CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Artyści w uścisku

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Artyści w uścisku   Sro Sty 10, 2018 3:18 pm

First topic message reminder :


Colin Raily
42 lata
Blondyn, błękitne oczy, 180 cm
Dziennikarz i pisarz
→ Duże upodobanie do garniturów, krawatów, notesów, piór i truskawek w czekoladzie
→ "Dni pełne samotności" - nowele; "Dwie dusze" i "Upadek w Londynie" - powieści.

Przeszedł już przez kryzys wieku średniego – jest wiernym i obowiązkowym mężem dwudziesty rok z rzędu, rozumiejącym i całkiem liberalnym ojcem nastoletniego syna oraz docenianym dziennikarzem i pisarzem. Wydał dwie powieści, obie przyjęte bardzo dobrze i za obie otrzymał rozliczne nagrody. Elementem, który łączy jego historie, jest poszukiwanie tożsamości.
Jest gejem. Nie pociągają go kobiety, ale je szanuje – a najbardziej szanuje swoją żonę. Ich relacja przypomina bardziej przyjaźń, chociaż zostali małżeństwem bardzo szybko i nie znali się zbyt dobrze. Podjęli decyzję w pośpiechu, pod naciskiem swoich rodzin, ponieważ Meredith zaszła z nim w ciążę. Poroniła tydzień po ślubie. Ich jedynego syna – Sama – urodziła trzy lata później.
Colin od lat jest świadom, że małżeństwo było błędem, jednak przyzwyczaił się już do swojej sytuacji. Nie chce jednak nikogo karać za swoje winy, kocha syna i przyzwyczaił się do bliskości żony. Zaakceptował fakt, iż nigdy nie wyjdzie z szafy i nie znajdzie się w łóżku z kimś, kto naprawdę go pociąga i z kim może być w stu procentach szczery, oraz z którym poczuje kompletną więź – nie chce nikogo za to karać.
Jest osobą spokojną, troskliwą i ciepłą, która ma dar słuchania, sprawnie posługuje się słowem, nie ma bardzo rozwiniętej potrzeby posiadania własnej przestrzeni i nie jest konfliktowa. Sprzyja temu przyjazna aparycja i miękki, kojący głos, a także głębokie, hipnotyzujące spojrzenie.
Gdy podejmie jakąś decyzję, jest gotów ponieść jej konsekwencje i oddaje się wybranej sprawie w całości.
Czasami ma wrażenie, że jest pusty w środku i zmarnował swoje życie na podążanie nie swoją drogą. Ucieka wtedy w tworzenie, konstruując wielowymiarowe postaci i dostarczając sobie szybszego bicia serca, którego prawdziwe życie nie może mu zaoferować.
Nie uważa siebie za wyjątkowo nieszczęśliwego człowieka, nie użala się nad swoim losem, ani nie żałuje podjętych decyzji – pogodził się ze wszystkim lata temu i uważa, że jego życie i tak dobrze się ułożyło. Ma kochającą rodzinę, która nie dostarcza mu wielu trosk, są stosunkowo zamożni dzięki jego powieściom i dobrym zarobkom, robi to w czym jest dobry i co sprawia mu radość – pisze.


Finlay Sinclair
Fotograf
28 lat, 186 cm wzrostu
Wygląd: Młody mężczyzna o nieco pociągłej twarzy z wyraźnie zarysowaną linią szczęki, ale o łagodnych oczach w kolorze świeżej trawy.
Jasne, zadbane włosy wydają się potrzebować przycięcia, opadając na kark i przesłaniając mu wzrok. Czasem wiąże je w kitkę, szczególnie gdy biega. Końcówki grzywki wciąż noszą ślady po zielonej farbie do włosów.
Ubiera się schludnie, bez większej ekstrawagancji i często towarzyszy mu wysokiej klasy aparat fotograficzny.
Charakter: Ciepła osobowość pełna empatii i taktu, doprawiona szczyptą młodzieńczej niefrasobliwości. Natchniony artysta potrafiący ujrzeć ulotne piękno doczesności, by uchwycić je i wynieść na piedestał artyzmu.
Chwilami nieobecny, błądząc myślami wokół własnych trosk, a czasem obecny aż do bólu rozdający dowody swoich uczuć słowami i gestami, wyrażając je śmiało jakby miały podtrzymać fundamenty świata.
Szczery i gwałtowny gdy wymaga tego sytuacja oraz odważny w ten naiwnie piękny sposób, jak odważni są tylko ludzie wierzący, że żaden człowiek nie jest na wskroś zły.
Historia: Wychowany w zamożnej rodzinie jedynak nie miał wielu trosk. Posyłany do najlepszych szkół miał odziedziczyć rodzinną firmę, ale na przekór ojcu wybrał inną drogę. Jego pasją była i jest fotografia, więc ukończywszy osiemnasty rok życia porzucił rodzinne gniazdo, by założyć własne, kompletnie odmienne od tego, które znał. Podjął bardzo radykalne kroki w pogoni za marzeniami. Trud życia na własną rękę opłacił się jednak pomimo okresowej biedy, niechęci rodziny i osobistych obaw.
Po ukończeniu studiów dzięki swojej pracy, talentowi i niezłomnemu dążeniu do celu wspiął się na wyżyny kariery fotografa, stając się wschodzącą gwiazdą tego biznesu.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Pią Lip 06, 2018 6:39 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Wto Mar 27, 2018 3:40 pm

Colin cieszył się z bycia wybranym, ale to Fin czuł się tak, jakby Colin mianował go strażnikiem jakiejś niezwykle cennej i delikatnej rzeczy. Włożył mu ją w dłonie, a biedny Fin nie miał pojęcia czy da sobie radę z jej ochroną. Kiedyś już miał podobne uczucie. Kiedyś już ktoś nałożył na niego słodkie brzemię zakochania, a on nie potrafił się temu oprzeć. Był idiotą, kompletnie pozbawionym ostrożności, mknącym ślepo ku cierpieniu, nawinie wierzącym w prawo do miłości. A cierpienie przecież nadejdzie, tego był pewny, ale w tym momencie, złączony z ciałem pisarza w najbardziej dosłowny i najdoskonalszy ze sposobów, nie myślał o bólu. Pijany szczęściem, wypełniony pożądaniem, kojony czułością, niezdolny był myśleć o zagładzie. Istniały jedynie wilgotne usta, silne ramiona i szaleńcze bicie serc.
Oswojony z zapomnianym uczuciem, zacisnął dłonie na barkach kochanka, uśmiechając się półprzytomnie. W uszach dźwięczało mu brzmienie komplementów, naturalnie dodając pewności. Dłonie pisarza zaś, koiły wszelkie niedogodności, wyciszając obcość tak doskonale, że zostało już tylko pragnienie. Poddał mu się tak jak czułym pocałunkom, na które odpowiadał z równą delikatnością, składając w ofierze łagodności rozszalałe pożądanie. Gdzieś po drodze zostawili zwierzęcą chuć, ale Fin nie żałował. Więcej nawet, wdzięczny był losowi za złudne poczucie bycia kochanym. Pierwszy raz od tak dawna seks nie był dla niego jedynie bezdusznym aktem.
Odchylił głowę przyjmując pieszczotę ust. Przyjmował wszystko, zagarniał garściami jak najwięcej, by zapamiętać i celebrować w myślach tę chwilę. Zaciskał palce na jego włosach, na jego karku, a gdy w końcu zdecydował się poruszyć, wsparł dłonie na jego ramionach, nieświadomie wbijając paznokcie w skórę. Szybko odnalazł przyjemność w ruchach własnych bioder, stając się nieprzytomnym w rozkoszy. Jęczał choć nie zdawał sobie z tego sprawy, a usta pisarza niezdolne były ucieszyć go zupełnie.
Ugryzienie poczuł wyraźnie. Wyrwało z jego krtani głośniejszy jęk i szarpnęło za więzy zwierzęcej żądzy, puszczając ją wolno. Fin z każdą chwilą poruszał się szybciej, przyjmując Colina głębiej i mocniej. Odpowiadał na jego ruchy patrząc nań szeroko otwartymi oczami, źrenicami rozszerzonymi nie tyle od ciemności, co od zbliżającego się orgazmu. I gdyby Colin nie opanował się w porę, Fin doszedłby niechybnie. Niestety silne ramię nie pozwoliło mu unieść się raz jeszcze, choć tak rozpaczliwie tego pragnął. W odruchu frustracji zaznaczył paznokciami skórę jego ramion i warknął przez zaciśnięte zęby jakieś przekleństwo. Był kompletnie otumaniony. Jedyne czego pragnął, to czuć obezwładniającą żądzę. Nie czekał więc. Jego ruchy były gwałtowne i niecierpliwe. Zmienił pozycję niemal od razu, i zachłannymi dłońmi przyciągnął do siebie Colina. Spletli w pocałunku wargi i języki, a gdy pisarz znów go wypełnił, Fin wyjęczał jego imię.
Widok Colina bezlitośnie wbijającego się w jego ciało był upajający. Zapomniał już jak niesamowicie podniecająca mogła być siła mężczyzny. Poddał się jej, bo nawet gdyby chciał, nie byłby zdolny odmówić sobie przyjemności, która rosła z każdym ruchem bioder. Gdy zaś pisarz zacisnął dłoń na jego męskości, już nic nie było istotne. Myśli stały się puste, świat przestał mieć znaczenie, istniała jedynie rozkosz. Spełnienie nadeszło szybko, a gdy objęło Finleya, pokój wypełnił jego krzyk. Orgazm obezwładnił go swoją intensywnością, kompletnie pozbawiając zmysłów. Na wpół przytomnie zarejestrował, że Colin również osiągnął spełnienie, ale nie był w stanie skupić się na niczym więcej prócz własnej przyjemności, która wzięła go w posiadanie gwałtownie i bezlitośnie. Przez kilka upojnych chwil nie był człowiekiem - był gwiazdą spalającą się we własnym wybuchu, istotą zrodzoną z przyjemności, niezdolną do odczuwania czegokolwiek innego. Kompletnie zapomniał jak się myśli, jak się oddycha, a gdy wziął w końcu głęboki wdech, zabolało go w piersi. Palce zdrętwiały od zaciskania się na pościeli, usta suche były od rozszalałego oddechu, a mięśnie bolały od napięcia. Fin rozluźnił się, rozprostował palce i otworzył oczy.
Boże, to naprawdę się stało. To była jego pierwsza, zupełnie świadoma myśl, gdy spojrzał na Colina. Razem z powrotem świadomości, wróciła racjonalność. To się stało. I co teraz?
Skrzywił się odrobinę, kiedy Colin się z niego wysuwał, ale trwało to może sekundę lub dwie. Potem uśmiechnął się, wciąż dysząc głośno. Stało się, to prawda, więc teraz należało zmierzyć się z dalszą częścią nocy. Jakakolwiek miałaby nie być.
Podniósł się do siadu i od razu objął dłońmi policzki pisarza, przyciągając jego usta do swoich. Pocałował go z roztargnieniem, wciąż drżąc od przebytej rozkoszy. Gdy zostawił na jego ustach i policzku kilka wilgotnych pocałunków, roześmiał się z radosnym niedowierzaniem.
- Jesteś doskonały - wyznał raz jeszcze tej nocy, przeciągając kciukami po jego policzkach, patrząc mu prosto w oczy bez choćby cienia skrępowania. Zupełnie jakby mówił mu to już wiele razy i teraz jedynie utwierdzał go w przekonaniu o swoim uwielbieniu.
Tak naprawdę, w drżącym po spełnieniu głosie Fina był pewien rodzaj desperacji. Wiedział, że być może więcej mu już tego nie powie, że więcej nie znajdą się w takiej sytuacji. Że nie może patrzeć na niego w taki sposób już nigdy. Musiał przekazać wszystko teraz, bo być może to ostatni raz gdy się widzą.
Uśmiechnął się raz jeszcze, ale tym razem melancholijniej, zgadzając się z podjętymi decyzjami, ze świadomością nieuchronnego.
- Doskonały - powtórzył miękko.
Powoli, z czułością zsunął dłonie po jego ramionach i piersi. Zapamięta ciepło jego skóry, fakturę mięśni... Zabrał ręce i nieco nerwowo zaczesał palcami grzywkę, choć i tak był zupełnie rozczochrany.
- Chcesz wziąć prysznic? - zapytał, zsuwając się na brzeg łóżka. Sam niewątpliwie go potrzebował i nawet chętnie wziąłby go w towarzystwie, ale przemawiała przez niego dobroć gospodarza.
Chwycił kilka chusteczek z dozownika na szafce i wytarł brzuch. Dopiero wtedy odwrócił się do Colina.
- Chyba, że chcesz się jeszcze trochę poprzytulać, to teraz już możesz, bo się nie kleję. - Mrugnął do niego zaczepnie. Na jego ustach igrał psotny uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Czw Mar 29, 2018 5:03 pm

Jego imię. Imię, własne, jedyne, właściwe, wypowiedziane tym zachrypniętym od żądzy i jęknięć, niskim, cholernie intensywnym głosem. Tak męskim, tak prawdziwym, tak upragnionym, że pozbawiał oddechu i kompletnie pozbawiał rozsądku, rezonował w jego ciele, wypełniał jego umysł, budził do życia, wywoływał w nim tak wiele uczuć, że Colin nie potrafił się w nich odnaleźć. Był wreszcie dokładnie tam, gdzie powinien być, w idealnym miejscu, pomiędzy nogami najpiękniejszego i najwdzięczniejszego mężczyzny pod słońcem, przyklejony do niego, uwięziony, wypełniony pragnieniami, które faktycznie mógł spełnić. Jego serce biło w tym samym rytmie, co serce kochanka, jego potrzeby były dokładnie takie same, jak Finleya, jego ruchy były równie gwałtowne i pełne, jak te, które szarpały ciałem leżącego pod nim mężczyzny. W tym momencie nie widział poza nim świata, osiągnął pełnię szczęścia, zanim jeszcze natarł na ich ciała orgazm - najpierw jednego, a potem drugiego z nich. Pisarz był przygnieciony siłą wrażeń, których się nie spodziewał, które porwały go z brzegu stabilności i nudy, wciągając w odmęty oceanu rozkoszy i perfekcji w niedoskonałości. Piekące w niektórych miejscach mięśnie, szczypiąca przez przetarcia skóra, lepkość i słoność, głośne jęki, przypadkowe zderzenia i ugryzienia, pożądanie tak silne, że czasami ich ruchy kompletnie się wymijały, a z gardeł wydzierały się niezadowolone, niecierpliwe i zawiedzione pomruki - to wszystko było tak piękne. Tak wspaniałe, jedyne w swoim rodzaju, magiczne i oszałamiające...
A potem porwało ich spełnienie, napinając wszystkie mięśnie, szarpiąc ich ciałami, pozbawiając jakichkolwiek myśli, wypełniając czystą, niczym nieskrępowaną rozkoszą. Colin był w niebie. Nie chciał nigdy wracać na ziemię. Świat, w jakim się znalazł tej nocy, podobał mu się znacznie bardziej, niż jakakolwiek rzeczywistość, w której był przez resztę swojego życia. Nie chciał myśleć, rozważać, wątpić i tęsknić, gdy miał wszystko, czego kiedykolwiek pragnął, na wyciągnięcie ręki. Ust. Zatopiony w bezwarunkowej rozkoszy, perfekcyjnej, właściwej i pięknej.
Fotograf był jego, a on był fotografa. Byli jednością.
Opadł na jego ciało bezwładnie, nieprzejęty potem, spermą, niewygodą i potencjalnym zmieszaniem. To, jak dokładnie obejmowało go wnętrze Fina, jak idealnie czuł się objęty jego długimi nogami, jak słyszał jego chrapliwy oddech, było magią samą w sobie. Kompletnie odleciał, dociskając mężczyznę do materaca, napawając się gorącem jego ciała, intensywnym zapachem zbliżenia i zapomnienia. Otworzył oczy po długiej chwili, gdy niewygoda zakryła całkowicie słodkie rozluźnienie i rozkosz. Poruszył się niemrawo, powoli wracając do siadu, wysuwając z gorącego wnętrza i odklejając od kochanka. Oddychał powoli, niemal z trudem, czując fizyczny ból wynikający - bez wątpienia - z utraty bliskości swojego towarzysza. Ponad wszystko pragnął znów się z nim położyć, poczuć połączenie ich ciał i umysłów, uczestniczyć w tym nierealnym biegu ku przyjemności i zapomnieniu. Rozchylił usta, chcąc się odezwać, w jakiś sposób przeprosić i jednocześnie zwerbalizować swoją potrzebę... ale pierwszy zareagował Finley, owijając go dłońmi, przynosząc mu w darze te piękne, delikatne wargi, które znaczyły jego usta i policzki czułymi pocałunkami, przynosząc ulgę tęsknocie. Przymknął oczy, odwzajemniając wszystkie muśnięcia, gładząc go ostrożnie, niemal samymi opuszkami palców, jakby w obawie, że wyrządzi kochankowi jakąś krzywdę. Było to kompletnie nierealną obawą po wszystkim, co pomiędzy nimi do tego momentu zaistniało - ale wymagało tego głębokie uczucie, wypełniające myśli starszego mężczyzny. Westchnął cicho, uśmiechając się do fotografa w niemym podziękowaniu za uznanie.
Nigdy, przenigdy by nie przeszło mu przez myśl, że jest idealny. Nie on, czterdziestodwuletni mężczyzna tkwiący w nieudanym związku, udający własne szczęście tak długo, że niemal w nie uwierzył.
Rzeczywistość wreszcie wróciła i upominała się o uwagę. Przymknął oczy, pozwalając kochankowi się odsunąć, a wraz z tym ruchem ponownie odczuwając nieprzyjemny ucisk. Cała idealność sytuacji zniknęła, pozostawiając ich mokrych, zakłopotanych i zagubionych. A przynajmniej Colina, który nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Co mówiło się w takich sytuacjach? Jakie były zasady po przypadkowym seksie z drugim mężczyzną? Co było właściwym zachowaniem, odpowiednimi słowami i reakcją, która nie wywoła w Finleyu rozbawienia? Młodszy kochanek przecież nie wiedział, że to... wszystko było dla pisarza absolutną nowością. Znał go jako spokojnego, w pełni panującego nad sytuacją mężczyznę, bogatego i znanego człowieka, który operował słowami z niesamowitą wprawą. Którego książki uwielbiał. To, że ten człowiek był jednocześnie nieszczęśliwym, pozbawionym prawdziwości i takich doświadczeń, zapewne nawet nie mieściło mu się w głowie.
Riley nie wiedział, co ma zrobić - i każda kolejna chwila ciszy wywoływała w nim tylko większe zakłopotanie. Chciał zapaść się pod ziemię, zupełnie jakby znów był szczeniakiem podczas pierwszego razu, który nie poszedł do końca tak, jak powinien.
Chrząknął, próbując zmusić opuszczający go głos do powrotu i posłuszeństwa. Przetarł twarz dłońmi, bardzo starając się odzyskać nad sobą kontrolę.
Czy on żartuje?
Co powinien zrobić?
Naprawdę pragnął go przytulić.
- Jasne, prysznic brzmi świetnie. - Uśmiechnął się do swojego towarzysza, przesuwając tak, by również usiąść na brzegu łóżka, ale w pewnej odległości od swojego towarzysza. Po to, by nie czuć tak dużej potrzeby przygarnięcia go do siebie i ponownego zatonięcia w jego idealnej bliskości.
Czuł się odrobinę zbyt nagi w tej sytuacji - przypuszczał jednak, że po tym wszystkim, co pomiędzy nimi zaszło, głupim byłoby zakrycie swojego krocza. Dodałoby tylko dziwności i niezręczności, a tego akurat w odczuciu Rileya im nie brakowało. Westchnął, ponownie przetarł twarz i spojrzał pytająco na fotografa:
- Gdzie jest łazienka? - spytał cicho.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Sro Kwi 04, 2018 4:15 pm

Takie sytuacje nie miały konkretnego scenariusza, a nawet jeśli, Finlay go nie znał. Wszystko zależało od ludzi, od relacji między nimi. Jednak jedno było pewne, to, co się im przydarzyło, miało zdecydowanie większy wymiar niż jednorazowy wyskok. Fin to czuł. Może się mylił, ale czuł to wyraźnie w każdym spojrzeniu, geście, słowie, a nawet w oddechu i biciu serca. Nie wyobraził sobie własnych uczuć, nie były podyktowane jedynie pożądaniem. Nawet teraz, miał przecież ochotę zacisnął ramiona wokół Colina, upewnić się, że był i że nigdzie nie pójdzie. A przecież odejdzie, zostawi go tęskniącego i z poczuciem bolesnej straty.
Żartem, próbował zamaskować zażenowanie, ale liczył na to, że Colin potraktuje jego pytanie poważnie i faktycznie się przytuli. Fin zrozumiał jak bardzo tego potrzebuje, kiedy jego pytanie zostało zignorowane. Wtedy westchnął nerwowo i wstał, może nieco zbyt gwałtownie. Coś w piersi ściskało go boleśnie.
- Poczekaj, znajdę ci ręcznik.
W drodze do szafy nacisnął przełącznik światła tym samym przeganiając cienie nocy. Światło odsłaniało wszystko, czego nie było widać w ciemności. Ból spojrzenia, niepewność, nerwowość, dokładną barwę skóry, proporcje ciała oraz wilgoć na pośladkach i udach, kiedy odwrócił się do szafy. Z premedytacją paradował nago. Mógł czuć się zażenowany, mógł wyczuwać, że nie wszystko było do końca w porządku, ale właśnie dlatego starał się wyglądać naturalnie. Był u siebie, czuł się (prawie) dobrze i chciał, by Colin to widział. Wszystko w porządku, zdawało się mówić jego ciało, a przynajmniej pragnął, by tak właśnie to wyglądało.
Na próżno.
Wziął ręcznik i uśmiechając się ciepło, podał go Colinowi. W świetle lampy dostrzegł na jego ramionach czerwone pręgi będące pamiątką jego własnych uniesień. Bez zastanowienia przeciągnął po nich opuszkami, uśmiechając się z zakłopotaniem. Przecież pisarz miał żonę. Fin nie mógł darować sobie tej nieostrożności. W końcu za nic w świecie nie chciałby, żeby Colin miał kłopoty przez jego bezmyślność.
- Przepraszam, nie miałem pojęcia, że je zrobiłem. Powinny zejść do rana... - Mówienie o tym również wydawało się niezręczne, ale przecież obaj wiedzieli, dlaczego Fin przeprosił i dlaczego miał nadzieję, że zadrapania znikną szybko. - Łazienka jest tam. - Wskazał dłonią drzwi, a potem podniósł z ziemi bokserki i w końcu je ubrał. Nie narzucał się pisarzowi, nie wiedział nawet czy byłby w stanie powiedzieć cokolwiek, gdyby mężczyzna zdecydował się teraz po prostu wyjść. Czy miałby odwagę zatrzymać go na dłużej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Pią Kwi 13, 2018 10:56 pm

Po reakcji Finleya pisarz domyślił się, że zrobił coś nie tak. Powiedział, zachował się, zrobił - albo nie zrobił - coś, co nie było zgodne z oczekiwaniami kochanka. Miał ochotę zakląć ze złości na siebie. Na własny brak doświadczenia, niepewność, desperacką potrzebę, by wszystko było idealnie, przy jednoczesnym kompletnym braku wyobrażeń jak to by było idealnie. Potrzebował instrukcji, jasnej, konkretnej i przeznaczonej wyłącznie dla niego. Takiej, która sprawi, że Sinclair będzie dalej czuł się przy nim dobrze, wciąż będzie tak desperacki, kuszący i pewny tego, co robi, pozbawiony obaw i ciężaru niewątpliwych konsekwencji.
Colin nie chciał myśleć o tym, co będzie później. Co będzie rano. Co będzie, gdy zapalą światło. Chciał być tylko tu i teraz. Skupiony na tym maleńkim skrawku rzeczywistości, w którym się znalazł z przystojnym fotografem, który tak bezwstydnie zaprosił go do swojego mieszkania, a on... bez żadnego wahania za nim podążył.
Chciał tu zostać.
Światło nie było przyjemnym bodźcem. Wręcz przeciwnie, przestraszyło dorosłego, czterdziestokilkuletniego mężczyznę, jakby naprawdę zmienił się w szczeniaka, młodziutkiego nastolatka, który po swoim pierwszym razie nie wiedział, gdzie powinien podziać oczy i marzył tylko o tym, by zniknąć. Finley prezentował się niczym bóstwo w oczach pisarza, perfekcyjny, męski i pewny siebie, powodujący natychmiast wzrost podniecenia, pomimo niedawnych, całkiem energicznych, czynności. Raily przez chwilę po prostu się w niego wpatrywał, bez żadnej refleksji, bez analizy, jedynie chłonąc idealny obraz, skupiony na wyłapywaniu śladów ich zbliżenia, wodzeniu spojrzeniem za kroplami potu, które błyszczały się w świetle lampy, wchłanianiem z fascynacją każdej jednej niedoskonałości, dopełniającej tylko obrazu najwspanialszego człowieka, jakiego kiedykolwiek dane było podziwiać pisarzowi. Nie potrafił oddychać, nie potrafił zapanować nad bijącym szybko sercem - jedyne, do czego był zdolny, to podziwianie.
Nigdy wcześniej nie poczuł czegoś takiego, gdy patrzył na swoją żonę. Nigdy wcześniej nie poczuł czegoś takiego. Kropka. To było jednorazowe, najbardziej idealne doświadczenie, jakie dane mu było zdobyć. Piętno wspaniałości na zawsze zostało odciśnięte w jego umyśle.
Gdyby pozwolił sobie na analizę uczuć targających jego... nim całym, w ten sam sposób, w jaki starannie konstruował i badał swoje postacie, uznałby niewątpliwie, iż to, czego doświadczał, było miłością od pierwszego wejrzenia. Dokładnie tak, jak gdyby całe jego życie przytrafiło się komuś innemu, a on wrócił do nastoletnich czasów, wzdychając za nieosiągalnym.
Ale nie pozwolił sobie. Nie był w stanie skupić się na czymkolwiek innym, niż Finleyu.
Przyjął ręcznik machinalnie, wciąż nie potrafiąc oderwać spojrzenia od swojego towarzysza, zapominając na jakiś czas o tym, iż sam też był nagi, może nie prezentujący się niczym zapuszczony czterdziestolatek, ale nadal - mężczyzna, który znalazł się w okolicach kryzysu wieku średniego, zadbany, ale jednak spędzający większośc swojego czasu w pozycjach, które nie wiązały się z ruchem.
W tym momencie, nie było to wcale ważne.
Drgnął z zaskoczeniem, czując dotyk na piekącej nieprzyjemnie skórze, nagle i bez ostrzeżenia przywrócony do rzeczywistości wykraczającej poza oczarowanie i bezmyślność. Zamrugał, odrywając wreszcie spojrzenie od gospodarza, rozglądając się po pomieszczeniu tak, jakby dopiero co dostrzegł, iż znajdują się w jakimś bardziej skomplikowanym otoczeniu, niż białym pomieszczeniu. Automatycznie wyłapywał szczegóły mieszkania towarzysza, zwracając uwagę na to, na co zwróciłby każdy pisarz - rzeczy intymne, świadczące o charakterze osoby, która zajmowała te cztery ściany i które uznawała za dom.
Colin nagle poczuł się intruzem.
Opuścił spojrzenie, kątem oka dostrzegając czerwone ślady, zaś głównie skupiając swoją uwagę na odsłoniętym kroczu i udach. Położył na nich ręcznik, ukrywając się wreszcie, chociaż w tak niewielkim stopniu, przed wzrokiem Fina. Czuł, jak na jego policzki i szyję wpływa rumieniec.
Znów miał ochotę zapaść się pod ziemię.
- Nic się nie stało - mruknął wreszcie, unosząc się, odsuwając od dotyku. Skinął szybko głową, przemieszczając się w stronę łazienki i znikając za drzwiami, które delikatnie za sobą zatrzasnął. Bardzo rzadko potrzebował dystansu na odzyskanie panowania nad sobą - był, wbrew stereotypom mówiącym o pisarzach jako o aspołecznych istotach, całkiem chętny do przebywania przy innych. Nie unikał kontaktów z innymi, rzadko ktokolwiek mógł wkroczyć w jego strefę komfortu na tyle, by wywołać niechęć bądź zakłopotanie. Tym razem jednak...
Chwycił się umywalki, pozwalając ręcznikowi upaść na ziemię. Ze świstem nabrał powietrza do płuc, najpierw raz, potem drugi, czując że - pierwszy raz od naprawdę, naprawdę dawna - znajduje się na granicy ataku paniki.
Zacisnął powieki, trzęsącą dłonią włączając wodę w umywalce i opierając się czołem o szafkę. Był przerażony.
Co ja najlepszego zrobiłem?
Co ja najlepszego zrobiłem?
Co ja najlepszego zrobiłem?!

Zmoczył dłoń i przetarł nią twarz, zmuszając się po chwili do otwarcia oczu i spojrzenia do lustra. Już nie był czerwony z zakłopotania - wręcz przeciwnie, bardziej przypominał ducha, niż człowieka.
Wyłączył wodę, obrócił się na pięcie i skierował pod prysznic, ustawiając się pod mocnym natryskiem, próbując zmazać z siebie wszystkie wątpliwości, wstyd i zażenowanie. Żałował, że fotograf zdecydował się tak szybko od niego odsunąć i przejść do bardziej formalnych relacji. Z chwili na chwilę był coraz bardziej zagubiony i coraz bardziej nie wiedział, co powinien zrobić.
Chciał uciec.
Chciał zostać.
Chciał zniknąć.
Nie wiedział, jak długo tkwił w łazience, bombardowany przez zupełnie sprzeczne myśli i potrzeby. Nie potrafił odnaleźć spokoju, który zwykle mu towarzyszył, podobnie jak pewności co tego, iż nic, co zaszło pomiędzy nim a Finleyem, nie zasługiwało na wyrzuty sumienia. Z jednej strony - ponieważ zdradził swoją żonę, z drugiej zaś - ponieważ nie mógł mężczyźnie zaoferować niczego.
Dopiero gdy wyszedł spod prysznica, uderzyła go jeszcze jedna myśl, szokująco bardziej bolesna i nieprzyjemna. Być może Sinclair niczego od niego nie chciał. Może to był tylko jednorazowy wyskok, spełnienie jakichś fantazji dotyczących namiętnych chwil z ulubionym pisarzem. Może po tym, jak obaj odnaleźli spełnienie, należało wysuszyć się, ubrać i faktycznie zniknąć.
Nie daj boże wyszedłby na ckliwego idiotę.
Ukrył twarz w ręczniku, jeszcze bardziej zagubiony, niż chwilę wcześniej. Jak było możliwe to, iż jednej chwili czuł się właściwie, dokładnie tam, gdzie być powinien, a drugiej - zupełnie nie na miejscu?
Gdyby był młodszy, zapewne by się rozpłakał. Ta opcja niestety jednak nie wchodziła w grę.
Odetchnął ciężko, podniósł głowę, dokończył suszenie mokrego ciała i owinął się materiałem w pasie. Był dorosły. Musiał sobie poradzić z konsekwencjami.
Wyszedł z łazienki, zaraz szukając wzrokiem Fina. Uśmiechnął się do niego przepraszająco.
- Wybacz, chyba się zasiedziałem. Już wolne - mruknął, kiwając lekko głową w stronę drzwi łazienkowych.
Liczył na jakiś pomysł. Wskazówkę. Sugestię, co powinien dalej zrobić. Ubrać się i zniknąć? Zaczekać? Pocałować go?
Dlaczego to wszystko jest takie trudne...
W jego książkach bohaterowie mieli znacznie, znacznie łatwiej. A podobno idealnie odzwierciedlały rzeczywistość, dodając jednocześnie odpowiedni pierwiastek fikcji. Może właśnie w takich momentach ten nieprawdziwy świat był lepszy od prawdziwego? Zawsze idealny, na miejscu, zmierzający ku konkretnemu, jasno określonemu celowi. Bez dryfowania, bez beznadziei - a przynajmniej tej niekontrolowanej, której autor powieści też mógł dać się ponieść.
Colin był skrajnie zagubiony.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Sob Kwi 14, 2018 12:45 am

To nie tak, że nie dostrzegał pełnego uznania spojrzenia pisarza. Widział je wyraźnie, odbierał jednoznacznie, a nawet pozwolił sobie na szczyptę onieśmielenia. Jednak gdy nakarmili pragnienia, ukoili palącą potrzebę bliskości, wszystko, co czuli stało się mniej wyraźne. Finlay nagle przestał być pewny swojego zauroczenia. Podchodząc do niego trzeźwo, biorąc pod uwagę wszystkie boleśnie realne kłopoty związane z lekkomyślnością ich zbliżenia, zaczynał wypominać sobie beznadziejną romantyczność. Przecież miłość od pierwszego wejrzenia się nie zdarza... a nawet jeśli, to nie jemu i nie jest tak piękna jak w powieściach.
Colin uciekł od jego rąk i już po chwili Fin patrzył na jego plecy, a potem na zamykające się za nim drzwi. Nawet taka rozłąka i związane z nią poczucie osamotnienia, była dla niego bolesna. Czy będzie czuł się sto razy gorzej, kiedy Colin zniknie za drzwiami mieszkania, odchodząc na zawsze?
Zagryzł wargi i przetarł dłońmi twarz. Nie był typem pesymisty, starał się dostrzegać w każdej rzeczy dobre strony. Uczył się na błędach, niczego nie żałował, parł do przodu pomimo przeciwności losu... dlaczego teraz nie mógł myśleć pozytywnie? Wyrzucał sobie, że może to była jego wina, że Colin był taki oschły? Może przez to, że instynktownie bał się okazać mu uczucia, bo wydawały mu się niedorzeczne w obliczu ich krótkiej znajomości, Colin nie spojrzał na niego inaczej niż przez pryzmat jednorazowej przygody? Problem w tym, że Fin nie był pewien czy chciał być postrzegany inaczej.
Warknął sfrustrowany i roztrzepał palcami włosy.
Weź się w garść!
Rozejrzał się po pokoju. Rozrzucone ubrania, pomięta pościel... Skrzywił się, jakby rozgardiasz strasznie mu przeszkadzał, a potem pozbierał rzeczy, wyprostował pościel i przygasił światło. Teraz paliła się jedynie nocna lampka, a jej słaby blask sprawiał, że wszystko rzucało długie, głębokie cienie.
Fin naciągnął na biodra bokserki i przysiadł na brzegu łóżka, czekając. W myślach starał się ułożyć odpowiednie słowa. Przygotowywał uśmiech, a nawet mowę ciała. Był zdeterminowany, by odnaleźć się w nowej sytuacji nie jako ofiara własnych wyborów, a zwycięzca, który bez względu na konsekwencje, wyniesie z niej jak najwięcej. Dlatego gdy drzwi od łazienki w końcu się otworzyły, Fin był gotowy.
Wyprostował się i uśmiechnął szeroko, całkiem szczerze. Tym bardziej nawet, widząc Colina zawiniętego w ręcznik, z mokrymi włosami, idealnego w swojej naturalności. Fin nie krył zachwytu.
Lekceważąco machnął dłonią w odpowiedzi na słowa, bo przecież nie miało znaczenia ile czasu spędził pod prysznicem.
- Nie szkodzi. Czuj się jak u siebie - zapewnił, może nieco przesadnie entuzjastycznie i wstał. Spotkał się z Colinem w połowie drogi do łazienki. Stanął przed nim i bez choćby cienia zawahania, objął dłonią jego policzek, pocałował go, a potem wyszeptał:
- Świetnie wyglądasz w samym ręczniku.
Pisarz zapewne nie miał pojęcia ile kosztowała Finleya ta nonszalancja i pretendowanie do tego, że wszystko jest w porządku. Żołądek fotografa zwinął się w supełek, ale nie odpuszczał, nie pozwolił sobie osunąć się w mrok ponurych myśli.
- Poczekaj chwilę, wezmę szybki prysznic i wykombinuję coś do jedzenia. Ale rozgość się. Czuj się swobodnie. Zaraz wracam. - Mówiąc to, przelotnie położył dłoń na ramieniu Colina, a potem zniknął za drzwiami łazienki.
Spieszył się. Naprawdę bał się, że wychodząc, zastanie puste mieszkanie, a ta świadomość zmuszała go do chaotycznych ruchów. Przez nieuwagę, nawet poślizgnął się na kafelkach i uderzył w łokieć. Zza drzwi więc dało się słyszeć kilka soczystych przekleństw. Jednak gdy wyszedł, ubrany w bokserki, z mokrymi włosami, których nie zdążył dobrze osuszyć, uśmiechał się szeroko. Ulga jaką poczuł, kiedy zobaczył Colina była większa nawet niż sam się spodziewał.
- Jesteś. Cieszę się - wyznał w przypływie jakiejś naiwnej szczerości, a potem kiepsko ukrywał zażenowanie za nerwowym uśmiechem. - Chcesz herbaty? Kawy? Mam też coś mocniejszego, jak masz chęć... - rzucił, wskazując kciukiem w stronę kuchni. - Jak jesteś głodny, to też coś się znajdzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Nie Kwi 15, 2018 2:00 pm

Czuj się jak u siebie. Szkoda tylko, że u siebie nie był - i było to dla niego aż nazbyt widoczne. Był w obcym miejscu, z niemal obcym mężczyzną, dla którego stracił głowę na dobre kilka chwil i którego nadal, na granicy racjonalności i szaleństwa, pożądał. Pocałunek, wcale nie tak namiętny i zachłanny, pozbawił go wielu wątpliwości, pozostawiając niemal wyłącznie niemy zachwyt i tęsknotę. Finley nie wyrzucił go za drzwi, nie poinformował ozięble, że powinien się już wynosić - a zatem, może jednak przytulenie go było możliwe? I ponowne posmakowanie jego ust? I... Tyle innych rzeczy?
Colin wcale nie czuł się zaspokojony. Był rozdarty, owszem, niepewny, jak najbardziej, ale nie zaspokojony. Miał wrażenie, jakby dopiero co dotknął czegoś, na co czekał całe życie i całym sobą pragnął tego więcej. Jeszcze chwilę wcześniej miał wrażenie, że nic lepszego go już nie spotka, aż nagle... dotarło do niego, że przecież mogłoby. Mógł sobie pozwolić na jeszcze tyle innych rzeczy. Tylu innych rzeczy jeszcze nie doświadczył. Dlaczego miałby uciec od jedynej szansy na zdobycie ich? Na przeżycie czegoś, co uczyni go szczęśliwym?
Oczywiście, miał żonę, miał dziecko, miał karierę i obowiązki, ale... Fin niesamowicie się uśmiechał. Smakował nie jak grzech, ale słodkie ciastko, niegroźne, kuszące i sprawiające wyłącznie przyjemność. Nawet jego ruchy nie kojarzyły się z bezwstydnością i perwersją, a subtelnością i pięknem. Pisarz nie potrafił - i nie chciał - mu się oprzeć. Przeciwnie, pragnął by ta noc trwała bez końca, pozostawiając ich zamkniętych w słabo oświetlonym mieszkaniu Sinclaira, cieszących się swoją bliskością i poznających coraz to nowsze aspekty miłości męsko-męskiej.
Czterdziestodwuletni mąż i ojciec nagle zatrzymał się w swoich cukierkowych rozważaniach. Popłynął fantazją za daleko, pozwolił sobie na przyjemne rozmarzenie i w efekcie wylądował w miejscu, na które nie był gotowy. Obudził w sobie potrzebę, której nie mógł zaspokoić. Oczywiście, mógł spędzić całą noc u boku fotografa, mógł zrobić z nim rzeczy, o których nie był gotów nawet pomyśleć, ale... mieli tylko chwilę. Kilka godzin. Po tym czasie, będą zmuszeni się od siebie oddalić, zapomnieć, bądź zachować wspomnienia wyłącznie dla siebie, jakby dopuścili się przestępstwa, którego należało się wstydzić.
Colin pragnął szczęścia, na które było już zbyt późno.
Zamknął oczy, przysiadając na brzegu poskładanego łóżka, czując jak opuszczają go siły. Ten wieczór był męczący. Co chwilę opanowywały go kolejne, skrajnie odmienne emocje. Pożądanie. Poczucie winy. Tęsknota. Radość. Żal. Nadzieja. Rezygnacja. Zmęczenie.
Nie wiedział, czy powinien żałować swojej chwili zapomnienia z niemal obcym mu mężczyzną, czy przeciwnie, cieszyć się, że w końcu sobie na nie pozwolił. Czy zmarnował swoje całe dotychczasowe życie, czy przeciwnie, jego resztę?
Westchnął ciężko, opadając na plecy, zaraz się podrywając z powrotem do pionu, gdy przypomniał sobie o wilgoci własnych włosów. Nie chciał przemoczyć łóżka należącego do Finleya. Mogło im się jeszcze przydać... Do różnych rzeczy.
Drgnął nerwowo, słysząc przekleństwo dochodzące z łazienki. Spojrzał na drzwi odruchowo, zastanawiając się, co powinien zrobić. Było tyle możliwości, a on nie potrafił się na żadną zdecydować. Może jednak lepiej by było, gdyby oddalił się bez słowa, pozostawiając wrażenie, jakby ta noc nigdy się nie wydarzyła, jakby obaj sobie ją wyśnili?
Podniósł się, odnalazł wzrokiem swoje ubrania i zaczął je zakładać. Nie po to, by odejść - ale po to, by cokolwiek zrobić. By jeszcze przez chwilę miał złudne wrażenie, że tak, jest zdolny do świadomego podjęcia decyzji, która zaważy na reszcie jego życia.
Wiedział, że to było oszustwo. Czekał, aż drzwi łazienki się otworzą i wyjdzie do niego fotograf - a potem pokieruje nim tak, by znów się zapomniał i pozwolił potrzebom cielesnym i emocjonalnym na przejęcie kontroli.
- Jestem - przytaknął, uśmiechając się nieśmiało, ubrany od pasa w dół, z koszulą w dłoniach. - Dziękuję, herbata byłaby w porządku. Chyba, że masz jakiś sok... albo owoce nadające się do wyciśnięcia - odpowiedział, ostrożnie układając materiał na oparciu krzesła, rezygnując póki co z dalszego ukrywania własnego ciała. Wydawało mu się to nie w porządku w sytuacji, gdy Finley był niemal nagi.
Fotograf mógłby odnieść wrażenie, że Colin chce się jak najszybciej z mieszkania wynieść, a to byłoby nie tylko niefortunne, ale też nieprawdziwe.
Starszy mężczyzna powoli zbliżył się w stronę młodszego, dzięki skarpetkom nie czyniąc żadnego hałasu, nie odzywając się ani nie sugerując, co właściwie planował zrobić, aż do ostatniej chwili nie zdradzając swoich zamiarów. Gdy stanął wreszcie przed Finem, jego podróż zdawała się jednocześnie niesamowicie krótka i zarazem oszałamiająco długa. Uśmiechnął się wąsko, przekrzywiając delikatnie głowę.
- Chciałbym cię pocałować... - mruknął, zupełnie nieświadomie kusząc, nie czekając zresztą na odpowiedź i smakując delikatnie warg Sinclaira. Przymknął oczy z zadowoleniem, chwilę pieszcząc mężczyznę, nim nie naparł na niego językiem, zmuszając subtelnie do wpuszczenia go do wnętrza ust. Dopiero wtedy pocałunek stał się bardziej zachłanny, intensywny i stanowczy. Prawa dłoń, nie wiedzieć kiedy, znalazła się na karku fotografa, nie pozwalając mu się odsunąć, ani w żaden inny sposób drastycznie zmienić ich pozycji.
Całe zagubienie powoli opuszczało ciało pisarza, pozostawiając jedynie głód - nie tylko ponownego zbliżenia, ale ogólnej bliskości. Kontaktu z osobą, która wywoływała w nim podniecenie. Która zapewniła mu fizyczną rozkosz, jakiej nigdy wcześniej nie odczuł. A przecież mógł posmakować przyjemności na jeszcze tyle innych sposób...
Z jego gardła wyrwał się pomruk zadowolenia.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Wto Maj 15, 2018 12:02 am

Fina rozbawiła colinowa chęć uruchamiania o tej porze sokowirówki. Z drugiej strony, mógłby przygotować pisarzowi jakiś sok... Czyżby właśnie dzięki zdrowemu odżywianiu prezentował się tak doskonale? W samych spodniach, z rozczochranymi i wilgotnymi włosami wyglądał nawet lepiej niż w ręczniku.
- To zaraz zrobię... - urwał w pół zdania, bo Colin pokonując dzielącą ich odległość, skupił całą jego uwagę. Fin lekko zmarszczył brwi, uśmiechając się łagodnie, odrobinę psotnie. Spojrzał pisarzowi w oczy, w te dwa doskonałe okruchy niebiańskiego błękitu, które usidliły go podczas pierwszego spotkania, i bez zastanowienia rozchylił wargi. Bogowie, myśląc o nim w taki sposób... jak mógł wypierać się zauroczenia? Jak mógł mierzyć się z siłą tego uczucia? Przecież był beznadziejnie zakochany i jakkolwiek chciałby się przed tym bronić, było już za późno.
Słysząc mrukliwy, uwodzicielski głos, bezwiednie zwilżył językiem wargi i zaśmiał się cicho, ale bardzo, bardzo ciepło. Nawet nie sądził, że te słowa sprawią mu taką radość.
Nachylił się do jego ust, więc w połowie drogi ich wargi połączyły się w słodkim i czułym pocałunku. Fin westchnął niemal z ulgą, jakby razem z pragnieniami Colina, wszystko stało się klarowne, mniej straszne, a więcej nawet! Stało się proste. Pisarz nie wycofywał się, może wydawał się trochę zagubiony, ale Fin też się gubił. Obaj błądzili, próbując zrozumieć to, co się im przytrafiło.
Fotograf objął kochanka, zatracając w pocałunku odpowiedzialność. Jeśli do tej pory sztorm uczuć miotał nim, sprawiając, że próbował chwytać zdrowy rozsądek, szukać stałego lądu w ostrożności i przemyślności; teraz w jego sercu, za sprawą akceptacji pisarza, panował sztil. Fin pragnął zawalczyć o nowe uczucie, dać mu szansę, zadbać by rozkwitło, bo przylegając do ciała Colina, chłonąc jego ciepło, zrozumiał, że nie wybaczyłby sobie tchórzostwa. Niech się dzieje co chce, niech nazwą go szaleńcem i idiotą, ale nie zamierzał się wycofać.
Uczył się Colina, odkrywał te jego strony, których nigdy nie spodziewał się ujrzeć - zagubienie wśród pijanego tłumu (przez które miał ochotę ukryć go w swoich ramionach, chowając przed światem), żarliwość pocałunków, nieśmiałość i determinację, a teraz również podniecającą pewność. Fin bez najmniejszego oporu dawał się prowadzić, chętnie rozchylając usta. Chłonął kolejną nieoczekiwaną cechę, ale był w takim stanie, że przyjąłby wszystko. Idealizował go. I nie miała znaczenia różnica wieku, krótki czas znajomości czy przeszłość pisarza. Sinclair miał wrażenie, że zna go od początku świata, że właśnie znalazł swoją drugą połówkę jabłka.
Przesunął dłońmi po szerokich plecach, drapiąc je lekko, a gdy w końcu rozłączyli opuchnięte i wilgotne od pocałunków wargi, przytulił się do Colina, ciasno obejmując go dłońmi. Przycisnął policzek do jego ramienia, parząc przyspieszonym oddechem skórę jego szyi.
- Colin, ja... pocałowałbym cię wtedy. Tam na aukcji - szepnął, przysuwając usta do jego ucha. - Od tamtego czasu... myślałem o tobie. O twoich oczach, o barwie twojego głosu, o tym jak bardzo chciałbym mieć cię dla siebie. - Szept Fina był gorący, a jego głos zachrypnięty od pragnień. Zrobił krótką pauze i zaśmiał się cicho. - Ja wiem jak to brzmi, ale daruj mi. Jestem beznadziejnym przypadkiem typowego artysty. Po prostu... - Powoli przesunął dłońmi po jego plecach, pocałunkami znacząc jego bark i szyję. - Ciesze się, że jesteś, że mogę cię poczuć... - dokończył, wargami zaczepiając płatek jego ucha.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Sro Maj 30, 2018 9:25 pm

Pisarz czasami robił rzeczy nietypowe dla innych - właśnie ze względu na swoją pracę. Nie myślał w sposób standardowy, nie zachowywał się cały czas tak, jak powinien. Jego małe dziwactwa zwykle wychodziły z niego w domu, w jego bezpiecznych czterech ścianach. Nie musiał się martwić tym, że ktoś go oceni, że skrytykuje jego dziwną potrzebę, myślenie "out of box". Żył z własnej kreatywności, a ta kreatywność czasami z niego wychodziła też w normalnych, codziennych sytuacjach. Objawiało się to w różnych chwilach - podczas godzinnego przygotowywania kanapek w kształcie zwierzątek i ludzików, w trakcie dziwnych rozmów w salonach ślubnych, a czasami po zakupieniu całej kolekcji kolorowych farb w celu wymalowania na jednej ścianie obrazu przedstawiającego bardzo abstrakcyjne wzory, nie układające się w nic konkretnego. Jego myśli cały czas krążyły dookoła niespisanych jeszcze historii, niezależnie od tego, czy się na nich skupiał - czy wcale nie. Przez większą część czasu przypominał do złudzenia przeciętnego, trzydziestokilkuletniego mężczyznę, który świetnie prezentował się w garniturach, był szczęśliwym mężem i ojcem, a przede wszystkim potrafił z każdym się dogadać. Nie należał do typu czarujących mężczyzn, podbijających serca obu płci, ale niewątpliwie potrafił zdobyć ich sympatię - szczególnie wtedy, gdy mu na niej u rozmówcy zależało. Gdy jednak pozostawało się w jego obecności trochę dłużej... można było dostrzec te drobne dziwactwa. Świeży sok w środku nocy. Ukrycie się pod stołem. Flirt z o wiele młodszym fotografem.
No, tego ostatniego akurat niekoniecznie. Ze swoimi pragnieniami krył się całkiem dobrze przez większość czasu, dlatego to konkretne zachowanie raczej nikomu by się z nim nie skojarzyło. Ani jego redaktor, ani żona, nie powiedzieliby "tak, to brzmi jak coś, co zrobiłby Colin". Nikt by nie przytaknął "ot, Riley pracuje nad kolejną powieścią". Nie, poddanie się żądzom tak głęboko ukrytym i pierwotnym, że pozbawiającym zdrowych zmysłów, było dla blondwłosego pisarza czymś bardzo nietypowym. Czymś, na co nigdy by się nie zdecydował... a przynajmniej tak przypuszczał dotychczas. Ta noc pokazała mu, jak bardzo się mylił. Jak wiele go ominęło.
Przyciąganie do fotografa było zbyt silne, by mu nie ulec. Colin pragnął go całego, nie tylko w kontekście seksualnym, ale i też tym związanym z bliskością, czułością i zwykłym, codziennym dotykiem. Uśmiechami. Ciepłym głosem i czułym spojrzeniem. Pragnął go tak, jak myślałby o kimś, kogo chciałby poślubić. Wiedział, że było to skrajnie szalone i nierozsądne z jego strony, nie tylko z powodu ich niedługiej znajomości, ale też i dlatego, iż posiadał on żonę... a jednak nie potrafił powstrzymać się przed kolejnymi muśnięciami tych słodkich warg, delikatnej skóry na karku, zbliżeniem się na tyle, by czuć emanujące od niego ciepło ciała po kąpieli. Pierwszy raz w życiu czuł, że żył i Bóg mu świadkiem - nie chciał z tego zbyt szybko rezygnować. Chciał udawać, że taka jest jego codzienność, że zamiast żony ma tego pięknego mężczyznę, tylko dla siebie, a on cały czas wpatruje się w niego właśnie w taki, wypełniony uwielbieniem sposób. To był nierealny świat z tylu różnych powodów, a jednocześnie w tym momencie tak bardzo upragniony, że Colin bez zawahania pozwolił sobie uwierzyć w to kłamstwo. Wszystkie ślady, jakie na jego ciele pozostawiał fotograf, były żywym dowodem na ich więź. Na prawdziwość tego oszustwa. Sinclair go znaczył, bo mógł. Bo należeli na siebie. Bo Colin wreszcie mógł poczuć bliskość kogoś, kto naprawdę go rozumiał, naprawdę go pociągał, naprawdę go pragnął. Jedyna kobieta w jego życiu już dawno nie spełniała nawet części z tych potrzeb - dlatego odeszła w zapomnienie.
Byli tylko oni dwaj - i jakże wyjątkowy i wspaniały był to świat w tym momencie!
- Trzeba było - odszepnął równie cicho i gorąco pisarz, tylko wzmacniając poczucie intymności i więzi, które ich połączyło. Uśmiechnął się. - Nie znam typowych artystów. Czy to znaczy, że ich wspólną cechą jest pragnienie pocałowania mnie i myślenie o moich oczach? - spytał z ciepłym rozbawieniem, nie potrafiąc powstrzymać ochoty subtelnego flirtu - nie wtedy, gdy wreszcie miał okazję go wykorzystać. Już nie pamiętał, kiedy ostatnio tak bawił się słowami, słuchał pełnych takiego uwielbienia oświadczeń. Nie przywykł do nich, ale cieszył się jak dziecko, mogąc wreszcie doświadczyć takiego zainteresowania i odwzajemnić się równie szczerymi reakcjami. Przy kobiecie będącej jego żoną zawsze musiał udawać podniecenie - na co owszem, nigdy nie narzekał, ale w tym momencie wydało mu się to strasznym marnowaniem własnego życia.
Gdyby nie fakt, iż miał w ramionach całującego go czule i szepczącego tak wspaniałe słowa kochanka, zapewne by siebie pożałował.
- Od tak dawna niczego nie czułem... Nie wiedziałem nawet, że to może być tak wspaniałe - szepnął, czując potrzebę podzielenia się swoimi wrażeniami z kochankiem, ale z drugiej strony blokowany przez głupie zawstydzenie, że dopiero w wieku czterdziestu dwóch lat przeżył swój pierwszy raz z mężczyzną - będąc od zawsze gejem. - Dziękuję ci. Czuję się doceniony - mruknął, odwracając na moment wzrok od towarzysza, czując jak jego policzki pokrywają się czerwienią. Chrząknął nerwowo, próbując włożyć dłonie do kieszeni spodni, ale bezskutecznie. Chrząknął jeszcze raz, obracając głowę i łącząc znów ich wargi, by ukryć swoje zażenowanie.
Gdy wreszcie oderwał usta od kochanka, uśmiechnął się - wykrzywiając wargi w grymasie znajdującym się gdzieś pomiędzy rozbawieniem a zawstydzeniem. Krótko cmoknął kochanka w nos.
- Chyba, że chodziło ci tylko o jakiś manuskrypt z moim podpisem i dedykacją. To wystarczyło tylko powiedzieć - mruknął wesoło, ruszając wreszcie w stronę części kuchennej, prowadząc ze sobą towarzysza.
Skoro już tu byli, mogli faktycznie spędzić chwilę tak, jak para. Przygotowując coś do jedzenia, pijąc i rozmawiając na nieistotne kwestie związane z pracą.
I flirtując.
Szczególnie flirtując.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Pią Cze 08, 2018 2:21 pm

Serce Fina ścisnęło się boleśnie, słysząc, że mógł to zrobić już wtedy. Ścisnęło się dlatego, że wiedział, że to nieprawda. W tym momencie to były puste słowa, które miały zapewnić go o przychylności Colina, ale gdyby zdecydował się skraść mu pocałunek wśród tych wszystkich ludzi, już nigdy by się nie spotkali.
Tak samo myślał wtedy, tak samo myślał jeszcze kilka chwil temu - już się nie spotkają. A teraz czuł, że nie może na to pozwolić. Nie mógł zrezygnować z tego uczucia.
Śmiejąc się, schował twarz w jego ramieniu. Usprawiedliwiając się użył dziwnego doboru słów, ale te po prostu przez niego przepłynęły. Chciał się wyrazić, zapewnić Colina, że wcale nie żartuje mówiąc o tym, że uwielbia jego oczy, włosy, usta, skórę, brzmienie głosu... cokolwiek. Nie chciał żeby wziął go za jakiegoś wariata rozczulającego się nad ulotnym pięknem chwili, ale... był nim, był takim wariatem.
- Może? - odparł ciepłym tonem, godząc się z tym, żeby Colin poznał go takim, jakim był naprawdę. - Może cały świat kocha się w twoich oczach, a ty po prostu tego nie zauważasz? - Podniósł głowę i zagryzając wargę, uśmiechnął się czule. Patrzył mu w twarz z taką tkliwością i podziwem, jakby oglądał najdoskonalszy obraz namalowany przez najwspanialszego artystę. Wiedział, że mógłby uwiecznić doskonałość Colina, by wszyscy faktycznie zakochali się w jego spojrzeniu. Potrafił to zrobić.
Przesunął kciukami po policzkach kochanka i pocałował go delikatnie.
- Może wielu chciałoby cię całować... - szeptał pomiędzy muśnięciami warg. - ...Ale nawet jeśli, to te usta należą teraz do mnie. - Pogłębił pocałunek, przylegając do ciała kochanka, jakby wciąż czuł się zbyt oddalony, jakby bliskość jego skóry była wciąż niewystarczająca.
Gdy rozłączyli wargi i Colin zdecydował się podzielić z Finem swoimi uczuciami, spojrzenie fotografa odrobinę spoważniało. Co pisarz miał na myśli? Od dawna nie kochał się z mężczyzną, czy od dawna nie czuł z nikim takiej więzi? Śmiałość tych myśli wcale nie wydała się Finowi niepokojąca. Wierzył, że to co czuł, nie było jednostronne. Chciał jednak wyznać, że nie rozumie; chciał zapytać, co dla Colina było tak wspaniałe i jednocześnie tak... smutne, bo dostrzegał w jego oczach cień żalu. Jednak słysząc podziękowania i widząc nagłe onieśmielenie, zapomniał, co chciał powiedzieć.
- Nie, nie. Nie masz za co dziękować - zapewnił od razu, obejmując dłonią policzek kochanka, by nie pozwolić mu na zawstydzenie, na odwracanie wzroku. - Jesteś wspaniały i każdy kto tego nie zauważa, może iść do diabła...
Colin zamknął mu usta i nie dał dokończyć kolejnych zapewnień, które na pewno by padły. Fin zamruczał poddając się pocałunkowi, resztę przekazując w namiętności. Przedłużył pocałunek, nie pozwalając Colinowi za szybko się cofnąć. Uwielbiał miękkość jego warg i sposób w jaki splatali języki. Bóg mu świadkiem, że mógłby całować się z nim przez wieczność.
Gdy w końcu oderwali się od siebie, Fin oddychał płytko. Jego podniecenie było widoczne nie tylko w roziskrzonym spojrzeniu, ale też w ten najbardziej oczywisty sposób, wszak przyciskał lędźwie do lędźwi kochanka.
Pocałowany w nos, zaśmiał się cicho, chyba odrobinę zaskoczony, a potem pokręcił głową.
- Nie, nie tylko, ale... - Zarzucił mu ręce na szyję. - Mam kilka twoich książek i bardzo mnie ucieszy, kiedy się na nich podpiszesz - zamruczał. - I dopiszesz specjalną dedykację. - Uśmiechnął się prowokacyjnie i poczuł się niemal zawiedziony, kiedy Colin pociągnął go do kuchni, zamiast poddać się kolejnej porcji pieszczot.
Westchnął głęboko, próbując opanować podniecenie, ale jednocześnie był niesamowicie szczęśliwy. Colin został, mówił takie wspaniałe rzeczy, robił takie wspaniałe rzeczy. Był tu i Fin przysiągł sobie, że zadba, by był jeszcze nie raz.
Zaprowadzony do kuchni, zapalił światło i puścił dłoń pisarza. Bez zwłoki sięgnął do jednej z górnych szafek, by wyciągnąć kubki oraz herbatę.
- Herbata, tak? - upewnił się, a potem nalał wody do czajnika i włączył go. Po całym rytuale, odwrócił się do Colina, uśmiechając się szeroko, ale nie patrzył na niego długo (choć miał dziką ochotę nie tylko patrzeć, ale znów go dotykać), bo zaraz otworzył drzwi lodówki i zapytał:
- Zjesz coś? Wczoraj robiłem zapasy, także większość podstawowych rzeczy mogę przygotować. Na co masz ochotę? - Obejrzał się przez ramię i przestąpił z nogi na nogę, jakby się niecierpliwił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Sob Cze 30, 2018 5:53 pm

Fin był wspaniały. Jedyny w swoim rodzaju. Oszałamiający, czarujący, idealny, sprawiający że w głowie pisarza pojawiały się kolejne słowa wyrażające uwielbienie, niegodne jednak wypowiedzenia ich na głos, ponieważ wydawały się miałkie w zderzeniu z istotą, którą miały opisywać. Colin nie widział świata poza gospodarzem, zapatrzony w niego, wsłuchany i znajdujący się pod wpływem jego magii. Dał się uwieść jego słowom, chociaż zwykle to on pozbawiał innych tchu swoimi zachwytami i zgrabnie splecionymi w pochwały sformułowaniami. Oczywiście, wielu wznosiło peany nad nim i jego twórczością, ale one były znacznie bardziej bezosobowe, związane właśnie ze zdolnościami jego pióra, a nie tym, jak wygląda. Słuchając Finleya, pragnął, by było tak faktycznie – by świat kochał się w jego oczach, by wielu chciało go całować, by był dokładnie taki, jakim widział go młody fotograf. Raily w ciągu całego swojego życia napisał setki romantycznych postaci, szepczących kochankom niezliczone ilości obietnic i westchnień, a jednak, gdy wreszcie to on był ich odbiorcą, poddawał się im bez namysłu. Jego oczy topniały, oddech delikatnie przyspieszał, na policzkach pojawił się subtelny rumieniec, a serce biło w rytmie mówiącym „kocham”. Spędził z młodszym mężczyzną raptem kilka chwil, a zatracił się w nim całkowicie.
Nie był wspaniały. Był daleki od ideału. Ale bóg mu świadkiem, że pragnął nim być. W tym miejscu, w tej chwili, z tym człowiekiem, chciał być niczym więcej, tylko tym ideałem, godnym tych pięknych oczu, wbitych w niego z uwielbieniem, słodkich warg, drażniących jego własne i twardego ciała, dociśniętego do niego starannie niemal każdym fragmentem. Marzył o tym, by się zatracić w tym pięknym, idealnym świecie, w którym był doceniony cały, naprawdę, a nie tylko te jego części, które zdecydował się pokazać. Był wreszcie prawdziwy, szczery i… natychmiast został zaakceptowany.
To było tak piękne. Magiczne. Nigdy, nawet w najśmielszych snach, nie odważył się marzyć o akceptacji – a Fin poszedł o krok dalej, nie tylko biorąc go takiego, jakim był, ale dodając do tego rozkoszne ciepło poczucia bycia uwielbianym.
- Tak, jasne, jestem wspaniałym pisarzem, wiem. - Uśmiechnął się, puszczając do mężczyzny oko, wyraźnie zaznaczając, że żartuje. Oczywiście, wiedział, że potrafi pisać, kilka nagród i dziesiątki tysięcy sprzedanych egzemplarzy świetnie o tym świadczyły, ale nigdy w życiu nie uznałby się za „wspaniałego”. Robił to, co kochał robić, przelewając uczucia na papier i ciesząc się z każdego czytelnika, do którego jego proza trafiała i u którego wywoływała chociaż delikatne drgnięcie serca podczas czytania. To dawało mu radość i było najlepszym wynagrodzeniem. Pieniądze i słowa pochwały były wyłącznie dodatkiem.
- Chętnie się podpiszę. Z dedykacją. Na każdą mam wymyślić inną? - spytał ciepło, z wyczuwalnym rozbawieniem, ale bez złośliwości. Ewidentnie żartował, ale jednocześnie gotów był spełnić każdą prośbę fotografa – nawet, jeśli ten kazałby mu napisać dedykację nie na kilka linijek, a stron.
Nie było chyba rzeczy, której by mu w tym momencie odmówił.
- Herbata będzie w porządku, dziękuję - przytaknął, siadając przy wyspie, opierając się łokciami o blat i układając na dłoni podbródek. Patrzył na posunięcia gospodarza z zafascynowaniem, które wręcz było zabawne, gdy wziąć pod uwagę, jak prozaicznym czynnościom oddawał się Sinclair.
- Mogę coś przegryźć. Na imprezie poczęstowałem się może dwoma przystawkami i muszę powiedzieć, że były koszmarne. - Wzruszył zaraz ramionami. - Albo ja za mało wypiłem. To też możliwe. - Uśmiechnął się pod nosem, wracając myślami do momentu, gdy spotkali się z fotografem po raz kolejny, nie tak dawno temu, a jednocześnie wydawać by się mogło, iż było to całe życie wcześniej. Wychodząc ze swoim „opiekunem” nigdy by nie przypuszczał, że skończy ten wieczór w cudzym mieszkaniu, półnagi, po dzikim seksie, po którym wciąż czuł delikatne dreszcze wspinające mu się po plecach, a w gardle rósł delikatny jęk. Stłumił jednak spontaniczne reakcje ciała, skupiając się na podziwianiu szczupłego fotografa, przemieszczającego się po kuchni sprawnie, zdecydowany jak najlepiej ugościć swojego ulubionego pisarza. Kochanka. To było… Na swój sposób odświeżające. Colin nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł się tak spokojny i wyluzowany, jednocześnie będąc półnagim. Jednak dobry seks potrafił wiele zdziałać.
Przymrużył oczy z zadowoleniem, gdy otrzymał herbatę i poczuł owiewający go, przyjemny zapach. Nie jednak napoju – a nachylającego się ku niemu Finleya. Uśmiechnął się do niego, wyciągając drugą dłoń i chwycił go delikatnie za odsuwające się szybko palce. Chwycił ją ostrożnie i uniósł ku swoim ustom, muskając wargami, wpatrując prosto w jego piękne, zielone oczy.
Wspaniały. Po prostu wspaniały – pomyślał z przyjemnym ciepłem rozlewającym się po podbrzuszu.
- Nie będę wybredny, nie musisz się przejmować - zapewnił z uśmiechem, nie przerywając kolejnych muśnięć, delikatnie pieszcząc wargami skórę, sunąc powoli w dół, po palcach, ku nadgarstkowi. Miał ochotę jednocześnie się zassać i wgryźć, pozostawić po sobie ślad, by móc na niego patrzeć przez te kilka chwil, które jeszcze dane im było wspólnie spędzić.
Przez całe kolejne życie, które będą wspólnie, wpatrzeni w siebie jak w obrazek, przeżywać.
Colin był romantyczny i choćby bardzo chciał, w tym momencie nie potrafił pozbawić się tych wszystkich czułych myśli.
Uśmiechnął się, zostawiając wilgotny ślad językiem na delikatnej, ukrwionej skórze prawego nadgarstka, a potem zaczął ją lekko skubać zębami, zmierzając dalej w dół, jednocześnie przechylając się bardziej ku Finowi, jak też i zmuszając go do odpowiedniego wygięcia się. Wdychał jego zapach z uwielbieniem, z przymkniętymi z zadowolenia oczami, przypominając rozleniwionego i bardzo zadowolonego kocura. Był powolny i seksowny, jakby mieli przed sobą cały dostępny czas świata i nie musieli nigdzie się spieszyć. Mogli pozwolić sobie na tak subtelne pieszczoty, bo przecież… nigdzie im się nie spieszyło. Księżyc był jeszcze wysoko na niebie.
- Wspaniale smakujesz. Myślę, że poprzestanę na tej przekąsce - wymruczał dźwięczącym ładnie, wesołym, ale też wyraźnie zdradzającym pożądanie, głosem. Nie było jeszcze u steru, wciąż to on miał pełną kontrolę nad swoim ciałem, ale tylko czekało na okazję, by przejąć władzę i sprawić, by dwa męskie ciała znów się ze sobą zderzyły, miażdżąc się nawzajem, splatając w namiętnym uścisku i pozbawiając tchu. Zupełnie tak, jakby powietrze było zbędnym dodatkiem, niepotrzebnym w ich sytuacji.
Zatrzymał usta w połowie przedramienia, unosząc całkiem powieki i wpatrując się z uwagą w oczy Finleya, wykrzywiając wargi w delikatnym, kuszącym uśmiechu. Puścił trzymaną dłoń i odsunął głowę, czując, że oddycha ciężej, niż jeszcze chwilę wcześniej. Każda kolejna minuta w towarzystwie fotografa upajała go, otępiała, pozbawiała racjonalności i zdrowych zmysłów.
Nigdy wcześniej, nie czuł się tak żywy.
Niech ta noc nigdy się nie kończy...

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 280


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Czw Paź 18, 2018 12:00 pm

Colin mógł żartować ze swojej twórczości, ale to nie przez błękit oczu ani też przez barwę głosu (choć gdy już ją poznał, wiedział, że mógłby słuchać jej bez końca), ale przez słowa Fin się w nim zakochał. W chwytających za serce frazach, w których mógł odnaleźć siebie. Wcześniej po prostu nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Jesteś - przyznał poważnie, nie chcąc by Colin kiedykolwiek myślał o sobie inaczej. - Wspaniałym pisarzem, niesamowitym człowiekiem... - szeptał, ale w tych czułych słowach była jakaś melancholia, która chłodnymi palcami dotykała rozgrzanego serca. Jakby Fin jednocześnie zdawał sobie sprawę z gorzkiej prawdy. Jesteś tak idealny, dlaczego nie jesteś mój?
- Może być jedna, ale prosto z serca - powiedział miękko, przykładając dłoń do jego piersi, uśmiechając się ciepło i z wdzięcznością. Znów wychodził z niego naiwny romantyzm, ale gdy Colin zaakceptował tę część jego charakteru, Fin uwolnił ją i puścił wolno.
Sytuacja, w której się znaleźli była irracjonalna, choć to wcale nie ujmowało jej piękna. Fin krzątał się po domu ze świadomością obecności Colina, która wydawała mu się tutaj tak właściwą, jakby bywał tu od zawsze. Jakby znali się całe życie, nie zaś jedną, burzliwą noc. Właściwie... czy nie było tak, że czytając książki pisarzy, poznawało się ich światopogląd, ukryte pragnienia i smutki? Wiec może była w tym cząstka prawdy? Może Fin naprawdę go znał? A przynajmniej jego wyidealizowany obraz, który na podstawie dzieł stworzył w swojej głowie? Nieważne. Jeśli mógł cieszyć się nim, wpasowywać w rzeczywistość, albo i poznawać na nowo - chciał tego.
Słysząc za sobą narzekanie na przystawki, uśmiechnął się do wnętrza lodówki.
- Były koszmarne - zgodził się wyjmując dwa rodzaje sera i keczup, które postawił na blacie. - Jaka jest lepsza przekąska w środku nocy jeśli nie tosty? - Roześmiał się, sięgając po chleb. W tym czasie woda zagotowała się, więc zalał herbatę i jeden z kubków postawił przed pisarzem. Finowi nie dane było jednak skupić się na gotowaniu. Usidliło go intensywne spojrzenie błękitnych oczu i uwodzicielski uśmiech. Zatrzymał się więc, nieodporny na ten czar nawet w najmniejszym stopniu. Złączenie dłoni, nieważki dotyk, a jednak wyrwał z jego piersi ciche westchnienie. Nie wstydził się go. Całym sobą prezentował otwartość i chęć, naturalność i oddanie. Przesunął opuszkami po jego palcach, a gdy ciepłe wargi musnęły wrażliwą skórę, uśmiechnął się nieprzytomnie. Dotyk ust i widok wpatrzonych w niego oczu, przepięknych, od których spojrzenia miękły mu kolana, spowodowały, że jak w transie przybliżył się do blatu. Płuca szybko stały się zbyt małe, by pomieścić tlen, który był mu potrzebny, a ciało rozedrgał ciepły dreszcz, pozostawiając na skórze gęsią skórkę. Fin sięgnął do głowy Colina i wsunął palce w roztrzepane, wilgotne jeszcze po kąpieli, blond kosmyki. Potarł opuszkami skórę jego głowy, a gdy tylko wargi pisarza oderwały się do jego skóry, zaśmiał się krótko, radośnie i pochylił się. Podarował kochankowi słodki, choć krótki pocałunek. Nie odsunął się też od razu. Przechylony przez blat, wspierając się na przedramieniu, popatrzył mu w oczy.
- Już się najadłeś? - szepnął, ewidentnie sugestywnym tonem. - Bo dużo zostało... - Uśmiechając się figlarnie, zabrał pisarzowi sprzed nosa kubek z herbatą i odstawił na kuchenny blat. - Może jeszcze się skusisz? - zapytał nie odwracając się, ale za to oparł dłonie o wyspę i usiadł na niej, a chwilę po tym, w całości obrócił się do pisarza, przerzucając nogi nad blatem. Zwiesił je po bokach kochanka i podpierając się dłońmi za sobą, wyeksponował całe swoje ciało siedzącemu przed nim Colinowi.
Zrobił to jakoś tak odruchowo, poddany chęci zabawy i flirtu, ale gdy usiadł w tak otwartej pozycji, wyczuł jak na policzki występuje mu gorąc. Dawno nie zachowywał się tak swobodnie wobec żadnego mężczyzny i choć początkowo czuł się z tym pomysłem bardzo na miejscu, po chwili zwyczajnie się zawstydził. Jednak nie należał do osób, które rezygnują w połowie podjętych decyzji, został więc na miejscu i spojrzał na kochanka spod na wpół przymkniętych powiek, tłumacząc sobie, że jego twarda męskość uwięziona pod cienkim materiałem bokserek, którą Colin miał na wysokości swojej piersi, jest jedynie wyrazem uwielbienia dla widoku, doskonałego obrazu przystojnego blondyna o niebiańskich oczach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 757


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   Wto Lis 06, 2018 10:41 pm

Flirtowali i kusili się w sposób, który był zarówno subtelny i delikatny, jak też niezobowiązujący. W tym momencie nie było w nich już tego rozpaczliwego głodu, który wcześniej wymusił na nich namiętne zbliżenie. Byli tylko oni dwaj i czułość, która ich ze sobą łączyła. Pragnęli kontaktu, swojego dotyku, muśnięć ust i skóry – i to było więcej niż oczywiste. Lgnęli do siebie jak para świeżo zakochanych nastolatków, którzy już są pewni, iż odwzajemniają swoje uczucia i mogą zrobić wspólnie wszystko. Mogli kochać się na szczycie góry, mogli śpiewać dla siebie serenady pod oknem, mogli zdobyć cały świat. W tym momencie byli niezwyciężeni i nikt się nie liczył oprócz nich. Miłość, którą do siebie poczuli, była uczuciem zbyt rzadkim i przelotnym, by mogli ją zignorować po raz kolejny, wobec czego zdecydowali się rzucić na głęboką wodę, licząc iż nie utoną. Licząc, iż przeżyją.  
Colin przymknął oczy, czując delikatne palce w swoich włosach, a potem zamknął je całkowicie, gdy połączyli się na moment ustami. Zaraz jednak podniósł powieki, podskórnie czując, iż jego towarzysz wpatrzył się w niego i czegoś oczekuje. Obdarzył go ciepłym uśmiechem, pozwalając ich kontaktowi fizycznemu na moment zniknąć, ale ani myśląc rezygnować z tego magicznego połączenia spojrzeń. Zakochali się w sobie. Nie musieli tego mówić na głos, bo było to oczywiste. Nie mieli prawa do takiego uczucia, nie było ono akceptowalne w ich sytuacji, nie miało zupełnie racji bytu, ponieważ ledwo się znali – a jednak, bez ich zgody, zapominając o rozsądku, obdarzyli się miłością. Czystą, szczerą i prawdziwą, łączącą nie tylko ich ciała, ale dusze. Byli dwoma zagubionymi w rzeczywistości mężczyznami, z bagażami doświadczeń i artystycznymi spojrzeniami, patrzącymi na świat w sposób odmienny od większości ludzi. A jednocześnie idealnie do siebie pasowali.  
Ich uczucie było wyjątkowe i warte wszystkiego.  
- Skuszę - zapewnił go niemal od razu, uśmiechając się czule. Patrzył na kolejne ruchy kochanka, ze zwykłą ciekawością oczekując efektu końcowego jego posunięć. Nie miał doświadczeń we flirtowaniu z mężczyznami, nie kochał się z nimi, nie rzucał im namiętnych spojrzeń i nie był przez nich uwodzony. Nie wiedział, czego się spodziewać po Finleyu, ale był absolutnie pewien, że nic mu przy tym człowieku nie groziło. Jego kochanek nie posunie się do niczego, co zada mu ból, nie spowoduje, że poczuje zakłopotanie i będzie chciał się wycofać. Fotograf pragnął go, pragnął każdego kontaktu z nim i żądał go na tyle pewnie, ale jednocześnie subtelnie, iż nie wywoływał już w Colinie zaniepokojenia.  
Świadomość, iż czuli do siebie to samo, też pomagała w rozluźnieniu się.  
Pisarz powoli przysunął się do swojego ślicznego gospodarza, ułożył dłonie na jego udach i przesunął po nich delikatnie palcami. Przekrzywił lekko głowę, pozwalając swojemu spojrzeniu zsunąć się najpierw w dół, a potem podążyć w górę, podziwiając rozłożone przed nim ciało, tak zachęcająco zaprezentowane.  
- Chciałbym wycałować cię całego… - szepnął z czymś, co można było śmiało uznać za namysł. Oblizał powoli wargi, wpatrując się przez moment prosto w oczy Sinclaira, pozwalając własnym zabłysnąć w pożądaniu. Przedłużył ten moment pełen napięcia możliwie najbardziej, aż do momentu, gdy… coś zaiskrzyło i stracił cierpliwość. Podniósł jedną rękę i wsunął palce w kolorowe kosmyki kochanka, przyciągając jego głowę do własnej, samemu stając na palcach, a na towarzyszu wymuszając schylenie się. Pocałował go mocno, namiętnie, natychmiast nacierając do wnętrza jego ust, biorąc je w posiadanie i spijając każdy pomruk i jęk, który mógł wydrzeć się ze ściśniętej piersi jego miłości.  
Nie tylko był gejem, ale był gejem cholernie zakochanym, spragnionym desperacko bliskości tego jednego człowieka, który w kilka chwil wzbudził w nim więcej uczuć, niż jego żona przez całe ich małżeństwo.  
Zamruczał lubieżnie, lekko gryząc dolną wargę Fina, przerywając po nieznośnie długiej chwili ich pocałunek. Puścił do niego oko.  
- I dokładnie to zamierzam zrobić - oznajmił niemalże wesołym tonem, drżącym jednak delikatnie od powstrzymywanego podniecenia. Wciąż walczył o kontrolę, wciąż pilnował się, sprawiając iż ich flirt, być może początek zbliżenia, był nadal powolny i niemal pozbawiony pośpiechu.  
Colin obrócił delikatnie głowę towarzysza, ustami obejmując jego ucho i lekko się na nim zasysając, a potem zsunął się niżej, kąsając wrażliwą skórę, muskając ją językiem i pozostawiając na niej czułe, drobne pocałunki. Przesuwał się w ten sposób w dół, nieśpiesznie znacząc ramiona i barki kochanka, pocierając nosem o jego mostek, pozostawiając wilgotny ślad na jednym sutku i zasysając się na moment na drugim.  
Z jednej strony, doświadczenie było podobne do tego, gdy zajmował się swoją Meredith.  
Z drugiej strony, było zupełnie odmienne. Męskie jęki, płaska klatka piersiowa, twarde mięśnie i świadomość, iż wcale nie tak daleko od jego ust znajdowało się nic innego, a członek, były najlepszymi afrodyzjakami. Po tej nocy nie istniała już możliwość, by uznał się za chociaż biseksualnego. Zbyt wielką przyjemność czerpał z dawania drugiemu mężczyźnie rozkoszy, podczas gdy zaspokajanie jego żony było dla niego wyłącznie grą, listą punktów, o które musiał zaczepić, by wypełnić swój małżeński obowiązek.  
Nie chodziło o to, że Meredith była brzydka lub on popadł w rutynę – nie, od samego początku współżycia czuł tą samą obojętność na widok jej ciała. Potrafił je docenić, potrafił sprawić, by wiło się w ekstazie, potrafił nawet samodzielnie dojść – nie czuł jednak, jak już podczas delikatnych pocałunków jego członek rośnie, pęcznieje i pręży się, chętny do penetracji. Nie czuł napływu śliny do ust, jakby faktycznie był głodny. Wreszcie, nie czuł tego minimalnego drżenia dłoni, zdradzających zarówno podniecenie jak i obawę.  
To wszystko było prawdziwe, szczere i całkowicie spontaniczne, a nie wyuczone przez konieczność.  
Zsunął się wreszcie wargami do krocza Fina, jednak nie poświęcił mu większej uwagi. Potrącił lekko nosem jego wzniesiony członek, by następnie sięgnąć do prawego uda, kąsając je delikatnie i pozostawiając na nim kolejne pocałunki. Był faktycznie zdecydowany dotrzeć wargami wszędzie tam, gdzie da radę – i żadne pomruki i słowa zachęty ze strony Sinclaira nie mogły tego zmienić.  
Musiał mieć też takie wspomnienia. Nie tylko dzikiego, oszałamiającego seksu, ale też nieśpiesznych pieszczot wypełnionych czułością. Musiał zapamiętać prawdziwie męskie ciało, by móc do niego wracać w marzeniach, fantazjach i chwilach tęsknoty. No i musiał pozostawić po sobie ślad w pamięci Finleya – tak, by fotograf nigdy o nim nie zapomniał.  
Gdy skończył z prawą stroną kochanka, rozpoczął cała podróż od nowa. Tym razem jednak zaczął od lewej stopy i sunął tak w górę, nie bacząc na upływający wciąż czas, na herbatę która z każdą chwilą robiła się coraz zimniejsza, na zbliżający się niezmiennie poranek. W jego myślach był tylko Finley, jego czyny krążyły dookoła Finleya, jego podniecenie wynikało z podniecenia Finleya.  
W końcu trafił na jego usta i na dłuższą chwilę poświęcił się tylko im, dłonie ponownie układając na udach swojego kochanka.  
Gdy przerwali pocałunek, uśmiechnął się z czułością, której nikt oprócz młodego fotografa nigdy nie zobaczył. Miał na końcu języka te ważne, wypełnione uczuciami słowa. Kocham cię. Nie wypowiedział ich na głos, ale było je widać jak na dłoni. W jego spojrzeniu, wygięciu warg, ostrożnej pieszczocie ud, przyspieszonym oddechu.  
To zapewne była ich jedyna noc. Nigdy nie dostaną następnej, bo cuda zdarzały się tylko raz w życiu. Później wrócą do szarej rzeczywistości, świadomi utraty najważniejszej rzeczy, jaka kiedykolwiek im się przytrafiła.
Później.
W tym momencie liczyli się tylko oni dwaj.  
- Bądź mój - powiedział Colin cicho, nagle poważniejąc. Wyrwało się to spomiędzy jego warg nagle, spontanicznie, bez jego zgody – a gdy tylko zdał sobie z tego sprawę, podniósł dłoń i ułożył palce na wargach kochanka, uniemożliwiając mu odpowiedź. Pokręcił delikatnie głową, niemo prosząc go, by się nie odzywał. By niczego mu nie obiecywał, ani nie mówił czegoś, czego będą potem obaj żałowali. By nie przypominał o zobowiązaniach Rileya do innych ludzi, do własnej rodziny.  
Liczyli się tylko oni dwaj.  
Musiał to sobie powtarzać.  
Wsunął prawą dłoń pod bokserki kochanka, objął jego członek i zaczął go pieścić, rozkoszując się dotykiem twardego, oplecionego ciasno żyłami, przyrodzenia. Jego oczy same się zamknęły, a z ust wydarł się cichy jęk. Nie dotykał się, stykał ze swoim ślicznym gospodarzem tylko dłońmi, a jednak podniecenie niemal zbiło go z nóg. Nigdy nic nie było tak właściwe, jak ten dotyk, cudza męskość w jego palcach. Każdy ruch, muśnięcie główki, zahaczenie o krótkie, twarde włoski, czuł z równą siłą, jakby to jego ktoś dotykał.  
Rozchylił powoli powieki, a jego błękitne oczy zalśniły w blasku lamp.
- Pragnę cię - wyszeptał nisko, chrapliwie, z najprawdziwszym, szczerym pożądaniem. Patrzył na Finleya tak, jakby był jedynym człowiekiem na ziemi, nie, w całym Wszechświecie – i w tym momencie zapewne tak było. Dla Colina fotograf był miłością jego życia, odnalezioną po czterdziestu czterech latach oczekiwania na coś, czego nawet w najśmielszych snach nie potrafił sobie wyobrazić.
Nie zasługiwał na spędzenie reszty swoich dni u jego boku, bo ta jedna noc zapewniała mu tyle szczęścia, iż niewątpliwie wyczerpał limity przeznaczone dla jednego człowieka.  
Jego oczy zalśniły od łez, które nagle, nie wiedzieć kiedy, pojawiły się i utrudniły wszystko. Przerwał pieszczotę i uśmiechnął się, już nie tak ładnie i subtelnie, a krzywo, z czymś pomiędzy absolutną radością, a całkowitym, niszczącym od środka bólem.  
- Tak strasznie cię… - przerwał. Nie mógł tego powiedzieć. To by wszystko zniszczyło. - Pragnę - dokończył wreszcie, łącząc pospiesznie ich usta w mocnym, niechlujnym pocałunku.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Artyści w uścisku   

Powrót do góry Go down
 
Artyści w uścisku
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: