastujący uderzenie. Przezroczysty paciorek dotarł do płatka prostego nosa księgowego, ukrywając się w tworzonym przez niego zagłębieniu, zupełnie jakby sam wykształcił w swym krystalicznym wnętrzu pojedynczy rozbłysk lęku i chęć ucieczki. Czas Alastora właśnie nadszedł, nie był już w stanie wygłosić nawet ostatnich przeprosin, okazać jak bardzo ubolewa nad faktem, że obietnica złożona kilka długich wieków wstecz nie spełni się po raz pierwszy - nie miał już więcej oddechów do wzięcia, skończyły się kroki które mógł postawić, nie miał w sobie więcej dźwięków do przekazania światu. Mógł tylko wsłuchiwać się w powoli gasnące bicie jego serca. Przedawkował nicość, a ta bezlitośnie wykorzystała daną jej okazję rozpierając się w jego wnętrzu, zgniatając kości i mięśnie, anihilując organy.
A wtedy świat kornie odwrócił wzrok od tego, co miało się właśnie stać. Cios nie nadszedł, ból nie nasilił, egzystencja wciąż trwała. I tylko dłoń odtrącona nazbyt szybkim gestem z cichym klaśnięciem opadła na drżące udo okryte materią ciemnych spodni, niepomna faktu, iż miała chronić swojego właściciela przed… właściwie czym?
Przytłaczająca ciasnota jego własnego uniwersum zamknęła się w tym jednym momencie, by po chwili eksplodować z siłą setek tysięcy słońc, odrzucając od jego rozedrganego jestestwa wyrzuty sumienia, ofiarowując mu coś, czego nie spodziewał się otrzymać tego dnia, dając ułudę tego, że kiedy weźmie kolejny oddech wszystko okaże się tylko żartem losu, a on będzie mógł w końcu żyć. Że nie musi się już bać.  Gładka tafla jego reminiscencji pokryła się pajęczyną drobnych pęknięć, kiedy ten opadł nań całym ciężarem swojego apatycznego ciała. Był pewien, że im bardziej Alaude wciskał jego pozbawioną oporu bytność w oparcie sofy, tym bliżej jego wspomnieniom było do spektakularnego obrotu w niwecz, chwili kiedy te wśród lustrzanych przebłysków rozsypią się tworząc wokół ich stóp pozbawiony sensu witraż chwil dobrych i tych złych.
A w centrum wszystkiego znalazły się bierne usta, niespokojny oddech, nos który zderzył się z tym drugim - zupełnie jakby Alastor kompletnie pogubił się w znanej mu choreografii, zbyt zajęty ubolewaniem nad swoim marnym losem. Nie przymknął mętnych ślepi, nie przechylił łba tak, by w pełni wykorzystać ochłap rzucony mu przez fatum, tak bardzo kapryśne. Trwał w siadzie, wciąż wsparty grzbietem o raniącą go powierzchnię mebla, który na potrzeby teatru jego życia przybierał na przemian formę to lekarskiej kozetki, to madejowego łoża. Jego spierzchnięte wargi zdawały się rozdzierać pod naporem tych należących do Alaude'a, tych które swoją miękkością, paradoksalnie, raniły go w tym momencie bardziej niż najostrzejsze z noży. Zęby szarpały, język błagał, ślina raz jątrzyła, raz znów zasklepiała rany, a on trwał w tym wszystkim niemrawy, jak lodowa figura. I tylko kolejne łzy znaczyły swoim słonym piętnem jego blade policzki.
Szelest cekinów dobiegł go od strony widowni - smuga barwna złotem zadziwiająco szybkim ruchem poderwała się z zajmowanego wcześniej miejsca, by do wtóru uderzeń obcasów znaleźć się na deskach sceny (ale jakim cudem?). Namiętność… pojawiła się tak szybko, że księgowy o mały włos nie zachłysnął się oddechem, który w jego usta wtłaczał czarnowłosy. Urywanym tchnieniem, przywodzącym mu na myśl smak truskawek - wspomnieniem lata, kiedy po raz pierwszy dane mu było skosztować miękkich warg skąpanych w słońcu przedpołudnia, pachnących paryskim dniem targowym, pełnych szumu i ociekających owocowym sokiem. Tak idealnie mu znanych. Tak ciepłych. Tak pełnych niewypowiedzianych obietnic.

    Gdzie jesteś, Pani M.? Twoje miejsce jest takie puste...

I tylko podpowiedzi Zdrowego Rozsądku, zapomnianego Suflera, coraz dalej i dalej wychylającego się ze swojej budki, z szeptanych na granicy słyszalności przerodziły się we wrzaski, z którymi konkurować mogły jedynie krzyki Zazdrości. A on? On pozostawał głuchy na kakofonię dźwięków wydawanych przez jego własne sensacje. Gorące palce Namiętności zacisnęły się na jego nieruchomych do tej pory policzkach zmuszając go do powolnego uchylenia jaskini jego ust. I już nie było zgnilizny, a słodycz. Boleśnie niepewien tego, gdzie zaczynało się jego własne ciało, a gdzie kończyło to należące do Alaude'a naparł w końcu na jego wargi rozdzierając się na części i składając na nowo.
On nie całował jednak - on ofiarowywał całego siebie, jak miał to w zwyczaju. Składał głęboki hołd zaczerwienionym wargom, gładził lekko swoim szorstkim językiem membrany pokrywające rozgrzane wnętrze ust. Sam nie wiedział kiedy Pasja również stanął nad ich głowami, by na wzór Namiętności dołożyć swoje trzy grosze do zachodzącej właśnie, kulminacyjnej sceny. I tak oto drżące dłonie księgowego wiedzone nagłą, nieprzebraną chęcią uniosły się na wysokość odpowiednią, by ich palce mogły lekkim ruchem wpleść się w ciemne włosy, delikatnie je pociągając.
Ostatecznie, na żałowanie przyjdzie jeszcze czas… finalne wyrzuty niechybnie dopadną go jeszcze dzisiaj, teraz jednak był moment dawania i brania, moment uciszania myśli, napawania się szkarłatną mgłą wypełniająca jego czaszkę. Depresja dopiero otworzy przed nim swoje podwoje. Teraz górę brało nad nim pragnienie - oddechu, życia, ciemnych włosów,niebieskich oczu,zapachutruakawek…
Oszalał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 148


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   Sro Cze 28, 2017 10:03 am

Całowałby go jeszcze długo. Jego miękkie wargi, które uginały się wdzięcznie pod naporem jego własnych. Początkowo robiły to biernie – ni to zagradzając, ni ułatwiając wdarcia się do wnętrza katedry ich ust. Początkowo wszystko było niemal martwe – ciało przelewało się w rękach, oparcie kanapy pochłaniało wlepiane w nie plecy księgowego, powietrze gęstniało i opadało na ciało jak ciężki kurz. Jakby było już o kilka oddechów, kilka słów za późno. I nawet jeśli scenariusz, który umorusany chłopiec upuścił na deski sceny, leżał u stóp kiczowato wystrojonego rycerza, to ten nie miał głowy by po niego sięgać. Ani głowy, ani rąk, bo te tłamsiły w rozedrganych, bladych od zaciskania palcach ciemne, miękkie włosy. Nawet nie oglądał się na zaścielające podłogę kartki, ani drobny druczek wypisany odręcznie zadbaną, pochyłą kaligrafią, bo oczy miał zaciśnięte tak mocno, że wybuchły pod nim czarno-białe fajerwerki na tle cienkiej powieki. Zachował się jak dziecko, które mocno wierzyło w to, że jeśli zamknie oczy wystarczająco mocno – tak, że aż poczuje jak rzęsy łaskoczą jego policzki – to po prostu zniknie i dorośli go nie zobaczą. Nie poczują jak łamie ich opór, jak sięga po więcej niż powinien, ba, nawet po więcej niż początkowo chciał! Niż kiedykolwiek chciał...
Całował by go jeszcze długo, z myślami mknącymi przed siebie jak tabun rozpędzonych koni. Nagradzającymi go pokazem wspomnień, których mglisty obraz zdawał się nie należeć do niego. Jakby pozwolono mu pięć minut przed zamknięciem kina obejrzeć przyspieszone życie jakiegoś człowieka. Albo wielu innych ludzi. I to jeszcze stawiając pomiędzy nim a ekranem przydymioną szybę, pozwalającą mu oglądać przesuwające się za nią plamy kolorów czasem, ale tylko czasem, przypominające boleśnie znajomą twarz. Tą, którą właśnie mocno i nie oczekując sprzeciwu przyciskał do swojej. A on milczał i oglądał i pozwalał sobie czuć – zauważać, że zdawało mu się rozumieć więcej jeśli zatykał usta swojemu rozmówcy. Ale tylko mu się zdawało, bo nie tkwił wtedy w ciszy, w bezsensownej złości, nie zaciskał dłoni w pięści i nie pluł sobie w brodę za swoją niecierpliwość. Teraz zdawało mu się, że znajduje się w wesołym miasteczku, w kakofonii dźwięków, świateł i doznań, ale jeśli tylko spróbuje rozchylić powiekę, to wszystko zniknie jak ucięte nożem. Dlatego trwał na poły odcięty od świata i na poły po sam koniec w niego wciągnięty, z kolanem opartym o kanapę, przyciskając się do źródła, które zdawało się umożliwiać zajrzenie Alaude'owi do własnej głowy tak głęboko, jak jeszcze nigdy. Nawet jeśli droga była śliska, nierówna i prowadziła jakby ledwie przy brzegu wartkiego strumienia świadomości. Robespierre widział tą mknącą po horyzont krystalicznie czystą wodę, ale dotknięcie jej przejmowało go takim przerażeniem, że chyba tylko dzięki palcom wczepionym w ubrania i włosy Pana Blancharda, wielki Prezes TechNoco nie czmychnął pod naprzeciwległą ścianę. A tak stał przy brzegu, smakując tutejszego powietrza przesyconego słodkim zapachem soczystych leśnych owoców i łapiąc na skórę ogrzewające ją promienie słońca.
Całowałby go jeszcze długo skarmiony samym jego oddechem, sprzedający posag i duszę za jeszcze jedno cmoknięcie, liźnięcie, kąśnięcie. Za szczebiot gniecionych ubrań, szelest przeczesywanych włosów, ciężkie sapnięcie przy każdym nabieranym łyku tlenu. Za gęsią skórkę wywołaną mknącym po policzku rozgrzanym oddechem, za mrowienie w puchnących od pieszczot wargach. Za brak smaku szminki. Za kojący zapach męskich perfum. Za drapiący z lekka zarost. Za jasne oczy. Szczupłe palce. Długie rzeszy. Gładką skórę. Słone łzy. Zduszone łkania. Za słońce. Za wiatr. Za owoce. Słodycz. Gorycz. Pamięć. I za jej brak. Gubił całą swoją zbroję, zostając w gładkich szmatach, przez które mógł wyczuć każdy centymetr przyciskającego się do niego ciała. Gdzie każde muśnięcie dłoni zostawiało ślad, który będzie mu towarzyszył do wieczora - tak mocny i namacany, że będzie mógł z pamięci odtworzyć tor, po którym poruszały się palce kochanka.
Kochanka...?
Całowałby go jeszcze długo...
Gdyby nie czyjaś dłoń desperacko szarpiąca za klamkę zamkniętych drzwi.
Przegrał. Rozchylił powieki i spojrzał na pobladłą wciąż twarz, na wilgotne policzki i pozlepiane od łez długie rzęsy, pod których dachem kryły się hipnotyzująco jasne oczy. Spojrzał na swoje dłonie również mokre od wyłapanego żalu, na pogniecione ubrania, na zburzone fryzury i na nić niemożliwie gorącego oddechu, która jeszcze przez krótką chwilę łączyła ich wargi, kiedy Alaude odsunął się nagle, bestialsko urywając pieszczotę. I miał racje w swoich podejrzeniach: jarmarczne dźwięki się urwały, letnie słonce zastąpiła jesienna słota. Ale coś zostało. Słodki smak owoców, który skrył się na języku.
Robespierre zreflektował się, że o jedno długie i głębokie westchnienie za długo wisiał nad drugim mężczyzną, a do szarpania klamki doszło jeszcze walenie pięści w drzwi.
To był nadal ten sam dzień? Na pewno?
Czarnowłosy podniósł się szybko, jak poparzony i zaczął pospiesznymi, ale wyuczonymi ruchami poprawiać pogniecioną koszulę i marynarkę, oraz zaczesywać potargane włosy do tyłu. Dłonie trzęsły mu się tak mocno, że usiłując zapiąć jeden guzik, odpiął przy okazji inny. Spomiędzy czerwonych i wilgotnych od gorącego oddechu warg wydarło mu się soczyste przekleństwo, kiedy próbował naprawić swój błąd. Nagle jego łapy były grube i zgrabiałe, a guziczki tak maleńkie, że ledwie widział je na oczy. Piszczało mu w uszach, a serce biło tak szybko, iż czuł, że sam zaraz wyląduje na podłodze jak wór ziemniaków. Ale nie mógł - On nie mógł. Choć właśnie teraz był najgorszy moment na testowanie jego odporności na pokusę oddania się w słodkie ramiona nieodpowiedzialności. Zemdlenie, akurat teraz byłoby takie łatwe – takie obiecujące. Dałoby mu czas, odpoczynek, utopienie w jeszcze świeżych wspomnieniach... Ale nie. Kiedy tylko poprawił kołnierzyk i skontrolował wzrokiem czy jego gość nie wygląda jak ofiara huraganu, zbliżył się do drzwi, drżącymi dłońmi wydobył klucze i markując siłowanie się z klamką cichutko je otworzył. Wystarczyło, że wietrzeje choć ledwo się otwarły, a od drugiej strony wielka łapa Pana Morrisona pomogła im w szerszym rozwarciu, tym samym umożliwiając mu wdarcie się do środka. Nie wyglądał na złego, bardziej na jeszcze mocniej zdumionego i przestraszonego.
- Przepraszam, coś się musiało zaciąć. – Pomimo tego, że głos Prezesa wielkiej firmy był cichy i mrukliwy jak dotychczas, to coś było w nim wyjątkowo nie tak. Był gładszy, Jakby pomimo przytłaczających go sensacji miękko zadowolony, jak kocur przeciągających się po drzemce na piecyku. Na szczęście starszy mężczyzna zdawał się niczego takiego nie zauważyć.
- Ratownik powiedział, by położyć go tak, by nogi były wyżej niż głowa! – zaczął, ściskając w dłoni telefon i w tej samej chwili spostrzegł siedzącego na kanapie księgowego w rozchełstanej z lekka koszuli i bez marynarki. Natychmiast po całości zignorował swojego przyszłego pracodawce i zbliżył się szybkim krokiem do pracownika, kucając i szukając oznak życia w jego chorobliwie bladej, przystojnej twarzy. - Alastor! Jak się czujesz?
Alaude zachowywał aż nadto potrzebny dystans, trwając przy drzwiach i obserwując ich bez słów i złości, zwłaszcza, że w tym samym czasie wróciła Clotilde z „Mam sole” na ustach. Ona również nie podeszła do kanapy, orientując się, że przynajmniej w tej chwili jej pomoc nie jest potrzebna i zbliżyła się do narzeczonego, pytając czy z ich gościem wszystko w porządku – tym swoim miękkim, lukrowym głosikiem. Martwiła się, nie było to aktorskie, ani markowane, naprawdę zerkała na spoczywającego niedaleko człowieka z niewinną troską.
Dopiero po tym sygnale Robespierre postanowił odnaleźć swoje jaja i choć trochę przejąc kontrolę nad tą kompletnie chaotyczną sytuacją. Ujął dłoń swojej ukochanej pod ramię – potrzebował tego teraz, blondynka kojarzyła mu się z jedyna formą bezpiecznej stabilizacji w jego chwiejącym się w posadach świecie – i postąpił kilka kroków w stronę Pana Morrisona i Blancharda.
- Myślę, że szpital nie będzie potrzebny, choć jeśli Panowie sobie zażyczą, to mogę zadzwonić po ambulans, jednak na tę chwilę ze swojej strony mogę zaoferować Panom odwiezienie przez mojego szofera prosto do domów. Odpoczynek jest bardziej niż wskazany i myślę, że nasza sprawa może poczekać jeszcze kilka dni aż kondycja Pana Blancharda się polepszy. - w momencie, w którym wymawiał to nazwisko czuł się tak sztucznie, jakby zamiast kręgosłupa miał sztywny, drewniany kij.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Ja tu jeszcze wrócę!   

Powrót do góry Go down
 
Ja tu jeszcze wrócę!
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» jeszcze tu nie jestem miesiąc a już wszystko wyrozumiem
» Chata wuja Toma {Nathaniel i kto tam się jeszcze napatoczy}
» Jeszcze Bardziej Artystyczna Pracownia Ururururu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: