CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Tu martwi uczą żywych

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:11 am


Profesor X to najgorsza żyleta na uniwersytecie. Jest wredny, dumny, nieprzejednany, nie do obłaskawienia i ugłaskania. To wymagający, ale pełen pasji belfer uczulony na głupie pierdolenie, u którego wszystkie testy studenci zwykli nazywać "Rozbójnikami" - do których naukę rozpoczynają już miesiąc przed terminem od słów: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie...". Y jest jednym z jego studentów i właśnie może na własne oczy zaobserwować to, że wszystkie te niedorzeczne i nieprawdopodobne legendy mówiące o okrucieństwie tego człowieka nie były żadnym wyolbrzymieniem. Y to jednak mądry młody człowiek i podziela wraz z belfrem wspólną pasję i to u niego decyduje się (niczym samobójca) pisać swoją pracę dyplomową. Okazuje się, że jest on JEDYNYM, który się na to zdecydował, więc na każdym seminarium profesor poświęca mu całe swoje zainteresowanie. Wbrew oczekiwaniom bolejących nad losem Y kolegów, X jest nawet na tych spotkaniach jakby bardziej ludzki. Nawet zawiązuje się między nimi nic porozumienia.
Wszyscy w uniwersytecie wiedzą, że Psor zwany Smokiem Katedralnym, jest w związku małżeńskim z innym mężczyzną i jego palec od kilku lat zdobi piękna, prosta obrączka.

Wszystko wydaje się być normalne, aż do kilku dni, w których seminarium się przeciągało i X robił się nerwowy, ale w taki sposób, jakby zaczynał się czymś stresować. Wystarczyło, że obsuwa wynosiła dziesięć minut, a telefon profesora rozdzwaniał się i ten ulatniał się z sali, żeby uspokoić namolnego dzwoniącego. Jego partner co dzień wraz z zakończeniem zajęć zawsze podjeżdżał pod uczelnię i zabierał go do domu - ale taki brak cierpliwości z jego strony był niepokojący. Zwłaszcza, że X, za każdym razem wracał z tych krótkich wymian zdań dziwnie napięty.

W przyrodzie nic nie ginęło i nic nie brało się z przypadku - może okrucieństwo i szorstkość, z jaką X traktował swoich podopiecznych miały korzenie właśnie w domu? I co miały znaczyć zbyt duże, przyciemniane okulary, w których profesor prowadził wykład kolejnego dnia po jednym z seminariów? Te, których nie chciał zdjąć nawet po uwadze jednego ze studentów, którego potraktował z wyrozumiałością papieru ściernego i dosłownie wypierdolił z zajęć.

X - Młot
Y - Amay Samobójca

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:14 am


________________________________________
§ Prof. ANDREW GALLAGHER §
________________________________________


§ ]34 lata] § ]1,87 cm / 79 kg] § ]Mężaty] § ]Wykładowca na Uniwersytecie Medycznym im. Chestera]§

§ Prowadzi zajęcia praktyczne z Medycyny Wypadkowej dla studentów Medycyny Sądowej, ale gościnnie występuje na kilku wykładach Opiniowania Sadowo-Lekarskiego dla wszystkich studentów, które odbywają się zawsze na początku roku akademickiego

§ od trzech lat jest w związku małżeńskim ze starszym od niego o kilka lat fotografem Ianem Gallagherem, od którego przejął nazwisko. Poznali się w czasie studiów, kiedy Andy dorabiał sobie jako barman w przytulnej kawiarni znajomego. To był słodki, słodki romans - Ian był czuły, miał niesamowicie seksowny umysł i dar ciągłego zaskakiwania swojego partnera. Był zawsze człowiekiem pełnym pasji, który swoją wielką miłość dzielił sprawiedliwie pomiędzy Andiego i aparat. Jednak od ponad dwóch lat kariera fotografa znacznie zwolniła i zaczął się on zagłębiać coraz mocniej w artystycznej blokadzie i mieć huśtawki nastrojów. Na dodatek jego słodka jak dotąd maleńka zaborczość i zazdrość zaczęła przeradzać się dla jego męża w coś niesamowicie uporczywego. Andrew nie ma prawie żadnego kontaktu z przyjaciółmi, nieomal nigdzie poza pracą nie może wychodzić sam; jeśli coś mu wypadnie lub rutyna ustalonego przebiegu dnia jakkolwiek się zmieni, musi informować o tym swojego zamartwiającego się męża najszybciej jak się da - najlepiej od razu. Niestety ostatnie miesiące Ian zaczął zaskakiwać Andiego aż zbyt mocno...

§ wprost nienawidzi, kiedy mówi się do niego "Andy"

§ Profesor Gallagher był wymagającym belfrem od zawsze, ale ostatnie dwa lata pracy z nim były dla studentów prawdziwym koszmarem

§ nie spoufala się ze studentami, w kadrze pedagogicznej też nie ma zbyt wielu pozytywniejszych znajomych - stąd wszyscy zaczęli za jego plecami nazywać go Smokiem Katedralnym, który siedzi na swojej mównicy, dmuchając na wszystkich oddechem śmierdzącym od siarki i czeka na każdy zły ruch swoich podopiecznych. Nikt jednak nie potrafi powiedzieć jaki Profesor Gallagher jest prywatnie, bo wszystko wygląda tak, jakby on po prostu pojawiał się na terenie kampusu, straszył i po prostu znikał. Nikt nie wpadał na niego podczas czasu wolnego na mieście, nikt nie wiedział gdzie mieszka... Dla wszystkich był jak zły duch tutejszych katedr i uwielbianego przez niego prosektorium stojącego na tyłach gmachu biblioteki

§ ciężko jest go obrzydzić, zważywszy na przedmiot który prowadził równie ciężko jest wyliczyć rzeczy, których jeszcze w temacie konsekwencji ciężkich wypadków nie widział. Jest nawet swoistym murem, który jednoznacznie i bezlitośnie informuje słabych psychicznie studentów, że wybrali nieprzeznaczony dla nich kierunek rozwoju

§ choć rzadko to pokazuje uwielbia kiedy właściwy człowiek jest na właściwym miejscu, więc najlżej mają u niego studenci, którzy przyszli tu z pełnym zdecydowaniem i konsekwencja, a nawet urodzeni socjopaci, niewrażliwi na to, czym będzie się z nimi zajmował. Jedynie inteligencja jest tarczą przed jego ogniem.

§ po jego pierwszej pracy została mu umiejętność robienia niesamowitych malunków na powierzchniach kaw, przy pomocy śmietanki i mleka.


. . .

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:31 am


LANDONLUCASRADCLIFFE

dwadzieścia pięć lat|sto dziewięćdziesiąt dziewięć i pół centymetra|osiemdziesiąt dwa kilogramy|wolny jak ptak|student Medycyny Sądowej na Uniwersytecie Medycznym im. Chestera

> Landon pochodzi z rodziny wielodzietnej. Cóż to znaczy zapytacie? Jest najstarszym z piątki rodzeństwa. Pech chciał, że ma same siostry: Jemma lat 20, Nicholle lat 18, bliźniaczki Rachel i April lat 14. Niemniej, kocha je jak wariat i gotów jest oddać im wszystko co ma, byleby tylko były szczęśliwe.
> Jest niebywale cierpliwy, opanował to do perfekcji niejednokrotnie opiekując się młodymi.
> Pokłady jego miłości i ciepła wydają się nieskończone.
> Za smarka był niski i absolutnie pozbawiony jakiejkolwiek siły, nic więc dziwnego, że nie był w stanie ochronić swojej mamy przed ojcem stosującym metodę twardej pięści. Kurwa, nawet samego siebie nie potrafił obronić niejednokrotnie będąc bitym na kwaśne jabłko.
> Jego plecy znaczy siedem różowych blizn. Wspomnienie po tym jak wziął na siebie cała 'kare' za mamę i siostrzyczki. Ojciec nie pierdolił się i zlał go kablem do krwi.
> Z całego serca wspierał matkę, kiedy postanowiła odejść od swojego kata. Kiedy mieszkali w szóstkę w małym dwupokojowym mieszkaniu łapał wiele prac dorywczych przynosząc do domu każdą zarobioną kwotę, aby udało się im związać koniec z końcem.
> Do tej pory nie bierze od mamy ani grosza utrzymując się sam. Aktualnie pracuje w kampusowej kawiarnii.
> W związku ze wspomnieniami z domu rodzinnego prowadzi darmowe zajęcia samoobrony dla chętnych na kampusie.
> Pomimo tego, że wygląda nieco niepozorne w zanadrzu ma czarny pas Krav Magi połączony z poziomem Eksperckim Pierwszym. Pracował na niego jak pojebany niejednokrotnie pozwalając skopać swoje siedzenie, jest z niego niebywale dumny.
> Większa część jego znajomych nazywa go Lucas. Ot tak. Choć może tkwi w tym coś głębszego?
> Przez wiecznie głośny dom, pełen małych i większych kobietek postanowił zainteresować się czymś cichym. A nie ma chyba nic cichszego niż denat na stole autopsyjnym? A wszystko zaczęło się od przedziwnego zamiłowania do filmów dokumentalnych.
> Medycynę Sądowa traktuje jako swoje hobby, a każdy przypadek jako historię, którą może pomóc opowiedzieć.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:33 am

To były jego pierwsze zajęcia w nowym roku akademickim. Już o 7:30 przeprowadził zajęcia dla studentów pierwszego roku, zastępując Profesor Peeman, którą złożyła grypa. Nie był to najlepszy dzień dla świeżo upieczonych kadetów w studenckich szeregach - zwłaszcza, że większość z nich zgodnie stwierdziła, że ostatnie czego oczekiwali po pierwszych zajęciach praktycznych, to widok trupa. Co to był za nonsens...? Co profesor Gallagher miałby im niby pokazywać przez półtorej godziny zajęć PRAKTYCZNYCH?! Metody noszenia gogli, albo zapinania guzików od fartucha? Już nie wspominając, że trzech cwaniaczków musiał na wstępie wyprosić, bo zapomnieli z domów masek i argument tego, że będą pluli na przedmioty ćwiczeń nie był dla nich wystarczający. Niestety pierwszoroczni mieli to do siebie, że uznawali ostrzeżenie: „To nie będę przychodził wcale!”, za szkodliwe dla prowadzącego. Mylnie. Po tym były jeszcze dwa bloki z trzecim rokiem szykującym się do obrony licencjatu.
Potrzebował kawy. Kawy i nieco cukru, bo czuł już na barkach nadchodzącą migrenę i dziwne osłabienie. Ostatniej nocy pokłócił się z Ianem i przez zdenerwowanie nie dał rady niczego przełknąć. Śniadanie zjadł w biegu, więc dopiero teraz jego żołądek uspokoił się na tyle, żeby mógł czymś go napełnić, a skoro miał ledwie piętnaście minut to miał nadzieję na przynajmniej jakieś batony, maksymalnie ciastko.
Tego dnia smok ruszył się za swojego chwalebnego leża i sunięciem, nakazującym młodszemu pokoleniu rozstępować się na korytarzach na boki, brnął przez katedrę Medycyny Sądowej, aż nie dotarł na dwór. Wakacje już dawno minęły, ale przejście pomiędzy latem a jesienią wydawało się w tym roku być ludzi łaskawie. Było całkiem ciepło, słonecznie, trochę wietrznie, ale wiatr targający wiecznie pozostającą w nieładzie czupryną mężczyzny był bardziej orzeźwiający niż wychładzający. Marynarkę miał przewieszoną przez łokieć i pozostał w samej, bladoniebieskiej koszuli niedopiętej pod samą szyją. Jedynym czynnikiem elegancji, który zachował jeszcze na swoim ciele były wyprasowane starannie i wolne od paprochów sterczowe ciemne spodnie (dopasowane kolorem do marynarki) i wypastowane, zawsze nienagannie wyglądające buty. Odprowadzały go mrukliwe i niechętne powitania serwowane przez mijanych studentów, z których na żadne nie odpowiedział, zlewając ich zimnym moczem. Oczywiście nie dosłownie. Zmierzał do jedynego miejsca, do którego miał wystarczająco blisko, a w którym jak dotąd nie często śniadał. Z jednej strony dlatego, że nie mógł przeżyć tego, iż tamtejsza obsługa nie potrafiła zrobić dobrej kawy, a z drugiej dlatego, że jeśli wśród niej był jakiś student, którego uwalił w którymkolwiek roku, to więcej niż pewne było to, że dostanie wszelkie jedzenie z odpowiednią „wkładką”. Dziś jednak nie miał wyboru – zachowywał kamienną twarz i rzekomy spokój, ale z lekka słaniał się na nogach i czuł, że tym razem nie pociągnie bez odpowiedniego zastrzyku energii.
Dzwoneczek umieszczony przy drzwiach dał subtelnie znać, że do środka wszedł nowy klient. Wewnątrz było gwarno, prawie wszystkie stoliki były pozajmowane przez grupy studentów siedzących przy co najmniej jednym odpalonym laptopie i co najmniej czterech otwartych książkach, prowadzących zażartą dyskusję. Nie, nie było tak, że od jego wejścia wszyscy trwożnie zamilkli, a krucyfiksy umieszczone w promieniu dziesięciu metrów zgodnie wygięły się i popękały. Nie, wręcz w niektórych miejscach jego podopieczni ponachylali się do siebie i gadali jeszcze głośniej. Profesor podszedł bliżej lady, do której stała jeszcze trzyosobowa kolejka obsługiwana przez dwójkę pracowników – chłopaka i dziewczynę. Na szczęście zamówienia szły błyskawicznie, a Andrew miał chwilę na zaznajomienie się z nieco zmienionym menu, wypisanym ślicznym, pochyłym pismem na ścianie za ladą, pociągniętej farbą tablicową. W tym czasie dziewczyna stojąca tuż przed nim zamówiła sobie „Ekspresso” - na dźwięk tej skoślawionej nazwy kawy wzrok soczyście zielonych oczu prowadzącego, dotąd ukrytych za ciemnymi okularami z niebieskimi refleksami na szkłach, spoczął na jej karku wraz z towarzyszącym mu zmarszczeniem nosa. Nie pracował w kawiarni już od ponad 10 lat, a nadal ta niedbałość niesamowicie go drażniła. Zresztą teraz, bez kawy, drażniło go wszystko. Blond-włosa, niziutka pracowniczka - z uśmiechem tak szerokim, że gdyby Pan Gallagher spróbował go spapugować, to popękałaby mu twarz – zniosła to bez żadnego grymasu i wypełniła zamówienie. Przestała podskakiwać dopiero kiedy po drugiej stronie lady pojawił się właśnie on - Smok Katedralny, który zsunął z oczu okulary, złożył je drobnym ruchem jednej dłoni i wsunął w kieszonkę koszuli.
- Ah, Pan Gallagher! - rzuciła piskliwie.
- Witam. – Nawet nie próbował przypomnieć sobie jej imienia; nigdy nie pamiętał imion i nazwisk studentów.
- Przepraszam najmocniej, może Pan chwilę zaczekać? – praktycznie weszła mu w słowo, ale skinął on głową, zaciekając mocniej blade usta. W tym czasie dziewczyna odwróciła się i posłała koledze z pracy błagalne spojrzenie. Anabell zawsze błagała Liadona o pomoc kiedy klient był zbyt namolny, napastliwy albo agresywny i zawsze mogła liczyć na iście rycerski ratunek, jednak teraz sytuacja wyglądała aż komicznie, bo klient był śmiertelnie spokojny i jak dotąd nie dała mu nawet zbyt dobrze się wypowiedzieć. - Lucas p-pozwolisz? Ja... Ja muszę na chwilę zerknąć czy nie trzeba dolać wrzątku!
Wrzątek lał się z rur, połączonych z miejskimi wodociągami. Nie trze było go tak skrupulatnie kontrolować. Profesor przeniósł więc wzrok na... Niebagatelnie wysokiego, młodego chłopaka w pracowniczym uniformie.
- Jeśli macie tu kawę, po której tak się rośnie, to po proszę dwie. – Tak, to miał być żart. Gdzież tam za tym znudzonym, głębokim tembrem. Andrew przeniósł wzrok na menu. - Widzę nieco się u was zmieniło... Con Panna, osypana gorzkim kakao a do tego tiramisu, po proszę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:33 am

Inauguracja roku akademickiego jak zawsze zaowocowała ogromnym rozgardiaszem połączonym z prawdziwą eksplozją pierwszoroczniaków. Pełne nadziei oczy świeżynek wskakujących na główkę we wzburzone morze studenckiego życia raz po raz zwracały się ku głównemu budynkowi ich nowej Alma Mater. Ekscytacja była wręcz wyczuwalna w powietrzu - zupełnie jak co roku. I tylko starsi stażem żakowie widząc tą po raz kolejny powtarzającą się szopkę z lekkim zażenowaniem kręcili głowami - każdy z nich przechodził bowiem to samo, początkowe podekscytowanie z biegiem czasu przechodzące w oblane egzaminy nie do przejścia, krew, pot, łzy i flaki. Z naciskiem na flaki, których wraz ze wspinaniem się na wyższe szczeble akademickiej kariery materializowało się coraz więcej.
Była godzina 6:54, kiedy zaskakująco wysoki student ostatniego roku Medycyny Sądowej wypadł z pieleszy akademika na betonowy plac tuż przed zabudowaniami. Jego nieco znoszone Conversy rytmicznym tupaniem ogłaszały światu, że znany większości studenckiej braci wielkolud spieszył się jak szalony. Pojedynczy pokój, którym jako nieliczny mógł się cieszyć, tego poranka okazał się być przekleństwem. Gdyby nie standardowy telefon od mamy, niechybnie zaspałby już pierwszego dnia swoich uczelnianych wojaży. Nie przejąłby się tym zbytnio (na ostatnim roku zajęć miał tyle, co kot napłakał), gdyby nie fakt, iż dzień ten w całości miał spędzić w Paradoksie, kampusowej kawiarni, w której każda przepracowana godzina przekładała się dla niego na dwanaście funtów. Przyspieszając do biegu musiał chyba wytworzyć wokół siebie swego rodzaju pole siłowe - wszystkie mijane przez niego osoby usuwały się z jego drogi posyłając w jego kierunku na przemian to przerażone spojrzenia, to pełne sympatii uśmiechy. Kilkukrotnie ktoś rzucił w jego kierunku zwyczajowe 'Hej, Lucas!’, na które mimo całego pośpiechu mężczyzna zawsze odpowiadał wesołym pozdrowieniem. Ot - taki właśnie był Landon Radcliffe - miły, ciepły, dla wielu jak starszy brat - kampusowa dobra dusza. Dodatkowo jak się okazało świetny biegacz, kiedy bowiem dobył w końcu do drzwi kawiarni, kiedy niewielki srebrny dzwoneczek zainstalowany po drugiej stronie ich skrzydła wydał swój trel, była 6:59. Wchodząc do przytulnego wnętrza znaczonego barwami beżu i ciepłego brązu starał się uspokoić przyspieszony oddech. Za wielkim ekspresem do kawy dostrzegł czubek głowy otulonej niesforną burzą blond włosów. Poprawiając zgrabnym ruchem palców nieco rozwichrzoną fryzurę doszedł do lady.
- Hej, Ana. Przepraszam, że tak późno… - podnosząc ukrytą w kontuarze bramkę wślizgnął się do sekcji przeznaczonej dla pracowników. - Kołdra trzymała mnie dzisiaj za nogę zbyt mocno. - łobuzerski uśmiech numer pięć, który jej posłał miał na celu ewentualne zmiękczenie jej serca.
Krzyżując wejrzenie swoich szarych ślepi z błękitnymi należącymi do jego współpracownicy wiedział, że jego urok osobisty zadziałał.
- Tak, jasne Lucasie. Ubieraj się, sama daleko nie popłynę tym okrętem. No już, szoruj! - ruchem głowy wskazała wejście na niewielkie zaplecze.
- Tak jest, kapitanie! - jego głos opadł w głębokim śmiechu, kiedy Landon nieco pokracznie wykonał oficerski salut.

~*~*~

Stał za masywną ladą Paradoksu już piątą godzinę. Jego nogi powoli zaczynały buntować się przed tak jawnym ich nadużyciem, posyłając wyładowania bólu do najbardziej napiętych mięśni. Żołądek również nie pozostawał mu dłużny, ćmieniem upominając go, że wypite na szybko, lurowate, wybitne przesłodzone espresso nie jest wcale ekwiwalentem śniadania. Miał wrażenie, że populacja studentów których potrzeba zmieszania krwi z kofeiną pchnęła do niewielkiego budynku kawiarni wzrosła co najmniej dwukrotnie w stosunku do poprzedniego semestru. Potrzebował przerwy. Natychmiast. Kolejka wijąca się po przeciwnej stronie kontuaru utwierdzała go jednak w przekonaniu, że wygospodarowanie choćby kilku minut na ugryzienie kanapki, czy zwyczajne klapnięcie na zapleczu było raczej pobożnym życzeniem. Kończył właśnie przygotowywanie już chyba milionowego americano, skrycie licząc na większe wyzwanie, w końcu szumnie nazywali go tu baristą. Wydając kawę podliczył szybko rachunek kolejnego klienta.
- Dwie białe americano. - los najwyraźniej nie planował rzucić mu rękawicy. - To będzie osiem funtów. Proszę poczekać, zamówienie za chwilę będzie gotowe. - wydając stojącemu po drugiej stronie lady młodzikowi resztę usłyszał delikatny dźwięk dzwoneczka.
Ocierając dłonie o opasający jego talię fartuch z nazwą lokalu dał się ponieść nawykowi. Jego spojrzenie padło na drzwi, omiatając szybko kolejnego klienta. Znał go, jak chyba wszyscy studenci - oto smok opuścił swą pieczarę, by unosząc się na skrzydłach nienawiści oraz pogardy do akademickiej braci wyruszyć na żer. Nigdy nie dane mu było stanąć w szranki z gadziną owianą złą sławą osobiście, sam nie potrafił jednak określić czy był to pozytyw jego życia. Landon zawsze wymagał od siebie wiele, lubił więc profesorów, którzy nie kładli laski na swoją pracę - a Smok Katedralny na takiego właśnie wyglądał.
Mrugając kilkakrotnie powrócił do obsługi ekspresu. Nie pamiętał już skąd wzięła się u niego taka maniera, lubił jednak sondować gusta kawowe ludzi na podstawie wyglądu. Gallagher sprawiał wrażenie mężczyzny mocno stąpającego po ziemi, co wykluczało całkowicie jakiekolwiek słabe napitki udające kawę. Podejście do studentów, o którym na kampusie krążyły legendy przekazywane trwożnym głosem w wolnych od profesorów pieleszach akademika, jasno wskazywało na to, iż był wymagający i nie mógłby zadowolić się jakaś lurą składającą się w większości z mleka. Wniosek był jeden. Zamówi espresso. Być może podwójne. Nie zepsute posmakiem mleka, jak stojące przed nim kawy. I choć zmęczenie tliło się w okolicach jego potylicy, uspokajający bulgot ekspresu wciągnął go w lekki trans. Filiżanka za filiżanką wydawał kolejne zamówienia pozwalając Anabell obsługiwać kasę - zajęcie prostsze, lecz jak dla niego bardziej nużące. I wtedy, kiedy obiecywał sobie w duchu, że przy kolejnej nudnej kawie rzuci to wszystko w cholerę, do jego uszu dobiegł lękliwy głos blondynki.
- Um, pewnie, Ana. Nie wiem tylko czy to…? - konieczne?
Nim zdołał zakończyć swoja myśl dziewczyna kucała za ladą jak małe dziecko pokazując, że leci mu przysługę. Kręcąc głową doszedł do kasy szybko wpisując swój kod pracownika. Przygotowany skrzyżował wejrzenie z profesorem, uznając w duchu, że jego oczy są niezwykłe.
- Witam. Czym mogę dzisiaj służyć? - standardowe pytanie wygłaszane przez obsługę każdego punktu usługowego w tym miejscu było jakby… cieplejsze? - Obawiam się, że to nie nasza kawa, a kuchnia mojej mamy, proszę Pana. Con panna i tiramisu - należy się dziesięć funtów. Zamówienie będzie gotowe za chwilę. - lekki uśmiech błąkający się po wargach młodego mężczyzny sprawiał, że jego szare ślepia błyszczały - tak, jego przewidywanie po części było prawdą i mimo że bita śmietana lekko go zaskoczyła, przyznal sobie kolejny punkt. Logiczne myślenie w tych czasach było złotem, nawet w przypadku kawy.
I chociaż Ana wychylając się zza lady miała zamiar zająć się przyjętym przez niego zamówieniem, Landon pewnym ruchem wyjął z jej drżącej dłoni błyszcząca kolbę. To było jego wyzwanie - czy chciał tego czy nie zostało mu zrzucone na głowę przez lęk - i zamierzał się z nim zmierzyć.
- Ukrój prosze tiramisu, Anabell. - wymruczał ledwo słyszalnie, dziewczyna jednak z westchnieniem ulgi ruszyła po falowane ostrze do ciasta - najwyraźniej po raz kolejny ją ratował.
Zamówienie dla niewprawionego baristy mogło wydawać się proste, ot con panna, zwykle podwójne espresso przyozdobione odrobiną słodkiej bitej śmietany. Nic bardziej jednak mylnego! Skupienie przejęło nad nim kontrolę, kiedy mielił porcje na oko piętnastu gramów świeżej Arabiki wprost do ujętej pewnie kolby. Jego smukłe palce przesuwały się po ekspresowych utensyliach zupełnie jakby były one instrumentami, a on muzykiem. Strzepnął nadmiar kawy z wypełnionego pojemnika, by po tym uformować odpowiednim naciskiem kawową tabletkę. Po chwili już niewielka, podgrzania uprzednio filiżanka do połowy wypełniła się bogato pachnącym płynem. Delikatna crema o barwie orzecha utwierdziła go w przekonaniu, że wszystko dzieje się jak powinno. Bita śmietana była jedynie formalnością. Kiedy obsypywał ją odrobiną gorzkiego kakao wiedział już że ta runda należała do niego - kawa była idealna. Stawiając ją na tacy tuż obok trójkątnego kawałka ciasta uśmiechnął się ciepło.
- Bardzo proszę, Panie Profesorze. - patera gładko postawiona w odpowiednim miejscu lady oczekiwała na odbiór.
A Landon zastanawiał się jak to możliwe, by człowiek którego właśnie obsługiwał zasłużył na miano smoka. O ile dobrze pamiętał legendarne gadziny lubowaly się w dziewicach, nie w idealnie wykrojonych kawałkach ciasta i chmurce bitej śmietany na kawie. Czyżby ewolucja smoczego gatunku umknęła mu wartko przeskakując z cnotliwych dziewcząt - o które notabene w tych czasach było cholernie trudno - na słodycze?

_________________




Ostatnio zmieniony przez Amay dnia Sro Cze 28, 2017 11:50 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:34 am

Dziewczyna ulotniła się szybko, nawet nie próbując udawać, że to z innego powodu niż sama obecność Smoka. Rozpoznawał ją - była na przedostatnim roku i to na dodatek na jego wydziale. Nie miała specjalnego problemu z ćwiczeniami praktycznymi na zajęciach, ale oddawała ze sporym hakiem opóźnienia wszelkie prace, które musiała wykonać po godzinach. Reszta wykładowców podchodziła już do tego nieco lżej, ale dla Gallaghera opóźnienie o tydzień równało się z niezaliczeniem niemożliwym do poprawienia, a termin ten mijał je już jutro.
Andrew nie pamiętał nazwisk, ale pamiętał twarze.
I nawet jeśli był zdolny oddzielić pracę dziewczyny od jej życia studenckiego i skłonny nie męczyć jej w miejscu aktywności zarobkowej, to jej zachowanie praktycznie go sprowokowało. I zirytowało, co nie było trudnym osiągnięciem. Zachowała się niedojrzale i nieprofesjonalnie umykając z półmiska i składając w ofierze studenta, którego za to nie kojarzył. Jednak mięso na smoczych kłach, to nadal mięso, a tego było w obecnej sytuacji nawet więcej. Chłopak nie przypominał jednak chuderlawego Slender-mena zza długimi rękami i nogami; nie był wychudły, jego proporcje nie były zachwiane przez nagłe wyskoczenie w górę i przerośnięcie zapewne większości studenckiej i pracowniczej braci uczelnianej. No i miał duże dłonie... Duże i smukłe. I wysmuklone nadgarstki, z których na boku wystawała delikatna, charakterystyczna kosteczka. To ona zwracała na siebie najwięcej uwagi i otwierała czujnym na detale oczom trójkątnie rozwidlającą się drogę do śródręcza o kształcie bardziej elipsy niż kwadratu (ja u innych ludzi), zakończoną długimi, smukłymi palcami. Paznokcie zadbane, równo przycięte.
Był chyba wariatem skoro bardziej niż na twarz patrzył na dłonie. Zwłaszcza męskie.
Na dodatek głos miał ciepły jak grzejący się niedaleko miód, którym czasem ludzie lubili posłodzić sobie kawę bardziej niż cukrem – i to tak, żeby jej tym nie wychładzać.
- Szkoda – odparł z flegmą, która zdawała się na dobre zagnieździć w jego gardle jak niedoleczone zapalenie. Nie wydawał się być speszony tym, że chcąc nie chcąc spogląda na rozmówcę z dołu. Dochodzący do kolejki studenci ustawiali się dopiero półtora metra za profesorem, zupełnie jakby na plecach miał jakieś niewidzialne kolce. Na szczęście nie było ich z przodu i Andrew mógł przebijać studenta tylko swoim spojrzeniem. Spojrzeniem oczu, które pomimo swej soczystej barwy, przywodzącej na myśl tkaninę z której spódnicę zrobiła sobie Królowa Wiosna, było znudzone i wiecznie zmęczone. Ślepe na jakiekolwiek okazy sympatii czy ciepła. Co gorsza spojrzenia i słowa nie tyle odbijały się do mężczyzny jak od muru, co rozpryskiwały na nim jak rzucone o ścianę przedojrzałe owoce i spływały na ziemię, by mógł je jeszcze podeptać na odchodnym.
Smok wyciągnął z kieszeni marynarki skórzany, czarny portfel i zagrzebał w nim z szelestem kładąc banknot na ladzie i podsuwając go chłopakowi. Kiedy ten go odebrał na moment ich palce się skrzyżowały. Od dłoni pracownika kawiarni było ciepło, na dodatek opuszki miał miękkie, zupełnie jakby dopiero do obmyte mydłem i przetarte delikatnym ręcznikiem. W porównaniu do szorstkich i chłodnych łap gada różnica była kolosalna. Ah, no i jeszcze jedno... Gallagher był zwolennikiem staromodnych tablic, ale kreda zawsze pozostawiała niechciany ślad na jego ciele – tak jak w tym przypadku, kiedy podzielił się z chłopakiem odrobiną białego pyłu. Dopiero kiedy to zobaczył otrzepał dłonie na boku, z dala od spodni i powiódł wzrokiem za wypełniającym obowiązek brunetem.
Espresso to było za mało. Nawet podwójne. Było twarde, mocne, małe i proste – bardzo eleganckie i stonowane w swojej prostocie. Podawane w skandalicznie małej filiżaneczce uchodziło za uroczego wyglądem, piekielnie pełnego energii diabła o czarnym wnętrzu. Mimo to w przypadku zamówienia Profesora to wnętrze biało być ukazane tak łatwo – niezbędna była chmurka bitej śmietany - śliczna i zastygła w zawijasie niepowadzonym przez rękę wprawnego baristy. Był jednak jeden szkopuł: Nie miała być biała. Puch ciemnego kakao miał przykryć jej niewinność i zasiać pewnego rodzaju zaniepokojenie w widoku rozkosznie małej filiżaneczki z obłoczkiem wystającym lekką górką znad jej krawędzi. Właśnie dlatego kakao miało być gorzkie – puch miał być czarny, nie brązowy.
Anabell raz obsypała ją mlecznym kakao. I pewnie dlatego nie chce już więcej przyjmować zamówień od wymagającego klienta.
Smok wychylił się do przodu i oparł przedramionami o ladę wodząc po plecach pracującego baristy wzrokiem prawie że namacalnym. Nie było to jednak spojrzenie wzdychającej kochanki, albo zaciekawionego przyjaciela, ale spojrzenie oceniające, sunące po ramionach i karku jak rozżarzony węgiel. Zjechał nim w końcu na natchnione dłonie pewnego swoich możliwości dzieciaka i bez komentarzy dał mu szanse na sprawdzenie się. Pierwsze na co zwrócił uwagę to fakt, iż nie odważył kawy – ani specjalnie przygotowaną do tego miarą, którą widział zawieszoną na ścianie, ani (by być dokładniejszym) stojącą w zasięgu wzroku wagą kuchenną. Fach w rękach nie zachwiał jego ruchami i pracownik nawet na ćwierć sekundy nie zaburzył płynności ruchów, żeby zastanowić nad tym czy aby nie nasypał za dużo bądź za mało. Nie był też nadmiernie efekciarski; w ciszy z wirtuozerią sprawdzał się z rzuconym mu wyzwaniem. Ciekawe czy skupiony na wykonywanym zadaniu Landon zorientował się, że najbliższe rzędy ucichły? Od jakości przygotowanej kawy zależał humor okropnego Profesora na resztę dnia, a przed nim jeszcze pięć bloków zajęć z biedakami, którzy musieli go dawniej znieść – nieprzyjemnego jak podrapany pod włos kocur – po tym jak np. Panna Anabell się nie sprawdziła. Więc od umiejętności Pana Radcliffa zależało dzisiejsze szczęście studenckiej braci i najpewniej czyjeś oceny... Być może nawet ocena Panny Anabell. A to duża odpowiedzialność.
Profesor Gallagher bardzo lubił sadystycznie obarczać nią innych.
Tacka w końcu stanęła przed kawowym krytykiem, który spuścił głowę i poddał ją pierwszemu testowi wizualnej prezentacji. Zupełnie jakby na siłę wyszukiwał jakiegoś błędu, potknięcia, będąc gotowym nawet przyczepić się do tego, że kakao rozsypano niesymetrycznie, a ciasto jest pokrojone nierówno, co zepsuło widoczne po jego boku kolejne warstewki kawy, kremu i biszkoptu. I chyba nawet gdzieś tam w podświadomości to właśnie robił, ale... Nic nie znalazł. Nic. Ciasto prezentowało się cudownie, przyozdobiono i je, i talerz na którym stało pięknym i równomiernym maźnięciem gorzkiej polewy czekoladowej, a tuż obok zrobiono kwiatek z bitej śmietany o fantazyjnie powywijanych płatkach. Arcydzieło na paterze.
Profesor wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, który mógł być równocześnie pomrukiem zadowolenia albo prychnięciem – z nim nigdy nic nie było pewne. Połowa ludzi w kawiarni zamarła w oczekiwaniu.
- Dziękuję – skwitował, podnosząc wzrok na tego młodocianego giganta i pochwycił tackę. Czyżby to zrezygnowanie było tą emocją pobrzmiewającą w jego głosie? Nic nie znalazł? Naprawdę? Było aż tak dobrze...? Nawet fakt, że dostał idealnie zrobione zamówienie go zirytował... Co za człowiek.
Widać było jak niektórzy studenci albo odetchnęli, albo usiedli głębiej w krzesłach czując, że pierwszy test zaliczony. Choć pozostał jeszcze moment spróbowania kawy, dlatego nie było co mówić „hop”. W tym czasie psor odszedł od lady i natychmiast podbiegła tam jakaś oczarowana nim dziewczyna i bezmyślnie, kompletnie nie wiedząc na ci się zamierza, rzuciła tylko nabuzowane: „Chcę to samo!”. Biedna.
Gallagher zasiadł przy stole niedaleko, w kącie – jedynym miejscu przy którym były tylko dwa krzesła. Przodem do lady. Umykające mu jak przez palce ostatnie dziesięć minut przerwy zdecydował się spędzić nad książką w zabawnym, kieszonkowym rozmiarze nieco większym niż jego dłoń. To mógł być albo tomik poezji, albo stara proza – ciężko było rozpoznać, bo tytuł w pełni zasłaniał palcami. Zaczął od ciasta – zauważając, że potraktowano sprawę poważnie, bo było ono mocno słodkie i kawowe, a pokrywająca go niejako polewa była niewysłowienie gorzka, więc dla równowagi smaku bita śmietana nie była słodka, ale bardziej kremowa. Na dodatek tiramisu nie było niskie, rozlazłe i mokre, uginało się i pękało pod naciskiem widelczyka, a nie spłaszczało się i wypływało na boki. Ciężko było dogodzić Smokowi bo nawet gdy dostawał zamówienie dopieszczone w najdrobniejszym szczególe, to zamiast być wdzięczny, stawał się tylko niebezpiecznie podejrzliwy. Wsuwał ciasto raz po raz, nie chcąc się spieszyć z degustacją i zerkał na walczących z kolejną klientelą pracowników, zdecydowanie mocniej oglądając się za sprężystymi krokami dużo wyższego członka z tego podobnie ubranego duetu. Obserwował jak z lekkością i wprawą łączy kolejne komponenty, po czym czytał połowę strony swojej książki, po czym na nowo zerkał jak chłopak z wprawą oddziela od siebie kolejne warstewki kawy, syropu i mleka w kawie raf i znowu czytał, nie zauważając, że trzeci raz zajmuje się tym samym akapitem. Sapnął rozeźlony tym samym na samego siebie, pacnął lekturą o blat i z nerwami spojrzał na wciąż czekającą na swoją kolej kawę. Chwycił ją o dziwo łagodnie i zatopił w niej usta, czując jak górną wargę łaskocze miękka, uginająca się pianka, a dolna obejmuje nagrzaną od płynu filiżankę. Wszystko to podczas gdy na język lał się czarny, niesamowicie pyszny kopniak energii, który odbije mu się w przeciągu najbliższych kilkudziesięciu minut. To były dwa łyki. Jeden, w pełni wypełniony gorzkim, nęcącym potokiem czystego, idealnie przyrządzonego espresso, a drugi wlał się do ust wraz z łagodzącym posmakiem miękkiej, kremowej i słodkiej pianki, który załagodził agonię uginających się pod mocną sensacją kubeczków smakowych. Smok zamruczał pod koniec ukontentowany – cicho, tak by odgłos ten nawet poganiany psami gończymi nie sięgnął lady. Nie językiem, a palcem starł resztki piany, które osiadły mu w kącikach ust i dla pewności przetarł się jeszcze pod nosem dołączoną do wszystkiego serwetką.
Zerknął na zegarek. Za trzy minuty miał być na zajęciach. Niech to szlag! Przeniósł wzrok na ladę – kolejka była długa na pięć osób. Nie dąży porozmawiać z baristą. Zerknął więc na swoją książkę i otworzył jej ostatnią stronę, lekko obrywając z niej pusty skrawek kartki. Zapisał na nim kilka słów, złożył go w pół i wsunął pomiędzy filiżankę a suchy spodek tak, by widocznie wystawała. Spakował się po tym, odłożył tackę na odpowiednim miejscu, skąd obsługa mogła ją zabrać i bez zbędnego przeciągania chwili opuścił kawiarnię w asyście dźwięku dzwoneczka.

Co było napisane na kartce eleganckim, pochyłym pismem?

„Spisał się Pan.”

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:34 am

Cisza, która rozpostarła swe skrzydła wewnątrz czterech ścian Paradoksu była doprawdy nienaturalna - zupełnie jakby nagle wszystko, co standardowo napędzało cudowny rozgardiasz niewielkiej kawiarenki sczezło w oparach siarki opuszczających smocze trzewia. I chociaż w chwili największego, baristycznego uniesienia Landon nie odnotował tego marazmu, teraz kiedy stał za kontuarem śledząc taksujący wzrok profesora, zaczynało mu to żywo doskwierać. Napięcie wyczuwalne w powietrzu sprawiło, że kiedy niewielki wytwór jego smukłych dłoni był poddawany ocenie, młody mężczyzna lekko się zgarbił, nie do końca już pewien, czy faktycznie con panna była tak idealna, jak zakładał. Może kakao było rozsypane nierównomiernie? A co, jeżeli fach który miał w rękach zawiódł go i napar przygotował ze zbyt małej ilości świeżo zmielonych ziaren? Kurwa… na pewno coś było nie tak. Zadowolić zwyczajnych studentów, dla których ‘ekspreso’ jest szczytem wyrafinowania to jedno, moment jednak gdy smok spróbuje owocu jego pracy, który nie zaspokoi jego oczekiwań, by po tym w pełnym niezadowoleniu pozbawić Landona jego głowy (do której był cholernie przywiązany) to coś zgoła innego. I będzie to tylko i wyłącznie jego wina. Anabell idealnie wywiązała się z powierzonego jej zadania ukazując cały swój kunszt podczas przyozdabiania wykrojonego jak od linijki kawałka tiramisu.  Szczerze powiedziawszy młody Radcliffe od chwili kiedy blondyneczka po raz pierwszy podała mu szarlotkę z lodami przybraną na swój sposób, zazdrościł jej zadziwiającej umiejętności prezentowania jedzenia tak, że raczej chciało się nim cieszyć ślepia, niźli kubki smakowe. Jego własna umiejętność serwowania jakichkolwiek posiłków oscylowała w okolicach okrągłego zera - ot, był w stanie prosto ukroić kawałek ciasta, nic jednak ponad to. Czyżby właśnie w tym momencie dobrowolnie układał się na smoczych kłach? Myśli zderzały się w jego głowie nie będąc w stanie stworzyć logicznej całości. Wiedział tylko, że stres za chwilę sprawi, że jego czaszka eksploduje. I wtedy, kiedy już zaczął oceniać, na jak wysokim poziomie są jego fakirskie zdolności - zęby smoka są przecież kurewsko ostre - z trzewi bestii dobył się niesprecyzowany odgłos, którym (jakim cudem…?) gadowi udało się wycisnąć dech z piersi praktycznie wszystkich obecnych w kawiarni. Landon będąc bliskim rzuceniu się ku stojącej przed nim paterze z zamiarem powtórnego zaparzenia nieszczęsnego espresso - przecież to stojące przed nim musiało być beznadziejne (powinien był postarać się bardziej!) - zacisnął boleśnie szczęki. I kiedy już czuł jak jego prawe ramię odrywa się od jego boku, by odbyć podróż ku filiżance, kiedy był bliski pochwycenia jej sprzed nosa Smoka Katedralnego ta nagle… zniknęła z zasięgu jego wzroku zabrana przez gada. Dłoń uniesiona do poziomu biodra opadła żałośnie napędzana zawodem, który tak doskonale rozbrzmiewał w tembrze głosu dydaktyka. Wspomnienie przeprowadzonych zajęć, którym nieumyślnie podzielił się z nim wykładowca, pozostawiło ledwo widoczny ślad na fartuchu opasującym go. Było po nim. Szarość jego ślepi odprowadzała Gallaghera na obrane przez niego miejsce. Nie mógł już w żaden sposób ratować swojego tyłka. Wciąż świdrując wzrokiem profesorski grzbiet westchnął głęboko, zwijając palce obu dłoni w lekko drżące pięści. I mimo że większość obecnych w niewielkim pomieszczeniu studentów wzięło podziękowanie wygłoszone przez profesora za dobrą monetę, młody wciąż odczuwał wzmagające się napięcie w swoich członkach. Podejście do smoka w tym momencie równoznaczne było z przyznaniem się do porażki, a tego brunet w sobie nie tolerował - był to bowiem objaw słabości. A on nie mógł być słaby - nigdy więcej.
Bycie wyższym od większości studenckiej braci dawało młodemu Radcliffowi swego rodzaju korzyść. Jeżeli nie chciał czegoś zauważyć, niechybnie mógł złożyć to na karb tego, iż jego oczy znajdowały się na poziomie praktycznie dwóch metrów nad poziomem gruntu. Tak właśnie było w tym momencie - Landon uparcie ignorował podskakująca już lekko dziewczynę, która starała się nakłonić go do powtórnego przygotowania espresso z niewielką chmurką. Był zbyt zajęty obserwowaniem tego, w jaki sposób skończy się jego baristyczny żywot, by zająć się tym zamówieniem. Odsiecz, z którą ruszyła mu Ana była idealnie wymierzona w czasie. Moment, kiedy jej malutka dłoń spoczęła w okolicach jego łokcia - nie było szans, by sięgnęła wyżej - zbiegł się z chwilą kiedy Smok zajął miejsce przodem do lady. Przesuwając kilkakrotnie miotełką rzęs po nieobecnej szarości swoich ślepi młodzikowi udało się w końcu wyrwać z letargu.
- ... okay? - delikatny głos blondynki przebił się przez warstwę myśli tworzących biały szum we wnętrzu łba Landona. Jego twarz musiała wyrażać prawdziwe zagubienie, gdyż dziewczyna kręcąc lekko głową powtórzyła - Ja zrobię panienkę, Ty machnij dwie americano na wynos, dobrze? - mała dłoń oderwała się od jego ramienia.
Zdobył się jedynie na lekkie skinienie. Był wdzięczny swojej współtowarzyszce za powierzenie mu zadania, które nie będzie wymagało od niego zbytniego skupienia. Bez zbędnych rozważań mógł dać się pochłonąć pracy. Minuty upływały, a on pochylając się za ekspresem nie był w stanie odgonić od siebie palącego wrażenia - zupełnie jakby drobne iskry raz po raz osiadały na odsłoniętej skórze jego bladych przedramion. I kiedy już wydawało mu się, że wie co jest tego przyczyną, kiedy w okolicach jego potylicy pojawiała się pojedyncza, zagubiona myśl, unosił wzrok znad kolby wypełnionej kawą, czy porcji spienionego mleka zawsze trafiając na ten sam obraz - profesor czytał niewielkie wydanie niezidentyfikowanej książki. A Landon pluł sobie w brodę, stwierdzając, że jest przewrażliwiony. Niemożliwym było, żeby Gallagher go obserwował - chciał tu jedynie wypić kawę, nic ponad to. A on był tylko jednym z kilkuosobowej obsady podrzędnej kampusowej kawiarenki. Tyle. I chociaż młody Radcliffe podkopywał tym poczucie własnej wartości, dzięki temu, paradoksalnie, się uspokoił. Nie poniósł porażki - kawa była akceptowalna, wykonana na poziomie odzwierciedlającym ten, który mogła reprezentować sobą kawiarnia obsługiwana przez bandę studentów korzystających ze sprzętu nie będącego najnowszym wyczynem baristycznej techniki. Tak…
I kiedy nie zwracając już najmniejszej uwagi na wykładowcę zajął się przygotowywaniem karmelowego rafa, po przeciwnej stronie lady wydarzył się mały cud. Oto chmurka złożona z największą ostrożnością i wprawą na powierzchni delikatnej cremy zetknęła się z profesorskimi wargami, oto czarny płyn opuszczając filiżankę ogrzał wnętrze smoczej paszczy, i (jak to możliwe?) ich zadziwiająca mieszanka wydobyła z krtani bestii pomruk ukontentowania. A wszystko odbywało się w bańce, nie tyle braku zainteresowania - tu i ówdzie oczy kierowały się ku Gallagherowi - co raczej delikatnej otoczki strachu przed dydaktykiem. Spektakl skończył się szybko - espresso, nawet podwójne, to jedynie kilka niewielkich łyków. I tylko jedna osoba śledziła przedziwne zachowanie Smoka Katedralnego - stojąc po przeciwnej stronie kontuaru obserwowała jak jego wciąż nieco białe od kredowego nalotu palce oddzielają niewielki skrawek ostatniej strony jego książki, jak gustowne, wieczne pióro przelewa jego myśl na papier i w końcu jak niewielka karteluszka spoczywa pod równie miniaturową filiżanką. Ciało obserwatora wręcz drżało z ekscytacji. Moment w którym trel srebrnego dzwoneczka oznajmił, iż Smok opuścił pielesze Paradoksu można było bez oporu nazwać magicznym. Zupełnie, jakby niewidzialna ręka zwiększyła głośność otoczenia wracając cały kawiarniany zamęt na jego miejsce. Studenci przekrzykiwali się porównując notatki, zamówienia były głośniejsze i wygłaszane z pełną werwą. Smukła dłoń uniosła delikatnie filiżankę wyławiając spod niej skrawek książkowej strony.
- O kurwa! - ton dziewczyny był niebywałe piskliwy, przebił się jednak przez ponownie zawitały w niewielkim wnetrzu rozgardiasz.
- Anabell Marie Reynolds, czy Ty właśnie…? - szare ślepia Landona oderwały się od latte, którego dekoracją się zajmował, by nawiązać kontakt z błękitem nienaturalnie szeroko otwartych oczu dziewczyny.
Kiedy młodzik ostatnio sprawdzał blondyneczka nie przeklinała.
- Kurwa, tak… - mała dłoń wyciągnęła się ku niemu podając mu urywek kartki.
Szare ślepia niespiesznie prześlizgnęły się po idealnie wykrojonych literach. Zaskoczenie było jak uderzenie w splot słoneczny. Jak?!

~*~*~

Osiemdziesiąt trzy kawy, piętnaście kawałków ciasta i cztery gorące czekolady później, dokładnie o 21:03 chrobot klucza w zamku przeszklonych kawiarnianych drzwi oznajmił światu, że dwuosobowa załoga Paradoksu zakończyła swoją dzisiejsza służbę. Oboje byli bogatsi o sto sześćdziesiąt osiem funtów każde i chyba tylko to odsuwało od nich dręczące zmęczenie.
- Lucasie Radcliffe, nie mam pojęcia jak tego dokonałeś, ale czuję, że lecę ci znacznie więcej niż jedną przysługę. Jeżeli zdam ten cholerny projekt u Gallaghera będę Cię wielbić! - dziewczyna żywo gestykulując uśmiechała się do pochylającego się w jej kierunku bruneta.
- I przez najbliższe dwa tygodnie zmywać w Paradoksie? - szare oczy posłały w przestrzeń wesołe skry, kiedy młodzik wrzucał klucz do tylnej kieszeni swoich jeansów.
Od chwili kiedy na sporych rozmiarów dłoni studenta spoczęła pokryta gustownym pismem karteluszka, jego poczucie własnej wartości podniosło się z klęczek. Zaczął się ponownie uśmiechać, zupełnie jakby z jego grzbietu zdjęto marmurowy blok, przyciskający go do podłoża. Od zawsze miał problemy z utrzymaniem względnie stałego poczucia własnej wartości. Często gubił się w swoim własnym lesie strachów nie doceniając swoich własnych umiejętności - wystarczyło jedno krzywe spojrzenie, jedno westchnienie w nie do końca odpowiednim momencie, a on już nie był pewny, czy coś co robić potrafił nawet z zamkniętymi ślepiami, faktycznie zrobił dobrze. Co w połączeniu z jego przeświadczeniem o tym, że wszystko powinien robić na sto dwadzieścia procent, w sposób idealny, owocowalo ogromnym dysonansem poznawczym. I chociaż Gallagher najprawdopodobniej nie zdawał sobie z tego sprawy, tą krótką notką rozbudził w chłopaku tlącą się lekko sympatię do swojej osoby. I kolejną falę braku zrozumienia dla wyolbrzymianego, jak się Landonowi wydawało, wyobrażenia profesora jako smoka. Kto bowiem mógł być okropną kreaturą będąc w tym samym czasie w stanie docenić coś tak cudownego jak dobrze przyrządzona kawa?
- Miłego wieczoru, Lucas. Widzimy się o czternastej trzydzieści? - pytanie zawisło między ich dwójką.
- Tak, przyjdę zaparzyć parę kaw, mam okienko do szesnastej piętnaście. - i chociaż Ana wiedziała, że za chwilę odbędą swoją standardową, wspólną podróż pod drzwi jej akademika, zawsze żegnała się z nim już pod drzwiami kawiarni.
On i tak zawsze ją odprowadzał. To był po prostu Lucas - dobry duch tego kampusu.

~*~*~

- Lucas, nasze złote dziecko parzenia kawki, jesteś zaproszony na popijawę, która w całości sponsoruje moje stypendium naukowe. Kurwa, stary, dzięki Tobie Gallagher nie wlepił mi dzisiaj bani z marszu! Cały wydział wynosi Cię pod niebiosa! - szeroki uśmiech ciemnoskórego chłopaka powitał bruneta w drzwiach prowadzących na korytarz piątego piętra trzeciego akademika, na którego bocznej ścianie pyszniła się jego nazwa - Avalon.
Izaak Collins, dwudziestotrzyletni student przygotowujący się właśnie do obrony licencjatu, stal z zaplecionymi na szerokiej piersi ramionami, najwyraźniej oczekując na przybycie dzisiejszego rycerza w lśniącej zbroi od co najmniej kilkunastu minut. Jego korpulentne, niskie ciało zastawiało praktycznie całą przestrzeń wąskiego przejścia o ścianach pokrytych lamperią w nieokreślonym bliżej kolorze, przywodzącym na myśl rzygowiny. Młody Radcliffe nie raz słyszał, że nazywają ich Flipem i Flapem uniwerku Chestera. Cholernie się z tym zgadzał.
- Popraw mnie, jeżeli się mylę, ale chyba Cię tam nie było, Zack? - niewielka zmarszczka, która pojawiła się między brwiami Landona zaburzyła nieco harmoniczność jego twarzy. - Poza tym, jutro o szóstej piętnaście mam zajęcia z samoobrony, nie dam rady. Ale dzięki za zaproszenie. - próba wyminięcia studenta, którą podjął obróciła się w niwecz, kiedy ten przegrodził szerokość korytarza ramieniem, wspierając nalane palce na fragmencie ściany pozbawionym lakieru.
- Daj spokój, Radcliffe, twoja kawunia uratowała nam dziś wszystkim dupska. Jeżeli raz odpuścisz sobie te śmieszne zajęcia nikomu nic się nie stanie. - młody Collins najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że puszka Pandory właśnie uchyliła swoje wieko.
- Zack… - głęboki głos, jaki dobył się z gardzieli Landona nosił znamiona słabo utajonej groźby. - Może powiesz to samo osobom, które na mnie liczą? Albo nie, nie mów nic, pójdź tam ze mną po prostu jutro rano, a ja opowiem im krótką historię smutnego kurwia. Wiesz co dokładnie im powiem? Że zajęcia dające im względne poczucie bezpieczeństwa na tym pojebanym świecie nie odbędą się, bo jakiś chujek miał czelność stwierdzić, że są śmieszne. Bo, do jasnej cholery, ktoś śmiał zakwestionować to, dzięki czemu niektóre z nich stąpają jeszcze po tym świecie. A później, na odchodne nauczę je ostatniej ważnej rzeczy - że cios w jaja jest najlepszą formą obrony. A ty zostaniesz manekinem do ćwiczeń, żebyś raz na zawsze przekonał się, że te zajęcia przynoszą rezultaty! - i chociaż nie krzyczał, jego głos nie znosił sprzeciwu.
Przez całą długość akademickiego życia Lucasa niewiele osób widziało, by uniósł się aż do tego stopnia. W tym momencie wydawało się, że poziom jadu przelewającego się trucizną w zazwyczaj ciepłym tembrze, którym otulone były jego wypowiedzi mógłby powalić na kolana słonia. Ciemnoskóry wyczuwając niebezpieczeństwo, które zawisło w powietrzu pomiędzy nimi ciężkim oparem, oderwał dłoń od ściany. Wyglądał jakby nagle zapadł się w sobie, jakby żrące słowa wyrzucone przez nagłośnię Landona rozpuściły jego wnętrze na półpłynną papkę. Było mu… głupio? Być może chciał przeprosić, możliwość taka nie została mu jednak przyznana przez los - Landon przepychając go lekko ruszył w górę korytarza, by bez jakiegokolwiek pożegnania zniknąć za otwartymi wcześniej drzwiami jego pojedynczego pokoju. Uderzając ciężko pięścią w ścianę o mały włos nie wrzasnął - delikatna skóra na kostkach palców jego prawej ręki przetarła się jak słaby materiał zostawiając krwawe ślady na bielonej ścianie tuż obok włącznika światła. Cóż, właściwie światło było zgaszone, a brak kocich oczu uniemożliwiał mu ocenę zniszczeń, które wyrządził. Wściekłość podchodziła mu żółcią do gardła. Miotał się po ciemnym pokoju jak dzikie zwierzę w klatce. Wydawało się mu, że bicie jego serca wypełnia tętnieniem niewielkie pomieszczenie, w którym mieściło się jedynie pojedyncze łóżko, biurko i niewielka komoda. Cienie opuszczały las jego strachów grożąc nieprzespaną nocą. Już wiedział, że kolejny dzień będzie dla niego wyzwaniem.

~*~*~

Była 7:29 dnia następnego, kiedy Landon stanął na tyłach kampusowej biblioteki w oczekiwaniu na rozpoczęcie zajęć praktycznych z patomorfologii. Zerkając na niewielki gmach prosektorium nurzał się w swoich własnych myślach. Izaak wysłał mu kilka smsów z przeprosinami, na żaden jednak nie odpowiedział. Zajęcia z samoobrony były pierwszymi w tym roku - ograniczyły się zatem do zwyczajnej rozmowy, wyjaśnienia na czym mają polegać i standardowej formułki 'jesteście słabsze od atakującego was agresora, to czego was tu nauczę ma dać wam przywilej korzyści, pozwolić na zaskoczenie go i ucieczkę; nie liczcie na to, że powalicie chcącego zrobić wam krzywdę mężczyznę, to z reguły awykonalne, możecie jednak dać sobie czas potrzebny na wzniesienie alarmu’. Tak, standardowo kierował to do sali pełnej kobiet. Nigdy nie zdarzyło się mu powitać na zajęciach mężczyzny - dla samca byłoby to najprawdopodobniej wstyd nie do przejścia. Sam Landon jednak zdawał sobie sprawę, że płeć nie reguluje tematu przemocy jako takiej skupiając się tylko na tej z definicji słabszej - każdy mógł zostać ofiara.
Prawa dłoń młodzika pozostawała bolesna i lekko opuchnięta, na całe jednak szczęście wydawało się mu że nie uszkodził żadnej kości. Knykcie pokrywała równa powierzchnia białych plastrów szwowych izolujących rany od otoczenia. Trzymanie skalpela będzie udręką! Po cichu liczył na to, że profesor Peeman, z którą miał planowo zajęcia, to zrozumie.

_________________




Ostatnio zmieniony przez Amay dnia Sro Cze 28, 2017 11:51 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 10:35 am

Posmak espresso, który odnajdywał końcem języka po membranie wnętrza policzków, pokrywany gdzieś na podniebieniu i zębach, towarzyszył mu przez resztę zajęć. Kawa pobudziła i oczyściła jego myśli, jego ruchy stały się mniej nerwowe, a sam był o wiele spokojniejszy i cierpliwszy na czym skorzystało kilku studentów. Wszystko to połączone ze smakowitym ciastem i dwoma rodzajami bitej śmietany dawało mieszankę, która pozwoliła Smokowi Katedralnemu przez czas jakiś przestać pluć siarką i syczeć na wszystkich, i skupić na przekazywaniu wiedzy. Trwało to aż do pierwszego telefonu.
Ian był pod szkołą. Dziś, jak co dzień mieli spędzić resztę dnia wspólnie, ale tym razem Pan Gallagher osiągnął swoje małe, doprawione mocną kawa zwycięstwo. Dziś mieli iść do ludzi, mieli się bawić wśród jego danych przyjaciół ze szkoły na zlocie z okazji tego, że liceum do którego chodzili całą klasą obchodziło właśnie swoje sto pięćdziesiąte urodziny. Dlatego też jego niezmącony dobry humor miał mu towarzyszyć podczas poznawania historii ludzi, których pamiętał jako dzieci, a którzy w większości poukładali sobie życie – mieli ukochanych i ukochane, dzieci, które wysyłali już do podstawówki. Wszyscy mogli wspólnie uczcić pamięć tych, którym nie udało się doczekać tego święta.
Razem ze swoim mężem miał się bawić wyśmienicie.

*

Spotkanie trwało w najlepsze. Był to zbiorowy grill z wielkim paleniskiem z boku oraz miejscami siedzącymi na urokliwym drewnianym podeście niedaleko jeziorka. Andrew musiał jechać tam godzinę autem wraz ze swoją parą, ale po dojechaniu oboje byli zdania, że było to warte tej szybkiej zbieraniny w domu i tłuczenia się korkami przez centrum miasta. Urokliwe, skąpane w słońcu miejsce tak przesycało dobrą energią, że nawet powiewy chłodnego wiatru nie ścierały imprezowiczom rumieńców z policzków. Jednak dopiero wieczorem atrakcje w postaci oświetlających cały teren pochodni nadały miejscu niesamowitego wyglądu jakiejś rytualnej, świętej strefy pełnej szeptów, śmiechów, zapachu skwierczącego na ogniu mięsiwa i delikatnego alkoholu, od którego Andrew stronił, bo następnego dnia miał prowadzić zajęcia. Ian również ograniczał się do soków i napojów gazowanych, bo wychodził z jasnego w ich związku założenia, że auto zawsze bezapelacyjnie prowadził on.
Mimo to czas upływał na przyjemnym lenistwie, na mniej i bardziej ważnych plotkach, na komplementach i żartobliwych przytykach, na wspomnieniach i dawnych, przebrzmiałych już anegdotach, które wywoływały takie same salwy śmiechu jak prawie dwadzieścia lat temu. Wszystko utonęło w rozkosznym poczuciu zadowolenia i spełnienia, kiedy z Gallaghera spadła obawa o to, że jego ukochany będzie się czuł niepewnie w towarzystwie, którego nie zna. Jego mąż szybko odnalazł język z niektórymi i dobrowolnie pchał się do tego, by samemu poznawać, co ciekawsze w jego mniemaniu persony. Bywały takie krótkie chwile, w których Andrew siadał przy stoliku, dając sobie chwilę odpoczynku – zamierał wtedy z kubkiem w dłoni i po prostu patrzył. Patrzył jak miłość jego życia w oddali opowiada historie dawnym klasowym śmieszkom, z których jeden zdążył dorobić się zakoli, a drugi – brzuszka. Patrzył jak czułe dłonie gestykulują żywo, by podkreślić co ważniejsze fragmenty historii, jak szczupłe, pociągające ciało przenosi ciężar z jednej nogi na drugą, kiedy dawny mówca sam zamieniał się w słuch i kiwał głową, poszerzając stopniowo swój ujmujący uśmiech.
W takich chwilach Smok czuł się tak... Normalnie. Tak bardzo na właściwym miejscu. Tak, że mógłby zostać tu na zawsze – tu przy tym stoliku; i mógłby po prostu czerpać przyjemność z patrzenia. Ale ktoś rychło zasłaniał mu pole widzenia i wciągał we własną wymianę poglądów w świeżo rozgorzałej dyskusji.
Naprawdę wtedy wszystko wydawało się być w porządku.
Przecież się uśmiechał. Ian, uśmiechał się. Cieszył, rozmawiał, sypał kawałami z rękawa, poznawał ludzi i wysłuchiwał żenujących historii z dawnego życia jego miłości. Wszystko wymknęło się spod kontroli, kiedy komuś przypomniało się, że Andrew o mało nie wyleciał ze szkoły, kiedy nauczyciel biologii przyłapał go z chłopakiem w kanciapie sali od przyrody. I kiedy okazało się, że ten „chłopak” również znajduje się na tym grillu.
I, że Andrew rozmawiał tam z nim o jeden raz za dużo.
Było śmiesznie. Śmiali się wszyscy, nawet Ian i to w głos! Ale tylko jego mąż wiedział jak bardzo sztuczny jest jego śmiech i tylko on czuł, że im jest głośniejszy tym mocniej wwierca mu się w potylice i zaczyna alarmująco i nieprzyjemnie skrobać końcem pazura o jego czaszkę o mało nie doprowadzając do zawrotów głowy. Było mu na zmianę słabo i niedobrze, niepewność doprowadzała go bardzo powoli do lekkiej paranoi i nawet w chwili, w której próbował skupić się na rozmowie, co chwile jego wzrok umykał w stronę ukochanego.
Ale ukochany już na niego patrzył.

*

Wracali do domu w milczeniu. Andrew niezmiennie wpatrzony w swoje prześwitujące odbicie w przedniej szybkie, oddychał jak najciszej i szczerze mówiąc bał się sięgnąć w stronę pokrętła do radia, by przerwać czymś tę niezdolna do wytrzymania ciszę. Wielki zły Smok, bal się ruszyć dłonią, jeśli nie było to absolutnie konieczne i zaciskał palce na swoich miękkich jak wata nogach, które wydawały mu się wiotkie i niezdolne do utrzymania jego ciężaru nawet jeśli siedział. Przekonywał siebie, ze to przejściowe, że wszystko jest w porządku, po prostu oboje są trochę zmęczeni, że podarują sobie kolacje, bo żołądki mieli wypełnione kiełbasą i osmalonym chlebem i po prostu położą się spać. A mimo to ta przejmująca niepewność, wrażenie tego, że profesor nie stoi na wystarczająco stabilnym gruncie, by móc odetchnąć, najpewniej przyczyni się do oddania chociaż części tego pysznego jedzenia w prezencie sedesowi.
Prześladowała go to znienawidzona chęć tego, by było już po wszystkim. Choć nie miał prawa być pewnym, czym było to „wszystko”. Ale po prostu to czuł.
I miał naprawdę głęboką nadzieję, że przynajmniej tym razem się myli. I im bliżej byli parkingu przed ich blikiem, tym bardziej chciał się mylić.
Parking miał już w zasięgu wzroku.

Samochód wygaszono i zamknięto. Przy klatce wpisano kod otwierający drzwi, zawołano windę, czekano na windę i zajęto w niej miejsce. Wewnątrz windy również było cicho, ale tam Ian ziewnął najwyraźniej faktycznie zmęczony, co sprawiło, że profesor odetchnął i poczuł jak coś ciężkiego i szorstkiego spada mu z mostka i pozostaje na podłodze windy, z której oboje wychodzili. Odetchnął i potarł sobie palcami czoło, czując, że wizja spoczęcia w łóżku w czułych ramionach jest już coraz bliżej i to bez konieczności przebrnięcia przez ciernie scen i kłótni.
Drzwi otwarto szeleszczącym kluczem i w niewielkim, ale przytulnym mieszkaniu na poddaszu zapalono właśnie światła.
- Wyszedłem przez ciebie na idiotę. Zamknij drzwi.
Głos potoczył się po krótkim holu i zahaczył ostrym tonem o krawędź futryny łuku prowadzącego do kuchni, odbijając się do niego i dopadając Andrew jeszcze zanim zdążył domknąć drzwi. Zastygł na moment w bezruchu i poczuł, że nieco chropowatego ciężaru w jego ciele jednak zostało - że wisiało ono na cienkiej nitce uczepione jego serca i niemiłosiernie je odkształcało swoim ciężarem.
- O czym mówisz? – spytał, zaciskając kostki palców na krawędzi uchylonych wrót, tak mocno, że końce opuszków były całkowicie białe. Obserwował napięcie plecy ukochanej osoby, która zsuwała właśnie z nich granatowy płaszcz i odwijała komin chroniący jego szyję. Profesor wciąż nie mógł złowić spojrzenia swojej miłości.
- Nie udawaj. Mówię o tobie i twoim „chłopaku” w szkolnej kanciapie. Zamknij. Drzwi.
Andrew przełknął ślinę nerwowo, czując jak ciężko przechodzi ona przez jego zaciśnięte gardło. Wiedział dobrze, co oznaczało dla niego zamkniecie drzwi w tej chwili. Postarał się odwołać do zdrowego rozsądku Iana przybierając najbardziej pojednawczy ton na jaki było go w obecnej chwili stać:
- To tylko stara historyjka; wiesz dobrze, że to nic nie znaczy. W końcu teraz jestem z tobą. – zaczął ostrożnie, prostując się i przywołując spokój, na stopniowo coraz bledszą twarz. Z ociąganiem zerknął w stronę drzwi i pchnął je delikatnie. Te jednak jebnęły o futrynę z taką siłą, że zamek z miejsca się zatrzasnął, a echo tego huku pomknęło klatką schodową dobrze słyszane przez blondyna przyciśniętego plecami do grubego drewna. Tuż obok jego twarzy o wrota oparta była zawsze czuła i ciepła dłoń, która w swojej dobroduszności pomogła mu zamknąć drzwi. Spojrzenie czekoladowych oczu, których szukał pół wieczoru i całą drogę powrotną do domu również w swojej dobroci skupiło się w końcu tylko i wyłącznie na nim. I było ono ciężkie, posępne i kompletnie niewzruszone tym, że stojąca tuż przed nim figura nie oparła się o wietrzeje, by mu pomóc, ale by mu umknąć. Machinalnie.
- Ah tak? – Ian wydał się przez moment uprzejmie zdziwiony. - A więc myślisz, że jechałem tam, żeby słuchać zabawnych historyjek o tym, jak ktoś inny posuwał cie w ciasnej klitce pełnej wypchanych zwierząt?
Było źle. Bardzo źle.
- Nie, oczywiście, że nie. To była tylko jedna...
- A może to dla Niego tam pojechałeś, co? – przerwał mu, zachowując się tak jakby w ogóle nie chciał słuchać tłumaczeń, a pytał tylko dla bestialskiej przyjemności i wzbudzenia nikłej nadziei na utworzenie sobie linii obrony. Linia ta znikła wraz z trzaskiem drzwi.
- Nie, nie bądź głupi!
- Głupi?!
To był błąd. Pojechanie tam, dopuszczenie do tej rozmowy i to ostatnie wypowiedziane przezeń słowo. To był błąd.
Andrew zdążył przez kilka spokojnych miesięcy zapomnieć, że zwykle miękki materac ich łóżka może być tak twardy, a seks tak... Bolesny.

* * *

Była 7:32. Dziś miał pierwsze zajęcia z grupą, którą przejął z okazji tymczasowej niedyspozycji koleżanki z katedry. Nie spóźniał się – Smok nigdy się nie spóźniał, to po prostu inni przychodzili za wcześnie. Zwłaszcza dzisiaj nawet kadra pedagogiczna nie śmiała wytykać jednemu z młodszych profesorów jakichkolwiek, chociażby najdrobniejszych i najbardziej trywialnych błędów. Dziś Smok był taki, jaki nie był już dawno temu. Posępny, milczący, chmurny i ostrzegawczo małomówny. Nie było tak, że wszyscy ludzie schodzili mu z drogi i ustępowali na korytarzach... Nie, dnia dzisiejszego na sam dźwięk jego kroków korytarze z miejsca pustoszały, a tak się składa, że biedna grupa miała dzisiaj zajęcia jako pierwsza.
Pan Gallagher wszedł do budynku prosektorium, w którym w holu już czekała grupka studentów – część ubrana i przygotowana, a część jeszcze z białymi fartuchami przewieszonymi przez ramię albo przedramię – traktując ważny element ich dzisiejszej pracy jak kelner ścierkę. Na widok Smoka roztaczającego mroczną, kąsającą co bliższych ludzi aurę, większość umilkła. Profesor Gallagher widział w ich oczach resztki nadziei na to, że może przypałętał się tutaj przypadkiem, albo przyszedł na chwilę po coś, czym mógłby straszyć innych studentów. Niestety, teraz przyszła ich kolej.
- Ubierać się. – rzucił sucho, takim tonem, że bliższa była samobójcom chęć śmierci niż dyskutowania z tym człowiekiem. Wygadał strasznie – był blady i wściekły, zupełnie jakby niezmiennie znajdował się o krok od wybuchu i tylko czekał, aż ktoś da mu do niego powód. - Nastąpiła zmiana w waszych planach zajęć i ja dziś zastąpię Profesor Peeman. Od dziś aż co najmniej do końca semestru. Zażalenia proszę składać do dziekanatu, jedno burknięcie i wywalę was z zajęć. Nie będę tracił czasu na wasze prywatne skargi. – ciągnął rzeczowo, nasuwając na drugą dłoń gumową rękawicę. Przepłynął spojrzeniem hipnotyzujących i morderczych w tej chwili zielonych oczu po wszystkich zebranych, ale nikogo nie rozpoznawał i nikomu nie poświecił specjalnie dużo uwagi. Nawet twarzy, którą powinien pamietać z wczoraj. Wszystko dlatego, że i z jego strony świat zasłaniała mu nieomal czerwona mgiełka bezsilnej wściekłości – tak mocna, że nie przebijał się przez nią ani jeden promień światła.
- Na dzisiaj mieliście przygotować fartuch, co najmniej dwie pary rękawic ochronnych, gogle i maski na twarz na zaś. Jeśli brakuje wam chociażby jednego z tych elementów, to możecie już teraz iść do domu – zaznaczył.
Dwóch studentów spojrzało po sobie i jeden z nich ośmielił się wystąpić powoli z szeregu:
- Profesorze, a jeśli nie wziąłem drugiej pary rękawiczek?
- To idzie Pan do domu.
- Ale wtedy nie zdążę wrócić.
- To Pan nie wróci. - Zielone oczy bezlitośnie wgniotły chłopaka w posadzkę. - Nie wpuszczam do sali z ciałami nieprzygotowanego studenta. Nie obchodzi mnie to, żegnam. – Ostatnie rzucił szybko, widząc, że jego ofiara jeszcze jest zdolna otworzyć usta i mieć jakieś „ale”. Tuż po tym zadrżała reszta zebranych, w której stronę spojrzał w drugim ataku. - A przygotowana reszta za mną.
Rzucił i pchnął mocno wahadłowe drzwi, przechodząc do sali przesyconej specyfikami dezynfekującymi. Kilku studentów już zdążyło zzielenieć. Nie wiadomo czy bardziej ze smrodu, czy ze stresu, kiedy na zajęciach organizacyjnych szalony profesor wymyślił sobie oswajanie się z potrąconymi przez samochód zwłokami jakiegoś bezdomnego mężczyzny. Całe szczęście intymną anonimowość ich ofierze zapewniał brak głowy.
- Ty. - Profesor kiwnął głową na stojącą najbliżej krótko ściętą brunetkę, która ze stresu już teraz nasunęła na twarz maskę. - Jaka jest diagnoza?
Dziewczyna wyglądała na zbitą z tropu i zerknęła bezsilnie na zwłoki. Wszyscy studenci mieli wbijane do głowy by na sam początek albo porozmawiać z policjantami, albo pracownikami szpitala, którzy dostarczyli ciało, albo najnormalniej zajrzeć do akt, które zawsze były gdzieś na podorędziu – w tym wypadku leżały na szafce kurewsko blisko profesora. Dziewczynie jakby wypadło to z głowy i zaczęła się gorączkowo miotać, spoglądając błagalnie w stronę rozłożonych zwłok, jakby oczekiwała, że przyjdą jej z pomocą. W tym czasie stojąca po drugiej stronie metalowego stołu gadzina bardzo widocznie zaczęła się irytować. Przewrócił on swoimi zielonymi oczami i ostentacyjnie oparł się biodrem o szafkę, na której leżały akta.
- Nawet na chemii w gimnazjum dzieci muszą wbijać sobie do głowy pewne sztywne zasady, jak na przykład rymowane: „Pamiętaj chemiku młody, zawsze wlewaj kwas do wody”. Wy jesteście już za duzi na rymowanki, więc musi wam wystarczyć: „Pamiętaj patologu młody, zawsze zaglądaj do pieprzonych akt policyjnych”.
Dziewczyna wyrwała się natychmiast do przodu i z szurnięciem chwyciła dokumenty, po czym zaczęła je szybko kartkować. Kolejne sekundy oczekiwania na to aż jej oczy odnajdą właściwy akapit wydłużały się jak zbiorowa agonia. Ale jest, znalazła! Prawie pisnęła, kiedy jej oczy wychwyciły odpowiedni druczek, ale maska w pierwszej chwili mocno zniekształciła jej słowa, więc strąciła ją z jednego ucha. Niestety przez drżenie ciała materiał zsunął się i z drugiego, i z szelestem opadł na podłogę. Hierarchia rzeczy ważnych umarła w głowie studentki i w pierwszym odruchu z wydukanym „Przepraszam” na ustach schyliła się po zgubę, już chcąc ją z powrotem umieszczać na twarzy.
- Stój. Wyrzuć ją, myją tu podłogi tak mocnymi środkami, że niektórym wypala tu podeszwy w butach – rzucił obojętnie podając jej własną, nieużywaną jeszcze maskę, ale żeby nie było, że nagle zrobił się zbyt miły: - Mogę już usłyszeć diagnozę? Dzisiaj?
Dziewczę wsunęło brudną maskę do głębokiej kieszeni białego fartucha i z wdzięcznością odebrało podarek, po czym kiwnęło ochoczo głową.
- Wypadek z udziałem samochodu osobowego – Fiata Tipo. Doszło do zderzenia bocznego, kiedy mężczyzna ciągnąc wózek wypełniony złomem wkroczył na jezdnię. Zgon nastąpił o godzinie 18:56 dnia wczorajszego i został spowodowany przez krwotok wewnętrzny i zatrzymaną akcję serca. Złamania występują na nodze, barku i żebrach. – zakończyła, przesunąwszy jeszcze wzrokiem po kolejnym akapicie, ale tam wyszczególniono już tylko nazwiska policjantów i ratowników biorących udział w akcji. Z szelestem przymknęła więc dokumenty i odłożyła je jak najciszej na szafkę, szybko wracając do szeregu. Niektórym już wydawało się, że upłynęła połowa zajęć, ale nie, to była ledwie druga minuta.
Gallagher odsapnął jakby umęczony, najwyraźniej nie szykując dla dziewczyny żadnego orderu za zasługi.
- No to co? No to nasza rola skończona, prawda? Diagnoza postawiona, wszystko wiadomo... – rzucił spokojnie, czekając na reakcję. W tej chwili, gdyby dziewczyna przyznałaby mu rację najpewniej zakopałaby całą swoją przyszłość w tym zawodzie, na szczęście przy tej drugiej próbie nieco się rozbudziła.
- Nie, profesorze. Patolog ma za zadanie znaleźć ewentualne pierwotne przyczyny zachowania ofiary lub zdecydowanie je wykluczyć zanim ostateczny powód wchodzić będzie w skład przypadku.
- Prawda. – Profesor obrócił się i sięgnął po skalpel. Po raz kolejny żadnego orderu – najwyraźniej Smok nie zamierzał nagradzać ludzi za truizmy, ale potrafił efektownie karać za ich braki. - Niejednokrotnie badając ciało znajdowałem rozwiniętego raka albo guza – najczęściej w ciele samobójcy. Niekiedy ludzie odbierają sobie życie zaraz po odebraniu wyników, bojąc się skutków choroby. I mogą na przykład rzucać się pod samochód – nie wszyscy mają w sobie tyle romantyzmu, by sięgać po truciznę dla szczurów czy sznurek. – tłumaczył rzekomo cierpliwie najwyraźniej w dupie mając zwyczajowy charakter teoretyczny pierwszych zajęć i zabierając się do krojenia. Wykonał skalpelem nacięcie od kości łonowej do mostka, skąd rozeszło się ono w dwie strony w kierunku ramion, formując na ciele literę Y. To jednoznacznie pokazywało, że dano patologom wolną rękę i rodzinie (o ile ten biedny mężczyzna w ogóle ją jeszcze miał) nie zależało podczas pogrzebu na otwartej trumnie. Podczas swojej wypowiedzi odwinął wprawnym ruchem skórę z klatki piersiowej, a następnie z obleśnym chrzęstem przeciął sprawnie żebra czymś w rodzaju sekatora – kości pękały wtedy z mokrym chrupnięciem. Nikt się jednak nie zrzygał, ani nie zzieleniał bardziej – do takich widoków studenci byli już przyzwyczajeni, zwłaszcza przy Smoku, który nie bawił się w uprzejmości czy delikatność.
- Głowa została przeznaczona do badań dla innej grupy więc nie pokaże wam dzisiaj dobrej techniki, jednak nie należy zapominać, by strzykawką odessać płyn z gałki ocznej, ponieważ absorbuje ona alkohol i narkotyki w inny sposób niż krew. Może zachować go dłużej. – mruczał, spoglądając kontrolnie na grupę, kiedy odwijał płat skóry z jamy brzusznej. Nieruchome serce leżało jak w gnieździe między płucami, których dolne partie otulały przeponę stykającą się z wątrobą. A wszystko to w niewielkim baseniku z krwi, której zamknięty obieg przerwało śmiertelne spotkanie z twarda maszyną. - A teraz wyciągamy wszystko na zewnątrz. Weźcie skalpele i niech każdy odetnie swoją cześć, po kolei: śledziona, prawa nerka, lewa, serce... Wagę macie tylko jedną, więc ustawcie się w kolejce i zanotujcie dokładnie, po czym odłóżcie organy na tacki przy stole pod ścianą. – zapowiedział i cofnął się nieco od stołu wycierając ubabrane w krwi dłonie w gumowych rękawiczkach o papierowy ręcznik, z którego urwał kilka płatków. Studenci podchodzili do rozbebeszonego ciała i niczym sępy, choć z mniejszą śmiałością, odcinały sobie po kawałku. Dopiero kiedy po swój kąsek zgłosił się niesamowicie wysoki chłopak przez ciemną mgiełkę Profesora Gallaghera przebił się maleńki promyk światła, który sięgnął jego pamięci, wyciągając zeń delikatny posmak espresso.
- Dla Pana, Panie Lucas, mam specjalne zadanie. Wykroi Pan żołądek i wypróżni go w poszukiwaniu ewentualnych pigułek.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:16 am

Jego dzień nie zaczął się najlepiej. Minionej nocy kilkakrotnie zrywał się do pionu urywanym oddechem obwieszczając pustym czterem ścianom, że oto przeszłość po raz kolejny rzuciła się na jego posłanie makabrycznym cieniem, wyławiając z jego pamięci dantejskie wspomnienia i tym samym uniemożliwiając mu owocny wypoczynek. Ostatni raz był najgorszy. Do tej pory, stojąc w przedsionku prosektorium, otoczony przez znajomych mu ludzi, czuł, jak jego mostek ugina się boleśnie pod wpływem nacisku sennej mary. Widmowy, palący ból raz po raz dźgał zaostrzonym szponem dyskomfortu pręgi pyszniące się na jego grzbiecie  - i chociaż sam doskonale zdawał sobie sprawę, że była to jedynie złudna sensacja posyłana nitką rdzenia kręgowego przez jego zmęczony mózg, że zasklepione wieki temu rany nie mogą tak naprawdę boleć, nie był się w stanie odciąć od tego. Zamknięty w swoim własnym świecie zdawał się być głuchym na krążące wokół jego wysoko zawieszonej głowy zlepki liter, które odpowiednio rzucone w przestrzeń przybierały formę żartobliwych zdań. Tak, studencka brać już w ułamek sekundy po pół do ósmej ogłosiła początek kwadransa akademickiego - zupełnie jakby nie przyzwyczaili się już przez minione cztery lata do faktu, że profesor Peeman NIGDY nie stawiła się na zajęcia o czasie. Cóż, leżało to chyba w naturze studentów - wieczna walka, z góry skazana na porażkę, doprawiona szczyptą nadziei, że tym razem na pewno się uda, że zajęcia w końcu się nie odbędą. Przykre pobożne życzenie.  Szare tęczówki chwytały każdy przebłysk światła poranka posyłając wokół mieniące się skry. Znalazł się w świecie między teraz a kiedyś, patrząc a jednak nie widząc, oczyma bezwiednie śledząc krzywizny wyblakłych już nieco liter wypisanych nad framugą dwuskrzydłowych drzwi kostnicy.

HIC MORTUI DOCENT VIVOS

Kiedyś, dawno temu, przed pierwszymi praktycznymi zajęciami z najzwyczajniejszej w świecie anatomii, stał w tym samym miejscu równie intensywnie wpatrując się w barwną manifestację ludzkiej myśli. Szczerze powiedziawszy nie wiedział wtedy na co się porywa. Kiedy w efekcie zasiadł przy stole sekcyjnym, kiedy zmuszony był wziąć do ręki pierwszy z kręgów szyjnych, nie był w stanie uwierzyć że właśnie ściska w dłoni ludzką kość. Cnotliwość z jaką podchodził wtedy do człowieczych szczątków bawiła go po dziś dzień. Nie to, że od tamtego punktu w czasie wykształcił w sobie socjopatyczna oziębłość - zwyczajnie przyzwyczajenie będące drugą naturą człowieka wzięło nad nim górę, sprawiając że nic co ludzkie, czy też bardziej trafne - pośmiertne, nie było w stanie wywołać w nim nienaturalnego zdenerwowania, czy też obrzydzenia. Umarli nie byli w stanie zmaterializować jakikolwiek koszmarów w jego umyśle - nie sprawiali, że w nocy, w siedem minut po północy jego prywatne potwory opuszczały wnętrze szafy przyspieszając jego tętno. W przeciwieństwie do tych, którzy jeszcze żyli… a niektóre żywe istoty opanowały sianie postrachu w większym stopniu niż inne. Oto właśnie, dokładnie o godzinie 7:34 milczenie zaczęło rozpościerać swój płaszcz podszyty lękiem, wciskając oddechy na powrót do wydających je płuc, podciagajac skrzydła ptakom słów, które jak pijane rozbijały się o ścianę milknąc. Głowy jedna za drugą zwracały się ku personifikacji wszelkich akademickich koszmarów. Chociaż wydawało się to nieprawdopodobne jedna para oczu nie została objęta poblaskiem namacalnego wręcz w niewielkim wnętrzu dyskomfortu, a patrzyła z lekkim zainteresowaniem na chmurę gradową swoją ciężką bytnością rozpierającą na boki ściany holu. Nim jeszcze odpowiednia komenda opadła ciężko z warg Smoka, Landon poprawiając na ramionach zarzucony na nie wcześniej luźno lekarski chałat, zaczął zapinać metodycznie jego guziki, jeden za drugim. Potrzeba całkowitego skupienia się na czymś pojawiła się zupełnie znikąd - jego ciało reagowało w sposób, który miał nadzieję kiedyś okiełznać. Nakierowanie myśli na odpowiednio zaplanowany tor, wkroczenie na dobrze znane mu terytorium - wszystko to, potrzebne mu było jak powietrze w momencie konfrontacji z profesorką złością (nawet jeżeli nie skierowaną personalnie). Smukłe palce jego lewej ręki, kończąc powierzone im zadanie w okolicach zagłębienia mieszczącego się pomiędzy obojczykami, na chwilę zatrzymały się na kieszeni usytuowanej po lewej stronie jego torsu.  Chociaż przez lata z wolna zaczęto od tego odchodzić, na piersi jego fartucha na starą modłę, można było znaleźć równo wyhaftowane inicjały. L. L. R. Pamiętał, jak wielką radością dla jego mamy była możliwość spersonalizowania jego kitli, jak ogromną była jej duma, kiedy ogłosił, że dostał się na wymarzone studia. Miejsce gdzie będzie mógł poszerzać swoją wiedzę w otoczeniu umysłów tak tęgich, że aż przytłaczającym było ich nagromadzenie pod jednym dachem. Jestestw złożonych, pozwalających na czerpanie ze swojej wiedzy, wymagających, a jednak… sprawiedliwych? Kiedy naciągając na smukłe ramiona grube rękawice idea sprawiedliwości wydała mu się cokolwiek ironiczny. Skłamałby, gdyby stwierdził, że informacja o zmianie prowadzącego jedne z jego ulubionych zajęć odbiła się w nim bez echa, jego reakcja nie wpisywała się jednak w spektrum wszechobecnego nieśmiałego zawodu, takiego który nigdy nie zostanie wyartykułowany głośno, przykrywającego resztki gasnącej nadziei. Niemniej, dyskurs w zachowaniu Smoka Katedralnego na przestrzeni niespełna doby wydawał się mu wybitnie przejaskrawiony - zupełnie jakby niepewna ręka artysty przez przypadek dodała zbyt wielką ilość czerwonego pigmentu do całkiem już sympatycznej mieszanki barw powodując przeobrażenie względnie spokojnego dzieła w zarzewie szalejącej wojny. Nieustającej krucjaty o… właściwie o co? Komunikaty wydawane przez Gallaghera wydawały się przetaczać echem po niewielkim pomieszczeniu, przybierając na sile jak zbliżający się do zalęknionych uszu odgłos gromu w trakcie nawałnicy. Delikatność napierającego na ścianę młota wyburzeniowego z jaką potraktował zapominalską część grupy sprawiła, że nawet Landon zaplótł w końcu ramiona na piersi zamykając ramę swojego ciała, mimowolnie przybierając postawę obronną. Natłok sensacji w jego głowie wymieszany z posmakiem nocnych majaków sprawiał, że chłopak przechodził z wolna na autopilota, który zaszczepił w swojej głowie jako podstawowy mechanizm radzenia sobie ze stresem. Do wnętrza kostnicy wszedł ostatni, zamykając za swoim grzbietem dwuskrzydłowe wierzeje. Kilkukrotnie, nerwowe oddechy, które usłyszał nim odwrócił się przodem do wnętrza sali nakazała mu spodziewać się nieodgadnionego. Gallagher stanowczo lubił rozpoczynać swoje zajęcia od pierdolonego trzęsienia ziemi! Stając w najdalszym rzędzie najwyższy student i tak widział wszystko doskonale. Szare ślepia przeslizgnely się po pieczołowicie ułożonym na stole sekcyjnym denacie. Czy dane mu było obserwować już gorsze rzeczy? Fakt, że nie zbladł, nie wzdrygnął ani nie zadrżał przemawiał za tym, niczym najlepszy orator. Po prostu patrzył, a tyrada ciągnięta przez Gallaghera krążyła wokół niego jak zajadły pies, co chwilę próbując ukąsić osobnika, który śmiał pojawić się na jego terytorium. Wybór był wielki, ofiarą mogła być tylko jedna - brunetka podskoczyła praktycznie na wysokość ślepi Landona, podczas gdy pozostała rzesza studentów, jak na komendę wydała zbiorowe westchnienie nieskrywanej ulgi. A młody Radcliffe? Wciąż zerkał na to wszystko z góry nie wykonując niepotrzebnych gestów i, nim zdołał się powstrzymać, jego czerep zaczął analizować hipotetyczne przyczyny śmierci bezgłowego truchła, chociaż doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że poetyckie ujęcie sprawy przez profesora było jedynym i słusznym - akta policyjne były biblią prawdziwego patologa. Nie zabierajcie jednak człowiekowi, co ludzkie - logiczne myślenie i zdolność wykorzystania go do abstrakcyjnego spojrzenia na sprawę była tym, co stanowiło o wartości Landona.  Widział zasinienia tylko po jednej stronie ciała - wskazywało to na uderzenie. W kilku miejscach ciało układało się nienaturalnie - wnioskował złamania lewego podudzia i kilku żeber po tej samej stronie. Trzy na sześć. Nie było źle, zwłaszcza że miał możliwość jedynie oględzin zewnętrznych z bardzo ograniczoną możliwością zbliżenia się do denata. Ciała, które zupełnie nagle rozstąpiło się pod dotykiem nieustępliwych, otulonych gruba gumą profesorskich dłoni. A potem zaczęła się makabryczna uczta. Ustawiając się jak zwykle na samym końcu, Landon Lucas Radcliffe gotów był zadowolić się choćby i ostatnim ochłapem nerki - było to spowodowane tym, że nie mógł zająć się sekcją mózgu, którego w sali zwyczajnie nie było. I kiedy już bezpiecznie ulokował swoje długie ciało, kiedy uwaga wszystkich bez wyjątku skupiła się na wypreparowywaniu kolejnych organów, o ramię chłopaka otarł się zupełnie niespodziewany zlepek liter. Zlepek ów wspinając się ku uszom chłopaka, wpełzł do nich, by tam rozlać się ciepłem, na wzór niewielkiej kropli espresso.
Kilkanaście par oczu zwróciło się ku wielkoludowi oczekując na zapowiedziane właśnie przez Smoka Katedralnego przedstawienie.
Ciemne brwi Landona zbliżyły się nieco do siebie materializując tuż nad jego nosem niewielką fałdkę zmarszczki. Doskonale wiedział co ma zrobić i jak powinien się do tego zabrać - nikt na sali nie miał co do tego wątpliwości - jeżeli Radcliffe kiedykolwiek nie byłby w stanie wykonać powierzonego mu przez wykładowcę zadania znaczyłoby to, że świat właśnie zmierza ku zagładzie. Młody mężczyzna wymieniony z imienia nie zawahał się ani na moment, jego płynne ruchy nie zaczęły się rwać, jak oczekiwali tego jego akademiccy pobratymcy.
- Oczywiście, Panie Profesorze. - skinienie głowy nadało wypowiedzianemu właśnie zdaniu dodatkowej głębi, kiedy ulatujące z ust dźwięki zadrżały lekko wznosząc się i opadając w pełnym ciepła vibrato.
Zabranie się do pracy zajęło mu kilka minut. Cztery wypreparowane ze zwłok przez innych studentów organy wewnętrzne później, zaciskając w obolałej garści nożyce sekcyjne młodzik pochylił się nad otwartą jamą brzuszną anonimowego pacjenta. Jego zadanie wbrew pozorom nie było łatwe - żaden z zestresowanych żaków nie pomyślał o podstawowej rzeczy, która zawsze rozpoczynała jakiekolwiek opracowanie naukowe traktujące o poprawnie wykonanej autopsji. Westchnąwszy lekko Landon wyprostował się na pełną wysokość rozglądając się bystrym wejrzeniem. Przedmiot którego poszukiwał, czerpak ze stali nierdzewnej, nieużyty dziś ani razu zalegał smętnie wśród nawału noży autopsyjnych. Sięgając po niego pochwycił na moment przerażone spojrzenie brunetki, która wcześniej odczytywała diagnozę z akt - najwyraźniej Elleanohre właśnie zdała sobie sprawę, że ona i dwanaścioro podobnych jej osób wcześniej, lekko mówiąc, zjebało sprawę. A szarooki wielkolud zdawał się nie dostrzegać, że w tym momencie własnymi rękami kopie dla nich wszystkich płytki grób. Ot, najzwyczajniej w świecie wybierał mieszankę krwi i osocza z otrzewnej napełniając nią standardową fiolkę laboratoryjną - tak, wiedział, że powinno się je zlać do oddzielnych próbek, jednak wcześniejsze zabiegi młodych patologów doprowadziły do tak idealnego połączenia płynów ustrojowych, że chyba tylko wirówka laboratoryjna będzie je w stanie z powrotem rozwarstwić. Odstawiając niewielkie naczynie na przeznaczony ku temu stół (na którym de facto zdążyły się już pojawić wypreparowane prawe płuco oraz oba nadnercza) skinął lekko łbem, przekonując samego siebie, że zna kolejne kroki tego tańca. Że jest pierdolonym baletmistrzem. Kończące się w połowie jego przedramienia rękawice pokrywała już warstewka szkarłatu, kiedy po raz kolejny pochylił się ku otwartym zwłokom. Wypreparowane żołądka, bez standardowych dodatków w postaci woreczka żółciowego, dróg żółciowych, wątroby i dwunastnicy, było zgoła trudniejsze, niż zwyczajowa procedura - po odcięciu worka mięśniowego w odpowiednich ku temu miejscach Landon był zmuszony użyć czegoś, co standardowo nie znajdowało zastosowania w kostnicy, ze względu na ogólny brak krążenia w martwym ciele, mianowicie zacisku chirurgicznego, którym zacisnął wpust żołądka. Wolał uniknąć sytuacji, w której podłoga prosektorium wymagałaby więcej chloru, niż to normalne, a masa którą powinien zbadać ubarwiła jego trampki. Miał nadzieję na znalezienie czegokolwiek interesującego w treści wypełniającej dzierżony przez niego narząd, kiedy przechodząc do wolnego fragmentu stołu sekcyjnego ułożył nań rzeczony w wyuczony sposób. Skompletowanie niezbędnych do przeprowadzenia dalszej sekcji utensyliów trwało kilkadziesiąt sekund - w jedno uderzenie żywego serca później Landon układał już zadziwiająco równo na wypolerowanym blacie nożyczki kulkowe, pensetę koszykówką, niewielką miarę a także nóż sekcyjny - skalpel o prostym ostrzu posyłający w przestrzeń nieco złowrogie przebłyski jarzeniowego światła. Na pierwszy ogień poszły szczypce, które ujął w lewą dłoń. Podtrzymując narząd pozwolił sobie krótkim, taksującym spojrzeniem szarych ślepi ocenić barwę połyskliwej powierzchni mięśnia, oraz płynnym ruchem zmierzyć jego długość. Wszystko wyglądało normalnie. Ujmując w prawą dłoń nożyczki, młodzik wykonał pierwsze, płynne cięcie, by po tym rozszerzyć je, najpierw w prawo, potem w lewo. Płynny ruch rozszerzył poły mięśniowe żołądka ukazując jego zawartość, bliżej nieokreśloną breje w kolorze ścian akademika, w którym młody Radcliffe rezydował od kilku lat. Treści nie było wiele - ot, bezdomny mężczyzna najpewniej nie odżywiał się zbyt dobrze, a co za tym idzie jego żołądek nie był zbyt eksploatowanym. Żadnego śladu leków. Nic. Wypłukanie wnętrza narządu wodą było kolejnym krokiem, może nieco ponad programowym, acz w mniemaniu Landona potrzebnym - pomógł mu bowiem wykluczyć jakikolwiek nowotwór, czy zaczątki choroby wrzodowej. Znów czysto. Wzruszając lekko ramionami chłopie wyprostowało się szukając wzrokiem Smoka. Nie było to wielkim wyczynem - ciężkie jestestwo ściągało na siebie wzrok niczym magnes, lub też odpychało go jak rzeczony.
- Profesorze Gallagher, nic nie znalazłem. Żołądek w normie, długościowo w skali, treść czysta, brak widocznych tabletek. - to już?
I tylko reszta jego grupy patrzyła na niego jak na wariata - jak mógł nawiązywać kontakt z Gadziną niepytany?!

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:17 am

Gallagher niczego tak nie cierpiał jak niedbalstwa. Większość rozedrganych studentów popełniała kardynalne błędy – na które profesor póki co elegancko nie reagował. Jego twarz przez cały czas trwania zadania, niezależnie na kim nie skupił wzroku, była spokojna i nieprzenikniona. Kontrolne zerkanie na niego i szukanie podpowiedzi mijało się kompletnie z celem. Większości drżały ręce nawet kiedy ledwie notowali wagę organu – gorzej było wtedy, kiedy po daniu specjalnego zadania Lucasowi padło polecenie, by sprawdzić odpowiednie organy. Było to polecenie ukierunkowane do studentów, którym trafiło się serce, jelita i wątroba. I całe szczęście przynajmniej ta garstka zachowała profesjonalizm. I tylko oni – wraz z ponadprzeciętnie wysokim chłopakiem – nie oglądali się nawet na profesora. Pewni swoich ruchów i decyzji. Z nich wszystkich jednak tylko chłopak wypróżniający żołądek zachowywał w swoich ruchach pewną grację, nie przypominając rzeźnika, ale artystę. Nie wyglądał na przejętego jakkolwiek prawdopodobnie najgorszą robotą, jaka mogła spaść na patologa – gorsze było już chyba tylko badanie jelit, ale one były tak cienkie, że widać było przynajmniej czy były czymś wypełnione czy nie; dla odmiany wnętrze organicznego woreczka na zmielone jedzenie do chwili rozcięcia było zagadką. Lucas przyjął to zadanie z godnością i załatwił je śpiewająco, dbając o to, by na koniec oczyścić miejsce pracy i... Zdać cholerny raport będąc o niego kompletnie nie proszonym.
Niektórzy studenci obejrzeli się na Radcliffa jak na wariata. Już czekali na kolejny ochrzan od Smoka, który nie doceniając dobrze zrobionej pracy zaraz zrobi skazanemu osobny wykład poświęcony zasadom cierpliwego czekania na to aż władca tego miejsca da mu chwilę na audiencję. I z początku faktycznie pełne uwagi spojrzenie gadzich ślepi spoczęło na studencie, który skończył swoje zadanie najszybciej i przez moment wyglądało tak jak dzień wcześniej nad tą cholerną kawą – nie dało się wyczytać jednoznacznie czy jest zadowolony, czy miał zamiar urwać mu głowę za niekompetencje i pozwolić studentom przez resztę zajęć pracować na jego stygnącym truchle.
- Dziesięć punktów dla Gryffindoru.
Takiej odpowiedzi chyba nikt się nie spodziewał, nawet koleś ćwiartujący niemal serce jak kawał wieprzowiny podniósł wzrok znad organu, podnosząc brwi tak wysoko, że te w pełni ukryły się za rudą grzywką. To dziwne nawiązanie do książki musiało wszystkim wystarczyć za odpowiedź, zwłaszcza, że oni również zbliżali się do chwili, w której Gallagher oceni i ich pracę.
Najpierw przyszła kolej na blondwłosą dziewczynę w czepku, stojącą obok nawiniętych na cylinder opłukanych jelit – zmierzonych i zważonych. Przy jej stanowisku profesor omówił i poprawił jakość cięcia, który opóźniał treść jelita cienkiego z resztek strawionego pokarmu. Kolejne było serce. Tam zalecił, by zaczynać cięcie od lewej komory i uważne oglądanie aorty wstępującej, żeby wykluczyć ewentualny przedwczesny zawał serca. Arterie jednak były czyste, więc Andrew ledwie opisowo wytłumaczył skupionym słuchaczom po czym rozpoznać arteriosklerozę.
- Po tym możemy poznać, że denat nie palił, a przynajmniej nie szczególnie dużo i często. U palacza brak arteriosklerozy, to rzadszy widok niż pijak bez marskości wątroby.
A skoro już o wątrobie mowa, to była ona następna w kolejce. Była pokryta widocznymi, żółtymi plamami, stanowczo odbiegając od przykładowego czerwonawo-brązowego koloru, co oznaczało, że jest naprawdę mocno zatłuszczona. Zresztą wystarczyło przejechać po niej palcem, co też Gallagher uczynił, żeby zobaczyć to gołym okiem.
- Oznacza to, że właściciel przesadzał z alkoholem. Jeśli przestałby pić jeszcze teraz, kiedy wątroba znajduje się w określonym stadium, sama by się zregenerowała.
Przy okazji omawiania skutków spożywania alkoholi profesor zatrzymał się jeszcze na moment przy trzustce, która była widocznie mniejsza niż być powinna i w dotyku zdecydowanie twardsza – w tym miejscu każdy student dostał chwilę na pomacanie narządu, zanim ten na nowo spoczął na metalowej tacce.
Na temat pracy Lucasa nic nie powiedział. Zupełnie nic. Czyżby było aż tak źle, że postanowił przemilczeć to w zażenowaniu? Czy może aż tak dobrze, że nie trzeba już było niczego dodawać?
Skupił tylko nad owocem jego pracy kilku studentów i najwyraźniej czekał na pytania, ale wszyscy byli tak zestresowani brakiem komentarzy, że również solidarnie milczeli. Pozostało im wszystkim więc wrócić do denata. Opróżniona jama brzuszna i klatka piersiowa otwierały idealny widok na aortę. Była już ona mocno naruszona przez wypadek i krwotok wewnętrzny, ale po szybkim odessaniu nadmiaru krwawego bulionu Profesor Gallagher i tak przeciął aortę i wskazał gładkie, twarogowate guzki przyczepione od wewnątrz do jej ścianek. To był właśnie objaw arteriosklerozy.
W ten właśnie sposób cała grupa wykluczyła wszelkie powody do tego, by brać po uwagę samobójstwo.
- To mógł być więc tylko wypadek, może mężczyzna myślał, że samochód zdąży wyhamować...? – bąknął jeden ze studentów, kiedy profesor milczeniem zachęcał wszystkich do dyskusji.
- My ustalamy tylko przyczynę zgonu – upomniał go belfer. - Sposób w jaki ten człowiek zmarł ustala koroner. To on, uzbrojony w raport patologa, przepyta rodzinę i znajomych zmarłego, aby to lepiej wyjaśnić. Nie bawmy się więc w snucie historii, a przynajmniej nie dalej niż w naszych własnych głowach, w dokumentach mają się znaleźć tylko opisy obserwacje, potwierdzenia i zaprzeczenia. Żadnych przypuszczeń.
Smok z lepkim odgłosem zsunął z rąk gumowe rękawice i cisnął je do malutkiego śmietniczka niedaleko stołu, pokazując tym jednoznacznie, że na dziś koniec ćwiczeń praktycznych.
- Utonięcie – grzmotnął nagle i połowa zamarła z jedną rękawiczką na dłoni. - Po czym je poznać? Ty. – wskazał głową na rudego chłopaka, który wcześniej ciął serce.
- Rozedma wodna płuc. To znaczy piana na ustach. I jeszcze pod nosem. Zbiera się tam nawet po wyciągnięciu, bo tonący po zanurzeniu aspiruje wodę do płuc.[/b]
Profesor kiwnął głową.
- Po tym tak zwanym „grzybku piany” można też rozpoznać, że zwłoki po śmierci zostały szybko wyciągnięte z wody. Następne: pożar. Ty.
Tym razem niska czarnoskóra dziewczyna, której puchate czarne włosy wiły się w sprężynki.
- Nadpalona skóra?
– drgnęła niepewna, ale po chwili zorientowała się jak łatwe jest to pytanie i uśmiechnęła się pod nosem, wracając do odpowiedzi: - Skóra nadpalona „do mięsa”, na dodatek wydobywający się z ciała smród przypominający zapach palonej kury. Ścięte białko i w ekstremalnych warunkach ugotowane wnętrzności.
- [b]Plus osad z sadzy na nozdrzach – świadczy o tym, że ofiara wdychała gorący dym. Przedawkowanie. Ty.

Nadeszła kolej na przypakowanego bruneta o błękitnych oczach – widocznie poza interesowaniem się patologią widocznie lubił też sport.
- Po klasycznych sinych znamionach po dożylnie wstrzykiwanych narkotykach. Najczęściej można je znaleźć na ramionach, dolnych częściach podudzi i stopach.
- Pod względem łatwości przedawkowania najgroźniejsza jest heroina. Ostatnia odpowiedź i jesteście wszyscy wolni. Samobójstwo przez powieszenie. – W tej chwili gadzie ślepia, zielone niczym chryzolit, spoczęły na Lucasie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:18 am

Karuzela skrajnych emocji zaczęła z wolna rozpędzać się po raz kolejny - jej wzrastające tempo owocowało rozrzucaniem wokół nieuporządkowanych myśli chłopaka, które jak dnia minionego, odbijały się od wnętrza jego czaszki pobudzając stopniowo kolejne sploty nerwów znajdujących się w jego mózgowiu. Niekoniecznie porządne impulsy nerwowe przemierzały jego ciało w zastraszającym tempie wprawiając w niespokojny ruch kolejne jego partie. Denerwował się tym, że właśnie sam zagadnął Smoka niepytany? Kurwa… co mu odbiło? Jego prawa dłoń drgnęła dziwacznie, kiedy ten odkładał żołądek na należne mu miejsce tuż obok wypreparowanej wcześniej przez innego studenta wątroby - zupełnie jakby nagle potknął się omijając wymagany w dalszym tańcu ruch. Czuł palące spojrzenia reszty grupy młodych patologów, które prześlizgując się po jego przygarbionym lekko grzbiecie znaczyły go piętnem - pozostawiały na ukrytej pod lekarskim fartuchem skórze znak nadchodzącej z kłów i szponów Gadziny śmierci. A sam Landon był ponownie bliski uwierzenia w to, że jego umiejętności poddane smoczej próbie zawiodły, tworząc z niego wymarzony cel dla zabarwionej szkarłatem mgły profesorskiej złości. Po dwóch stronach ubitej ziemi w szranki stanęła pewność, że wszystko zostało wykonane jak należy, wyzwana na pojedynek, przez lekką nerwicę podszeptującą sykliwie, iż tak naprawdę ominął coś bardzo ważnego, będąc zbyt zadufany, zbyt bezkrytyczny w stosunku do swoich umiejętności. Nim jednak dwie sensacje rzuciły się na siebie, świat zupełnie nagle zatrzymał się wpół swojego obrotu popychając lekko wszystkich obecnych w prosektorium w smukłe ramiona nonsensu. Wargi Smoka Katedralnego opuściło coś, czego choćby w najśmielszych snach nie spodziewali się jego studenci. Zdanie, które sprawiło, że młody Radcliffe zmuszony był zmarkować lekkie odkaszlnięcie, by zachować resztki godności, które razem z narastającym w jego krtani chichotem planowały opuścić jego wargi. Nic nie było jednak w stanie zatuszować lekkiego uniesienia kącików jego ust, które to nadało jego twarzy wyraz lekkiego ukontentowania.Oczyszczające uczucie samozadowolenia zmyło z niego piętno naznaczonej niepewnością nerwowości. Cóż - prawdopodobnie frazy wciąż jeszcze krążącej tuż pod sklepieniem kostnicy nie dało się jednoznacznie opatrzyć metką pochwały  (bliżej jej było bowiem do nisko przelatującego oparu popkulturowego absurdu)  tym właśnie stała się dla Landona w momencie, kiedy jego skołowany mózg ustawił docierające do niego dźwięki w odpowiedniej kolejności pozwalając im kilkukrotnie zderzyć się echem we wnętrzu studenckiej czaszki. Był bezpieczny.
Reszta zajęć spełzła mu na wsłuchiwaniu się w słowa opuszczające smoczą gardziel oraz obserwacji kolejnych wykonywanych przez dydaktyka ruchów. Wiedza Smoka Katedralnego oraz zasady, którymi kierował się podczas omawiania poruszanych przezeń tematów nieoczekiwanie okazały się przekraczać przyjęte przez młodego Radcliffe’a założenie - ot, chłopię spodziewało się, że zajęcia będą przebiegiem przypominać te, które prowadziła zwyczajowo Profesor Peeman - kilka suchych faktów, o których wiedział już od gimnazjum, ćwiczenia praktyczne okrojone do niezbędnego minimum, podbita nudą stagnacja. Śledzenie Gallaghera podczas pracy było dla Landona nagłym objawieniem. Jego głowę wypełniła rodząca się myśl - idea, która w oczach jakiegokolwiek studenta nerwowo oczekującego właśnie na zakończenie zajęć byłaby bardziej niesympatyczna od przegryzienia swoich własnych żył celem uniknięcia dalszych kontaktów z Gadziną. Plan, który wypełniając przestrzeń między jego skroniami nieelegancko wyparł z niej poprawne cięcia jelit, rozczłonkowywanie serca, miażdżycę czy obrazy stłuszczonych wątrób i stwardniałych trzustek - nie to, by ta nagła nieuwaga sprawiała, że student pozostanie w tyle - jego wiedza nie pozostawia zbyt wiele do życzenia (aby utrzymać się na studiach musiał być w gronie najlepszych, to nie podlegało żadnej dyskusji), co za tym idzie mógłby na wyrywki wypowiadać się na poruszane właśnie przez Gallaghera zagadnienia. W pewnym momencie złapał się na tym, że pozbywając się długich rękawic z przedramion, w czaszce za każdym razem dodaje to, co po chwili profesor wypowiadał na głos. Usunąwszy w końcu lateks z pokrytej lekka warstewką potu skóry kulturalnie wyrzucił zwinięte wcześniej w niewielką kulę rękawice. Jego prawą dłoń zacisnęła się lekko, kiedy ten ponownie badał jej bolesność - nie było źle, plastry odpowiednio zaciskały rany powstrzymując jakiekolwiek wysięki.
A potem chwilowy brak koncentracji upomniał się o swoje.
Zanim jeszcze właściwe znaczenie wystrzelonego ku niemu pytania owiało swędem siarki wysoko zawieszony łeb chłopaka, jego szare ślepia hardo wyszły naprzeciw tym znaczonym zielenią. Kontakt był krótki - kiedy bowiem semantyka strzeliła młodego Radcliffe'a otwartą dłonią w potylice, jego powieki zaczęły opadać, kiedy ten starał się ukryć rosnące źrenice. Jego prawe ramię drgnęło lekko, kiedy chłopak zacisnął wieńczące je palce w pąk pięści. Głębszy oddech, który wypełnił jego płuca mieszaniną tlenu i azotu był doskonale słyszalny. I kiedy już wszyscy bez wyjątku sądzili, że mężczyzna nie zna odpowiedzi na zadane mu pytanie - przecież jego reakcje wprost sugerowały niemałe zdenerwowanie - ten odezwał się w końcu. I tylko jego głos stał się nagle dziwnie odległy, jakby dobiegał zza grubego muru.  
- Bruzda wisielcza, której położenie zależne jest od pozycji w powieszeniu. Najczęściej ciemnobrunatna. Plamy opadowe. Również zależne od pozycji - w warunkach typowych znajdują się w najniżej położonych miejscach kończyn. Przy atypowym ułożeniu plamy powstają zgodnie z pozycją zwłok. Oczywiście jeżeli zdążą się utrwalić.  - słowa padały jedno za drugim, coraz szybciej zataczając kręgi w ciszy prosektorium.
A Landon? Landon znów miał dwanaście lat. Trzęsąc się jak osika poderwał się do siadu wciąż zaplątany w przepocone zwoje pościeli. Huk, który wyrwał go z płytkiego, znaczonego niepokojem snu wciąż wybrzmiewał echem w jego, teraz już dorosłej, głowie. Opuszczając swoje niewielkie łóżko próbował zachować resztki spokoju - te jednak darły się na strzępy za każdym razem, kiedy jego dziecięcy umysł starał się racjonalizować fakt pojawienia się niespodziewanego odgłosu w ich otulonym nocą mieszkaniu. Wiedział, że ojca nie ma w domu - zapadając w podszyty lękiem spoczynek słyszał jak ten trzaskając drzwiami opuścił ich niewielkie lokum wrzaskliwie informując mamę, że wróci, kiedy pieniądze całkowicie znikną z jego kieszeni - oznaczało to, że względny spokój trwał będzie do okolic południa dnia następnego.
- Normalna pozycja w powieszeniu nie powoduje widocznych odchyleń od normy, poza bruzdą, przy anormalnej natomiast lub przy nienaturalnym zadzierzgnięciu pętli utrudniony odpływ krwi z czaszki przy zachowanym jej napływie powodują zastój krwi w obrębie głowy. Pojawiają się wybroczyny pod spojówkami oczu i w błonie śluzowej warg, również w skórze twarzy. Twarz i szyja przekrwione. W obrębie bruzdy wisielczej krwawe wybroczyny.
Stając w drzwiach sypialni rodziców - skąd dobiegł hałas, który bestialsko wyrwał go ze snu - zamarł na kilka przyspieszających uderzeń niewielkiego serca. Umysł pracował na najwyższych obrotach łącząc fakty, których dziecko nie powinno być w stanie powiązać w logiczną całość. Jego mama zalegała na jasnym dywanie chwytając łapczywie tlen, jej twarz była nienaturalnie nabiegła krwią, a na jej szyi zaciskała pętla naprędce utworzona z jednego z pasków ojca. Dotarcie do niej zajęło mu mgnienie oka. Nie płakał, nie krzyczał, nie błagał - oduczył się tego już dawno, wiedząc, że żadne z powyższych nigdy nie przynosi żadnego rezultatu. On po prostu działał - małe dłonie uwolniły krtań kobiety od ucisku pętli, smukłe dziecięce palce zimnem naznaczyły materializujący się z wolna siniec - i tylko słowa wciąż nie chciały płynąć z lekko rozwartych warg.
- Po otwarciu zwłok można zaobserwować przekrwienie mózgu i opon mózgowych, krwawe wylewy w obrębie tkanek miękkich szyi, często następuje złamanie kości gnykowej. Dodatkowo może nastąpić ostra rozedma płuc. W ekstremalnych przypadkach uszkodzenie kręgosłupa szyjnego lub całkowite przerwanie rdzenia kręgowego. Powinniśmy ocenić objawy przeżyciowości powieszenia, aby wykluczyć działanie osób trzecich i hipotezę zabójstwa.
Tak, jego mama chciała odebrać sobie życie. Tak, chciała to zrobić wieszając się na karniszu zdobiącym ścianę jej własnej sypialni. Tak, to on stał się jej wybawieniem - pewność co do tego nie opuściła go od tej pamiętnej nocy kilkanaście lat wstecz - gdyby nie pojawił się w niewielkim pokoju przepełnionym ciężkim oparem depresji, Meredith Radcliffe nie byłoby już wśród żywych.
Wspomnienie było gorzkie jak cykuta, rozlało się we wnętrzu jego ust mieszając się z naukowymi stwierdzeniami, które z siebie wypluł. Był pewien, że wszystko co powiedział było stuprocentową prawdą - od tej pamiętnej nocy przeczytał wszystkie możliwe opracowania na temat powieszeń, obejrzał wszystkie możliwe dokumenty o tym traktujące - był w stanie, choćby i w siedem minut po północy, wyrecytować to wszystko z pamięci bez zająknięcia. Czy spodziewał się otrzymać to pytanie dzisiaj? Oczywiście, że nie. Czy miał za złe Gadzinie? Ależ skąd! Smok nie mógł w żaden sposób odnieść się do przeszłości Landona z jednej prostej przyczyny - młodzieniec trzymał ją zamkniętą z dala od ciekawskich spojrzeń ludzi uparcie twierdząc, że to jego teraźniejszość, a nie lata minione stanowią o jego jestestwie. I choć często, tak jak w tym momencie, walczył ze swoimi własnymi demonami - robił to w ciszy.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:19 am

Seria nagłych pytań, dzisiaj nawet niespecjalnie trudnych dla studentów medycyny, nie była niczym nowym na zajęciach u Smoka Katedralnego – gad lubił do ostatnie sekundy zajęć utrzymywać atmosferę niepewności i poczucia, że nawet minutę przed tzw. „dzwonkiem” można zarobić jedynkę. Cała grupa poddała się temu nie mając zbytniego wyboru i wybrańcy wskazani długim, ostrym pazurem, poddali się swojemu przeznaczeniu i starali skarmić wygłodniałą bestię odpowiednio dekoracyjną w wiedzę ofiarą, którą bezdenna zdawać by się mogło, paszcza łykała niczym ledwie zakąskę, nawet nie czując jej smaku. Nieomal wszystko, co Smok dostał, było sklecone na szybko, nieprzemyślane, ale wyuczone, wkute pewnego głośnego wieczoru w akademiku po ostro zakrapianej imprezie, kiedy ciężką głowa dopraszała się snu bardziej, niż wyschnięte gardło wody. Dary były zrobione z patyków i trawy, czasem z kamieni, czasem z liści – nietrwałe, chwiejne, trzymające się tylko na ślinę i słowo honoru. Owszem były poprawne, ale odpowiadanie „poprawne” u Gallaghera skończyło się w liceum. Lubił być zaskakiwany, lubił jak ktoś oczekiwał od siebie więcej niż nawet on od niego – co dla niektórych było szczytem możliwości. Chciał by omawiali wyjątki, zagrożenia, prawidłowe przyczyny zgonu, odpowiadające uogólnieniu, jakie im zadał. By mówili o bólu, cierpieniu, by widzieli tego człowieka. Czuli jego skórę pod palcami – mokrą od wody, szorstką od poparzeń, cienką i bladą od narkotyków – by opowiadali co dzieje się po kolei z jego ciałem, o tym, że nawet po utracie przytomności w wodzie człowiek wciąż jeszcze kilka minut jest przytomny... Że żyje. Że kiedyś żyły te setki tysięcy osobników, które zginęło z powodów, o których młodzi patolodzy nie wspominali jak lekarze, ale jak program Ivona bezrefleksyjnie odczytujący co ciekawsze zdania z podręcznika. Chciał, by czuli to i doświadczali tego, by nie tylko wiedzieli, nauczyli się, wykuli, ale kosztowali tego, smakowali – niezależnie jak obrzydliwie by to nie zabrzmiało. By nie bali się, nie stresowali, by byli wszystkiego pewni, by dali się zabić – spalić, utopić, zaćpać, powiesić – za swoją pewność! By ich oczytanie, wykształcenie i obeznanie nie zawiodło ich, kiedy nagle do ich spokojnego gabinetu przywiozą im ciało w takim stanie, że trudno będzie nazwać je „człowiekiem”. Że nie zapomną o niczym. Że pełne gracji dłonie artystów ich nie zawiodą, że podejdą do zmarłego z szacunkiem, ale bez strachu. Że niczego nie pomylą. Tam w końcu nie będzie książek, nie będzie Smoka, nie będzie żadnych egzaminów, ani testów – będą oni, otwarta sprawa o zabójstwo i rozwleczone ciało, które jest jedyną odpowiedzią, z której można czytać.
Smok barbarzyńsko i bezlitośnie wymagał, by przeżywali te śmierci, raz po raz, ciągle, z każdym takim przypadkiem, z każdym takim pytaniem, aż do momentu, w którym będą gotowi spojrzeć mu w oczy, zacisnąć pięści i już nie recytować...
...Tylko opowiadać mu historię.

- Jesteście wolni – odparł niedługą chwilę po tym, jak ostatni zapytany skończył koronkową odpowiedź, od której reszta wcześniej pytanych pobladła o kilka tonów. Uwolnionym sługom nie trzeba było drugi raz powtarzać upragnionych słów, których oczekiwali, zdało im się teraz, całe życie. W cichym prosektorium przesyconym zapachem środków dezynfekujących, zdenerwowania i stresu, wciąż pełnym dźwięków dyszenia i cichego postukiwania stalowych narzędzi, nagle zapełniło się od szumu zdejmowanych kitli, nieco głośniejszych sapnięć i cichych pisków, i postukiwań wahadłowych drzwi.
Profesor nawet nie zauważył, że wydając swoim podopiecznym rozporządzenie uwalniające ich na dzień dzisiejszy od jego towarzystwa, nie oderwał wzroku od ostatniego pytanego studenta. Tego, którego spokojną dotąd niewzruszoną i jakby oddaloną myślami twarz przecinały lekkie spięcia mięśni. Cichy i konkretny w wypowiedziach chłopak zdawał się być jednym z tych ludzi, którzy potrafili być tuż obok, wdrożeni w temat całym sobą, jednocześnie będąc tak nieosiągalnym, jakby znajdowali się daleko nawet poza granicami wielkiego kampusu. Poza granicami świata.
I on jako jedyny mówił i przeżywał. Jako jedyny na początek wiązał sobie sznur, pasek, sznurówkę, prześcieradło,kabel,łańcuch,taśmę,linędrutłańcuszekrzemień... Wiązał go w zaciskającą się pętlę i i wieszał się na własnych myślach przemierzających korowodem jego opadającą ciężko na pierś głowę - łamał sobie kręgi szyjne, odcinał dopływ tlenu do mózgu, drżał, spinał się, znaczył wnętrze zaciśniętych dłoni sinymi śladami od wbijających się weń paznokci, zostawiając po tym półksiężyce dowodów na to, że cierpiał. Cierpiał, bolał i przeżywał, ale w odróżnieniu od ofiar o których myślał, on sam na powrót ściągał z siebie pętle, rozmasowywał obolałą krtań i robił notatki, których nigdy nigdzie nie zapisał. Które śladami bruzdy odbiły się na jego szyi, plamami opadowymi na skórze i krwawieniem we wnętrzu. Jeden ze studentów właśnie powiesił się Smokowi na zajęciach. Albo powiesił kogoś.

Gallagher nawet nie odprowadzał studentów wzrokiem, a wręcz odwrócił go tak szybko, jak tylko mógł... Wydawało mu się, że odwrócił go szybko, że nie wlepiał spojrzenia w chłopaka, którego już przecież uwolnił, który powinien czmychać stąd tak szybko, jak reszta. Zdjąć kitel, odetchnąć świeżym powietrzem. Powinien wrócić do pokoju, do dziewczyny, do przyjaciół, chłonąć sensacje wizualne na zewnątrz, przyjrzeć się światu, który nawet jeśli skąpany w szarości zaczątków jesieni nadal potrafił być tak piękny, że nie chciało się go opuszczać na rzecz odpoczynku na blaszanym stole. Teraz chłopak mógł odpocząć od skalpela, od płukania żołądka, od ciężkiego zapachu krwi, od pocenia się pod gumowymi rękawiczkami, od maski, zapachu śmierci i zepsucia... I od namolnego Smoka.
Dlatego soczyście zielone, chryzolitowe oczy oderwały się od przystojnej, młodej twarzy, by spocząć na pozbawionym głowy ciele. Organy mieli ponownie zważyć i powkładać na miejsce kolejni studenci z podobnej grupy, więc on nawet nie zamierzał zszywać mężczyzny. Zrobił tylko coś, co uznał za wystarczająco słuszne – odszedł na bok, by chwycić szeleszczący, nieprzyjemnie sztywny, na swój sposób plastikowo-giętki w dotyku materiał, który strzepnął, odwijając jego zawiniętą w rulon dolną warstwę. Wszystko po to, by następnie zakryć ciało tak, by nie było ono widoczne już od samego wejścia. Mogło to wydawać się śmieszne, na swój sposób naiwne i niepotrzebne – Gallagher nie zrobił tego z troską w oczach, z pełnym niezadowolenia cmoknięciem czy chociażby ciężkim westchnieniem. Zrobił to w milczeniu, z twarzą bez wyrazu, słysząc pobrzmiewające wciąż w przechodniej sali echo rozmów studentów. Wahadłowe drzwi przestały piszczeć i wpuszczać do utopionego w ciężkim zapachu prosektorium chłodne, ale świeże, jesienne powietrze. Małe okienka znajdujące się pod sufitem, zakryte folią przydymiającą nie wpuszczały do środka promieni słonecznych, więc wnętrze rozświetlały zimnym, rażącym blaskiem hałaśliwie bzyczące jarzeniówki. To miejsce, gdzie martwi mieli uczyć żywych, zdawało się z każdą spędzoną tu chwilą rzekomo wysysać życie ze swoich jeszcze cieszących się istnieniem mieszkańców. Kto chciałby zostać tu dłużej niż to absolutnie konieczne z własnej woli?
Nikt. Zwłaszcza w chwili, w której po smutnym, zgasłym królestwie krąży bezlitosny powrót – pilnujący książąt i księżniczek zaległych w mistycznym, wiecznym śnie; mający do dyspozycji ostre, stalowe skarby, przybijającą atmosferę marności ludzkiego żywota i tłamszącą słowa w gardle wiedzę. W takim miejscu jak to pozostać mógł tylko ten rycerz w obdartej zbroi, który dzisiaj miał tylko więcej słów. Tylko czego tutaj szukał? Oczekiwał czegoś po dzisiejszym dniu? Pochwały? Uśmiechu? Wyjścia na piwo? Pozytywnej oceny? Co zamierzał wygrzebać z tego zapomnianego i znienawidzonego przez innych miejsca, na początku ich drogi kojarzącego im się z horrorem, a na jej końcu z koszmarną i wyczerpującą powinnością? Czego chciał od strasznego profesora kończącego właśnie przykrywać zwłoki?
Andrew właśnie odsuwał stół z cichym piskiem małych kółeczek pod ścianę, kiedy zdał sobie sprawę, że nie jest w swoim milczeniu samotny.
- Nie ma Pan lepszych rzeczy do roboty w tej chwili? – spytał nieprzyjemnie jeszcze na Lucasa nią patrząc.
Nie chciał, kurwa. Czasem po prostu nie chciał być taki, jaki był. Nie chciał mieć tak szorstkiego głosu, tak kąśliwych uwag, tak niesympatycznego tonu i odstręczającego charakteru. To mógł być „tylko stres”, „tylko wczorajszy wieczór”, „tylko przejściowe”. „tylko brak kawy”. Właśnie, kawa. Ten chłopak prawie nią pachniał, nawet z lekkiego dystansu, nawet pomimo ciężkiego smrodu chemikaliów. Pachniał ciemną, mocną kawą i łaskoczącym nozdrza sypkim kakao. I nie zasłużył sobie na opierdol. Czasem Gallagherowi było z samym sobą ciężej niż jego podopiecznym.
Odwrócił się do chłopaka bokiem i zmierzył go jedyną rzeczą, która mogła iść w konkury z jego tonem pod względem bycia gburowatym: spojrzeniem. Odpiął przy okazji kilka guzików kitla.
- Jakieś pytania odnośnie zajęć? – poprawił się, choć nie specjalnie łagodniej. - Czy może odnośnie ostatniego pytania?
Nie chciał. Nie chciał i nie wiedział – ale niestety były to grzechy za które można było iść do piekła i smażyć się tam w jednym kotle z tym, który sprawił, że to pytanie było bronią gorszą niż najostrzejszy ze skalpeli. Kroiło lepiej i płynniej, sięgało głębiej i wydobywało na zewnątrz nie tylko krew i ropę, ale i kawałki mięsa, i szatkowanych kości.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:20 am

Słowa Smoka po raz kolejny, w iście niezwykły sposób przywróciły okrytej woalem bezruchu kostnicy odebraną jej wcześniej fonię - tak oto powrócił szczebiot narzędzi ze stali nierdzewnej oraz szelest pół rozpinanych fartuchów. Niewidzialna dłoń pchnęła studentów ku wyjściu nim jeszcze echo gadziej wypowiedzi odbiło się od wysoko zawieszonego sufitu, by lawirując pomiędzy brzęczącymi jarzeniówkami zakręcić się wokół czerepu najwyższego ze wszystkich obecnych. Tak, grupie stanowczo nie było trzeba kilkakrotnie powtarzać, że Gallagher - Smok Katedralny - właśnie zwolnił ich ze służby w jego piekielnym zamczysku, szczelnie otoczonym fosą nieprzebranej wiedzy oraz palisadą szkarłatnej złości. Mieli szczęście, czyż nie? Pomimo marności darów ofiarowanych przez większość wskazanych wybrańców, zostali puszczeni wolno. A wszystko dzięki jednemu z nich, który nakarmił Bestię własnym rwanym oddechem, zakrzepłą w jego żyłach i tętnicach krwią, erudycją, która wypływając z pokrytych wybroczynami warg idealnie uwiarygodniła przekazywany przezeń Gadzinie trybut, nadając mu odpowiednią trwałość.

    Ofiara została złożona.

Mógłby przysiąc, że noski trampek szczelnie otulających palce jego długich nóg starły się nieco, kiedy te w trakcie odpowiedzi wydostającej się na świat wprost z jego odrętwiałych ust tarły po prosektoryjnej posadzce. Tak, delikatna warstwa białej gumy musiała być idealnie widoczna na marmurowo szarej powierzchni gresu pokrywającego podłoże - tam gdzie zawisł przed chwilą, gdzie jego własne wspomnienia nakazały mu naprędce ukręcić grubą linę z najbardziej materialnych ich skrawków, by zacisnąć się wokół jego szyi tłamsząc, i tak rwany już, oddech. Wielokrotnie umierał w ten sposób na przestrzeni kilkunastu lat - dusząc się, tracąc przytomność, gruchocząc swój kark, rwąc rdzeń kręgowy w najbardziej newralgicznym punkcie, tuż u wejścia do czaszki. Znał każdy odruch ciała, wiedział jak to zachowa się poddane próbie, kiedy kość jego grdyki wciśnie się w miękką tkankę wnętrza szyi znacząc ją krwią, raniąc i rozdzierając na strzępy. I nawet teraz kiedy, jak zwykle, sznur pękł posyłając go w cichy świat z dala od teraźniejszości, kiedy przeźrocza jego pamięci przesuwały się podświetlone blaskiem jego poczucia winy, czuł ujmujący ból rodzący się tuż za jego mostkiem, gdzie mięsień, mylnie utożsamiany z wyższymi uczuciami, z wolna uspokajał swój galop, potęgowany wcześniej wyimaginowaną niemożnością wzięcia oddechu. Był bliski potarcia skóry na froncie swojej szyi, będąc pewnym, że tuż pod krzywizną szczęki natrafi na głęboką bruzdę, która będzie świadczyła o jednym - przeszłość znów się o niego upomniała przypominając mu, jak wątły i bezradny był od samego początku. Jego dłoń już zaczęła się unosić, już miał upodlić się jeszcze dotkliwiej, kiedy… zamarł. Szarość studenckich ślepi, tak dalece pozbawiona w tym momencie wyrazu, natrafiła bowiem na zieleń, na chwil kilka zatapiając się w przelewających się w jej soczystości pytaniach. Mięsień jego policzka zadrgał zdradziecko - fasada, którą ze wszystkich sił starał się zachować w nienaruszonym stanie, wydawała się pękać pod naporem emocji mieszkających się z wrzącym strumieniem jego gęstej krwi. Jeszcze kilka chwil, a całe jego opanowanie pokryje się siateczką skomplikowanych pęknięć, która mimo pozornej nieszkodliwości, doprowadzi go na skraj załamania. A kiedy pierwszy skrawek tynku naprędce skleconego z nienaturalnego spokoju oderwie się, by zakończyć swój żywot, roztrzaskany na zimnej podłodze kostnicy, młody zacznie mówić - opowiadać swoją historię bez wyraźnego pytania (które nie będzie musiało już przybrać werbalnej formy), wznosząc spokojny szept z tonów ledwo słyszalnych do tych wygłoszonych głębokim, zbolałym krzykiem. Wrzaskiem, który unaoczni jego słabość. Słabość, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Słabość, która czyniła go jednym z wielu smutnych kurwiów. Takich którzy mimo wielu słów, boją się czynów. Takich, którzy wymówkami torują sobie drogę przez dni bieżące, prześlizgując się po ich biegu korzystając z najmniejszej linii oporu.
A on taki nie był. Nie MÓGŁ być! Nie mógł… nie znowu…
Wątła nić kontaktu wzrokowego łączącego dwa światy, na pozór tylko różne, zerwała się nagle. Sam Landon nie miał pojęcia, czy to on, czy Smok, pierwszy odwrócił wejrzenie, stając się automatycznie przegranym tego dziwacznego pojedynku. Pojedynku, który tak naprawdę istniał tylko we wnętrzu czerepu młodego Radcliffe'a - istniejąc tuż obok rozbieganych myśli wpadających na siebie w pełnym biegu, wyrzucając w przestrzeń szkarłatne strzępy idei, choćby najbardziej bzdurnych. Musiał naoliwić te cholerne wahadłowe drzwi! Musiał rozpiąć ten cholerny fartuch, tak bardzo ograniczający jego ruchy. Musiał powtórzyć kilkakrotnie jego bezpieczne czynności pozbywając się natrętnych konceptów, wypychając je przyzwyczajeniem z wnętrza czerepu, wprost w objęcia nicości. Musiał dotknąć, musiał przecisnąć guzik przez nieprawdopodobnie mała szparę, musiał zawinąć trzykrotnie - najpierw prawy, potem lewy - rękaw jego kitla. Musiał… dać się tak cholernie wystraszyć nagłym słowom Smoka, że o mały włos nie wybił sklepieniem swojej czaszki dziury w prosektoryjnym suficie. Nim zdołał otrząsnąć się z letargu obciążającego jego powieki, nim ostre szpony, w które uzbroił swoje frazy profesor wdarły się z pełną mocą do jego łba młody zmarszczył lekko brwi. Myślał.
- To miejsce, gdzie umarli uczą żywych, prawda? - czy on właśnie drażnił Gada…? - Ja lubię się uczyć, Profesorze. Chłonąc wiedzę, kuć materiał, przyswajać informacje… niech Pan nazwie to, jak tylko ma ochotę. Poza tym, zawsze pomagam w sterylizacji narzędzi po zakończonych zajęciach. - wzruszenie wysoko zawieszonych barków wprawiło rozpięty wcześniej kitel w popędzany szelestem ruch wokół długiego ciała studenta.
Podczas pierwszych ćwiczeń z anatomii, na drugim semestrze pierwszego roku dobrowolnie zgłosił się do tego ponadprogramowego zajęcia, które większość jego grupy uznawała za nazbyt uwłaczające ich studenckiej czci. Oni przecież przybyli tu, by zdobyć intratny zawód, nie spędzać w kostnicy więcej czasu niż to konieczne. W tamtym momencie miał wrażenie, że reprezentowane przez niego postrzeganie rzeczywistości nie może być jeszcze bardziej różne w odniesieniu do wartości prezentowanych przez jego rówieśników - teraz, kiedy kilka lat później stawał w szranki z postrachem katedry wiedział, że w jego postępowaniu nic się nie zmieniło. Obowiązki których raz się podjął bardzo szybko stawały się w jego zamkniętym uniwersum rutyną - uporządkowaną, nadającą jego światu odpowiedni balans, utrzymującą go w ryzach pozornej równowagi psychicznej. Rutyną, która pomagała mu przestać myśleć, wypełniając każdą wolną chwilę studenckiej egzystencji rzeczami, które musial wykonać. Zupełnie jak układanie wszystkich sekcyjnych utensyliów równolegle przed przystąpieniem do właściwej pracy, jak dotykanie palcem wskazującym prawej ręki każdego guzika przed przeciśnięciem go przez przynależą mu dziurę w fartuchu, jak… branie na siebie zbyt wiele, by tylko nie dopuścić do siebie wspomnień i cichych podszeptów podświadomości twierdzących, że tak czy inaczej wciąż jest nikim. Sykliwych myśli, które po całym dniu niemej walki, w środku nocy stawały się jego największymi wrogami - pierdoloną Nemezis, która mylnie sugerując się jedynie imieniem starała się wycisnąć z jego ciała należną jej sprawiedliwość. Nienawidził momentu, kiedy niezdolny bronić się dalej, zawieszony pomiędzy bezruchem pustego pokoju, a rozedrganą sferą jego snów, zrywał się wiedziony wyimaginowanym wrzaskiem ojca wracającego do domu, by z przynależną mu furią po raz kolejny rozdzierać na strzępy pozory jego szczęścia. Szczerze nienawidził szarych oczu, które kojarzył jedynie z czająca się w ich głębi iskrą jadowitego amoku. Szczerze nienawidził tego, że oczy łudząco podobne spoglądały na niego każdego ranka, z gładkiej tafli lustra. Szczerze nienawidził siebie… i w takich chwilach to nie myśli już, a on sam stawał się antagonistą w otoczonym nieprzebytym murem pałacu własnych lęków. Lucas, do kurwy nędzy, przestań!
- Właściwie to mam pytanie. Dotyczące zajęć. Tak sądzę. - szpony marazmu ześlizgnęły się z jego długich ramion znacząc je widmowym zimnem, kiedy w końcu postanowił działać, by ukrócić wyimaginowane poczucie winy. - Widzi Pan, Panie Profesorze, bardzo zależało mi na tym, żeby Profesor Peeman została moim promotorem, ale… no cóż, sytuację nieco skomplikowała jej nieobecność. O ile zrozumiałem właściwie zastępuje ją Pan do odwołania? Czy wlicza się w to seminarium dyplomowe? - do czego zmierzał Błędny Rycerz szarymi ślepiami poszukując chryzolitowego blasku?
Bez wątpienia nie lokalizował swojego instynktu samozachowawczego - ten przepadł bowiem bezpowrotnie, kiedy wiedza stojącego nieopodal dydaktyka zaimponowała mu w stopniu tak wielkim, że postanowił dobrowolnie ułożyć się na smoczej paterze. A może wszystko to było jedynie kolejną, niemą próbą zapanowania nad własnym życiem w stopniu choćby najmniejszym? Zupełnie jak fakt, iż przemierzał właśnie zawieszone w przestrzeni limbo kostnicy zbierając do dzierżonej w smukłej dłoni nerki szpitalnej skalpele, których to wcześniej użyto, acz nie odłożono na należne im miejsce.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Cze 28, 2017 11:20 am

Lubił zostawać sam. Lubił te ciszę. Lubił kiedy wahadłowe drzwi cichły, pchnięte dłonią ostatniego wychodzącego studenta, a on zostawał sam z „obiektem”, z poplamionymi krwią narzędziami, z bzyczącą lampą jarzeniową, w okrągłej sali zalanej nienaturalnie jasnym, sztucznym światłem. Zostawał sam i mógł odpocząć, przestać ciągle umacniać otaczającej go palisady kolejną warstwą cementu zlepionego z mieszaniny kąśliwych uwag, rezerwy i szerzenia niewyjaśnionego postrachu wśród studenckiej społeczności. Nigdy na nikogo nie podniósł ani ręki, ani głosu, a mimo to jego sposób bycia wprawiał zbitych w ciasne grupki członków zajęć w jeden, trzęsący się organizm. I tak było dobrze, bardzo dobrze – powtarzał sobie – ostatnie w końcu, czego potrzebował, to nadmiaru zainteresowania sobą i swoim życiem. Nie potrzebował nikogo do pogaduszek, ploteczek i dotrzymania towarzystwa przy stygnącej kawie – potrzebował książek, samotności i przeszywającej ciszy. Potrzebował jakiś spokojnych, mechanicznych i wyuczonych zadań, które pozostawi ciału, podczas, gdy głowa zanurzy się we własnym strumieniu świadomości i ułoży sobie ostatnie wspomnienia w odpowiedni ciąg okraszony pokrzepiającymi komentarzami. Dopiero wtedy uspokajał się, umacniał kruche poczucie stabilizacji i potrafił wmówić sobie wystarczająco mocno, że wcale nie boi się wracać do domu.
W końcu to był dom – do czego innego miałby wracać...?
Kiedyś, kiedy jeszcze problemy dało się obrócić w żart kapryśnego losu, z którego na stare lata zamierzał się śmiać, Andrew zdarzało się rozmawiać z trupami ułożonymi na blaszanych stołach. Pamiętał jak kiedyś sporo do nich mówił; jak powiadał im anegdotki i ćwiczył przemowy na obrony kolejnych dyplomów robiąc ze śpiących dworzan idealną publikę oglądającą jego spektakularny, gasnący upadek, a potem dzielił się z nimi emocjami po ostatecznym zwycięstwie. A oni leżeli rozbebeszeni, wszyscy tacy sami - kobiety i mężczyźni, bankierzy i bezdomni, bogaci i biedni, jakiś nieznany mu człowiek mieszkający na peryferiach miasta i kolega z roku, który nie wytrzymał presji sesji egzaminacyjnej połączonej ze śmiercią jego rodziców, którzy zginęli pod kołami czeskiego tira. Chłopak przesadził z lekami psychotropowymi. Andrew wtedy, widząc go na stole, myślał, że nie podoła, że będzie musiał poprosić kogoś innego i był więcej niż pewien, że jego profesor w pełni to zrozumie. Myślał, że zszarpie z siebie kitel i wyjdzie na zewnątrz, żeby się wyrzygać i wyrzucić tym samym wszystko, co rzekomo truło toksynami jego ciało – nawet jeśli źródłem tego wszystkiego był mózg. Ale nie wyszedł, nie poprosił chociażby o przerwę – wystudiowanym ruchem związał sznurki maski na karku i chwycił za skalpel. Musiał zapamiętać, że wszyscy byli tacy sami, a on nie krzywdził ich, kroił tylko naczynie, które przez chwilę było schronieniem dla pięknej duszy. To było jak palenie pudła po telewizorze, z tym że godząc się, że zostaje się na ziemi i bez pudła, i bez telewizora. I nawet jeśli pozwalał sobie podchodzić do tego z takim chłodem, to nadal kroił uważnie, prawie że pieszczotliwie, z uwagą i bez pośpiechu.
A teraz nie pamiętał już nawet kiedy ostatni raz chociażby odezwał się do swoich – pieszczotliwie tak nazwanych – pacjentów. A od dwóch lat wydawało mu się, że sam jest jednym z nich – idealnie wpasowującym się do motta zdobiącego łukowate wrota do jego królestwa.
Tutaj martwi uczą żywych.
Może więc przez to wszystko osiągnął jakąś perfekcję w swoim fachu? Dopasował się, zazębił, wszedł w rolę tak głęboko, że gdzieś z tyłu zostawił prawdziwego siebie – zbłąkanego i zagubionego, nie mogącego odnaleźć dawnych kroków na podłodze czyszczonej dzień w dzień mocnymi chemicznymi detergentami. Został tam z wypalonymi dziurami w podeszwach. Może to samo działo się innym? Sędziom, którzy za kłamstwo małego dziecka skazywali go na całodniową odsiadkę w pokoju, bez możliwości widzenia zresztą rodziny i przyjaciółmi, oraz bez kontaktu ze światem. Policjantom, których wzroku sztywno siedzące dzieci unikały przy stole podczas wspólnych posiłków, a żony marniały nie mogąc konkurować z miłością do munduru i tonu służbisty. Chirurdzy plastyczni, którzy w ciele ukochanej czy też ukochanego zaczęli nagle dostrzegać niedoskonałości i bezwiednie myśleć na tym, co zrobiliby, by się ich pozbyć - ostrzem, odsysaczem krwi, silnymi specyfikami usypiającymi i pod bzyczącą jarzeniową lampą. To się chyba nazywało „spaczenie” zawodowe. Ale Gallagher wolał nazywać to: „wpojenie”. Andrew do dziś pamiętał jak zabolało go, kiedy podczas romantycznego wieczoru usłyszał od męża, że śmierdzi prosektorium i nie odwiedzą łóżka, póki się dokładnie nie wyszoruje. To chyba oznaczało, że był już oficjalnie częścią pomieszczenia przesyconego zapachem desperackiej chęci niedopuszczenia do rozkładu.
A teraz nagle nie został tu sam. Ostatni jęk zatrzymujących się, wahadłowych drzwi już prawie rozlał się miodem na jego zmęczonej duszy, już prawie dał mu zasłużony spokój na następne co najmniej dwadzieścia minut, ale nie. Nie był sam. Prócz niego w okrągłej, pedantycznie białej sali, wyszorowanej tak mocno, jakby chciano zmyć z niej wszelkie oznaki ludzkiej bytności, był jeszcze ktoś. Diabelnie wysoki student, który chyba zapomniał gdzie są drzwi. Chciał zostać i pomóc, mówiąc głosem tak słabym, że nieomal w niczym nie przypominał rezolutnego chłopaka zza lady kawiarni. Smok Katedralny, gdyby iść podług schematu znanego na przykład z filmów obyczajowych, powinien pomyśleć w tej chwili, że widzi w nim siebie sprzed kilku lat. Chętnego do pracy, nie zachowującego się tak, jakby znajdował się tu za karę, ale autentycznie chcącego dać coś z siebie w tym wyścigu o wiedzę. Ale nie było tak, zamiast tego Gadzina poczuła się tak, jakby chłopak umyślnie zabierał jej przerwę i prawo do zebrania myśli. Że z premedytacją wybrał akurat dzisiejszy dzień i akurat te zajęcia na to, żeby podlizać się szorowaniem diabelnie ostrych skalpeli i wyjętego jak z horroru zębatego sekatora, który był zdolny jednym chrzęstem chirurgicznej stali uciąć mu naraz obie ręce w miejscu przegubów. Jakby student został tu specjalnie za karę. Za karę dla profesora.
Nonsens.
Gallagher odsapnął nerwowo, mnąc w ustach przekleństwa i pozwalając sobie na to, by w ramach wstępu do dialogu przepuścić atak kompletnie ogołocony z jakichkolwiek pozorów.
- Prawda – zaczął, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo niepotrzebny był ten komentarz. Już chciał dodać, że od samego stania ciężko jest tę wiedzę wchłonąć, ale usta zamknęło mu całkiem jasne i zrozumiałe wytłumaczenie tej obecności. U Gallaghera nikt nie zgłaszał się do podobnych, nieprzyjemnych nadgodzin, a on nigdy też o takie pomoce nie zabiegał; nauki profesor Peeman za mocno odbijały się na jej podopiecznych. - Padło na ciebie? Wyciągnąłeś najkrótszy patyczek podczas losowania czy sam się zgłosiłeś? – zapytał na swój sposób bezczelnie, ale odsunął się robiąc chłopakowi miejsce całkiem niedaleko siebie, przy okazji z godnym dojściem do narzędzi pozostawionych w koszmarnym, krwistym nieładzie przez używających ich studentów i samego prowadzącego.
W tym czasie profesor oczyścił śmietniczek zawalony zużytymi gumowymi rękawiczkami, które przesypał do większego worka leżącego pod ścianą i czekającego na swoją porę do wyniesienia. Wewnątrz atmosfera zgęstniała; zrobiło się bardziej duszno, coś dziwacznego uwierało mocniej niż kitel spinający na plecach przy każdym pochyleniu. Smocza rutyna został przerwana, a jej naruszone granice groziły teraz ostrymi końcami, mogącymi pociąć palce zbyt natrętnego kompana. Ale mimo wszystko nie było tak źle... Bądź, co bądź student nadal żył, a spędził już z Gadziną sam na sam całą minutę!
Po wznowieniu rzekomo beznamiętnego dialogu, zielone oczy spojrzały znów na tego, który przerywał świętą ciszę.
- Słucham – Zabrzmiało groźnie? Nawet nie miało. Nawet jeśli Gallagher praktycznie zachrypiał i musiał odkaszlnąć na boku. A potem musiał odkaszlnąć znowu i aż się wyprostować, kiedy usłyszał coś o seminarium. Przyglądał się chłopakowi najpierw z napięciem, jakby oczekiwał, że ten zaraz wypali, że to miał być tylko taki żart na rozluźnienie atmosfery, ale nic takieto nie zachodziło. Dlatego też niechęć powoli przepływała w autentyczne zdumienie i wstrząs. - Nie miałem nikogo na seminarium od dwóch lat – odparł machinalnie, przypadkowo dzieląc się z rozmówcą fragmentem szybko przepływających mu przez głowę myśli. Zreflektował się i uciekł wzrokiem na bok, ewidentnie dla zajęcia dłoni chwytając pierwszą lepszą rzecz – padło na jakiś kubek – i nie wiedząc początkowo co z niż zrobić. Dlatego go po prostu przestawił. Po prostu gdzieś indziej. Na szafkę. Na dodatek zachowując się tak, jakby było to w tej konkretnej chwili absolutnie niezbędne. - Jeśli szukasz po prostu zastępstwa za Panią Peeman, to jestem złym wyborem. Spróbuj u Doktora Baldwina. Albo Wilczyńskiego, oni mają podobny styl nauczania.
Odradzał mu siebie. Co za Smocza łaska.
Nie mógł się jednak pozbyć jakiejś dziwnej ciepłoty, która zamieszkała tuż za jego mostkiem. Od dwóch lat nikt nie chciał... Kompletnie nikt. Wszyscy inni profesorowie chwalili się osiągnięciami swoich prywatnych podopiecznych i z dumą na zamknięciu roku wręczali im dyplomy, a on...? On był postrachem uczelni.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Wto Lip 11, 2017 6:25 am

Wysokie ciało lawirujące po kostnicy, tak żywe jak to tylko możliwe, mogło zdawać się wybitnie nieodpowiednim czy też nienaturalnym. Ot, zwyczajnie nie na miejscu. Przecież studenci zawsze salwowali się ucieczką z limbo kostnicy tak, by zdążyć przed ostatnim jękiem wahadłowych drzwi prowadzących do świata żywych. Przecież studenci nigdy nie zostawali tam, gdzie odór śmierci uparcie maskowała ostra woń środków do dezynfekcji, a jedyne źródło światła w postaci jaskrawo jasnych, długich lamp jarzeniowych brzęczało nieprzyjemnie. Przecież studenci nie mieli w zwyczaju babrać się w krwi dłużej niż było to od nich wymagane, sami w sobie będąc kolorytem, nie potrzebując dodatkowej porcji szkarłatu znaczącej ich dłonie. Przecież studenci zapominali, byli nieodpowiedzialni, nigdy nie robili nic ponad to, co było absolutnie konieczne. I, co pozostawało faktem bezdyskusyjnym, przecież studenci lękali się Smoka.
Prawda…?
Owalne pomieszczenie prosektorium nigdy jeszcze nie wydawało się młodemu Radcliffe’owi tak pełne, będąc tak naprawdę aż tak dalece pustym. Nabrzmiałe ciszą niewypowiedzianych emocji, które snuły się za jego poruszającą się spokojnie figurą na wzór wyrzutów sumienia, sprawiało wrażenie odrębnego bytu, starającego pozbyć się niechcianego elementu, który swą lekką bytnością odbierał jego niekwestionowanemu królowi prawo do samotności. Prawo wywalczone za pomocą ostrych, gadzich słów oraz napędzającej ich lot szkarłatnej mgiełki złości. Dogmat, który od dwóch lat pozwalał Gallagherowi na niezmąconą niczym ciszę. I tylko niektórzy zdawali sobie sprawę z prawdziwego problemu tejże „normy” - samotność bowiem sprzyjała ciszy. Cisza sprzyjała myślom. Myśli sprzyjały lękom. Lęki potęgowały samotność. Przez minione lata swojego życia młody mężczyzna doskonale poznał ten schemat - im dalej sięgały obawy, im bardziej szpony strachu zaciskały się na karku ofiary, tym dalej odsuwała się ona od potencjalnej pomocy. Interwencji, która wydawała się być niepotrzebną, przecież wszystko można było usystematyzować i odpowiednio uargumentować. Przecież to tylko chwilowe. To tylko kryzys. To było niechcący. Ale... przecież Gallagher nie był ofiarą – wręcz przeciwnie, to on poszukiwał rzeczonych ofiar właśnie tutaj. Nie tyle jednak na płaszczyznach metalowych stołów sekcyjnych, co wśród studenckiej braci – to nie pozostawiało najmniejszych wątpliwości.
- Zgłosiłem się Profesorze. Z racji tego, że stanowi to integralną część mojego przyszłego zawodu uznałem, iż równie dobrze mogę zająć się tym już podczas studiów, by w przyszłości niewiele było w stanie mnie zaskoczyć. - w jego wypowiedzi nie było nic, co wskazywałoby na uszczypliwość. On zwyczajnie opowiadał, delikatną i trafną argumentacją dodając swoim słowom odpowiedniej wagi. - Nie sądzę, by najlepsi patologowie w kraju nigdy nie podjęli się sterylizacji narzędzi, czy zwyczajnego wyrzucania rękawic po zakończonej sekcji. - kolejne wzruszenie ramion wzbudziło szelest w połach studenckiego fartucha. Wysoki chłopak, który jeszcze kilkanaście minut wręcz zdawał się truchleć pod wpływem chryzolitowego spojrzenia, stał się na powrót odpowiednio ułożonym, inteligentnym młodym człowiekiem.  Wrażenie, iż pod kopułą jego czaszki rezydowało dwóch swoistych lokatorów bylo w istocie prawdą - nerwica i sam Landon prowadzili nieustanną walkę o kontrolę, ścierali się ze sobą nawet teraz, kiedy chłopak z krwawego nieładu narzędzi że stali chirurgicznej wyławiał po kolei kolejne utensylia umieszczając je nienaturalnie równo na dnie nerki. Nie - on ich nie wrzucał - on je układał.

Tak samo jak próbował właśnie ułożyć swoje życie.

Nim zdołał się obejrzeć jego pozostające pod ogromnym wrażeniem wykładowcy jestestwo wyrzuciło z siebie wspomnienie o seminarium. Skalpel, na którego ostrzu dobrowolnie stanął niechybnie za kilka chwil przetnie gumę jego trampek zatapiając się w miękką materię jego ciała, sprawiając, iż Błędny Rycerz miast przechadzać się płynnie w zawieszonym pomiędzy czasem i przestrzenią limbo kostnicy zacznie kuleć pomiędzy skrzącymi się utensyliami brocząc żywo czerwoną posoką. I tylko Smok mógł pchnąć go w kierunku ostrza swoich słów.
- Nie sądzę bym musiał powtarzać - chodzi mi o seminarium Profesorze - w zwyczajnych okolicznościach szukałbym pewnie jedynie zastępstwa, kogoś kto w bezbolesny sposób przeprowadzi mnie przez pracę dyplomową i pozwoli cieszyć się upragnionym tytułem. Tu pojawia się jednak mój problem - nie lubię robić rzeczy po łebkach. A Profesor pokazał mi dzisiaj, że mogę postarać się jeszcze bardziej. Dlatego proszę rozważyć moją prośbę. Wolę poznawać nowe, niż powtarzać rzeczy, które przerabiałem w liceum - naczynie po brzegi wypełnione nożami sekcyjnymi z doskonale słyszalnym stuknięciem wylądowało po prawej stronie Gallaghera, odstawione przez wprawną dłoń studenta. - Proszę pozwolić mi podjąć próbę, Profesorze. Z całym szacunkiem, w tym momencie jednak żaden z wymienionych przez Profesora wykładowców nie wydaje się... wystarczający. Zdaje sobie sprawę, że jedna kawa i jedne zajęcia to zbyt mało by poznać człowieka - w związku z tym proponuje Panu na to cały rok. - czyżby tam gdzieś, pod nawałem słów, ukryła się niewielka iskierka nadziei?

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Pią Lip 14, 2017 1:13 pm

Kokon samotności, po odsiedzeniu w nim wystarczająco długiego czasu, robił się tak ciepły i wygodny, że człowiek zapominał o świecie na zewnątrz, który wydawał mu się ciemny, niezmiennie wilgotny od deszczu, duszny od oddechów i pełen ogłuszającego gwaru. Nagle strachem obejmowała jakakolwiek sugestia dotycząca opuszczenia tej strefy rzekomego komfortu – do wszystkiego się w końcu można przyzwyczaić. Chyba. I tylko czasem spokojną taflę rutyny zakłócała interakcja z zewnątrz, posyłając daleko przed siebie rosnące kręgi wody wpadające z trzaskiem na kolejne plany na resztę dnia – i te przesunięte nawet o minutę w czasie wydawały się jakby inne, niepewne. To było jak prywatny efekt motyla, którego kilka kroków na pedantycznie białej podłodze prosektorium wystarczyło, by wprowadzić szereg zmian w spokojnym wieczorze Smoka tego samego dnia. Działo się tak na przykład kiedy nieruchoma tafla po-zajęciowego spokoju została naruszona przez nadgorliwego studenta. A coś w rodzaju niedomkniętych drzwi niezakończonych w pełni zajęć, wpuszczało do wnętrza rutyny Smoka nieprzyjemny, zimny powiew niepokoju, który puszczał salwy dreszczy wzdłuż jego kręgosłupa. Nie był to objaw ani strachu, ani irytacji. To był objaw czegoś, przez to musiał natychmiast idiotycznie przestawić kubek.
- Większość studentów ma brzydki zwyczaj uciekania od obowiązków, które są jedynie przykrym dodatkiem do ich chwalebnego zawodu. Często zatrudniają do tego pomoc osób trzecich, albo unikają tego tak długo jak się da, aż nie będzie już wyjścia i będą musieli to zrobić – odpalił, normując tempo oddechu, bo zaczynał robić za rzadkie i zbyt głębokie wdechy. Niezależnie jak lekka mogła być bytność tego chłopaka, jak dobrej kawy by nie robił i z jak niesamowicie dobrej i nieprzymuszonej woli chciał po prostu pomóc, to nic nie zmieniało faktu, że pchał się do groty Smoka, który nie przyklaskiwał odważnym, wbitym w blaszaną puszkę Rycerzom, którzy bez miecza wkraczają do jego katedry i nie uginają się karnie pod spojrzeniem. I dodatkowo obwieszczają, że chcą być częstszymi gośćmi w jego nieskromnych progach. - Ma Pan ambicje być jednym z najlepszych patologów w kraju? – uśmiechnął się pod nosem, a grymas ten miał w sobie nieco znamion pokpiwania. Nie, to nie tak, że wątpił w zdolności swoich podwładnych, ale przez tę wcześniejszą, niby swobodną uwagę studenta zaczął jednoznacznie rozumieć powody jego pomocniczych zapędów. Nawet nie specjalnie go to zaskoczyło - było paru odważnych, którzy chcieli sprawdzić jak głęboko da się mu wejść w tyłek, by dosięgnąć lepszych ocen. Było nawet kilka kobiet, które opacznie zrozumiały egzamin ustny i prezentowały ciekawe reakcje, kiedy dowiadywały się, że złoty krążek, znajdujący się na serdecznym palcu profesora, nie został wsunięty przez kobietę. ...a kiedy ta sytuacja rozeszła się po uniwersytecie, to znalazło się kilku chłopców z podobnymi zapędami.
Wtedy Drew już sam nie wiedział co obrzydziło go bardziej.
Pilne spojrzenie chryzolitowych oczu śledziło chłopaka, który subtelnymi ruchami zbierał z krwawego sajgonu narzędzia pracy jego i jego kolegów, robiąc to w niebywałej ciszy i bez pośpiechu. Pan Radcliffe nie wydawał się być spłoszony w taki sposób, by objawiać strach przed docinkami, jawnym pokpiwaniem, zmuszaniem do robienia najmniej przyjemnych elementów jego pracy, stawiania poprzeczki tak wysoko, żeby nawet ktoś z jego wzrostem musiał wysoko do niej skakać i wytrzymywania humorów wymagającego belfra... Nie. On wydawał się obawiać jakby tylko... Odrzucenia. Bał się chyba tylko tego, że mógłby tych wszystkich rzeczy nie doświadczyć.
I jakby na jego własne życzenie ciężar spojrzenia Gallaghera, jego oczy palące jak dwa rozżarzone węgle, towarzyszyły mu aż nie stanął obok i nie odstawił narzędzi w nerce na blaszanym blacie. Wtedy to Smok cofnął swoją najgorszą broń i przeniósł ją na przemywany z krwi rozwieracz do ran. Dłonie aż mu się trzęsły od kontaktu z piekielnie zimną wodą.
- Trzy spotkania. Dwie godziny po zajęciach. To daje wspólne sześć godzin – zawyrokował, na sam początek niejasno i zerknął na chłopaka przelotnie, jakby upewniając, że na pewno mówi do niego. - Jeśli po tak długim czasie nadal będzie Pan zdecydowany, to przedłużę to do końca roku akademickiego, a jeśli nie, to proszę szukać gdzie indziej. – Smród płynów odkażających aż wiercił w nosie. - Pierwszy termin wyznaczam w tę środę o godzinie osiemnastej trzydzieści i nie podlega on przesunięciu. Dopiero po nim jestem skłonny wymienić się z Panem adresami e-mailowymi i dostosować się do Pańskiego grafiku codziennych zajęć. Wszystko zrozumiałe?
Jego głos znaczyła delikatna chrypka – ta, której brakowało w czasie zajęć oraz poprzedniego dnia w Paradoksie – znaczyło to, że potrzebował zwilżyć czymś gardło. Na przykład kawą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 69
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Sro Gru 27, 2017 2:02 pm

Nienawidził samotności.

Nie znosił momentu, kiedy jego jestestwo osaczała cisza oplatająca lepkimi palcami jego ciało. Bezruch tak głęboki, że aż wzbudzający w uszach ten dziwny pisk, taki którego nie sposób było się pozbyć. Nie znosił chwili, kiedy myśli rozbijających się we wnętrzu jego czerepu nie zatrzymywała tama naprędce skonstruowana z bezpiecznej rutyny doprawionej odpowiednią ilością rozgardiaszu niezależnego od niego. Dlatego też student działał uparcie, jak nakręcany robocik, wciąż i wciąż powtarzając czynności, wciąż i wciąż prowokując swoje jestestwo do powtarzalności, wciąż i wciąż przeżywając to samo, byleby tylko dać sobie pewność... wszystko byleby tylko nie zostać sam. Kokon samotności bowiem, mimo swojego pozornego ciepła, mógł udusić zalegającego w nim nieszczęśnika. Prawda…? Kiedy strachem zdejmowała jakakolwiek myśl - każda była bowiem zbyt głośna. Wrzaskliwa. I każda odkrywała wszelkie przywary mówiąc, jak dalece beznadziejnym się było. Jak bardzo wszystkich się zawiodło… jak… jak…
- Wiem. - odpalił spokojnie nie dając rutynie wyślizgnąć się spomiędzy powleczonych bladością palców, chwytając jej śliski ogon, który wijąc się na wzór piskorza prawie-prawie mu umknął. Chłopak tuż po tym, kiedy odstawił nerkę przepełnioną krwawym rozgardiaszem, na chwilę, dosłownie mgnienie oka, wsparł się biodrem o blat ze stali nierdzewnej. Błędny Rycerz nie wiedział już chyba właściwie czym jest lęk przed Bestią. Bo to nie wyimaginowany Smok wtłukł w niego niepewności. - Na całe szczęście rzadko identyfikuje się z ogółem, Profesorze. To chyba dlatego tu jestem. - krótkie wzruszenie ramion obudziło delikatny szelest materiału fartucha. - Wie Pan, wcześniej - jeszcze dzisiejszego ranka - wydawało mi się, że jestem na dobrej drodze ku temu. Teraz okazało się, że mijam dopiero pierwszy zakręt. Ledwo początek. Ale mogę uczyć się od najlepszych. To zawsze dobry start. - przerwa na oddech była krótka. Tak krótka jak moment, kiedy długie ciało pochyliło się lekko, a jasne, szare ślepia utkwiły w krwawej plątaninie noży sekcyjnych. W jego głowie układał się dalszy plan działania. Kolejne słowa, które będą działać na jego korzyść. Kolejne frazy, które będą w stanie przekonać Smoka do tego niedorzecznego pomysłu. A Landon? Landon nie unosił wzroku na Profesora. Nie musiał tego robić - doskonale wyczuwał napięcie podejmowanej decyzji. Czuł, jak palący wzrok chryzolitowych ślepi ślizga się po jego przedramionach. I że chyba zaczynają drżeć mu od tego dłonie. Zawieszenie panujące w kostnicy nigdy nie było aż tak ciężkie do zniesienia. Aż tak obezwładniające. Aż tak… grom wypowiedzi Smoka sprawił, że Rycerz prawie podskoczył. Mięśnie jego ud napięły się tak boleśnie, że prawie się zachwiał.
- Super! - jego pobladła zmęczeniem nieprzespanej nocy twarz rozjaśniła się. Dosłownie. Zupełnie, jakby słowa Smoka rozpaliły niewielką żarówkę tuż za płótnem jasnej skóry sprawiając, że ta przepuściła przez swój splot odrobinę światła. Tą delikatną poświatę, która z reguły pojawia się w momencie największej radości. Tak - Landon był niebywale kontent. Lubił momenty, kiedy coś szło tak jak powinno - te, których w jego własnym mniemaniu było naprawdę niewiele. - To znaczy… bardzo dziękuję Panie Profesorze! Nie zawiedzie się Pan. - uśmiech. Ten uśmiech po raz pierwszy nie był jedynie miłym dodatkiem do młodzieńczej aparycji, a wyrazem szczęścia. Szczęścia, które obudził moment, kiedy wykładowca go… nie odrzucił.

Landon Lucas Radcliffe opuszczając jaskrawe, wypalone środkami do dezynfekcji limbo kostnicy, po wysterylizowaniu krwawej masy stali chirurgicznej użytej w trakcie minionych zajęć, nie mógł być bardziej radosny. Paradoksalnie - powodem rozpierającego jego klatkę piersiową ciepłego uczucia nie był fakt, iż mógł z czystym sumieniem uciec przed ciężką bytnością dydaktyka stanowiącego odpowiednik uczelnianego Geryona. Nie... wysoki student odczuwał niemałą ekscytację związaną z faktem, iż - wręcz przeciwnie - będzie stawał w szranki z Gadem częściej niźli reszta akademickiej gawiedzi. Tak, w jego głowie zgoda na trzy spotkania automatycznie została podniesiona do rangi co najmniej całego semestru. Nie mogło być inaczej!


Zegar uczepiony kurczowo ściany Paradoksu tykał uparcie, przypominając wysokiemu studentowi lawirującemu za kawiarnianą ladą, iż jego czas nieuchronnie przeciekał przez jego smukłe palce. Środa, która zawsze była jednym z najcięższych dni w landonowym kalendarzu, w miniony poniedziałek nabrała dodatkowego, niemożliwego wręcz do wytrzymania przez ludzki organizm rozpędu. Chłopak, koniec końców, nie mógł poprosić Gallaghera o przełożenie wybłaganego seminarium o chociażby pięć minut - kolidowało to z nieugiętym tonem dydaktyka i podszeptom nerwicy uparcie odbijającym się we wnętrzu czaszki młodego Radcliffe’a. Musiał dać radę. Potrafił. I tak właśnie skończył - zmuszony do wciśnięcia w ciasne ramy kalendarza zbyt wielkiej ilości czynności noszących metkę “do wykonania”.
Wielu ludzi naprawdę wspierało go w jego decyzji. Słyszał ich pełne zrozumienia i troski uwagi odbijające się we wnętrzu jego czaszki kiedy pochylał się wspierając dłonie na blacie nadgryzionego zębem czasu kontuaru, starając się uspokoić rozbiegane myśli. Nawet dudnienie jego własnego tętna, bijącego mocno za jego mostkiem, nie było w stanie zagłuszyć miłych komentarzy, z którymi spotkał się w przeciągu ostatnich kilku dni. Echo tychże jeszcze w kilkanaście godzin po ich wygłoszeniu przez naprawdę dbającą o jego dobro brać studencką, krążyło pod kopułą wysoko zawieszonej czaszki. Nie potrafił odepchnąć ich od siebie nawet wtedy, gdy wlepiając wejrzenie szarych ślepi w drwiący z niego czasomierz, zastanawiał się czy Smok jest już na miejscu. Niezmiennie najgłośniejszą z nich pozostawało nacechowane niebywałą wylewnością "Lucas, czy ciebie do szczętu popierdoliło?!"
I tylko sam wysoki studencina ufał, iż pozostawał w pełni władz umysłowych godząc się na wejście do leża Gadziny. Leża pod którym powinien znaleźć się za niespełna dziesięć minut. Miał szczerą nadzieję, iż Ana, która obiecała mu pojawić się w kawiarnii przed czasem, dotrzyma danego mu słowa. Tylko wtedy, puszczając się biegiem z nie do końca zmytym zapachem kawy z opuszek palców dostanie się do Limbo prosektorium na czas.

_________________


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   Pią Cze 22, 2018 12:07 am

Nie wiedział czy podjął dobrą decyzję. Czy był gotów? Nawet jeśli organizowanie seminariów wchodziło w skład jego obowiązków to od dwóch lat nie było na nie chętnych i zdążył się przyzwyczaić do chwilowej wolności – objąć ją, ugościć kawą i ciastkiem, i cieszyć z wyskubania większej ilości czasu wolnego na spędzanie go z rodziną. Nawet jeśli ukrywał się przed nią wieczorami w ceramicznej bali pełnej wody. Nawet jeśli zamiast roztaczać aurę romantyzmu wolał produkować ciężki opar gorąca wypełniający klaustrofobicznie małą łazienkę aż po wyłożony kafelkami sufit i wlepiać w niego wzrok, widząc jak poziom wilgotności wewnątrz pomieszczenia zaczyna doprowadzać do powolnego i rzadkiego deszczu, tworząc na kafelkach małe krople spadające na podłogę, albo z powrotem do wanny. Już trzy wylądowały na jego policzku albo czole.
Nie wiedział czy podjął dobrą decyzję. Czy Ianowi spodoba się to, że co najmniej dwa razy w tygodniu będzie musiał podjeżdżać pod uczelnię aż dwie godziny później? I to co najmniej, bo Adrew wiedziony doświadczeniami ze swoich dawnych seminariów wiedział, że czasem zajęcia potrafiły przeciągnąć się nawet o godzinę… Na przykład kiedy któryś z młodych patologów naciął skalpelem jelita i zapoznał resztę grupy z ich mało apetyczną treścią. Dlatego seminaria mocno godziły w rutynę i nie trwały ledwie kilka tygodni, ale całe semestry z nieubłaganą cyklicznością. O ile tamten chłopak w ogóle wytrzyma…
Nie wiedział czy podjął dobrą decyzję. Ale z drugiej strony młody Pan Radcliffe był pojętnym uczniem, jako jeden z naprawdę nielicznych w karierze Gallaghera naprawdę pewnym swoich decyzji. I wyglądał na naprawdę zachwyconego z możliwości dalszego uczestniczenia w seminariach… Więc nawet jeśli Smok nie wiedział czy podjął dobrą decyzję to postanowił dać Mu szansę.

A chwilę po ostatecznym przytaknięciu samemu sobie do świeżo podjętej decyzji usłyszał zdecydowane, ale zdawkowe pukanie do drzwi. Nadeszła pora by wyjść, na pewno zmył już z siebie smród prosektorium.

* * *

Kark bolał go niemiłosiernie. Przyzwyczaił się już do lekkiego ćmienia w spiętych mięśniach, ale przez ostatnie dni było tylko gorzej. Czuł się jak na roller coasterze – dwa miesiące temu z okazji urodzin Iana rodzice postanowili wykorzystać nieco kontaktów i dołączyć jego ostatnie zdjęcia do dużej wystawy artystycznej w ich mieście. Piękne i wydrukowane w ogromnej skali na połyskującym papierze. Taki krok mógł pchnąć wszystko z powrotem na odpowiednie tory, przypomnieć światu o Ianie Gallagherze. W końcu sporo znanych twarzy artystycznego świata miało wtedy przetoczyć się przez Nowy Jork i oglądać umieszczone w przerobionej rozdzielni elektrycznej rzeźby, obrazy, konstrukcje i zdjęcia. I mieli licytować, doradzać i zawierać kontrakty. Mąż Andrew odżył wtedy, starannie dobrał portfolio, niemal całe dnie kontaktował się na zmianę z organizatorami i rodzicami, by upewnić się, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Gala odbyła się, puszczono ją w telewizji, przeprowadzono kilka wywiadów, zorganizowano kilka starannych nagrań ze spaceru z kamerą pomiędzy dziełami sztuki i podwoje zamknięto. Kilkoro młodych artystów zostało docenionych i trafiło pod opiekuńcze skrzydła, w gazetach pojawiło się kilka felietonów i reportaży związanych z wydarzeniem i wszystko raptem ucichło. Fotografie na pięknym papierze wróciły pocztą z Ameryki nie ciesząc się uwagą kupców, a telefon milczał nie drżąc od dobijających się do Gallaghera menadżerów i mecenasów. I tak już prawie dwa tygodnie. Resztki nadziei dopalały się cicho wraz z całymi paczkami petów wypalanych jeden po drugim przez męża profesora. Napięcie w domu było nie do wytrzymania, a napięcie w prosektorium tak gęste, że odpowiadającego studenta złapała dramatyczna czkawka.
- Proszę myśleć o galopujących koniach – zaproponował ze znużeniem i absolutnym brakiem współczucia, tym swoim szorstkim i ochrypłym głosem. A chłopak słysząc to zgoła niedorzeczne zdanie tylko pobladł bardziej chyba sądząc, że to jakaś pułapka albo kolejna kpina. Ciężko byłoby wstawić dzieciakowi dwóję za to, że jego przepona postanowiła gimnastykować się przez kolejne minuty, więc rozeźlony profesor machnął tylko ręką tak, jakby wymiatał wszystkich studentów z prosektorium niczym paprochy z blatu stołu. – Koniec na dzisiaj, wrócimy do zagadnienia za dwa dni. A teraz jazda i przez następnymi zajęciami zażywajcie więcej płynów, by uniknąć zapowietrzania się i dławienia własną śliną.
Odwrócił się, ściągając z rąk zakrwawione rękawiczki i nawet nie oglądał na studentów, przyzwyczajony do tego, że ci opanowali do perfekcji moc szybkiego znikania z obszaru jego rażenia i już od naprawdę długiego czasu bardzo mu to odpowiadało. Nie gonił za towarzystwem kogokolwiek, a dziś był w takim humorze, że naprawdę brakowało mu już tylko seminarium… Ian obiecał przyjechać punktualnie i choć nie krył niezadowolenia wynikłego z kolejnych zajęć męża, to był w obecnej chwili tak pochłonięty własnym niepowodzeniem, iż zniósł to spokojniej niż Smok podejrzewał. Co niestety nie zmieniało faktu, iż poprzedniej nocy żaden z nich nie spał najlepiej. I Andrew był do tego stopnia zblazowany, że dopiero chowając ciało do chłodni zerknął na zegarek i zorientował się, że wypuścił ostatnią grupę pół godziny wcześniej. I nie żałował.
Siadając w kanciapie najpierw przetarł dłońmi twarz i odetchnął, czując jak cudownie błogi spokój wypełnia go kiedy tylko przymyka powieki na dłużej niż mgnienie. Jego ciężkie ciało przeważyło go na bok i legł na wysłużoną kanapę, wyciągając nogi i przekręcając na plecy. Jak mebel, który stał tu odkąd belfer tylko pamiętał mógł by wygodniejszy niż wciąż pachnące nowością łóżko w jego mieszkaniu…?
Cisza aż dzwoniła mu w uszach. Resztką odpływającej świadomości szybko wyliczył, że do pojawienia się Pana Radcliffe’a zostało jeszcze co najmniej pół godziny, a to idealny czas na drzemkę dla zmęczonego umysłu.
I tak nikt inny tu nie przyjdzie…

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Tu martwi uczą żywych   

Powrót do góry Go down
 
Tu martwi uczą żywych
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Tu martwi uczą żywych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: