CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Właściwe pożegnanie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 62
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Właściwe pożegnanie   Sro Cze 28, 2017 11:42 am


X od dziecka chciał dzielić  się swoją wiedzą z innymi. Nie ważne czy były to jego pluszaki, kiedy był przedszkolakiem, czy jego szkolni koledzy, kiedy był starszy. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zakończył liceum wybrał studia pedagogiczne. Jego konikiem od zawsze była matematyka, w tym właśnie się specjalizował. 6 lat spędził na Uniwersytecie, by po tym rzucić się w wir pracy z młodzieżą. Był prawdziwym pracoholikiem. Zero kolegów. Brak kontaktów z rodziną. Pierwszy w szkole, wieczorami pomagał ją zamykać. Zdawał się być ideałem, prawdziwym przykładem świetnego pedagoga, przyciągającego wokół siebie wszystkich uczniów bez wyjątków.  
Kiedy zadecydował o przeprowadzce do rodzinnego Londynu, wiedział że jego wspomnienia odżyją. W najgorszych scenariuszach nie przewidział jednak tego co się stało. Stojąc w drzwiach klasy dostrzegł Y od razu. Idealne podobieństwo. Jego prawa ręka zadrżała, kiedy zacisnął palce na klamce mocniej niż to było konieczne. Los właśnie kopnął go w tyłek mszcząc się za wieczne uciekanie...
Kiedy X miał 17 lat, jego najlepszy przyjaciel zmarł w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Zmarły miał młodszego braciszka (Y), którego X uwielbiał. I oto właśnie Y szorując kolanami po podłodze próbował wśliznąć się niepostrzeżenie do klasy i zasiąść w swojej ławce, tuż przed biurkiem. Skąd wiedział, że to właśnie ten chłopak? Był kopią swojego brata z czasów liceum.

X – Kowadło
Y - Młot

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 62
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Sro Cze 28, 2017 11:46 am


Jason Aekerman
31 lat
191 centymetrów wzrostu || 73 kilogramy skóry i kości

• Urodził się i wychował w Londynie. Po zakończeniu liceum w stolicy wyniósł się na studia do Northampton. Nie był w stanie znieść rodzinnego miasta i związanych z nim wspomnień. Po zakończeniu sześcioletnich studiów pozostał w swoim ‘mieście akademickim' zdobywając doświadczenie zawodowe.
• Po pięciu latach pracy w podrzędnych liceum w Northampton postanowił wrócić do rodzinnego Londynu. Dzięki rekomendacjom z poprzedniej placówki pracę znalazł stosunkowo szybko.
• Stwierdzenie że jest palaczem to ogromne niedomówienie. Kopci jak lokomotywa od około drugiej klasy liceum. Komu potrzebny obiad, kiedy można zajarać? Często klasa w jakiej rezyduje na stałe jedzie jak palarnia.
• W związku z jego pracoholizmem jest uzależniony od kawy. Bez magicznej mocy czarnej istoty padłby ryjek nie jeden raz. Kiedy nikt nie patrzy podpija także napoje energetyczne.
• Biorąc pod uwagę jego styl życia i zerowe zdolności kucharskie, to cud że jeszcze się rusza. No może nie cud, to zasługa przemiłej staruszki z naprzeciwka. A ściślej jej dobrego serduszka i przepysznych obiadków, które zawsze czekają na podgrzanie w nauczycielskiej lodówce.
• Nie lubi, gdy ludzie zwracają się do niego pełnym imieniem. Woli, kiedy nazywa się go Jay.
• Uwielbia koty, nigdy jednak nie pozwolił sobie, by jakiegoś przygarnąć. Często zapomina o własnych posiłkach, a szkielet kota nie jest najbardziej gustownym elementem wystroju wnętrz.
• Co do wnętrz, mieszka w małym, dwu pokojowym mieszkanku na obrzeżach miasta. Dojazd do pracy zajmuje mu przez to około półtorej godziny dziennie. Czas ten poświęca na czytanie. Dużą ilość czytania.
• Na dnie ostatniej szuflady swojej komody, tuż pod skarpetkami, trzyma relikty przeszłości. Małe pudełeczko, zamykane na niewielką kłódkę. Znajduje się w nim pojedynczy polaroid z nim i... kimś jeszcze.
• Na przestrzeni kilkunastu lat spędził niezliczone godziny w gabinecie terapeutycznym Noah Fletchera - psychologa, który zajął się jego przypadkiem zaraz po swoich studiach i specjalizacji. Z niechęci przeszli przez ignorowanie, zahaczając o tolerancję, a na prawdziwej i głębokiej przyjaźni kończąc. Jay może zadzwonić do starszego o kilkanaście lat mężczyzny o każdej porze dnia i nocy - nawet jeżeli terapia skończyła się już dawno.
• Panicznie boi się wody. Prysznic jest w stanie przeboleć, kąpiel w wannie z trudem, nie ma jednak opcji aby ktokolwiek przekonał go do choćby zanurzenia dużego palca lewej stopy w basenie.


_________________


Ostatnio zmieniony przez Amay dnia Sro Cze 28, 2017 9:53 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 243


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Sro Cze 28, 2017 12:12 pm

LUCAS WALKER
18 l. || 178 cm / 67 kg || Uczeń klasy maturalnej (matematyczno-fizycznej)

~ jego starszy brat - Louis Walker - zmarł, kiedy chłopak miał cztery lata. Lucas nie za dużo pamięta z tamtego okresu; nawet licznych potkań z terapeutami dziecięcymi. Ponoć poradził sobie ze stratą poprzez "wyparcie" czy tam "represje" - wciąż pamiętał, że miał kiedyś brata, pamiętał co wspólnie robili, potem następował przerywnik - jak w zerwanym filmie -  biała plama, zupełnie jakby ktoś zabrał mu dwa lata życia, a kiedy się ocknął to nie miał już brata. Ale było w porządku, nie wpadał w histerie, bo ta informacja była jakby za grubą szybą.
Teraz jedynie zdarza mu się gadać do Louisa, kiedy siedzi sam w pokoju (nierzadko podczas odrabiania lekcji), a kiedy nocą nad domem szaleje burza, to wraz z pościelą i poduszką kładzie się na podłodze plecami wręcz przyklejony do ściany za którą znajdował się dawny pokój brata.

~ boi się burz. Szum wiatru, ulewę, rozbłyski i widok błyskawic jeszcze przeżyje, ale huk grzmotów rwie jego ciałem milionem dreszczy. W ciągu dnia, kiedy jest wśród ludzi jeszcze próbuje zgrywać chojraka, ale kiedy burza szaleje w nocy to w większości w ogóle jej nie przesypia, a jeśli już, to na podłodze.

~ ma dość specyficzne zainteresowania - mianowicie uwielbia czytać biografie morderców. Rodzice zainteresowali się tym dawno temu, ale po kilku wizytach u psychologa okazało się, że to ledwie niewinne hobby, które nie grozi zmianą Lucasa w kolejnego potwora łasego na krew i flaki.

~ matematyk i fizyka to jego ulubione przedmioty, jest typowym ścisłowcem. Niezgorzej też szkicuje. W przyszłości chce zostać architektem i zarabiać grube hajsy.

~ ...jak dotąd nie przeżył swojej wielkiej miłości. Nie narzeka wprawdzie na brak zainteresowania u dziewczyn, ale utrzymuje, że musi skupić się na nauce, by otworzyć sobie drogę na dobre studia. No i trenuje jeszcze kosza. I musi pomagać rodzicom w ogrodzie. I umyć okna... No utrzymuje, że jest zbyt zapracowany, by jeszcze mieć czas być "czyimś".

~ jest przewrażliwiony na punkcie traktowania go jak ofiarę losu. Zwłaszcza, kiedy miał siedemnaście lat - czyli był w wieku, w którym Louis utonął - nauczyciele byli tak przerażeni, że bali się wstawić mu złą ocenę, by "nie pogłębić jego możliwego kiepskiego stanu". A to był po prostu rok jak każdy inny, miał po prostu siedemnaście lat.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 62
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Czw Lip 06, 2017 8:46 am

Dryń, dryń, dryń~!

Jak codziennie, dźwięk budzika - pieprzonego zdrajcy - wyrwał mężczyznę z płytkiego snu. Podrywając się do pozycji półsiedzącej zerknął na cyferblat staromodnego zegara. 5:40. Poniedziałek. Głowa strasznie mu ciążyła. Nie, nie miał kaca, sam nie pamiętał kiedy ostatni raz pił jakikolwiek alkohol. Najzwyczajniej w świecie nie sypiał zbyt dobrze. Jego dłoń wydostała się że splotów pościeli, by zdzielić wyłącznik budzika. Kiedy irytujący dzwonek w końcu zamilkł, Jason opadł ciężko na poduszkę. To dzisiaj. Dzisiaj stawi czoła nowemu życiu. Wpadnie w nie cały, aż po czubki uszu. Czy odczuwał lęk? Może odrobinę. Był już jednak dorosły - dorosłość jakiś czas temu odebrała mu komfortową możliwość zrzucania wszystkiego na karb strachu.
Wzdychając przeciągle postanowił wstać. Niechętnie odrzucił na bok okrywającą go kołdrę unosząc się niemrawo do siadu. Dwie gołe stopy plasnęły o parkiet jego skromnego mieszkania. Lokum nie było zbyt duże, co wiązało się z dość okazyjną opłatą za najem. Biel ścian ostro kontrastowała z ciemną podłogą. Wszystko było okropnie bezosobowe, zupełnie jak pokój hotelowy, nie czyjś dom. Jedynym co świadczyło o tym, że ktokolwiek zamieszkuje to miejsce były kartony firmy transportowej ustawione rzędem pod jedną ze ścian. Unosząc się z łóżka do pozycji stojącej ciemnowłosy rozpoczął swój dzień na dobre. Najpierw zajrzał do kuchni, odpalając ekspres do kawy - będący jednocześnie najpotrzebniejszą rzeczą w domu każdego prawdziwego mężczyzny. Wsłuchując się w uspokajający bulgot jego zbawcy uśmiechnął się lekko. Bezwstydnie drapiąc się po kształtnym tyłku ruszył do łazienki. Pomieszczenie o wymiarach dwa na półtorej metra, od podłogi po sufit wyłożone mdło-beżowymi kafelkami, było niebywale klaustrofobiczne. Stając przed niewielkim, owalnym lustrem mężczyzna zmierzył krytycznym spojrzeniem swoje odbicie. Sine worki pod oczami, trzydniowy zarost na szczęce, włosy mające dziś wybitnie zły dzień – idealny materiał na bezdomnego. Pochylając się nad umywalką odkręcił wodę.

Około 10 minut zajęło mu porządne ogolenie się. Z uniesionym wysoko podbródkiem śledził właśnie linię swojej szczęki, ostro przechodzącej w szyję. Ani jednego zacięcia. Przybił sam sobie piątkę nad swoją głową. Highest five in the world~ Nadszedł czas na prysznic stanowiący jednocześnie najgorszą część poranka. Z ociąganiem wsunął kciuki za gumę kraciastych spodni od piżamy, wiszących nisko na jego biodrach. Kiedy się ich już pozbył, golusieńki, rzucił taksujące spojrzenie kabinie prysznicowej. Na szczęście nie była wanną. Kiedyś ciężko było mu przyznać się do tego przed samym sobą - bał się wody jak niczego innego. Noah twierdził uparcie, że sam Jay kiedyś z tego wyrośnie - potrzebuje po prostu odpowiedniego bodźca ku temu. Bodźca, który od dwunastu lat nie pojawił się ani na chwilę. Z racji tego wchodząc do brodzika nie zasunął plastikowych drzwi prysznica. Po stokroć wolał zalaną łazienkę, niż kolejny atak paniki. Szorując porządnie całe ciało postanowił nagrodzić się za zachowanie spokoju fajką. No, może dwoma. Kiedy tylko wyszedł spod natrysku, wytarł się szybko wzbudzając na całej swojej bladej skórze zdrowy rumieniec. Nagi opuścił zasnutą para łazienkę.

Zaczynał się pierwszy dzień reszty jego życia. Była godzina 6:03.



Kiedy po trzech szlugach (nagroda za udany prysznic była wyższa niż zakładał) i podwójnej kawie wychodził na autobus była godzina 6:18. Zbierając długimi susami z drugiego piętra ścigał się z czasem. Jego autobus odjeżdżał o 6:23. O mało nie wybił zębów wypadając na chodnik przed blokiem. Przewieszona przez ramię torba wcale nie ułatwiała mu biegu. Ludzie widząc pędzącego na złamanie karku mężczyznę uprzejmie schodzili mu z drogi rzucając w jego ślady rozbawione spojrzenia. Nie przejmował się nimi. Dobiegając na przystanek zauważył swój autobus. Gruchot pysznił się w zatoczce rozsiewając wokół chmurę duszących spalin. Drzwi zamknęły się zaraz za plecami Jasona. Dysząc jak lokomotywa złapał się najbliższego uchwytu. Obiecał sobie kolejnego szluga w nagrodę. Na zdrowie! Półtorej godziny w drodze do pracy umilił mu Dorian Gray.



O godzinie 7:59 siedział na parapecie męskiej toalety Liceum Królewskiego w Londynie. Jarał kolejnego szluga wydmuchując dym przez uchylone okno, delektując się przy tym ciszą uśpionej jeszcze placówki. Lekcje rozpoczynały się o 9:00, co najmniej pół godziny spędzi tu sam jak palec. Może kolejna kawa? Musi skserować zadania na pierwszą lekcję. Ostatnia klasa. Jego wychowankowie. Za cholerę nie potrafił rozgryźć tego, dlaczego właściwie to on - Jason Aekerman - miał wziąć na siebie ich wychowawstwo. Nie był najlepszym wzorem, choć młodzież do niego lgnęła. Stary Rodford musiał w tym maczać swoje grube palce. Zaciągnął się ostatni raz, naprawdę głęboko. Nie myśląc wiele pstryknął niedopałkiem za okno. Wzór jak malowany.



Była idealnie 8:59, kiedy chwycił za klamkę klasy 412. Powtarzając w głowie własne imię i nazwisko wcisnął ją z odpowiednim wyczuciem. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech.
- Dzień dobry! - chwyciwszy klamkę od wewnątrz pozwolił sobie na otaksowanie wzrokiem obecnych. Kilka miejsc wydawało się być pustych. Cóż - być może nie powinien przyznawać się do tego nawet przed samym sobą - nie miał pojęcia ile głów powinna liczyć jego klasa... zwyczajnie pomiędzy kolejnymi kawami popędzanymi papierosowym dymem (jemu też wolno było się stresować pierwszym dniem, do cholery!) nie zdążył zajrzeć do dzierżonego właśnie pod pachą dziennika. Powinien...? Zapewne tak. - Nazywam się Jason Aekerman, jestem waszym nowym nauczycielem matematyki. Dodatkowo w tym roku przejmę rolę wychowawcy waszej klasy, w związku z tym, że Pani Acorn spodziewa się dziecka. W razie jakichkolwiek reklamacji - nie jestem pewien, czy dyrektor zachował wystawiony na mnie paragon. - przemierzając dystans dzielący go od biurka, by odłożyć dziennik na jego blat, pozwolił sobie na żart mający na celu rozluźnić wyraźnie napiętą atmosferę.
Po chwili, smarując swoje dane na staromodnej tablicy kredowej, nieco ostrym charakterem pisma, przeszedł w odrobinę bardziej profesjonalny ton.
- Zdaję sobie sprawę, że zmiana nauczyciela na rok przed maturą może okazać się nieco kłopotliwa. - otrzepując dłonie z kresowego pyłu podszedł na powrót do biurka, by tam opaść na krzesło. Cholernie niewygodne, co warto nadmienić. - Ze swojej strony dołożę wszelkich starań, aby każde z was poradziło sobie z tym egzaminem śpiewająco, nie będę jednak w stanie zrobić nic bez waszej pomocy. Zacznijmy od początku. Proszę potwierdzić swoją obecność… - otwierając dziennik skupił się na pierwszym nazwisku z listy. - Lisa Allen…?

Trzy i pół minuty później przebrnął już przez praktycznie całą listę. Dwadzieścia osiem par oczu - tyle dokładnie powinno już w tym momencie śledzić każdy jego ruch. Brakowało jednej. Numer dwadzieścia cztery.
- Lucas Walker? - spróbował raz jeszcze rozglądając się.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 243


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Pią Lip 07, 2017 5:00 pm

Promieniom słońca bardzo trudno było przedrzeć się przez grubą roletę zasłaniającą szerokie okno sypialni. Pokój był skąpany w całkowitej ciemności, tak gęstej, że zdawała się wprost lepić do ciała leżącego samotnie na jednoosobowym łóżku. Układała się zmęczona na fałdach satynowej pościeli i tuliła w ramionach przytulne wnętrze w ciszy i zastoju, sprawiając, że czas jakby stanął tutaj w miejscu. Nowe mieszkanie nie wydawało żadnych jękliwych odgłosów, na zewnątrz świat zdawał się nie istnieć lub być pogrążony w głębokim śnie. Nawet tutejszy gospodarz, odnalazłszy wreszcie najwygodniejszą pozycję, przestał się rzucać na łóżku i tylko nieznaczne falowanie jego nagiej piersi udowadniało, że wciąż żył.
Jedynym źródłem światła w sypialni  był bardzo modny budzik, w którym migające na tarczy cyfry straszyły krwistoczerwoną barwą, zupełnie jakby przy każdym wyrwaniu ofiary z czułych ramion Morfeusza przy okazji upuszczały jej nieco juchy, jako zapłaty za swoją niewdzięczną pracę. Jeszcze minuta i rytuał po raz kolejny na nowo się rozpocznie. Jeszcze minuta i ryk plastikowej bestii, której wierne modlitwy najpewniej słyszeć mogły monstra zamieszkujące najniższe kręgi piekielne, zbudzi do życia wielkiego potwora – co po raz kolejny przypłaci znoszeniem ciosów i plugawych słów najwyższej wściekłości. Po tym wielkolud sprawi, że nastanie światłość i ruszy w świat, by miażdżyć, gwałcić i rabować, a po swoich krokach pozostawiać tylko chaos.
Jeszcze kilka sekund.

Dryń, dryń, dryń~!

Kiedy cyfry z 06:59 przeskoczyły na 07:00 budzik rozszalał się, wyjąc wniebogłosy i przez drgania skacząc jak szalony po nocnej szafce. Śpiący w łóżku Lucas Walker poruszył się przeciągle w pierwszej chwili ignorując terror, ale już wkrótce jego ręka wynurzyła się spod śliskiej pościeli, jak morski potwór przerywający powierzchnię spokojnego jeziora, by omdlewającym ruchem powstrzymać dygocące jak w padaczce urządzenie przed samobójczym skokiem na podłogę. Nie był to objaw miłosierdzia, bo wkrótce po tym zadał śmiertelny raz, który uciął zawodzenie jak nożem. Cisza na nowo zalała pokój, a cyfry na budziku przeskoczyły na 07:01. Potwór powoli, z cichym szelestem wrócił pod ciemną toń pościeli, ale jego sen nie był już tak głęboki. Przez twardą skorupę czaszki przegryzały się już do mózgu namolne myśli o obowiązkach, które po zetknięciu z najprawdopodobniej najważniejszym organem ciała miały zrodzić nowe życie, nowy dzień. Nowy prywatny dzień, który jak zawsze miał się urodzić i skonać za kilka godzin w dokładnie tym samym miejscu. Trzeba było wstawać.

- Lucas! – głos matki miał niesamowitą moc przechodzenia bez ściany bez wytłumienia. - Lucas! – a sama mama miała zawsze najpilniejsza spraw życia akurat wtedy, kiedy jej dziecko miało na przykład zatkane usta. Na przykład wciąganą na głowę bluzą. - Lucas!
Była nieugięta. Syrena pobudkowa miała rozbrzmieć po raz czwarty, układając się w imię latorośli, ale samemu wołanemu udało się już zbiec do połowy schodów i zwiesić tulów przez barierkę.
- Pali się? – rzucił, ale bez złości, choć z typową dla niego, poranną chrypką.
- Nie żartuj. Bierz plecak i zejdź szybko na dół – poleciła Pani Walker, w pośpiechu pakując drugie śniadanie do foliowej torebki. Jej dziecko na szczęście miało rzadką zdolność przewidywania przyszłości i czarno-niebieski plecak już wisiał na jego ramieniu, kiedy wdeptywał zaciekawiony do kuchni. Kobieta dokończyła więc wysypywane na szybko informacje: - Tata dzwonił. Pojechał do pracy moim autem, bo jego nie chciał odpalić. Podłączyłam akumulator do ładowania, ale nie będę już dzisiaj w stanie cie odwieźć. Betty zabiera mnie ze sobą do pracy, ale nie będziemy zahaczać o twoją szkołę. Nie spóźnisz się na zajęcia jak pójdziesz piechotą, prawda? Jest jeszcze wcześnie. A może weźmiesz autobus? – kobieta zerknęła na syna zmartwiona tym, że jako rodzic zawaliła sprawę i nie ma jak dostarczyć dziecko na czas do szkoły pierwszego dnia roku szkolnego. A stojący przed nią, wysoki i szczupły brunet z wdzięcznością odebrał pakunek i ucałował ją uspokajająco w policzek.
- Autobusy jeżdżą u nas dwa razy dziennie: dwie minuty po szóstej i cztery minuty po północy. Dam rade dojść na nogach, nie martw się. Pa!
- Tylko uważaj na siebie!
Lucas był więcej niż pewien, że się spóźni. Nawet jeśli ruszył spod domu biegiem.

Bieg był durnym pomysłem. Cały czas, który sobie nim kupił, tracił teraz na szkolnym korytarzu w próbując uspokoić oddech. Stał pod ścianą i czekał, aż przy każdym wdechu jego kurczowo zaciskające się gardło przestanie świszczeć. Przymknął nawet oczy i otarł spocone czoło, i policzki rękawem bluzy, która po wszystkim spoczęła przewiązana w jego pasie. Ostatni oddech, który podjął przed decyzją o tym, że przyszedł właściwy czas, był tak głęboki, że wypełnił całe płuca i przeponę. A potem Lucas padł na kolana.
Sala do matematyki była zbudowana na dokładnie tym samym planie, co sala informatyczna piętro niżej i biblioteka na poddaszu – czyli miała dwa wejścia: jedno bliskie tablicy i widoczne z biurka nauczyciela oraz drugie, znajdujące się na tyłach klasy. Młody Walker stał właśnie przy drugim; a raczej klęczał. Sięgnął po klamkę i w najwyższej ciszy otworzył drzwi, słysząc pomruki ludzi siedzących w środku pomieszczenia. Wsunął się na kolanach do klasy i zamknął je z cichym stuknięciem, który zwrócił uwagę tylko dwóch dziewczyn siedzących w ostatniej ławce, które chwilowo posłużyły mu za zasłonę. Odwróciły się i uśmiechnęły przyjemnie, po czym bez słowa usiadły prosto, by nie wsypać kolegi. Luc po raz kolejny nabrał głębszego oddechu i przemknął za środkowy rząd, za dwójkę kumpli, którym na ten widok wyrwał się cichy chichot. Zostało mu jeszcze skrycie się za pustą ławką rzędu stojącego idealnie naprzeciwko biurka, czmychnąć pod ścianą i już był na swoim miejscu. Nie był to jego pierwszy raz, więc...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 62
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Pon Sie 28, 2017 2:52 pm

Koniuszki smukłych palców zaciskających się na chropowatej powierzchni kawałka kredy zdążyły pokryć się już cieniutką warstewką śnieżnobiałego pyłu. Niewielkich drobinek, które w swojej lekkości, odrywając się spokojnie od czarnej powierzchni śliskiej, staromodnej tablicy, wykonywały w powietrzu lekkie piruety, splatając się w tańcu z prószynami kurzu. W życiu każdego dydaktyka nadchodził w końcu moment, kiedy ten godził się z faktem, iż większa część jego garderoby po każdorazowym dniu prowadzenia zajęć nadawała się jedynie do prania znaczona białymi odciskami wiedzy przekazywanej młodym pokoleniom. Jay zrozumiał to jakieś trzy lata wstecz, kiedy kolejna próba pozbycia się białego nalotu z przodu ud jego ciemnych spodni spełzała na niczym. Ot - najzwyczajniej w świecie poddał się, kiedy niechcący odbił zarys opuszki swojego palca wskazującego w okolicy swojego własnego krocza. Z tej właśnie przyczyny w chwili obecnej akceptował pokornie fakt przyozdobienia dolnej części jego ubioru przypominającą pleśń warstwą. Buty, wszelkie wybrzuszenia na świeżo (!) wypranych spodniach... wszytko zdawało się epatować starością. Czasem uważał to nawet za poetyckie - zawieszony w przestrzeni z młodzieżą był niemalże starcem - pleśń była jak najbardziej na miejscu. Chociaż czasem - ale tylko czasem - chciałoby pokryć się patyną miast puchatą grzybnią.
Matematyk od przeszło piętnastu minut smarował na tablicy kolejne przykłady, z których każdy wzbudzał w zawieszeniu klasy 412 coraz to głośniejsze pomruki. Zawodu? Niedowierzania? Jak w pierwszym dniu mógł wymagać od nich tak dalece posuniętej wiedzy...? Przecież to był materiał z pierwszego roku matematyki stosowanej! A Aekerman? Aekerman pozwalał sobie na cichą kontemplację faktu, że... jeszcze sporo pracy dzieliło go od momentu kiedy będzie mógł ukontentowany ogłosić, że jego pachnący jeszcze nowością wychowankowie na pewno poradzą sobie z egzaminem dojrzałości.
- Dobra. Algebra liniowa. Ktoś coś? - zagadnął widząc jak kolory znikają z zarumienionych wcześniej twarzy. Nic nie słyszę... zacznijmy więc od początku...
Szczerze powiedziawszy początek leżał gdzieś w okolicach szacowania prawdopodobieństwa, ktore było pierwszym z tematów podejmowanych w klasie maturalnej. Szczerze powiedziawszy Jay miał to gdzieś. Szczerze powiedziawszy każdą pierwszą lekcję, z jakimkolwiek rokiem, zaczynał od trzęsienia ziemi. Nie, nie dlatego, że lubował się w przerabianiu główek swoich podopiecznych na sieczkę. On po prostu uwielbiał moment, kiedy w pewnym momencie roku szkolnego na ich młodych twarzach malowało się zrozumienie i... nie potrzebowali już jego pomocy w rozwiązaniu zadań, które wcześniej wydawały się im nie do przejścia.

Jason nie zwrócił uwagi na pierwsze dźwięki odbiegające od standardowej  gamy spokojnych, lekcyjnych odgłosów, od których miał zwyczaj się zwyczajnie odcinać. Szum jego własnych myśli, przybierających kształty kolejnych cyfr przenoszonych stopniowo na czarną powierzchnię rozpościerającą swoją połać przed jego zielonymi oczyma, skutecznie zagłuszył delikatne skrzypnięcie klamki tylnych drzwi klasy, ciche jęknięcie wiekowej już podłogi, czy delikatny szczebiot odzieży sunącego za osłoną podwójnych ławek młodzika. Matematyczne uniesienie w które popadł nie pozwoliło mu jednoznacznie oddzielić od normalności czegoś, co można było uznać za nienaturalne. Tak oto, tuż za jego plecami, domorosły ninja, zanurkował właśnie za ławki środkowego rzędu. Warto dodać, że idealnie wybierajac moment... kilka sekund później, a zwracający się na powrót w kierunku zapatrzonej weń młodzieży dydaktyk dostrzegłby trampek umykający za rozrzucony w nieładzie plecak.
- Dobrze, rozdam wam teraz kilka kartek. W tym momencie możecie nie wiedzieć jak choćby zabrać się za zapisane na nich zadania - nie zrażajcie się tym. Za góra trzy miesiące każde z was będzie potrafiło rozwiązać je z zamkniętymi oczyma. Gwarantuje. - wyuczonym ruchem otrzepał dłonie, by po chwili podnieść ze znajdującego się po jego lewej biurka plik kserówek. Płynnym ruchem odliczając odpowiednią ilość arkuszy zbliżył się do prawego rzędu. - Jedna dla ciebie, reszta do tyłu... - mruknął do zapatrzonej w niego blondyneczki (którą dzięki liście obecności mógł połączyć z nazwiskiem - Lisa Allen) już zajmując się odliczaniem kolejnego pakietu.
Jego oczy, zupełnie przypadkiem trafiły na coś... dziwnego. Ściągając brwi śledził wzrokiem nadprogramowy cień, który z jego aktualnej perspektywy stał się nagle doskonale widoczny. Nie trzeba posiadać dyplomy z matematyki, aby połączyć do trzech, czyż nie...?
- Czyżby komuś w swojej młodzieńczej bezczelności zdawało się, że uda mu się oszukać tak starego wyjadacza, jak Jason Aekerman? - w jego głosie można było dosłyszeć lekkie rozbawienie. - Liczba głów w ławkach się nie zmieniła. Podejrzewam, że jak zawsze tylne drzwi były otwarte. Chyba naoliwili zawiasy, co? - jego ulubione Oksfordy, z doskonale słyszalnym stukotem przeniosły go w okolice trzeciej ławki środkowego rzędu. Wciskając dłonie w ciasne przestrzenie kieszeni zakołysał się na piętach.
Zielone ślepia ześlizgując się wzdłuż krawędzi ławki z ciekawością starały się pochwycić twarz osobnika, który zbytnią pewnością siebie starał się nadrobić spóźnienie.
- Dzień dobry, Panie Walker. Proszę nie kłopotać się wycieraniem podłogi własnymi kolanami. Zapewniam że panie sprzątaczki radzą sobie z tym wyśmienicie. - sarknął stawiając kolejny krok. I jeszcze jeden. Po chwili stał już nad chłopakiem zerkając nań z góry.

Jego życie otarło się właśnie o zmurszałą barierkę dzielącą je od upadku w otchłań. A on?

On nie miał jeszcze o tym zielonego pojęcia...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 243


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   Sob Wrz 09, 2017 2:40 pm

Trening dla skrytobójców powinien zaczynać się od przymusowych spóźnień na pierwsze lekcje matematyki – i to z nowymi nauczycielami, których uczniowie kompletnie nie znali. Tak, by zbudować w wyobraźni młodego adepta odpowiednie wyobrażenie przybranego w całki króla katów z metrową linijką w łapie i wyrazem wiecznego niezadowolenia na twarzy. Kogoś dobrze zaznajomionego z okresem przekwitania, z dziurawym na czubku głowy kapturem rzadkich włosów albo piersiami obwisłymi jak pozbawione pierza poduszki. Kogoś przybranego w cienki swetro-golf o niesmacznym kolorze, kiepsko dobrane, kilkusetletnie jeansy oraz stylowe lakierki, których wypastowanie było dla niego ważniejsze od zachowania pozytywnych relacji międzyludzkich. Kogoś idealnego do wymierzania kar za próby uniknięcia spotkań z nim albo za bezczelne i nonszalanckie pojawienie się nieomal w środku zajęć! Kogoś... przed kim można by kryć się za ławkami kolegów i chichoczących koleżanek, by nie wystając specjalnie ponad poziom podłogi, przemknąć na swoje miejsce z nadzieją pozostania kompletnie niezauważonym – dopiero wtedy test był zaliczony.
Niestety po dwóch wakacyjnych miesiącach zaniechania treningów skradania Lucas oblał swój pierwszy egzamin skrytobójczej dojrzałości wręcz pokazowo. Co gorsza jego najdrożsi przyjaciele zamiast wspomóc go i przynajmniej ostrzec to pozwolili, by Mistrz Cieni doliczył się dodatkowego lokatora po zarysie jego figury nieprzychylnie i karykaturalnie malującym się na drewnianej podłodze klasy. Nic poza nim nie zawiodło... Deski nie skrzeczały pod naciskiem ciała, drzwi z milczeniem przyjęły kolejnego gościa, setki butów nie wdeptały metodycznie jakiejś obrzydliwej gumy w podest, co mogłoby go zmusić do lekkiego zmienienia trasy poruszania się, nawet szelest podawanych z rąk do rąk kartek zagłuszył dźwięki wydawane przez jego ubrania. Tylko ten cień.
Albo aż ten cień.
Ten cień, który po kilku zgrabnych krokach nakrył inny, znacznie postawniejszy; obrysowany grubym maźnięciem niezachwianego autorytetu i pewności siebie, a wypełniony subtelnym – i nie tak starym – głosem okraszonym delikatną chrypką. O dziwo głosem zdecydowanie bardziej rozbawionym całym zajściem, niż zwiastującym wynikające z niego poważne kłopoty. W końcu kat przybrany w całki poszedł sprawdzić komu w swej młodzieńczej bezczelności zdawało się, że uda oszukać tak starego wyjadacza jak...

...Jason Aekerman...

Dziwne, przez krótki moment Lucasowi zadawało się, że zna to imię. Że wraca do niego jak ulubiony bohater komiksu czytanego w dzieciństwie, jak tytuł starej, dawno porzuconej na półce książki, którą kiedyś czytało się z zapartym tchem, albo jak... Jak para eleganckich butów, która stanęła na jego drodze tworząc barykadę nie do przebicia i paląc jego wcześniejsze starania do absolutnego szczętu. Klasa zamilkła w oczekiwaniu, ale powietrza w niewielkiej klasie matematycznej nie wypełnił smród strachu, ale zaciekawienia – w końcu fajny i przystojny nauczyciel przyłapał jednego z uczniaków na bezczelnej próbie zatajenia spóźnienia i właśnie nie traktował go z wyższością, ale karał go robieniem ze wszystkiego przyjemnego i nieszkodliwego przedstawienia. I Lucas byłby to docenił, gdyby tylko jego aktualna pozycja na kolanach nie była aż tak podległa. Chłopak przełknął więc ślinę i trzepnął raz głową, by oddalić od siebie myśli o bohaterze komiksu oraz starej książce z odrapanym grzbietem. I dopiero oczyszczając głowę ze zbędnych przeświadczeń mógł rozpocząć szaleńczą podróż na sam szczyt gorzkiej odpowiedzialności, która upomniała się o niego przyjemnym dla ucha, ochrypłym głosem. Najpierw brnąc przez ciemne morze jeansu przyozdobione szlakiem zdradliwego ściegu nici, aż do portu ze skórzanego paska, który chronił przed zalaniem pofałdowane tereny pustyni koszuli, opiętej na zgrabnej rzeźbie okolicznego terenu. Ta u szczytu bliźniaczych pagórków ramion odbijała w szlak rękawów zakończonych nieznanym terenem zgrabnych dłoni wciąż dzierżących kilka kartek. Pomiędzy pagórkami jednak, z symetrycznego krateru kołnierza wystawała przystojna twarz, która... nic Lucasowi nie mówiła. Nic ani o książce, ani o komiksie. Nie nastąpiło żadne magiczne objawienie. Były po prostu mądre, ciemne oczy, lśniące, kasztanowe włosy pozostawione w pozornym nieładzie, mocno zarysowane kości policzkowe poprószone pasującym do twarzy zarostem oraz łagodny, choć lekko drwiący uśmiech. Żadnych całek, metrowej linijki, ani przesadnie dużej złości.
Tylko młody Pan Aekerman i ślad kredy na jego palcach.
Lucas spoglądając na niego kompletnie z dołu, na kolanach, w pozycji o nazwie szeroko (i głęboko) wszystkim znanej, uśmiechnął się szczerze, machinalnie wciskając głowę odrobinę mocniej w ramiona.
- Dzień dobry. – Nawet głos miał taki sam. Jak Louis. - Tak, naoliwili i oliwią już od tamtego roku – zalecenie dyrektora. Przepraszam, nie chciałem Panu po prostu przerywać zajęć i to zapewne w środku wypowiedzi; po prostu przemknąłbym i usiadł... u siebie w ławce – bajerował, nie zmywając z gęby przepraszającego uśmieszku i zerkając w międzyczasie to na swoją pustą ławkę, to na belfra ponad nim. - Mam... zostać po lekcji?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Właściwe pożegnanie   

Powrót do góry Go down
 
Właściwe pożegnanie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: