CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Król do wzięcia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Król do wzięcia   Sro Sty 17, 2018 4:48 pm

Dwa słowa o Taraemel
Ogromne królestwo rozciągające się od Morza Sztormów na południu, aż po Wichrowe Góry na północy, obejmując tym samym znaczną część Zbadanego Kontynentu. Stolicą Taraemel jest Stelleher, piękne miasto położone na Białych Klifach, tuż nad niespokojną wielką wodą.
Nad miastem góruje majestatyczny pałac z białego piaskowca, będący od pokoleń siedzibą władców tej krainy.

Dwa słowa o ustroju politycznym
Podczas koronacji, król/królowa zrzeka się przynależności do swojego rodu, stając się autonomiczną jednostką rządzącą, mającą ostateczne i niepodważalne słowo we wszystkich sporach. W podejmowaniu decyzji pomagają im jednak głowy elfich rodów, tworząc tym samym Radę Jedenastu.
Najważniejszym obowiązkiem władców jest pełnienie służby dla swojego ludu i strzeżenie artefaktu.
Władza w Taraemel jest dziedziczona.


Dwa słowa o rasach
Na Zbadanym Kontynencie najliczniejszą rasą są ludzie, ale to elfy rządzą państwem obejmując wszystkie najwyższe stanowiska, co powoduje trwające od wielu pokoleń wojny domowe. Uciśnieni ludzie pragną przejąć władzę nad Taraemel, ale nawet pomimo wielu wygranych bitew, nie są w stanie przejąć zamku i Artefaktu.

Trzy słowa o magii
Magia jest siłą duchową mająca moc naginania rzeczywistości w zależności od wyobraźni i siły woli jednostki. Nie każdy jednak obdarzony jest taką samą jej ilością.
Używanie magii osłabia ciało i może spowodować jego śmierć, dlatego niewielu decyduje się na jej wykorzystywanie, szczególnie mając wiedzę o swoim niewielkim potencjale. Osoby obdarzone bardzo dużą mocą zwykle naturalnie wybierają dla siebie ścieżkę maga, stając się, w zależności od upodobań mistrzem w konkretnej dziedzinie. Są cztery drogi ich rozwoju:
Wojownicy - Szkoleni aby najefektywniej wykorzystywać magię do walki lub obrony.
Uzdrowiciele - Uczeni tajników działania ludzkiego ciała, by móc je leczyć, a nawet zwiększać jego potencjał kondycyjny lub siłowy.
Stworzyciele - Szkoleni w budowaniu trwałych konstrukcji lub przedmiotów z wykorzystaniem magii jako narzędzia.
Przewodnicy - Szkoleni do sprawnego przemieszczania ludzi lub przedmiotów na ogromne odległości.
Potężni magowie są w stanie wyczuć ludzi obdarzonych dużym potencjałem, potrafią też określić czy w ich okolicy używa się magii.

Dwa słowa o Artefakcie
Najważniejsze insygnium władzy w postaci naszyjnika-obroży kryjące w sobie ogromną moc. Osoba nosząca go staje się potężniejsza duchowo, ale może też na stałe zwiększyć potencjał magiczny jednostki, lub również wchłonąć go w całości, tym samym uśmiercając ciało. Władca nie może zabijać elfów bezpodstawnie gdyż naraża się tym samym na gniew przodków i możliwą śmierć z ich rąk.
Elfy wierzą, że tak długo jak artefakt nosi członek królewskiej rodziny i pozostaje on w zamku, czyni poddanych długowiecznymi. Wierzą również, że po śmierci moc każdego elfa wraca do Artefaktu. Wielu zmęczonych długowiecznym życiem przybywa do pałacu, by prosić króla o odprawienie Rytuału Przejścia, który polega właśnie na dobrowolnym oddaniu swojej energii Artefaktowi. W ten sposób elf zapewnia sobie godną i kompletnie bezbolesną śmierć.

Postaci


Alasdair (Daire)
Cierpliwość i opanowanie nie są jego mocnymi stronami. Jest typem wolnego ducha, pewnego siebie władcy, który twardo stąpa po ziemi i nagina rzeczywistość tak długo, aż ta dostosuje się do jego wymagań. Nie unika sytuacji konfliktowych – a nawet dosyć często sam je prowokuje. Uwielbia polowania, otwarte tereny i dreszcz towarzyszący chwili zwycięstwa.
Ma małą obsesję na punkcie kontroli. Rzadko brakuje w jego obyciu gwałtowności, chaotyczności i niemożliwego do zaspokojenia głodu bycia najlepszym – zazwyczaj to te cechy popychają go do przodu, są motywacją do kolejnych posunięć oraz planów snutych w towarzystwie swojej ukochanej i najlepszego przyjaciela.
Jedyną osobą, która jest w stanie go uspokoić podczas napadów gniewu i której woli poddaje się bez protestów, jest jego żona Vivien, chociaż doradca w osobie nadwornego maga również nie radzi sobie z Alasdairem najgorzej. Panujący elf poddaje się cudzej woli bez słowa skargi tylko jednej istocie, miłości jego życia, bez której jest niczym zepsuty kompas, kręcący wskazówką w kółko, bez szansy zatrzymania się i odnalezienia północy. Traktuje Vivien niczym najdroższy i najdelikatniejszy skarb, wrażliwy na podmuch wiatru cenny artefakt, za co ona odwzajemnia się zrozumieniem i największą w królestwie cierpliwością. Dla jej szczęścia jest gotów zrobić wszystko, a sporą część uwagi poświęca na dopilnowanie właśnie takiego stanu, izolując ją od ciężkich obowiązków, cierpienia, śmierci i walk.
Ma silnie wpojone poczucie obowiązku, co czyni go dobrym, ale też bezlitosnym władcą. Nie sposób zmusić go do czegoś, z czym się nie zgadza i co uważa za niewłaściwe. Dobro grupy jest dla niego istotniejsze niż dobro jednostki. To nie oznacza jednak, iż nie przejmuje się swoimi poddanymi. Każdy jest dla niego istotny i uważnie śledzi ich losy. Za jego panowania przypadki zakończenia życia bez wsparcia magii elfickiego artefaktu stały się przeszłością, zaś jedenaście rodów żyje w dostatku i stabilności.
Śmiertelnicy też nie mają na co narzekać.
Poważnie traktuje swoją posługę ofiarowania ulgi w śmierci. Są to jedne z niewielu momentów, kiedy poddani mogą zobaczyć go w pełni opanowanego, łagodnego i cierpliwego. Każdy przypadek zmęczonego życia poddanego traktuje jako coś zupełnie nowego, priorytetową sprawę, która wymaga maksimum czasu i uwagi.
Jest całkiem potężnym magiem – ale brak samokontroli uniemożliwia mu skuteczne zapanowanie nad mocą, która w chwilach irytacji wydostaje się i niszczy rzeczy w bliskim otoczeniu. Między innymi dlatego nadworny mag prawie nie opuszcza jego boku, upewniając się, że król przypadkiem nie umrze z powodu głupiej utraty panowania nad sobą.
Wygląd: Jest wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną, który – gdyby nie spiczaste uszy i odrobinę smuklejsza sylwetka – mógłby ujść za człowieka. Ma stosunkowo krótkie (bo do linii łopatek), proste, ciemnoszare włosy, które zazwyczaj spina, by nie przeszkadzały mu podczas polowania czy ćwiczeń oraz zbliżonego koloru tęczówki. Na ciele nosi kilkanaście blizn – będących efektami zarówno potyczek podczas podbijania kolejnych terenów, jak i nie-do-końca udanych ataków na groźną zwierzynę na bardziej odległych terenach.


Arman Mitrian Agrathin
Wygląd: Pełna gracji postać wysokiego elfa ma w sobie niebezpieczne piękno rozleniwionej pantery, która może i rzuciłaby się na ofiarę, gdyby tylko miała na to ochotę. Ma w sobie tę niewymuszoną dostojność i siłę, na której chce się polegać, której chce się ufać, której okazuje się respekt, i której skrycie pragnie się dla samego siebie. Mimo to jednak Arman nie należy do najbardziej urodziwych elfów. Ma specyficzną urodę, którą podkreśla bardzo specyficzne zachowanie.
Jego posągowe oblicze o zbyt jasnej karnacji, wąskich ustach i wiecznie podkrążonych oczach rzadko rozświetla uśmiech, ale gdy już się to zdarzy, jest jak przycinająca niebo spadająca gwiazda - równie niezwykłe, co piękne i… niebezpieczne. Rzadko bowiem Arman śmieje się w głos, a jeśli już, to na polu walki spowity splendorem swojej magi i rozpalony jej potęgą. Na co dzień natomiast zdradza przesadną obojętność i spokój, którym może na równi rozniecać temperamenty, co i je uciszać zależnie od własnej woli.
Jego oczy w kolorze pochmurnego nieba obserwują świat ze statecznością istoty przeświadczeniu o swojej potędze, rozumiejącej ją i będącą na równi jej niewolnikiem i panem.
Jego ruchy są oszczędne i odrobinę niedbałe jakby nic, co robi nie sprawiało mu trudności, natomiast ton jego głosu ma głęboką, miękką barwę i dar wyciszania emocji.
Arman nosi się dostojnie jak przystało na nadwornego maga oraz wysoko urodzonego członka elfiego rodu. Długie, czarne, lekko falowane włosy rzadko spina, pozwalając im swobodnie spływać na plecy i ramiona.
Charakter: Bycie jednym z najpotężniejszych magów królestwa niesie ze sobą w głównej mierze obowiązki, a nie zaszczyty. Sprowadza się do ciągłej kontroli własnego potencjału, by nie wyrządzić nim krzywdy sobie i wszystkim wokół. Arman jest więc niewolnikiem swojego daru, który pomimo nagrodzenia go ogromną potęgą, narzuca na niego nie mniejszą zań odpowiedzialność.
Od małego wychowywany tak, by mógł jak najlepiej wykorzystać moc ofiarowaną mu od przodków, jest bryłą lodu kryjącą we wnętrzu niszczycielski płomień. Magia stworzyła zeń niezwykle statecznego, spokojnego, czasem wręcz flegmatycznego elfa, który w istocie... wcale taki nie jest.
Wypracowane przez lata treningów odruchy uczyniły go jednak tak doskonałym w nakładaniu na siebie maski spokoju, że stała się jego drugą, doskonale pasującą skórą. Dopracowane do perfekcji zachowania zapewne robią wielkie wrażenie na innych magach, ale męczą samego Armana, który musiał wiele przejść, by w pełni zaakceptować własne możliwości i nauczyć się z nimi żyć.
Bardziej ludzkie jego oblicze, większośc trosk i obaw zna niewielu, ledwie garstka zaufanych w tym sam król i królowa, których Arman zna od dziecka i których darzy w równej mierze sympatią, co szacunkiem. Jest im niezwykle oddany, lojalny wobec nich i zdolny położyć na szali własne życie jeśli któreś znajdzie się w potrzasku. Dla nich potrafi być łagodny i wyrozumiały, porzucając na chwilę chłodną maskę obojętności.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Pią Lip 06, 2018 6:32 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Czw Sty 18, 2018 11:29 pm

- Preeecz! - Wrzasnął wściekle władca Taraemel we własnej osobie, obdarzając członka Rady Jedenastu nie tylko wściekłym spojrzeniem, ale i mocnym powiewem magii, który niemal zbił niechcianego gościa z nóg. Brunet zaciskał szczęki mocno, dusząc w sobie nieludzki ryk, który rósł w jego piersi, gotów wyrwać się spod kontroli dokładnie w tej chwili, w której panowanie Alasdaira zostanie wystawione na próbę, która przekroczy jego możliwości. Elf był już na skraju wytrzymałości - i tylko ślepy mógł przeoczyć ewidentne oznaki świadczące o zagrożeniu.
Ślepy lub... bardzo zdesperowany. Ojciec królowej, ojciec jego ukochanej Vivien, nie potrafił zaakceptować odpowiedzi odmownej na prośbę, która była niesamowicie bliska jego sercu. Mężczyzna, który przeżył trzech poprzednich władców, zamiast wesprzeć króla swoją pewnością co do właściwości jego postępowania, zasiewał wątpliwość, domagając się rzeczy niemożliwej. Łamiąc wszystkie zasady, jakimi kierował się on, jego lud, każdy z poddanych, niezależnie od tego, z czego musiał zrezygnować.
Niewielu jednak w długiej historii elfickiej rasy musiało poświęcić tak wiele, jak Alasdair. 
Odwrócił się plecami do gościa, zaciskając dłonie na drewnianym blacie stołu, jasno dając do zrozumienia, że audiencja dobiegła końca. Władca nie mógł spełnić prośby swojego poddanego, bo dobro wielu było istotniejsze od życia jednostki.
Nawet, jeśli tą jednostką była ona.
- Wysłanie potężniejszego maga na poszukiwania znacznie zwiększyłoby nasze szanse. Każda chwila zwłoki może nas kosztować... - Zdesperowany głos ponownie przerwał ciszę panującą w sali tronowej, wytrącając władcę zarówno z myśli, jak i względnej równowagi, którą udało mu się do tej pory utrzymać. Nael nie zamierzał się zatrzymać, nawet za cenę własnego życia - był gotów chwycić się każdego sposobu, by wybłagać pomoc dla swojej jedynej córki. Robił coś, co tylko pogarszało paskudny humor Daire, uwięzionego w murach zamku, niemogącego w żaden sposób wpłynąć na sytuację, w jakiej znalazła się miłość i sens jego egzystencji. On naprawdę nie potrafił wyobrazić sobie świata bez niej - a był świadom, że cierpliwość porywaczy była słabsza od chęci zemsty. Nienawidzili elfów - zabójstwo ich królowej było tylko kwestią czasu. Czasu, który coraz bardziej się kurczył. W pewnym momencie musi do nich dotrzeć, że żądania nie zostaną wysłuchane - a wtedy wyładują swoją wściekłość i zawód na niej.
A on, tak potężny, władający olbrzymi królestwem, był bezsilny. Nienawidził tego uczucia.
- W takiej sytuacji nie możemy pozwolić sobie na błędy. Powinniśmy angażować najlepszych, a obaj dobrze wiemy, że nie szukają jej wcale osoby, które moglibyśmy takimi nazwać...
- Zamilcz.
- Ona cierpi, a ty nie robisz nic, by realnie pomóc, jak możesz oczekiwać, bym...!
- Powiedziałem ZAMILCZ! - Cierpliwość skończyła się nagle, ale z hukiem. Władca przerwał monolog swojego gościa już nie tylko słownie, czy wykorzystując magię, ale przechodząc prosto do brutalnej siły - wspartej dodatkowo potężną mocą. Pochwycony stół uniósł sie, a potem przeleciał przez całe pomieszczenie, niemal dosięgając nadgorliwego w swych ojcowskich obowiązkach elfa, który w ostatniej chwili zrobił unik.
Siła bruneta zmieniła duży mebel w kilka żałośnie wyglądających kawałków, zaś wszystkie znajdujące się w pobliżu wazony, szklane i kryształowe naczynia, szyby oraz wykończenia w drobny proch. Z nosa władcy spłynęła strużka krwi, którą szybkim gestem starł - czując instynktowną niechęć do pokazania, jak bardzo dał się ponieść wściekłości i jak słabym go to czyniło.
Zacisnął dłonie w pięści, wbijając spojrzenie w jasną, zdobioną bogato posadzkę, próbując pohamować intensywne uczucia, krążące w nim chaotycznie. Miał problem z dostrzeżeniem czegoś przez mgłę wściekłości, utrudniającej skupienie się na realnej sytuacji, nie na emocjach i pragnieniach, które dekoncentrowały i żądały reakcji. Nie powinien stać w pięknym zamku, czekając na śmierć miłości swojego życia. Powinien działać, złapać tych, którzy ją porwali, a później sprawić, że pożałują swoich czynów. Powinien zmieść ich z powierzchni ziemi, tak samo jak zmiótł kryształowe zdobienia - odruchowo, bez namysłu i niepotrzebnych, narzuconych przez innych ograniczeń.
Gdyby była przy nim Vivien, wystarczyłaby jej dłoń na ramieniu małżonka, a on natychmiast by ucichł i opanował się. Odnalazł spokój i rozsądek, które były najistotniejsze w takiej sytuacji. Jego obowiązkiem było strzeżenie artefaktu, dopilnowanie dostatku swoich poddanych, nie poddawanie się chwilowym pragnieniom - niezależnie od tego, jak bardzo były one intensywne i kuszące.
- Ona już nie wróci - warknął przez zęby, wreszcie zachęcając elfa do oddalenia się z sali tronowej. 
Coś w nim szeptało kusząco, by dał się ponieść i chociaż częściowo wyładował swoją wściekłość - jak nie na porywaczach, to na nim. Ale nie mógł sobie pozwolić na taki czyn, niezmotywowany niczym sensownym, głupi i brutalny. Głowa jednego z rodów była jego poddanym - niezależnie od tego, jak bardzo problematycznym - a on miał za zadanie ich bronić, nie niszczyć.
Chociaż naprawdę bardzo chciał w tym momencie patrzeć na cudze cierpienie, dać upust własnemu.
Czuł się jak zwierzę zamknięte w klatce, niewielkiej, drażniącej, sprawiającej że miał ochotę wyjść z własnej skóry. Wszystko go aż swędziało - a już szczególnie zdobiony bogato klejnot na szyi, uniemożliwiający mu oddalenie się z pałacu, którego w tym momencie szczerze nienawidził.
Vivien.
Wciąż żyła - poczułby, gdyby odeszła - ale jak długo jeszcze? Ile czasu im zostało? Czy istniała jeszcze jakaś szansa, skoro sam stracił nadzieję?
Wyminął tron, zdjął powiewający za nim płaszcz i odgarnął nim szkło z parapetu przy dużym oknie. Stamtąd widok rozpościerał się nie na zielone lasy, a na miasto - miejsce, w którym najprawdopodobniej ukryto królową, jego żonę. Była tak blisko, że niemal czuł jej strach i zagubienie - a zarazem tak daleko. 
Ułożył materiał na oknie i usiadł na nim, wpatrując się w swoje królestwo, z beznadziejną potrzebą zrobienia czegoś - potrzebą, której nie mógł spełnić.
- Nie wpuszczaj już nikogo - polecił nieprzyjemnym, zachrypniętym tonem, świadczącym o tym, że jego pragnienie krwi wcale nie ucichło - chociaż można było przez chwilę odnieść takie wrażenie.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Pią Sty 19, 2018 1:31 am

Arman stał kilka kroków za królem i obserwował rozgrywający się dramat ze spokojem. W środku jednak emocje w nim wrzały i tylko siłą woli trzymał je szczelnie zamknięte. Nie odzywał się, choć mógł... mógł wesprzeć Naela swoim głosem, próbując przekonać króla, by zachował nadzieję. Mógł, ale tego nie zrobił, pozwalając władcy wyładować gniew. Obaj byli rozgoryczeni widmem nadchodzącej straty i obaj zdawali się kompletnie nie rozumieć siebie nawzajem. A przecież obaj cierpieli z tego samego powodu... Arman nie rozumiał tego do końca, choć bardziej chyba nie mógł pojąć bezsilności Daire. Przecież dopóki Vivien żyła, wciąż była nadzieja...
Kiedy król odwrócił się tyłem do jednego z radnych, mag posłał mu zatroskane spojrzenie, które dosłownie chwile później przerodziło się w zaskoczenie.
Arman uniósł dłonie i odsunął się kiedy powietrze wibrowało od magii. Zrobił to odruchowo, nawet nieszczególnie się zastanawiając. Wokół niego moc zawirowała świetlistym błękitem, przygotowana na to, by wyciszyć temperament króla, dla jego własnego dobra. Jednak Arman nie zdecydował się jej użyć. Jak nigdy wcześniej, uważał, że teraz Daire miał obowiązek dać upust swojemu gniewowi.
Mebel przeleciał przez pomieszczenie, a ojciec królowej cudem uniknął z nim zderzenia. Witraże trzasnęły i kolorową kaskadą spłynęły na posadzkę przy wtórze dźwięcznej muzyki tłuczonego szkła. Kruche naczynia, zdobne drobiazgi... wszystko rozprysnęło się w maleńkie, ostre kawałki, zupełnie jak nadzieje Alasdaira.
Arman powiódł wzrokiem po sali, by ostatecznie zatrzymać go na wzburzonym władcy. Niemal widział jak pęka mu serce, a choć sam czuł podobną bezsilność i ból, nie pozwolił sobie, by chociaż jedna łza frustracji spłynęła mu po policzku.
Wydawał się tak samo obojętny i spokojny jak zawsze.
Odczekał aż na polecenie władcy wszyscy opuszczą salę, a potem powoli skierował się ku ogromnemu oknu, które teraz straszyło wyszczerbionymi kłami zbitych witraży. Postać Daire wydała mu się okropnie słaba na tle panoramy miasta. Przygarbiony, bezsilny, ze strużką świeżej krwi spływającej mu po ustach... nigdy nie widział go w takim stanie, a widział wiele jego humorów na przestrzeni wielu, wielu lat.
Zbliżył się przy wtórze chrzęszczącego szkła i wyciągnął z poły paradnej szaty delikatną, jedwabną chustkę. Podał ją mężczyźnie i spojrzał na rozświetlone popołudniowym słońcem Stelleher. Było piękne, ale skąpane w czerwonym blasku zachodu przypominało mu raczej miejsce zbrodni... i w istocie, było nim, w pewien sposób.
- Lord Nael ma rację, nie wszystko jest stracone. - Zabrał głos, pierwszy raz odkąd wszedł do sali, a choć starał się brzmieć łagodnie, to ton i tak wygrywał wciąż te same, wyuczone nuty obrzydliwego spokoju. - Podejmę się tego. Wiem ile ona znaczy, nie tylko dla ciebie, ale dla całego królestwa. Dla mnie. - Spojrzał mu w twarz, a mimo, że wiedział, że nie będzie chciał go słuchać, kontynuował, unosząc dłoń, by gestem przerwać możliwe sprzeciwy. - Jestem najlepszy, najlepszy z tych, którymi w tym momencie dysponujesz. - Podkreślił. Nie brzmiał pysznie, nie było w nim dumy. Stwierdził fakt, który obaj doskonale znali. - Pozwól mi zająć się tym w twoim imieniu.
Splótł dłonie za plecami i powrócił spojrzeniem do widoku miasta. Nie spodziewał się niczego innego prócz odmowy, zapewne suto okraszonej gniewem, ale nie chciał bezczynnie siedzieć, kiedy Vivien była w rękach porywaczy. Oczywiście zdawał sobie sprawę z ryzyka, ale strata jego byłaby niczym w porównaniu do straty królowej, a on przysięgał, że odda za nich życie, jeśli zajdzie potrzeba, za nią i za Alasdaira. Za tego upartego kozła, który w jednej chwili gorał niszczycielskim płomieniem, a w drugiej był już ledwie ciepłym popiołem.
Teraz zdawał się jedynie iskierką, cholernie samotną i bezsilną w obliczu nadchodzących zmian. Arman miał obowiązek na nowo rozniecić z niej ogień nadziei i siły. I zrobi to, przodkowie mu świadkami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Pią Sty 19, 2018 6:05 pm

Krew na ustach - symbol tego, jak słaby i poddany emocjom był Alasdair. Nie potrafił zapanować ani nad swoją mocą, ani nad wściekłością, dawał się im ponieść, pokazując wszystkim jak bardzo nie nadawał się na władcę. Gdyby nie to, że był jedynym synem poprzedniego króla, na pewno nie zostałby wybrany na jego miejsce. Fakt, że potrafił zapanować nad swoim ludem, zarówno jego ludzką, jak i elficką częścią, coraz bardziej stawał się fikcją - i pozostawiał go jako osobę wyłącznie słynącą ze swojego temperamentu. Moment, w którym poddani przestaną mu ufać, gdy staną się posłuszni wyłącznie z obawy przed złością, będzie początkiem jego upadku. 
Zawodził siebie, swój lud, swoją Vivien - ale bez niej nie potrafił myśleć racjonalnie. Dzień, w którym zostali sobie poznani, był dla niego zbawieniem. Dał mu realną szansę na zostanie prawdziwym królem, nie tyranem - i wykorzystał ją bez cienia zawahania. Jego szczęście jednak musiało w pewnym momencie dobiec końca.
Zacisnął dłoń w pięść, słysząc słowa swojego nadwornego maga. Kolejnej osoby, która powinna go wspierać w trudnych decyzjach, gdy postępował wbrew sobie, stawiając cudze dobre ponad swoje. Czy to był dzień, w którym wszyscy zdecydowali się odwrócić od niego i - niezbyt subtelnie - skierować w stronę zagłady?
Czy może to on się mylił i powinien coś zrobić?
Czuł, jak kotłowało się w nim przerażenie, ból, złość i zagubienie. Wszystkie emocje, które nie były właściwe dla władcy. Powinien być skałą, zdecydowaną i stabilną, na której wesprzeć mógł się każdy wątpiący poddany. Tymczasem było zupełnie inaczej, to Alasdair potrzebował pomocy i pewności, wskazujących mu właściwą drogę.
Podniósł spojrzenie na swojego maga, nie potrafiąc wyartykułować żadnej z odpowiedzi, które cisnęły mu się na usta. Poruszał wargami bezgłośnie, walcząc z pragnieniem przytaknięcia, zachęcenia, zatwierdzenia tej jednej, całkiem racjonalnej prośby. Odmowa lordowi, który dał ponieść się własnym pragnieniom, była jednym - odrzucenie słów Armana za to... czymś kompletnie innym. Mężczyzna towarzyszył królu i królowej niemal cały czas, był niesamowicie inteligentnym i potężnym elfem, który kierował się wyłącznie chłodnym rozsądkiem. Jego propozycja nie mogła być umotywowana chwilą, wiązała się z precyzyjną analizą faktów, dostępnych środków i możliwości. Był gotów oddać za nich życie, jeśli pojawi się taka konieczność - i obaj dobrze o tym wiedzieli.
Dlatego tym bardziej Daire nie mógł się na to zgodzić.
Magia znów zakotłowała się dookoła niego, unosząc większość odłamków z sali tronowej w powietrze oraz brocząc chusteczkę większą ilością posoki. Brunet zacisnął mocniej dłonie, próbując bezskutecznie wyciszyć wściekłość, która ogarniała go za każdym razem, gdy uświadamiał sobie swoją bezsilność. Przeklęci ludzie, przeklęty kryształ, przeklęty zamek. Przeklęty on. Dlaczego zgodził się na ten spacer? Mógł kazać jej zostać w domu, wypełniłaby jego życzenie bez protestu. Wiedziała, że zależało mu tylko na jej bezpieczeństwie. Nie miałaby pretensji. Ale nie, nie mógł tego zrobić, nie mógł zamknąć jej w zamku na wieki. Widział, ile radości dawało Vivien spacerowanie po ich lasach, kontakt z naturą, ze zwykłymi poddanymi. Jak ktoś mógł chcieć skrzywdzić tak delikatną i czystą istotę, jaką była władczyni? Jak wypaczonym i pozbawionym uczuć śmieciem musiał być?
- Nie. - Wycedził z wysiłkiem, ledwo formując bolesny ryk w neutralnie brzmiące słowo. 
Wiedział, że Arman nie sprzeciwi się jego poleceniu - ale szczerze tego pragnął. Pierwszy raz w życiu chciał, by to nie jego słowo było ostatecznym i decydującym. Zazwyczaj uznawał, że wie najlepiej i jest jedyną właściwą osobą do podejmowania decyzji, które wpływały na życie setek, tysięcy, czy milionów - ale nie tym razem. Nie w sytuacji, gdy na szali było życie jego ukochanej. Ponad wszystko pragnął, by ktoś wziął na siebie ciężar, który był tylko na jego barkach i utrudniał normalne funkcjonowanie. Chciał działać, oddać życie w obronie swojej ukochanej, dać się ponieść mocy i zniszczyć każdą osobę, która pragnęła skrzywdzić Vivien - ale nie mógł tego zrobić, ponieważ jego najważniejszym obowiązkiem była ochrona artefaktu. Nie królowej, nie sensu jego życia, a ciężkiego, chłodnego kamienia, otoczonego metalowymi zdobieniami. Ciążył na jego szyi niczym obroża, wiążąca go z metaforycznymi czterema ścianami pałacu, którego nie mógł opuścić. 
Podniósł się gwałtownie, jednocześnie opuszczając na ziemię wszystkie podtrzymywane mocą szklane odłamki, które porozpryskiwały się po całej sali. Zignorował fakt, że dociśnięta do nosa chusteczka zaczęła robić się wilgotna od krwi, a pod nogami chrzęściły mu resztki dawnych zdobień. Zaczął krążyć po pomieszczeniu, próbując w jakiś sposób zmniejszyć wściekłość i... wstyd, które utrudniały mu pozbieranie myśli. 
Z każdym kolejnym okrążeniem przyspieszał kroku, przypominając wściekłe zwierzę zamknięte w klatce, gotowe do zaatakowania każdego, kto za bardzo by się do niego zbliżył - niezależnie od tego, czy chciałby przynieść ulgę w jego cierpieniu, czy podrażnić. Ból w piersi utrudniał mu oddychanie, czyniąc każdy wdech agonią. 
Król przystanął nagle, po przeciwnej stronie pomieszczenia niż Arman. Oparł się plecami o ścianę i zsunął na ziemię, czując jak do jego ciała zaczyna docierać zmęczenie od używania magii. Usiadł, zamykając oczy, świszcząc jeszcze boleśniej, dociskając dłoń do pulsującej od nieprzyjemnych wrażeń ukłuć piersi. 
- Posłałem za nią trójkę magów. Żaden nie wrócił - powiedział, a właściwie wycharczał, zgrzytając zębami z irytacją dla swojej głupoty. O dwójce Arman wiedział - od momentu porwania Vivien był przy władcy niemal cały czas, upewniając się, że ten nie zrobi czegoś nierozsądnego. A mimo to Alasdairowi udało się zrobić coś bez jego wiedzy. I to co takiego? Narazić na niebezpieczeństwo kolejnego poddanego. Łącznie stracili już piętnastu, podliczając dwie poszukiwawcze wyprawy oraz strażników towarzyszących jego żonie i mających jedno jedyne zadanie - upewnić się, że nic się jej nie stanie. Zadanie, z którego się nie wywiązali.
- Nie mogę pozwolić na więcej... Strat - szepnął, intensywniej rozmasowując pulsującą nieprzyjemnie pierś. - Na utratę też... ciebie. - Zamilkł na dłuższą chwilę, walcząc z brakiem tlenu i słabością, która go ogarnęła. Czuł, jak zsuwa się coraz bardziej, przechodząc z pozycji siedzącej do półleżącej, ale nie był w stanie tego powstrzymać. 
Gdyby w takim stanie ktoś go zaatakował... Nie miałby żadnych szans. Uniesienie dłoni do góry wydawało się ponad jego siły, a co dopiero obrona - dlatego potrzebował potężnego, nadwornego maga u swojego boku. Dlatego też potrzebował kojącej Vivien. Nie mógł tak po prostu słabnąć po napadzie furii i na kilka godzin być zdolnym wyłącznie do ciężkiego dyszenia.
- Arman - mruknął ponaglająco, nie wprost prosząc towarzysza o zbliżenie się i wsparcie. Z wysiłkiem rozchylił powieki i spojrzał na mężczyznę.
- Nie wiemy, jak udało im się ich złapać i nie zginąć od magii. To tylko ludzie, nie powinni byli dać sobie rady. Gdyby udało im się porwać też ciebie... Bylibyśmy bezbronni - powiedział cicho, na granicy słyszalności. 
JA byłbym bezbronny - pomyślał, ale nie powiedział tego na głos, bo było to zbyt oczywiste. Mogły mu się sprzeciwić tylko dwie osoby, tylko z ich opinią się liczył i tylko oni mogli na niego wpłynąć. Wyładowanie wściekłości na nich było nie tylko bezsensowne, ale i głupie. Nie mógł pozwolić na utratę ich obojga - nie tylko ze względu na swoje egoistyczne pobudki, ale przede wszystkim dla dobra reszty poddanych. Niezależnie od tego, jak bardzo wierzył w potęgę Armana, chociaż był niemal pewien, że jego wieloletni przyjaciel by sobie poradził. Niemal - a to było za mało, by mógł pozwolić na tak ryzykowne przedsięwzięcie.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Pią Sty 19, 2018 10:25 pm

Magia króla na nowo rozedrgała powietrze unosząc smutne odłamki ku górze. Światło złapane w soczewki barwnych szkiełek rozświetliło część komnaty tańczącymi refleksami. Niszczycielska siła Daire miała swoje ulotne, niebezpieczne piękno i jak nigdy tak wyraźnie, właśnie teraz Arman je dostrzegł. Odbity blask zachodzącego słońca rozpalił oczy władcy, uwypuklił jego cierpienie, sprawiając, że mag zachwycił się pięknem tej chwili. Irracjonalnie. Nie powinien myśleć o tym teraz. Powinien zatrzymać władcę zanim będzie za późno. Zanim król zabije siebie, albo skrzywdzi jego.
"Nie"
Niczego innego się nie spodziewał.
Westchnął. Chłodny błękit otulił sylwetkę Armana falując miękko w rytm spokojnego oddechu. Szare oczy zyskały nowy, zimny poblask magii. Wyciągnął dłoń, ale zawahał się i nim zdążył dotknąć nią czoła króla, ten poderwał się gwałtownie niczym rozjuszona bestia i począł wydeptywać ścieżkę wśród szkła.
Być może Arman wydawał się ostoją spokoju w porównaniu do niego, bezpieczną przystanią na szalejącym morzu nieszczęść, ale teraz sam z trudem nad sobą panował. To dlatego zawahał się wcześniej, to dlatego nie zdążył teraz.
Skup się! Warknął na siebie w myślach, usilnie próbując przywołać się do porządku. Skup się, to nie czas na użalanie się nad sobą.
Odetchnął głęboko, uspokajając rozszalałe drobinki błękitu, zmuszając je do posłuszeństwa. Magia usłuchała, ponownie niczym fale przyboju rozkołysała się równo z oddechem.
Arman natomiast spojrzał na Alasdaira tym samym chłodnym spojrzeniem, jakim miał w zwyczaju darzyć go, gdy ten robił coś skrajnie głupiego. Gdzieś za chłodem jednak, czaiło się współczucie i zrozumienie.
- Musisz przestać. Zrobisz sobie krzywdę. - Ostrzegł, może trochę ostrzej niż zamierzał. Ze Zmarszczonymi brwiami i wykrzywionymi w grymasie smutku ustami wyglądał na zirytowanego. Naprawdę niewiele rzeczy było w stanie wytrącić go z równowagi, ale Daire robił to z przerażająca łatwością.
- Musisz przestać. - powtórzył nieco delikatniej i ciszej, widząc jak mężczyzna z trudem łapie oddech. - Już dość... - Ruszył za nim zdecydowanym krokiem.
Gdy ten osunął się po ścianie i zbolałym szeptem starał się usprawiedliwiać, Arman bez słowa uklęknął obok. Wysłuchał słabnącego szeptu i zacisnął szczęki w bezsilności. Słowa bardzo go zabolały... wolałby żeby poświecił go dla Vivien, wtedy byłoby mu łatwiej.
- Nie stracisz ani jej, ani mnie. - Zapewnił miękko. To wystarczyło, nie musiał mówić nic więcej, bo gorąco wierzył w prawdziwość swoich słów. Dla niego, nie dla siebie.
Zarzucił jego ramię na swój kark, a własne przedramiona wsunął pod jego ciało. Moc objęła ramiona maga i pozwoliła mu z łatwością unieść ciężar króla.
- Musisz odpocząć. - Szepnął, przycisnąwszy usta do jego czoła. Nie musiał tego robić, ale w desperackim akcie egoizmu chciał tym gestem uspokoić nie tylko jego, ale i siebie. - Śpij...
Impuls magii objął jaźń Alasdaira nimbem kojącej ciemności.

Potężne, dwuskrzydłowe drzwi rozchyliły się, posłuszne woli maga. Arman wyszedł z sali tronowej pełen swojego zwyczajowego spokoju i dostojności, jakby wcale nie miał w ramionach zakrwawionego władcy Taraemel, a za plecami istnego pobojowiska.
Nie zwalniając kroku, odezwał się do strażników.
- Przyślijcie kilu stworzycieli, niech posprzątają ten bałagan.
Potem spokojnie przemierzał korytarze z wbitym przed siebie wzrokiem, obojętny na zaskoczone spojrzenia służby i mieszkańców pałacu. Był boleśnie świadom ciężaru spoczywającego na jego barkach. Czekała go ogromna próba i nie wiedział czy jej podoła. Jeszcze nie podjął decyzji czy sprzeciwić się rozkazowi króla, na razie musiał zaopiekować się jego osobą, bo inaczej całe królestwo będzie stracone.
Bogowie, nigdy nie sądził, że przyjdzie mu dźwigać tak wielki ciężar.

Dotarłszy do królewskich komnat, posłał po świeżą wodę i jałowe sukno. Daire ułożył na łóżku, łagodnie, jakby był najdelikatniejszym i najcenniejszym klejnotem, którym... w istocie był. Dla królestwa, dla wielu dworzan, dla poddanych, ale i... dla niego. Dlatego właśnie ta sytuacja była dla Armana trudniejsza niż na pozór wyglądała. Widok cierpienia króla, jego bezsilności i gniewu... rozdzierał mu serce, zostawiał na nim kolejne długo gojące się rany. Mag przywykł już wprawdzie do nieustającego bólu, bo ten towarzyszył mu od ponad wieku. Zdążył go więc pokochać, niemal tak mocno jak Daire kochał Vivien. Cierpienie to przypominało mu o jego własnej ułomności, o tym, jak bardzo był żałosny i głupi, ale pchało go też do działania. To cierpienie trzymało go przy życiu. Dla niego miłość... stała się cierpieniem.
Kochał w swoim życiu wielorako, ale tylko jedną osobę kochał w taki sposób o jakim piszą ballady.
Kochał Alasdaira.
Oczywiście kochał również rodzinę, przyjaciół, na swój sposób kochał też Vivien, ale nikogo w taki sposób jak jego. Nigdy.
Miłość swojej miłości darzył wielką sympatią. Była wspaniałą kobietą, pełną współczucia, ciepła i oddania... Zazdrościł jej wszystkiego. Ekspresji, radości i oczywiście bliskości dzielonej z królem... Miała wszystko, czego on nigdy mieć nie będzie, ale nauczył się czerpać radość z ich szczęścia. A teraz... stracił wypracowywaną latami stabilizację i był o krok od stracenia wszystkiego.
Zamoczył sukno w świeżej wodzie i przysiadł na brzegu łóżka. Delikatnymi, metodycznymi ruchami ścierał krew z twarzy króla, pozwalając sobie na pełnię cierpienia, teraz, kiedy nikt nie mógł dostrzec jego bólu. Bezsilna złość wykrzywiła jego oblicze, z gardła wyrywając suchy szloch. Zacisnął dłoń na materiale tak mocno, że czuł jak paznokcie przebijają go i sięgają wnętrza dłoni. Trwał tak kilka chwil poddając się emocjom, pozwalając by werżnęły się w serce, bo tylko wtedy mógł rozpocząć żmudny proces akceptacji.
Był egoistą, bo najbardziej bał się nie tyle samej śmierci Vivien, co cierpienia jej męża. Czuł, że nie zniesie chwili, w której Daire stanie się cieniem siebie samego. Już teraz umierał dla świata, a przecież... Arman był jego częścią. Może niewielką, może nieważną, ale bardzo bliską władcy.
Kiedy woda w misie zabarwiła się szkarłatem, a twarz Daire stała się na powrót nieskazitelnie czysta, Arman w końcu wstał. Czuł się pusty i samotny jak nigdy dotąd, ale to było po stokroć lepsze od ciągłego cierpienia i w przewrotny sposób pomogło mu wrócić na tor racjonalności.
Za oknem niebo przybrało barwę purpury i łagodnie przechodziło w fiolet wieczoru. Było spokojne, odległe i ciche zupełnie obojętne na rozgrywający się w dole dramat.
Mag kazał przynieść sobie wina, a gdy spełniono jego prośbę usiadł na parapecie z kielichem w dłoni i czekał, patrząc na powoli zapadający zmierzch. Nie powinien pić, ale dzisiaj jak nigdy, czuł, że to przyniesie ukojenie. I przyniosło, odrętwienie oraz niepotrzebną obojętność.
Wsparty ramieniem o chłodne szkło z twarzą ściągniętą melancholią, trwał niemal w bezruchu, cichy, nieobecny, odległy jak wieczorne niebo, i pusty, jak trzymany w dłoni kielich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sob Sty 27, 2018 2:21 am

Vivien była dla władcy elfów... Niemal wszystkim. Jednym z najważniejszych aspektów jego życia, jednocześnie utrzymującym go przy zdrowych zmysłach i nadającym sens wielu czynnościom, które normalnie byłyby dla niego nieistotnymi. Nie chciał wyobrażać sobie własnej egzystencji bez niej - tratwy, na której mógł się utrzymać nad powierzchnią oceanu niepoukładanych, chaotycznych i intensywnych emocji, które tylko czekały, bo go pochłonąć - i zabić.
Nie wiedział, skąd się wziął jego temperament. Nie był typowy dla elfa, to raz, ale dwa, że w ogóle był zbyt potężny. Mógł go zabić i wszyscy dobrze o tym wiedzieli. Był jak tykająca bomba, dookoła której wszyscy powinni przemieszczać się na palcach, z najwyższą ostrożnością, by przypadkiem nie spowodować wybuchu. Nie lubił tego. Chciał żyć w prawdziwym świecie, a nie sztucznie stworzonym, po to by na pewno nie umarł. Był władcą, powinien być bardziej świadom realności rzeczywistości niż ktokolwiek inny. Musiał podejmować decyzje i wiedzieć o ich konsekwencjach, odpowiednio przeliczać wady i zalety wszystkich posunięć, jakie mógł - i zamierzał - podjąć. Nieprawdziwe życie, stworzone tylko dla spokoju jego ducha, nie było mu w smak.
Dlatego potrzebował swojej żony i swojego maga. Gdyby nie ich dwójka, nie przeżyłby tak długo - a już na pewno, nie byłby tak dobrym królem. Był świadom wszystkich swoich wad i obowiązków, których jako król nie mógł się wyprzeć. Musiał być najlepszy, a każdy przejaw słabości był dla niego znacznie większym ciosem, niż dla przeciętnego nieśmiertelnego (bądź ludzkiego) poddanego.
Świadomość, że miał stracić Vivien... Była czymś strasznym. Czymś, co zabijało go od środka, pozbawiało zdolności rozumowania wykraczających poza ból i śmierć. Chciał jej szczęścia, był gotów zrobić dla niej wszystko, ale przede wszystkim potrzebował jej. Bez niej nic nie miało sensu. Bez niej nie miał szansy odnaleźć się w świecie, w którym zdecydowanie zbyt często dawał się ponieść emocjom. Bez niej...
Bez niej zmuszony był spędzić resztę swojego życia śpiąc pod czarem Armana bądź w cierpieniu. 
Kochał ją i był gotów zrobić dla niej wszystko - ale nie wszystko mógł zrobić. Gdyby wszystko zależało wyłącznie od jego woli, posłałby nawet dzieci do poszukiwań swojej ukochanej. Oddałby magiczny artefakt porywaczom. Oddał im władzę. Zrobił wszystko.
Ale nie mógł.
Napływ nieświadomości przyjął z ulgą, podobnie jak bliskość maga. Wiedział, że Arman się nim zajmie. Chociaż przez chwilę nie musiał być królem, nie musiał mieć nad niczym kontroli, mógł odlecieć i zdać się na kogoś innego.
Co by zrobił, gdyby stracił też jego...? 

Daire regenerował się powoli, nieświadom wszystkich trosk, jakich przysporzył swojemu przyjacielowi. Nie docierały do niego żadne bodźce z zewnątrz - ani fragmenty rozmów, ani płacz, ani nawet kontakt z pościelą czy chłodną szmatką. Był kompletnie bezbronny, na łasce tego, kto akurat był w pobliżu - i na szczęście był to tylko jego nadworny mag. W takim stanie każdy mógł mu coś zrobić. Skrzywdzić, zabić, wykorzystać, okraść, przewieźć gdzieś daleko... A on nie miał na to żadnego wpływu. Nawet jego magia, jego życiowa energia, powoli odradzająca się i wypełniająca jego ciało, nie mogła go ochronić. Nie wtedy, gdy był nieprzytomny.
Ale ufał Armanowi jak nikomu innemu. Wiedział, że mężczyzna oddałby w jego obronie życie i nigdy, za żadną cenę, by go nie zdradził. Wiedział to z różnych źródeł - świadomie, podświadomie, z ust Vivien... I z powodu innych czynników, nad którymi wolał się zbyt długo nie zastanawiać. Prowadziły one do niebezpiecznych rejonów, pytań na które nie miał żadnych odpowiedzi, wreszcie konsekwencji, z którymi nie potrafił sobie poradzić. Wiedział, że pewnego dnia będzie musiał się z nimi zmierzyć, zaakceptować i podjąć jakieś decyzje, ale odwlekał ten moment tak długo, że już niemal nie był świadom nietypowej sytuacji, w jakiej się znalazł. Obdarzony miłością dwójki najbliższych mu osób, bez których nigdy nie osiągnąłby tego, co miał. Arman mógł się nie doceniać, ale elficki król wiedział lepiej - znał zarówno siebie, jak i jego bardzo dobrze. Cenił swojego maga znacznie bardziej, niż ten mógł przypuszczać.

Alasdair stracił nadzieję na odzyskanie swojej królowej znacznie wcześniej niż jego przyjaciel - pomimo, że to jemu bardziej na niej zależało. On był świadom sytuacji i własnej bezsilności w obliczu wydarzeń, na które musiał pozostać obojętnym, pomimo że łamały mu serce. Jednak to, że posiadał świadomość nieuchronności pewnych wydarzeń, nie czyniło go na nie bardziej odpornym. Podczas gdy mag cierpiał w milczeniu, a władca spał pod wpływem magii, królowa straciła życie, wypełniając ich najgorsze obawy. W jednej, krótkie chwili, piękna i niewinna istota o spiczastych uszach zakończyła swoją posługę, zniknęła z powierzchni ziemi, pozostawiając królestwo zdane na łaskę oszalałego z bólu władcy i niebezpiecznego odłamu ludzkiej społeczności, domagającego się zrównania nieśmiertelnych ze śmiertelnymi.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, jej obecność rozpłynęła się, posyłając strumień magii do świata - a zarazem bólu, który wybudził Daire, przedzierając się przez jego pierś i uniemożliwiając nabranie kolejnego, spokojnego oddechu. Zamiast spokojnie regenerować się do wschodu słońca, otworzył oczy i przeciągle zawył, posyłając strumień magii we wszystkie kierunki - trzaskając bezlitośnie wszystko, co znalazła na swojej drodze. Szkło, drewno, marmur, materiał - dla mocy wypełnionej bólem utraty drugiej połówki było to całkowicie obojętne. Zmieniała kolejne fragmenty pomieszczenia w strzępy i proch, niszcząc z okrutną starannością, szybko zmierzając ku ścianom i pozostałemu w pomieszczeniu magowi.
Pierwszy zaatakował władcę ból i smutek, poczucie utraty czegoś dlań cennego - ale zaraz za nimi podążały złość, bezsilność i pragnienie zemsty. Wszystkie intensywne, potężne emocje, nad którymi król nie potrafił - ani zapewne nie chciał - zapanować. Niszczyły kolejne pomieszczenie, wdzierając się w ściany z zamiarem dotarcia dalej, zapewne aż do morderców królowej - podczas gdy sam Alasdair tkwił skulony w bólu na łóżku, z dłońmi dociśniętymi do uszu i piersi, chowając głowę w materacu, przeciągle i żałośnie wyjąc, dając upust kompletnie nieracjonalnej części siebie, cierpiącej z powodu niewyobrażalnie olbrzymiej straty.
Znajdował się daleko poza przytomnością, wciąż w pewnej części pod wpływem magii Armana, jednocześnie zbyt skupiony na swoim bólu, by zrozumieć cokolwiek, co się dookoła niego działo. Nie potrafił uformować ani jednej, konkretnej i racjonalnej myśli - nawet takiej, która związana była z Vivien. Jedyne, co było w tym momencie ważne, to straszne, obezwładniające cierpienie, pozostawiające go poza granicami zdrowego rozsądku, rzeczywistości, zrozumienia dla własnej sytuacji.
Wiedział tylko jedno - że coś stracił.
Nie poczuł krwi, tryskającej najpierw z jego nosa, a potem uszu - nie zauważył że jego dłonie wbiły się w jego ciało tak mocno, że paznokcie przebiły skórę, a palce pozostawiły ślady, szybko przybierające siną barwę. Nie usłyszał trzasku kilku zębów, które nie wytrzymały napięcia - ani tym bardziej nie dostrzegł chaosu, jaki rozgrywał się dookoła niego. Nie zauważył też momentu, w którym ucichł, tracąc głos.
Liczyła się tylko jedna rzecz, zabijająca go od środka, wspomagana magią biegnącą od kryształu znajdującego się na jego szyi.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Nie Sty 28, 2018 3:30 pm

Ukołysał go spokój wieczoru, wypite wino i zmęczenie. Jego oddech wyrównał się, głowa bezwładnie osunęła w dół. Spał snem niespokojnym, wypełnionym podświadomymi obawami. Jednak w najgorszym koszmarze nie dostrzegał tego, co rozegrała rzeczywistość.
Nieludzki wrzask wyrwał go z ramion snu i wepchnął w sam środek koszmaru na jawie.
Tylko dzięki własnej potędze i wieloletnim praktykom zdołał rozbudzić w sobie moc, ukształtować ją na tyle, by niszczycielska energia króla nie zmiotła go z powierzchni ziemi. Nie był jednak wystarczająco szybki, by uchronić się przed nią zupełnie. Krzyk rozdzieranego materiału jego szat splótł się w agonalnej pieśni razem z dźwiękiem umierających mebli, ścian i przerażonych strażników, którzy zaalarmowani wpadli do sali. Skóra Armana pękła w kilku miejscach plamiąc materiał, zalewając mu oczy krwią. Jego jęk również związał się z symfonią zniszczenia, ale ucichł, kiedy otoczyła go chłodna łuna błękitnego światła. Pędzący szkarłat zalewający pokój, kruszący ściany, niszczycielski, nieokiełznany... omywał błękit jak wody rzeki niewzruszony kamień.
Arman ruszył ku rozszarpanemu łożu, z trudem przeciwstawiając się potędze króla.
- NIECH NIKT SIĘ NIE ZBLIŻA! - Ryknął. Jego głos magicznym echem poniósł się po zamku, a nawet dalej, wśród odległych, uśpionych domów mieszczan. Tylko tyle mógł teraz zrobić. Dla kilku strażników było już za późno.
Opadł na kolana wśród odłamków mebla, obejmując zwinięte ciało Alasdaira.
Ostrożnie, na tyle na ile pozwalał mu niebłaganie uciekający czas, dotknął jaźni władcy. Uderzył w niego chaos uczuć, agonia duszy, cierpienie tak silne, że z trudem opanował własne emocje, które niczym ogień podsycany oliwą, chciały wybuchnąć  i niszczyć, wtórując Daire. Nie był uzdrowicielem, nie znał tajników ludzkiego ciała czy psychiki tak dobrze jak oni, nie mógł więc odciąć jego świadomości, ale mógł spróbować innej metody. Musiał spróbować. Zrobić cokolwiek, by to zatrzymać zanim król zabije siebie i część swoich poddanych.
Rytuał Jedności - połączenie dusz.
Pogrążonego w rozpaczy, rozszalałego Alasdaira w jednej chwili otoczył spokój. Spokój tak wielki, kontrastujący z chaosem doznań, że niemal nierealny. Spokój bezbrzeżny, będący czymś, czego nigdy nie osiągnie.
Arman Był świadom jak wielką cenę może zapłacić za tak brawurową decyzję. Wkraczanie w cudzą jaźń, dotykanie duszy, było zabraniane i karane. Nie na darmo. Wymagało ogromnych nakładów energii, a gdy się udało, magowie zdani byli na swoja łaskę. Z łatwością bowiem, mogli zniszczyć cudzy potencjał, iskierkę wieczności, która określała ich dużo bardziej niż ciało, imię czy ród. Mogli zniszczyć ją, wymazać z kart historii i uniemożliwić powrót do Artefaktu. Mogli zabić duszę.
Ale Arman był ostrożny i sięgnął do Alasdaira tylko po to, by wyszarpnąć go z chaosu uczuć. Nie wkraczał w jego przestrzeń, nawet więcej, nie sprawił, że spotkali się w połowie. Przekraczając ostatnią linię zaufania, powierzył swoje istnienie jego osądom. Był zdany na łaskę, kompletnie odkryty, szczery, bo tutaj kłamstwo nie miało prawa bytu. Przywołał króla do świątyni swoich myśli, do serca swojego istnienia.
Daire pozostawił za sobą niszczycielskie emocje, bo te, które teraz czuł, należały do Armana. Jego własne były ledwie echem, odległym wspomnieniem. Miał ich świadomość, ale to on teraz władał nimi, a nie odwrotnie.
Otulał go miękki błękit bezkresu. Jasny, kojący, znajomy. Słyszał echo bólu, gniewu i frustracji; czuł powoli rosnący spokój, zmęczenie i troskę. Miał przebłyski wspomnień, mógł posmakować goryczy jednostronnej miłości, zagłuszyć go złudną słodyczą żądzy i skrzywić się od kwaśnego smaku rozczarowań. Mógł poczuć i zrozumieć wszystko, oddanie, pasję, niechęć. Jednak ponad tym górowało opanowanie, chłodne i stałe jak głaz.  
- Nie musisz się bać. Jesteś bezpieczny. - Głos był wszędzie i nigdzie, łagodny, ciepły, pełny troski i zrozumienia. - Nie powinienem tego robić, ale nie miałem wyboru... Dlatego proszę... - Barwa strachu przyćmiła na chwilę wszystkie kolory uczuć. - Bądź ostrożny. Nie chcę umierać.
Arman również pierwszy raz tego doświadczył. Nie sądził, że w ogóle jest w stanie zrobić coś tak niebezpiecznego, ale dział instynktownie, kierowany pragnieniem ukojenia wszystkich cierpień i całego bólu. Kiedy mu się udało, kiedy znalazł się poza granicami realnego postrzegania świata sprawiając, że jego własne jestestwo stało się światem, był oszołomiony. Zajrzenie w czyjąś duszę było doświadczeniem niesamowitym, ale zagłębienie się we własną było niczym objawienie. Rozsypane elementy różnych uczuć powróciły na swoje miejsce układając się w barwną, piękną mozaikę. A pośrodku niej, jaskrawą czerwienią pulsowała część jaźni Daire, był zarazem niebezpiecznym intruzem i długo wyczekiwanym gościem.
- Alasdairze, mój królu... Rozumiem twój ból. Czuję go. - Odezwał się ponownie, nie mniej łagodnie niż przedtem. - Ale twoja moc skrzywdziła niewinnych, prawie zburzyła część zamku. Niemal zabiła ciebie i mnie. Wiem jak wielkie jest twoje cierpienie, ale musisz je opanować, inaczej wszyscy będziemy zgubieni. Królestwo, tyle niewinnych istot... ja... Musisz przejść ponad tym. Pomogę ci. Nie musisz się śpieszyć, ochronię cię przed światem i przed tobą samym...
Tkliwość zagrała piękną melodię, ale zakończyła fałszywą nutą smutku i obawy.
- Proszę... - Błagalna nuta, coś co nigdy nie dźwięczało w głosie Armana teraz rozedrgało błękit i przesłoniło inne uczucia. - Proszę... Nie umieraj wraz z nią.

Wszystko ucichło. Chrobot kruszonych kamieni, chrzęst pękających kości i trzask drewna. Dwie sylwetki leżały wśród rozszarpanych mebli, nieruchome, nieświadome, ale spokojne. Ich poranione oblicza nie wykrzywiał ani smutek, ani gniew. Trwali w łagodnej ciszy, przyjemnej jak wyczekiwany po sztormie sztil, a wokół nich łagodnie falował połyskliwy fiolet - barwa zjednoczenia ich dusz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Czw Lut 01, 2018 1:52 am

W jednej chwili jego jestestwo z pulsującego cierpieniem i szaleństwem zmieniło się w chłodne i opanowane. Szok uderzył w Alasdaira, metaforycznie zbijając go z nóg. Wciąż był nieprzytomny, pod wpływem czaru usypiającego i regenerującego, nieświadom tego, co działo się wokół niego. Jego umysł i moc zareagowały instynktownie na powrót znajomej magii i jednoczesne poczucie utraty czegoś bardzo, bardzo ważnego. Władca nie był świadom swojej sytuacji ani tego, co konkretnie spowodowało gwałtowny ból, który opanował jego ciało i umysł - ale i tak podjął działania mające na celu zmniejszenie tego uczucia. Zniszczenie. Zemstę.
Jego zamiarem nigdy jednak nie było skrzywdzenie Armana. Nigdy nie było. Magia wybuchała sama, nie pytając go o opinię, nie dając się ukierunkować, osłabiając właściciela i burząc to, co znalazła na swojej drodze. Potężny mag bojowy u boku króla elfów był niemal niezbędny - żaden inny by przy nim nie przetrwał, a zarazem nie podołałby w uspokojeniu go. Łącząca go z Agrathinem więź była wyjątkowa i niezbędna, była niczym jeden z kilku filarów, które utrzymywały całe Królestwo Taraemel.
Tego dnia jeden z nich został zniszczony - i gdyby nie szybka reakcja przyjaciela władcy, w ciągu kilku chwil ta równowaga zostałaby zachwiana do tego stopnia, że wszystko by runęło jak z domek z kart, pozostawiając tylko dwie skłócone ze sobą rasy w kompletnym chaosie. Może właśnie to było celem porywaczy, a nie zdobycie klejnotu elfów?
Tak czy inaczej, nadworny mag opanował kryzys sprawnie, umiejscawiając swojego króla w najspokojniejszym i najbezpieczniejszym miejscu, jakie mógł na tym świecie znaleźć. Daire nigdy wcześniej nie znalazł się tak blisko absolutnej równowagi. Gdyby panował nad swoim ciałem, zapewne zamknąłby oczy z przyjemności, nieoczekiwanej i nigdy nie spodziewanej ulgi.
- Nigdy bym cię nie skrzywdził - zapewnił natychmiast, niemal odruchowo, nie potrafiąc przejść obojętnie ponad obawą osoby, która nagle znalazła się tak blisko niego. Tak blisko jak... Nigdy wcześniej. Jak nikt, nigdy wcześniej.
Połączenie Dusz był bardzo niebezpieczne i bardzo zakazane, ale zdarzało się. Daire, jako władca elfów, był tego świadom i w swoim życiu zdarzyło mu się zetknąć z osobami, które złamały jedno z praw chroniących jego lud. Jednym jednak było zespolenie się z wybraną starannie osobą, a drugim z... Niestabilnym emocjonalnie, noszącym kryształ mocy, dogłębnie zranionym królem. Nikt o zdrowych zmysłach by się tego nie podjął.
Nikt, oprócz Armana.
Alasdair, oddalony od swoich emocji i ich przyczyn, reagował jeszcze spontaniczniej, niż w tym "realnym" świecie. W tym momencie nie był skupiony na sobie i swoich odczuciach, tak odległych, że niemal nieprawdziwych, ale na nowości. Na swoim przyjacielu, który zdecydował się mu zaufać i pokazać siebie. Powód był nieistotny - najważniejsza była sama sytuacja. Władca elfów nie był zły ani zraniony, a jedynie odrobinę zbity z tropu i... wdzięczny. Za tak wielkie zaufanie, którym został obdarzony, mimo że nigdy nie zdecydowałby się o nie poprosić.
Otaczający go spokój był niczym ciepła i miękka kołdra, pozwalający się zatopić, rozluźnić i zapomnieć o rzeczach bardziej nieprzyjemnych, które chciały wyjść na pierwszy plan, ale były zbyt daleko, by zdobyć uwagę Daire. Dla niego liczyły się tylko emocje osoby, która go do siebie wpuściła. Opanowanie, tak, oczywiście, ale przez nie przedzierały się też inne, intensywne, głębokie, upajające swoją potęgą i głębią. Smutek. Żal. Radość. Zazdrość. Troska. Strach. Ból. Cały bukiet, zróżnicowany i fascynujący, tak odmienny od jego własnego. Arman nie był atakowany przez swoje uczucia - one po prostu pojawiały się, przypływały i odpływały, w falach, które odpowiednio je układały. U jego przyjaciela zawsze było inaczej - coś gwałtownie, bez ostrzeżenia, rzucało się na niego i atakowało, w stadzie, próbując rozerwać ofiarę, zabrać dla siebie największy kąsek. Emocji było za dużo, były zbyt silne i niepoukładane, by ktokolwiek potrafił nad nimi sensownie zapanować.
Elf skupił się na słowach, które nagle rozległy się... Gdzieś... I też go otoczyły, towarzysząc spokojowi.
Król w pierwszej chwili nie zrozumiał ich znaczenia. Dopiero po kilku... sekundach? Minutach? Godzinach?... Czas w tym miejscu był tak bardzo względny... dotarły do niego ukryte znaczenia.
- Z... nią? Czy coś... Przydarzyło się Vivien? - spytał, próbując jednocześnie odnaleźć w sobie przesłanki potwierdzające to nieprzyjemne podejrzenie. Natychmiast powrócił ból, niczym znajomy przyjaciel, gotów od razu potwierdzić, że tak, stało się coś złego. Alasdair potrzebował czasu, by odnaleźć pośród swoich emocji, oddalonych od niego dzięki tak intymnemu kontaktowi z Armanem. W końcu jednak prawda musiała do niego dotrzeć.
Czerwień zapulsowała, skonfundowana i cierpiąca.
- Dlaczego...? Co ja bez niej uczynię...? - słowa wypełnione zagubieniem i strachem same odnalazły drogę. W tym momencie nie było pomiędzy elfami żadnej intymności, żadnej bariery - oprócz tej, którą narzucał nadworny mag. To on kontrolował wszystko, to od niego zależała siła ich więzi i skupienie się na pojedynczych, jednostkowych emocjach. To on narzucał to, ile współdzielili, a ile było ich prywatnymi wrażeniami, pozostającymi ukrytymi przed drugim.
Władca, nawet gdyby chciał, nie potrafiłby w żaden sposób wpłynąć na magiczną więź. Był słaby, wyczerpany i cierpiący. Każde wykorzystanie magii mogło grozić śmiercią - dla niego lub dla jego przyjaciela. Nie mógł sobie pozwolić na tak duże ryzyko.
Nigdy świadomie by nie skrzywdził Armana. Owszem, przymykał oko - oboje oczu - na uczucie, jakim obdarzył go mag, podobnie jak niejednokrotnie ranił go swoimi niespodziewanymi wybuchami mocy lub wściekłości - ale nigdy, przenigdy, nie uczynił czegoś z premedytacją, po to by zadać ból jednej z dwójki najważniejszych dla niego osób.
- Nie poradzę sobie... - Ogarnęło go przygnębienie i rezygnacja. - Nie opanuję się do tego stopnia. Nie na długo. W końcu któryś z nas zginie i wszystko się skończy.
Oddalony od swoich emocji, otoczony tymi należącymi do przyjaciela, spoglądał na wszystko inaczej - trochę tak, jakby obserwował siebie jego oczami. Chłodno kalkulował swoje szanse przeżycia i zapanowania nad własnymi emocjami, własną magią, rozbuchaną i gotową dać się ponieść. Widział ją lepiej niż kiedykolwiek, czuł każdy jej skrawek, ale przez to był tylko boleśniej świadom tego, jak bardzo odmiennym i niepodległym mu bytem była.
Wiedział, że Arman też mógł to zobaczyć. Po raz pierwszy mógł spojrzeć na swojego króla tak, by zobaczyć go naprawdę - i nieważnym było, że znał go tak długo i że Daire nie miał przed nim tajemnic. Takie połączenie musiało mu go ukazać w zupełnie innym świetle. Nadać szarości jego barwom.
- Przepraszam. Nigdy nie chciałem, byśmy znaleźli się w takiej sytuacji. Powinienem był do niej nie doprowadzić. To był mój obowiązek, a ja zawiodłem.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sob Lut 03, 2018 12:50 am

Arman wbrew temu, co sądził o tym król, nawet bez połączenia dusz miał świadomość jego zagubienia, jego słabości. Teraz po prostu wszystkie przypuszczenia podparły fakty. Mag chciałby się mylić co do siły i gwałtowności magii oraz emocji władcy, ale niestety. Nie mylił się. Alasdair był nieokiełznaną, gwałtowną pożogą, której śmiertelne ciało nie potrafiło zatrzymać.
Czuł wszystkie jego emocje. Byli połączeni w sposób mistyczny, niemożliwy do osiągnięcia dla zwykłych ludzi czy elfów. A jednak dopiero jasno wyrażone, skoncentrowane w słowach uczucia dotykały go najmocniej.
"Dlaczego...? Co ja bez niej uczynię...?"
Mówiąc to, sprawił Armanowi ból. I choć tak bardzo nie chciał teraz dzielić go z nim, ten wypełnił po brzegi jego jaźń dotykając żywej czerwieni Daire mocno i wyraźnie. Potem duszą maga szarpnęła bezsilność i bezbrzeżny smutek, ale na samym końcu nieśmiałe nuty zagrała nadzieja.
Król miał jeszcze jego, i nawet jeśli tego nie dostrzegał, Arman przysiągł sobie, że nie pozwoli, by radził sobie ze wszystkim sam. Dopóki oddychał, zawsze będzie przy jego boku.
- Nie zawiniłeś. - Słowa zabarwiła pewność, ale kolejne poraziły żalem i zazdrością, których nie potrafiła przyćmić wciąż obecna łagodność troski. - Kochałeś ją. Była dla ciebie całym światem, a gdy świat runął ci na głowę odruchem była chęć zemsty. Rozumiem... - Smutek przyćmił na chwilę wszystkie uczucia, ale gdy Arman znów się odezwał, mozaika wypełniła się pięknym kontrastem niewinnego wstydu wyznania i żarliwości pragnień.
- Doskonale rozumiem twój ból, bo... jestem o krok od takiej samej rozpaczy. Jeśli umrzesz, skarzesz mnie na to samo cierpienie. Proszę... Nie jestem nią, ale uczynię wszystko... znajdę sposób. Znajdę sposób! Proszę, pozwól mi...
Arman czuł się tak, jakby właśnie wydzierał sobie serce z piersi. Nigdy, przenigdy nie był wobec Alasdaira tak szczery. Duma i obawy mu na to nie pozwalały, ale teraz... nie było barier. Uczucia kształtowały słowa, a te brzmiały wyrażając ich kolory dosadnie i okrutnie zawstydzająco. Nie dbał o to. Jeśli był choć cień szansy, że jego uczucia, jego oddanie, cokolwiek znaczyły dla władcy, to wykorzysta je, by go ocalić. Już nawet nie dla królestwa, ale egoistycznie, dla samego siebie.
To nasunęło mu myśl, czy sam byłby w stanie poświęcić miłość swojego życia dla dobra królestwa jak uczynił to Daire? Czy wystawiłby się na taką rozpacz, na zniszczenie własnej duszy dla dobra ogółu?
Błękit zapulsował odrazą, niechęcią wobec samego siebie. Arman znał odpowiedź. Nie byłby w stanie go poświęcić. Zrównałby niebo z ziemią, skruszył góry, obrócił cały świat w pył, gdyby tylko mógł go uratować.
- Nie zginiesz. Nie pozwolę na to. - Barwa uczuć roziskrzyła się gniewem, gwałtownością i zaborczością. - Znajdziemy sposób. Ja go znajdę. Ty nie musisz się niczym przejmować.
Błękit ściemniał, zawirował od nagłego nagromadzenia silnych emocji. Armanowi przyszedł do głowy kolejny niezwykle niebezpieczny i właściwie nigdy niezastosowany rytuał. Jednak nie miał nic do stracenia. Musiał spróbować.
Krótki rachunek zysków i strat wystarczył, by podjął decyzję.
- Zaufaj mi.
Ostatnie słowa jakie padły miały w sobie pewność i siłę.
Arman nigdy wcześniej tego nie robił. Nie miał pojęcia czy jest to bezpieczne, czy jest to... właściwe, ale kierowała nim egoistyczna miłość, uczucie tak silne, że zdolne dokonywać cudów.
Nie pytał władcy o zdanie, o pozwolenie. Obiecał mu, że wszystkim się zajmie i to zamierzał uczynić.
Wkroczył w obezwładniającą cierpieniem czerwień, choć ta pragnęła rozrywać, niszczyć wszystko, nie ważne czy przyjaciół czy wrogów. Mag chciał się przed nią obronić, chciał uciec już teraz, byle nie musieć czuć tego, co czuł Daire, ale pomimo obaw i strachu, pomimo uczuć tak silnych, że niemal go zabijały, zaszczepił błękit w czerwieni. Bez względu na to jakie będzie to miało później konsekwencje, pozwolił części swojej duszy złączyć się z duszą Daire. Fragment armanowej jaźni stał się oazą spokoju w rozszalałym morzu jego uczuć.
Potem sięgnął do jaźni króla i zaczepił jej część w swojej, delikatnie, ale pewnie, bez obaw czy żalu. Czuł bijące od niej emocje, niepohamowane, żywe, gwałtowne... tak różne od jego uporządkowanych uczuć.
- Nic więcej nie mogę zrobić. - Odezwał się, ale słabo, zdając się powoli cichnąć. Łagodny ton mimo przekazu pobrzmiewał nadzieją. - Musisz mi pomóc, tylko odrobinę. Musisz spróbować nad sobą panować. Pomogę ci, ale musisz chociaż spróbować. A teraz... mam nadzieję, że zobaczę cię w dobrym zdrowiu. - Nadzieja, szczęście, pewność.
Arman cofnął się, rozplątując misterną sieć połączenia dusz.
Fizyczność uderzyła w niego całą gamą doznań. Ciepłem, szorstkością, zapachami... ale ponad tym przebijało się obezwładniające zmęczenie. W duszy zaś, czuł pulsującą żywo czerwień Daire. Uśmiechnął się lekko pomimo cierpienia i otworzył oczy. Nie wiedział ile czasu minęło, ale leżeli w jednej z komnat królewskich, dzieląc łóżko.
Światło poranka wdzierało się przez okno rozświetlając ciche wnętrze przyjemnym blaskiem.
Z ulgą mógł stwierdzić, że w czasie trwania zaklęcia, zajęto się nimi. Opatrzono, przebrano i pozostawiono, by Arman mógł wszystkiego dopilnować. Czyli wszystko przebiegło zgodnie z naprędce stworzonym planem.
- Lordzie Agrathin! - Usłyszał znajomy głos głównego uzdrowiciela. Wiekowy elf poderwał się z fotela, na którym wyraźnie zalegał od dłuższego czasu, i ruszył do pomocy, by podtrzymać próbującego się podnieść Armana. - Nie powinien pan wstawać. Nie jest pan jeszcze w pełni sił.
- Nic mi nie jest. - Odparł, choć czuł się okropnie. Usiadł korzystając z pomocy i spojrzał na spokojne oblicze śpiącego Daire. - Co z królem?
- Jest skrajnie wyczerpany, ale wygląda na to, że uratował mu lord życie. Całe Taraemel jest panu wdzięczne. Taki ryzykowny ruch, ale opłacił się. - Stary uzdrowiciel pokiwał głową, uśmiechnął się ciepło i podał mężczyźnie kubek z gorzko pachnącym naparem. - Proszę wypić. - Patrzył jak Arman powoli próżnia naczynie i mówił dalej. - Byliście nieprzytomni przez dwa dni. W tym czasie udało nam się zregenerować wasze ciała na tyle na ile byliśmy w stanie, ale wasza moc jest na wyczerpaniu. Potrzebujecie kilku dni na odpoczynek. Król na pewno.
O tak, tego nie trzeba było Armanowi powtarzać. Czuł się okropnie będąc niemal pozbawionym swojej najefektywniejszej broni. Dawno nie zużył tyle energii, osiągnął swój limit i gdyby trochę dłużej został połączony z Alasdairem, obu by to zabiło. Na szczęście zdążył i jeśli wszystko się udało, być może była nadzieja.
Oddał kubek i z westchnieniem osunął się na poduszki.
- Możesz nas zostawić. Król kiedy się obudzi może być niestabilny. Nie chcę nikogo narażać.
- Oczywiście, lordzie Agrathin. - Uzdrowiciel skłonił się, ale nim opuścił komnatę, chwilę krzątał się, by zebrać swoje rzeczy. Arman obserwował go z pod na wpół przymkniętych powiek. Widział, że elf był ciekawy i nie winił go za to. Pałac musiał drżeć od wszelkich plotek. Jednak nie spodziewał się pytania, które padło. Nie spodziewał się, że zostanie zadane tak wprost.
- Czy Nasza królowa naprawdę nie żyje?
Lód skuł serce Armana obawą, ale spróbował przejść ponad tym, spróbował być obojętny na tyle na ile pozwalało mu zmęczenie i przedziwne, odrobinę obce uczucie gniewu i smutku. Pytanie uzdrowiciela najwyraźniej oddziaływało na ukrytą w jego jaźni część Daire, co mag przyjął z mieszanką zażenowania i obawy.
- Wszystkiego dowiecie się z oficjalnych oświadczeń. - Odparł chłodno. - Teraz zostaw nas. - Dostrzegł jak twarz władcy przecina grymas niezadowolenia. Budził się. - Natychmiast! - Warknął, tym samym powodując, że zaniepokojony elf w pośpiechu opuścił komnatę.
Arman natomiast w duchu modlił się do wszystkich przodków, by dali mu siłę zapobiec zniszczeniom, jeśli król obudzi się i wpadnie w gniew. Miał jednak nadzieję, że wszystko co powiedział i czego dokonał podczas rytuału sprawi, że Daire opanuje się i chociaż spróbuje żyć dalej pomimo cierpienia.
Obserwował go w napięciu, podświadomie rozbudzając w sobie magię. Gdy manifestowała się, ze zdumieniem stwierdził, że jej zimny błękit stał się żywym, jaskrawym fioletem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Wto Lut 06, 2018 11:23 pm

Smutek, ból i bezsilność uderzyły we władcę elfów, jednocześnie znajome i obce, przerażając go i wprawiając w stan nieprzyjemnej dezorientacji. Czuł się nieswojo, nie na miejscu, jakby podglądał coś maksymalnie prywatnego, świadom że wcale nie powinien - a z drugiej strony, nie mógł obrócić się na pięcie i wyjść. Słowa, które wypowiedział i które wywołały tak intensywną emocjonalnie reakcję u maga, nie były przemyślane - ani nie były użyte w sposób, który miałby za cel skrzywdzenie go. Alasdair przecież nie chciał zasugerować, że dla niego wieloletni przyjaciel się nie liczył. Nigdy nic nie mogłoby go zmusić do wypowiedzenia czegoś tak skrajnie nieprawdziwego i głupiego. Jego problemem nie było przywiązanie (lub jego brak), nie były żadne uczucia, którymi darzył Armana (bądź nie), a... Świadomość tego, jak dobrze radziła sobie Vivien w powstrzymywaniu wszystkich jego spontanicznych wybuchów mocy, spowodowanych mierną kontrolą króla nad emocjami. Potrzebował jej nie tylko dlatego, że ją kochał i był gotów zrobić dla niej... niestety niemal wszystko... ale też z czysto pragmatycznych pobudek. Umiała go uspokajać. Umożliwiała mu wyjścia z zamku. Nosiła artefakt wypełniony mocami przodków.
On nie mógł sobie dać rady z tym wszystkim. Był świadom swoich ograniczeń i słabości - szczególnie w tym momencie, czując pulsującą magię, jej potęgę i nieokiełznanie, tylko czyhającą na moment, w którym będzie mogła znów zaatakować. Zemsta - szeptała cicho, kusząc i zwodząc, na tyle odległa, by jeszcze nie móc wpłynąć na jasność jego myśli, ale dość bliska, by zapewnić mu dyskomfort.
Niezależnie od tego, jak bardzo ufał swojemu przyjacielowi, nie sądził, by ten mógł mu - i całemu królestwu - zapewnić bezpieczeństwo. Moc i dobra wola nie były tutaj kartami przetargowymi, nie mogły w nieskończoność odwlekać nieodwracalnego końca. Elfka była jedyna w swoim rodzaju, cudownie dopasowana do Daire, kojąca i zapewniająca równowagę - jak Arman wyobrażał sobie zapanowanie nad nieobliczalnym królem bez wsparcia najczystszej i najbardziej łagodnej istoty w królestwie? Jego moc, jakkolwiek nie byłaby wielka, też miała pewne ograniczenia, a władca nie mógł spędzić wieczności pogrążony w nienaturalnym śnie. To nie było żadne rozwiązanie - niezależnie od tego, jak bardzo kochał swojego przyjaciela i ile był gotów dla niego poświęcić. Pewnych rzeczy nie dało się zmienić.
Alasdaira raz po raz oblewały kolejne fale emocji, silnych, intensywnych i szokująco prawdziwych. Pierwszy raz w życiu widział tak wiele emocji w bliskim mu mężczyźnie. Jeśli jego własne można było porównać do pożogi to te należące do maga mogły być wyłącznie oceanem. Bezdennym, tajemniczym i potężnym, w którym widać prawdziwe, skrywane piękno dopiero w momencie, gdy się w nim zanurzy.
Niejednokrotnie czerwień pulsowała intensywnie, reagując na któreś słowa bądź wrażenia, pragnąca w jakiś sposób zareagować, uspokoić, zapewnić, przeprosić - ani razu jednak nie przerwała Agrathinowi. Zamiast tego, dawała się ponieść jego emocjom, cierpiąc razem z nim, nieśmiało podążając w stronę nadziei, odczuwając żal i zdecydowanie. To, jak intensywna była łącząca ich więź, było cudem samym w sobie - a fakt, że władca, w zasadzie bez żadnego widocznego oporu wtórował swojemu przyjacielowi, było równie nietypowe. Emanowało od niego zaufanie i rezygnacja, będące idealnym elementem łączącym pomiędzy emocjami jednego mężczyzny, a tymi należącymi do drugiego, chociaż bardziej odległymi.
- Oczywiście - odparł bez zawahania król, na chwilę pozwalając w ich więzi zaistnieć jeszcze jednemu elementowi - bliżej nieokreślonemu ciepłu. Zaufaniu. Spokojowi. Czułości?
To zawsze on musiał kontrolować sytuacje. Zawsze musiał nadawać tempa, trzymać wszystkich w garści i kazać im do siebie dobiec. Zawsze to on był "górą", to on podejmował ostateczne decyzje i miażdżył wrogów w momencie, gdy się tego najmniej spodziewali.
Zawsze... Ale nie przy Armanie. Przy jego nadwornym magu, wieloletnim przyjacielu, to nie miało żadnego sensu. W jego duszy ta wieczna potrzeba bycia najlepszym, głodu "więcej", cichła. Nie musiał być najlepszy, skoro wiedział, że on był gotów zrobić dla niego wszystko.
Władca elfów dał się ponieść swojemu poddanemu, pozwolił mu na zanurzenie się w ogniu złości, syczącym wściekle i tylko czekającym na okazję, by cokolwiek spopielić - a potem nie opierając się, gdy mężczyzna wzmacniał i modyfikował ich połączenie. On nie odczuwał działań towarzysza jako pewnego rodzaju "zszywanie" ich dusz, a raczej... Właśnie wrzucanie kropli czegoś do oceanu. Wrażenie dziwne, nienaturalne, kompletnie odmienne od jakichkolwiek znanych mu doświadczeń, ale jednocześnie bliskie mu i... uzupełniające go. Zupełnie tak, jakby zawsze czegoś w nim brakowało - i nagle tę lukę zapełnił nie kto inny, jak Arman. Z jednej strony Daire nie miał w sobie samokontroli i instynktów samozachowawczych, zawsze czuł się niepełny, a z drugiej... Dopiero co wraz z utratą Vivien stracił kolejną część własnej duszy. W tym momencie, z cząstką maga w sobie, był jednocześnie wybrakowany, ale też kompletny.
I nagle, niemal bez ostrzeżenia, chłodne fale spokoju obmywające wściekłą czerwień zniknęły, pozostawiając króla zdezorientowanego i wypełnionego sprzecznymi uczuciami. Po dotknięciu tego absolutnego spokoju, odczuwaniu obecności Armana tak blisko, wszystkich jego emocji, myśli i duszy, poczuł się osamotniony. Pozbawiony najpierw swojej ukochanej, a potem kontaktu z nadwornym magiem, miał wrażenie jakby został opuszczony.
Gniew w nim znów zapłonął, razem z pragnieniem zemsty i szaleństwem wynikającym ze straty. Znów cierpiał.
Obudził się z gardłowym jękiem, zaciskając dłonie na materiale pościeli, pozwalając magii urwać się ze smyczy i zacząć niszczyć... I właśnie wtedy poczuł zmianę. Jego moc była inna. Wciąż wypełniona ogniem, potęgą podżeganą przez kryształ elfów, miała w sobie element, który jednak zaburzał jej jedność, wpływał i zmuszał do przystanięcia. Zatrzymania się w pół kroku, tuż przed rozpoczęciem mordowania ludzi, elfów i zamków.
Alasdair nigdy wcześniej czegoś takiego nie poczuł.
Otworzył oczy, gwałtownie siadając na łóżku i próbując nabrać powietrza do ściśniętych zdumieniem i strachem płuc. Zakrztusił się, niemal natychmiast opadając z powrotem na pościel, czując olbrzymią słabość ogarniającą jego ciało i zawroty głowy uniemożliwiające skupienie się na czymkolwiek. Przerażenie tylko się przez to zwiększyło - nie miał kontroli nad swoim ciałem, nad sytuacją, a co gorsza - nie potrafił odnaleźć się we własnej magii. Wiedział, że brak panowania nad nią mógł go zabić, ale nigdy wcześniej nie mógł na nią faktycznie wpłynąć. Nie rozumiał, co się z nim działo.
Był tak strasznie zmęczony. Nawet nie poczuł, jak jego palce rozluźniły uchwyt na materiale. Zaciskanie dłoni w pięści przekraczało jego możliwości.
- Vivi? - spytał cicho, z wysiłkiem, mrugając intensywnie i próbując skupić rozedrgane spojrzenie na jakimkolwiek punkcie. - Arman? - spróbował, a strach który czuł stał się słyszalny również w jego głosie.
Co się stało?
Vivien nie żyje.
- Arman?!

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sro Lut 07, 2018 1:48 pm

Słodki smak jego wiary czuł jeszcze po przebudzeniu. Dodał mu sił, uskrzydlił go, gdy cierpiał razem z nim. Król nie miał pojęcia jaką to jedno, pięknie szczere uczucie, miało moc. Jak wiele dało Armanowi, by przetrwał kilka najokropniejszych chwil życia. Daire w niego wierzył, a to znaczyło, że miał szansę go uratować.
Teraz, słysząc jego głos, widząc zagubienie i cierpienie, nie był już taki pewny.
W Armana uderzyła fala emocji, znajomych, bo jeszcze przed kilkoma chwilami rozrywały go gdy zaszczepiał część swojej duszy w jego jaźni, ale teraz, ze zmęczonym ciałem, mocą, której ledwie marne resztki tkwiły w jego ciele... Był bliski poddaniu się jej.
Jedynie świadomość, że uczucia nie należały do niego, że trawiły bezbronnego teraz władcę bezlitośnie szarpiąc także jego błękit, zmusiły go do pochwycenia ich i wyciszenia.
Fiolet zawirował wściekle, skrząc się w świetle poranka. Szeroko otwarte oczy Armana wbite w przerażone oblicze króla, błyszczały nienaturalnie, dziko. Kilka chwil, dwa uderzenia serca, głęboki oddech, od którego paliły płuca, i ocean spokoju objął rozszalały płomień, nie ugasił go, ale otoczył nie pozwalając mu się wyrwać; oblicze elfa zaś przybrało znajomą maskę spokoju, ale i niesamowitego zmęczenia.
Fiolet przygasł, przylgnął do jasnej skóry elfa, by po chwili zgasnąć zupełnie.
- Cśś... Wszystko będzie dobrze. - Głos był słaby, zachrypnięty, lecz pełen tak potrzebnej Daire pewności.
Arman uniósł dłoń wiedziony nagłą czułością. Zawisła nad piersią króla w pół ruchu. Nie powinien, wiedział o tym. Zawahał się, ale ostatecznie chłodne palce dotknęły policzka władcy, objęły go tak, jak niezliczoną ilość razy robiła to Vivien. Nie chciał, by taki miało to wydźwięk. Był zły, że w ogóle przywołał jej obraz w pamięci.
Zsunął dłoń i zacisnął palce na jego karku, kompletnie przeganiając widmo wcześniejszej delikatności.
Pochylił się opierając czoło o jego głowę.
Chciał go upomnieć, że powinien mu pomagać, powinien trzymać w ryzach tę piekielną magię, powinien się starać. Choć trochę. Był zły na niego, był zły i rozżalony, a do tego tak okrutnie zmęczony, że z każdą chwilą narastała w nim chęć, by po prostu odpuścić. Pozwolić mocy rozerwać ich obu, obrócić się Taraemel w perzynę, porzucić wszystkie starania i zdać się na los.
Zacisnął szczęki.
Jeszcze trochę, jeszcze tylko trochę...
- To już się stało. Nie cofniesz czasu. Nie zmienisz podjętych decyzji. - Szeptał gorączkowo. - Zrobiłem wszystko, co mogłem. Teraz żyj dalej, nawet jeśli jedynie dla zemsty. Słyszysz? Słyszysz?! - Próbował do niego dotrzeć, przebić się przez odcinający go od świata ból. Naraz zatęsknił do chwili bez poczucia czasu i realności, do chwili gdzie jedyną stałą, jedyną prawdziwą rzeczą były uczucia. Wtedy rozumiał go lepiej. Wtedy było łatwiej.
To już nie wróci.
- Słyszysz?! - Potrząsnął nim, i dotąd dopóki spojrzenie Daire nie skupiło się na jego twarzy, dopóki nie zobaczył w szaleństwie choć cienia przytomności, wciąż zaciskał palce na jego karku, wciąż szeptał na przemian słowa otuchy i przygany. Sam gubił się w uczuciach. Był zbyt zmęczony, by rozgraniczyć emocje. Mieszały się i nie potrafił już znaleźć w tej zawierusze, które należały do niego, a które do króla... a może tak naprawdę nie było już podziału? Może dzielili już wszystkie? Może Arman w swojej naiwności i w swoim oddaniu sprowadził na siebie dużo większe przekleństwo niż piętno nieodwzajemnionej miłości?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sob Lut 10, 2018 1:33 am

Ból. Strach. Samotność. Utrata. Zmęczenie. Złość. Smutek. Zagubienie.
Pomocy.
Alasdair, władca Taraemel, był zgubiony. Przygnieciony emocjami, potężną magią, wycieńczeniem organizmu i psychiki, z fragmentem duszy nienależącym do niego. Nie wiedział, co się z nim działo. Nie potrafił wyłowić spojrzeniem żadnych szczegółów miejsca, w jakim się znalazł - widział jedynie kolory, rozmazane, jaskrawe, drażniące i ogłupiające. Utrudniały skupienie się, zmuszały do ponownego zamknięcia oczu, do zatonięcia w nieprzyjaznej czerni i pustce. A on nie chciał tam wracać.
Król elfów nigdy wcześniej nie czuł się tak bardzo pozbawiony kontroli, jak w tym konkretnym momencie. Nie potrafił nawet zapanować nad własnym oddechem, unoszącym jego pierś chaotycznie, w krótszych i dłuższych wdechach, wypełnionych bardziej histerią, niż życiodajnym powietrzem. Nieludzki ból utrudniał mu oddychanie, obca cząstka odmawiała odruchowego zapłonięcia magią, zniszczenia zagrożenia, które przecież musiało się znajdować gdzieś w pobliżu. I do tego ta nowa, spokojna moc, wyciszająca jej płomienie... Z jednej strony posiadająca znajome nuty opanowania, a z drugiej pasję, pulsującą rytmicznie w tym samym tempie, co w duchu mężczyzny.
Daire nie wiedział, co się działo. Desperacko potrzebował wsparcia, pomocy w odnalezieniu się nie we własnej magii, nie w świecie - z którym zawsze sobie radził - ale we własnych emocjach. Nie słyszał głosu należącego do nadwornego maga, który nie potrafił przedrzeć się przez mgłę ataku paniki, pomimo że jego wsparcie było tak desperacko upragnione.
Nie dostrzegał nawet konturów jego twarzy.
Nie czuł jego bliskości.
Był w innym, wrogim świecie, pozbawiony wsparcia zarówno Vivien, jak i Armana. Świadom utraty najważniejszej dla niego osoby, jednocześnie niezdolny do odnalezienia tej, która mu pozostała. Nieświadom tego, jak niewiele go od elfa dzieliło. Tego, że wystarczyło by się obrócił, a poczułby go przy sobie, całego: jego ciało, ubranie, długie włosy, może nawet resztki mocy w jego ciele. Brakowało tak niewiele... A równie dobrze mogłyby to być mury, lasy, pola i doliny.
W obu przypadkach był to przede wszystkim teren nie do przejścia dla półprzytomnego władcy.
I nagle... Nadszedł dotyk. Obcy, pożądany, niespodziewany, zupełnie nowy i zarazem swojski, wręcz intymny. Szarpnął się z zaskoczeniem, gdy poczuł dłoń na swoim policzku - a potem ponownie, gdy te same palce chwyciły go mocno za kark. W pierwszej chwili pozwolił zareagować magii, wysunąć jej swoje zdradzieckie szpony, z zamiarem zniszczenia tego, kto odważył się go zaatakować - w drugiej jednak przyszło skojarzenie. Wspomnienie.
Arman.
Pierwsza ucichła magia.
Za nią podążył rozhisteryzowany głos króla.
Następny w kolejności był nierówny oddech, uspokajający się z każdą kolejną sekundą bliskości.
W końcu, nareszcie, po nieznośnie długim czasie, do uszu Alasdaira zaczęły docierać dźwięki. Znajomo brzmiące sylaby, zwykle melodyjny, a w tym konkretnym momencie skrajnie wyczerpany ton. Król powoli otworzył oczy, skupiając je na barwach znajdujących się w polu jego widzenia - konkretnych, nie tak jaskrawych, wraz z upływem czasu krystalizujących się i uszczegóławiających.
Arman.
To nie była jego ukochana. To nie była śmierć - której gdzieś tam, w głębi duszy, pragnął i którą uważał za mu bliską przez obowiązki związane z noszeniem artefaktu - ani nie była to niszczycielska magia.
Ale to był Arman. Jego wieloletni przyjaciel, nadworny mag, osoba, której bezgranicznie ufał. Nie był może całym jego światem, ale był jego częścią. Pewną, stabilną, znajomą i obecną w nim od zawsze.
- Nie odchodź - szept, który wydarł się spomiędzy warg króla, był ledwie słyszalny. Gdyby nie niewielka dzieląca ich odległość, towarzysz zapewne nawet by go nie usłyszał.
Elf nadludzkim wysiłkiem uniósł dłoń i chwycił go za nadgarstek. Delikatnie, niemal bezsilnie, rozpaczliwie. Utwierdzając się w przekonaniu, że lord Agrathin przy nim był i nigdzie nie zamierzał się przemieścić. Tego władca Taraemel by nie przeżył. Miał wrażenie, jakby stał na cienkiej linii odgradzającej go od szaleństwa i śmierci. Jedynym, co go trzymało nad przepaścią i nie pozwalało w nią skoczyć, był Arman.
Nagle stał się dla niego niezbędny. Niezbędny, by zachować go przy zdrowiu psychicznym i fizycznym, kontrolować chaotyczną magię i... dopełniać ich, bo już nie byli dwoma osobnymi bytami.
Daire nie miał pojęcia, w którym momencie jeszcze raz stracił przytomność. Nie wiedział tak naprawdę nawet tego, czy udało mu się chociaż raz wrócić do świadomości od momentu, w którym dowiedział się o śmierci Vivien.
To jednak nie było ważne. Najważniejszy był odpoczynek. Stabilne połączenie, gruntujące władcę tak długo, jak długo miał przy sobie nadwornego maga. Dopóki ten leżał przy nim, był obecny, wyczuwalny i stabilny, dopóty nic się nie rozpadało. Wszystko było na swoim miejscu, równie pewne i właściwe.
Poddani władcy musieli zaczekać na wiadomości o swojej ukochanej królowej, tak samo jak musieli poczekać na jego posługę, jako króla, którego celem było pilnowanie artefaktu i ochrona życia mu podległych.

Mijały godziny, godziny zmieniały się w dni, a dni... Dni upływały w niepewności. Nerwach. Niecierpliwości. Wszystkich emocji, które były obce Alasdairowi, gdy regenerował się podczas magicznej śpiączki. Po raz pierwszy naprawdę otworzył oczy dopiero po siedmiu dniach. Siedmiu długich dniach od momentu, w którym zaczął mocą niszczyć wszystko, oszalały z bólu. Ośmiu od chwili, gdy poczuł śmierć Vivien.
Gdy podniósł powieki, już wiedział. Był na powrót silny, ustabilizowany, zdecydowany i kontrolujący wszystko. Przejął swoje obowiązki od Rady jeszcze zanim usiadł na łóżku, a potem poświęcił długie godziny na uzyskanie informacji o wszystkich zdarzeniach, które pojawiły się podczas jego "nieobecności". Dopiero następne w kolejności było ogłoszenie żałoby narodowej, złożenie kondolencji lordowi i przyjęcie przedstawicieli pragnących złożyć mu wyrazy ubolewania. Utrata Vivien dla Daire była tragedią - dla jego ludu była jednak niczym koniec świata. Wiedział, że tylko czekali na wybuch jego mocy, na utratę panowania nad sobą, ukazanie siły temperamentu, która wreszcie pozbawiłaby go życia. Pozostawiła lud Taramael pierwszy raz bez władcy.
Ten moment jednak nie nadszedł.
Alasdair miał wszystko pod kontrolą i poświęcił pełne dwie doby na zajęcie się wszystkimi sprawami, które były ważne dla właściwego funkcjonowania państwa. Ani razu nie wspomniał o zemście, ani razu jego zregenerowana moc nie wymknęła się spod kontroli.
Cały czas też miał u swojego boku nadwornego maga. A gdy wreszcie rozeszli się do swoich komnat - nie minęło kilka godzin, aż przyszedł po niego służący, prosząc o przybycie do pokojów władcy.
Nie dlatego jednak, że Daire stracił nad sobą panowanie. Dlatego, że zażyczył sobie jego obecności.
Dlatego, że bez niego był sam.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Nie Lut 18, 2018 10:45 pm

Musiało upłynąć dużo czasu zanim Daire w końcu wyrwał się ze szponów szaleństwa i spojrzał na swojego przyjaciela przytomnie. Ale udało mu się i to było najważniejsze. Arman mógłby przysiąc, że nigdy wcześniej nie był jednocześnie tak smutny i tak szczęśliwy jak wtedy. Bo oczywiście wciąż cierpiał razem z królem, ale jego świadomość, jego reakcje, wszystko świadczyło o tym, że rytuał się powiódł, a to dawało nadzieję na przyszłość.
- Jestem przy tobie. Zawsze będę. - Zapewniał raz po raz, przytuliwszy do siebie jego zmęczone ciało. Emocje przepełniały maga jak nigdy od bardzo dawna, a to męczyło go dużo bardziej niż skłonny był przyznać. Gdy więc Daire na powrót stracił przytomność, Arman zasnął, przygarnąwszy go do siebie, pozwoliwszy sobie na spełnienie niewinnego pragnienia bliskości, które teraz... wydawało mu się pięknie właściwe.
Po wszystkim co się stało, po dniach i nocach czuwania przy boku Alasdaira, Arman czuł się zmęczony. Ale nie narzekał, nie miał prawa, wszak jego trud się opłacił. Gdy władca na dobre otworzył oczy, zdawał się przecież być dawnym sobą, może jedynie nieco rozważniejszym, spokojniejszym... smutniejszym. Magowi nie pozostawało więc nic innego jak w duchu ucieszyć się, pogratulować sobie cierpliwości i dostosować się do tej sytuacji. Uznał, że na razie będzie milczał na temat kwestii, które przecież kiedyś należało poruszyć, i pozwolił królowi zająć się wszystkim we własnym tempie. Był cierpliwy, bo zrobił co mógł, by mu pomóc. Gorąco wierzył też, że czas ukoi ból straty i Daire odzyska nad sobą pełną kontrolę, a gdy tak się stanie, wszystko wróci na dawne tory i będzie jak dawniej. Przynajmniej odrobinę.
Nie mylił się. To stało się znacznie szybciej niż przypuszczał, co jednocześnie zmartwiło go i ucieszyło.  Ostatnio skrajne emocje były jego nieodzownym kompanem, powodując zamieszanie w jego umyśle. Arman zauważył, że panowanie nad magią przychodziło mu z większa trudnością, jakby nie chciała poddawać się racjonalności jego umysłu, jakby żyła własnym życiem. Nie miał jednak czasu porządnie się na tym skupić. Zostawił rozważania nad istotą własnej mocy na spokojniejszy czas, na razie po prostu dbając, by nie wymykała się spod kontroli.
Arman towarzyszył królowi przez wszystkie pełne żałoby dni, służąc mu radą i słowami pocieszenia, ale odkąd tamten powrócił do względnej psychicznej stabilności, mag powoli się od niego oddalał. To było dla niego naturalne, wszak nigdy nie byli ze sobą tak blisko, jak tego pragnął. Uznał więc, że powrót do poprzedniego stanu rzeczy pomoże im obu - Daire w powrocie do zdrowia, a jemu w powrocie do świadomości, że między nimi nic się nie zmieni. Arman stał się więc taki jak zawsze, będąc bardziej milczącym obserwatorem niż aktywnym uczestnikiem dworskiego życia.  

Po rytuale nie mógł odzyskać pełni równowagi ani w emocjach ani w magii. Wiedział dlaczego tak było i z dnia na dzień rosła w nim obawa, że być może sprowadził na siebie i Daire ogromny kłopot. Rytuał, który odprawił, był wszak skrajnie nienaturalny, bo przecież żadna z żyjących istot nie dzieliła duszy z inną. Do tego Arman działał instynktownie, dokonując czegoś, czego być może nikt inny nigdy nie dokonał. Nie mógł więc określić następstw swoich decyzji. Wszystko było jedną wielką niewiadomą, pod którą wpisał istnienie Daire i swoje. Musieli zatem zdać się na łaskę losu... lub jego potępienie. Arman nienawidził poddawać się nurtowi zdarzeń, to przeczyło jego poglądom i wywoływało w nim naturalny sprzeciw, ale nie miał innego wyjścia. Musiał pogodzić się z obecnym stanem rzeczy, przynajmniej na razie.
Ostatnio źle sypiał, więc nocami próbował przeczytać zebrane ze wszystkich bibliotek stolicy zapiski dotyczące połączenia dusz. Było ich wiele, ale wszystkie oscylowały wokół domysłów, nie zaś samego aktu. Arman nie dziwił się temu. Takie praktyki były zakazane od wieków i jeśli chciał dotrzeć do badań na ten temat, musiałby poszukać dużo głębiej, a na to obecnie nie miał czasu ani siły. Starał się więc gasić swoje obawy tą śmiesznie mała garstką informacji, które udało mu się zdobyć.
Nie spał gdy służący przyniósł mu rozkaz króla. Siedział przy masywnym, dębowym biurku w swojej pracowni, przeglądając luźne zapiski jednego ze starszych magów królestwa. Zmęczenie jednak nie pozwalało mu się na nich w pełni skupić. Przerzucał strony, po raz kolejny czytając te samo zdanie, by po raz kolejny złapać się na tym, że kompletnie go nie pamięta. Dlatego z niejaką ulgą przyjął możliwość skupienia rozbieganych myśli na czymś... kimś, bardziej zajmującym.
Wezwanie naturalnie zaniepokoiło Armana, bo podobne zdarzały się niezwykle rzadko, ale upewniwszy się u służącego, że władca w zasadzie ma się dobrze; dźwignął się z krzesła, by ruszyć na spotkanie.
Nie zdążył przebrać się do snu, więc poprawił nieco wymiętą, wyszywaną srebrem, granatową togę, w którą był dzisiaj ubrany, i ruszył do komnat władcy uśpionymi korytarzami zamku.
Idąc nieśpiesznie, zastanawiał się nad powodem nocnego wezwania. W duchu miał nadzieję, że z Daire było wszystko dobrze, że to, co pokazywał na licznych spotkaniach i wystąpieniach nie było jedynie maską, pod którą kryło się szaleństwo. Wiedział jednak, że nawet gdyby jego król okazał się żałośnie słaby za zamkniętymi drzwiami, to w jego gestii leżało mu pomóc. Obiecał mu swoje wsparcie i ani zmęczenie, ani niepokój, nie mogły wpłynąć na jego obietnicę.
Po chwilowym spacerze stanął przed drzwiami, a pełniący przy nich służbę strażnik wyprostował się, na wojskową modłę okazując szacunek. Arman nie zwrócił na niego uwagi. Zastukał głośno i ledwie zdążył odsunąć dłoń od drzwi, a te rozwarły się gwałtownie, ukazując potarganego, na wpół rozebranego Alasdaira.
Arman uniósł brwi w uprzejmym zdumieniu, ale za chwilę jego twarz na powrót stała się nieprzeniknioną maską.
Splótł dłonie za plecami i z szacunkiem skinął głową. Kaskada czarnych włosów podążyła za tym ruchem, zsunęła się z jego ramion i na chwilę ukryła w półmroku jego blade, zmęczone oblicze oraz... niepokorne spojrzenie, które uparcie powracało do poznaczonej licznymi bliznami, szerokiej piersi władcy.
- Wasza wysokość mnie wzywał... - Jego głos nie zdradzał emocji, brzmiał dokładnie tak jak i pół wieku temu, gdy znajdował się w podobnej sytuacji. Jakby między nimi... nic się nie zmieniło. Arman już dawno bowiem nauczył się ignorować szaleńcze bicie serca, które towarzyszyło mu zawsze, gdy zostawał z Daire sam na sam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Czw Lut 22, 2018 11:55 pm

Samotność. Dominująca, przejmująca, uniemożliwiająca oddychanie i wywołująca delikatne drżenie rąk. Utrudniająca nie tylko skupienie, ale w ogóle funkcjonowanie. Budząca się do życia za każdym razem, gdy Arman znikał z pola widzenia władcy Taraemel. Bywały momenty, w których Alasdair myślał, że całkowicie oszalał. Postradał zmysły w momencie, w którym poczuł śmierć swojej jedynej ukochanej i już nic nie mogło go naprawić. Był królem, który nie rozumiał swoich emocji, nie panował nad swoimi mocami, nie działał racjonalnie w chwilach, gdy nie było przy nim nadwornego maga. Kogoś, kto celowo złamał prawo, by go uratować. Nie, kto zrobił coś więcej - połączył ich dusze na stałe, rzecz wcześniej niespotykaną.
Daire powinien go za to ukarać. Przypomnieć, że - przynajmniej po części - właśnie dla tych zasad zmarła Vivien. Istniały sprawy ważne i ważniejsze, a życie tak problematycznego i do tego całkowicie załamanego władcy nie znajdowało się na samej górze listy priorytetów. Rzecz jasna, jego śmierć postawiłaby Taraemel przed wieloma problemami, podobnie jak spowodowałaby złamanie przysięgi Armana - zdecydowanego poświęcić swoje życie za rodzinę królewską - ale wciąż byłaby lepszym i rozsądniejszym rozwiązaniem. Fakt, że nadworny mag zdecydował się zadziałać pod wpływem chwili, zdesperowany by utrzymać swojego władcę przy życiu i nie pozwolić mu na zatracenie się w cierpieniu i mocy, świadczył o jego... o... O jego desperacji właśnie. Tak nierozsądny czyn pasował bardziej do drugiego elfa, który nie był zbyt biegły w tajnikach magii i słynął ze swojego nieokiełznanego temperamentu.
Władca nie wiedział, co powinien zrobić. Starał się za wszelką cenę zachować pozory spokoju, zapewnić najpierw Radę, a potem swoich poddanych, że pomimo strasznego ciosu, trzymał się pewnie na obu nogach, niezachwiany i silniejszy bardziej niż kiedykolwiek. Maska. Idealna ułuda. W rzeczywistości kompletnie sobie nie radził. Nie wiedział, co właściwie się z nim stało. Domyślał się oczywiście, potrafił wyciągnąć wnioski z całkiem jednoznacznych przesłanek, ale w pewnym sensie odczuwał strach na myśl o prawdzie. Nie wiedział też, na ile jego wyobrażenia były zgodne z rzeczywistością. Mógł mieć przypuszczenia, obserwacje, ale nie mógł mieć pewności.
I niezależnie od przyczyn, pozbawiony towarzystwa Armana (nawet na krótką chwilę) cierpiał. Mogło to wynikać z ich specyficznego i wyjątkowego połączenia, mogło mieć związek z poczuciem zagrożenia po porwaniu królowej, a mogło wiązać się ze świadomością, iż pozostał mu tylko nadworny mag, jedyny przyjaciel i bliski - ale w tych nieprzyjemnych, ponurych chwilach liczyła się tylko świadomość, że są od siebie oddaleni. Dzieliło ich za dużo - za dużo drzwi, ścian, korytarzy i ludzi. Daire nie potrafił się uspokoić, nie mając go w zasięgu wzroku. Potrzebował go, by móc swobodnie oddychać, rozluźnić napięte mięśnie, zamknąć oczy i spokojnie zasnąć.
Bez lorda Agrathina był... niekompletny.
Dlatego, gdy samotność stała się nie do zniesienia, zmieniając go w kłębek nerwów, krążący po komnacie histerycznie, niezdolny do zatrzymania się na dłużej niż kilka sekund, sporadycznie, bardzo, bardzo cicho, jęczący z bólu rozsadzającego mu klatkę piersiową, marzący tylko o tym, by moc wydobyła się z jego ciała i zniszczyła wszystko tak, jak robiła to najlepiej - wezwał po niego. Musiał.
Pukanie było niczym zbawienie. Gdy otworzył drzwi, szarpnęła nim nieludzko silna potrzeba połączenia. Całym sobą pragnął chwycić stojącego naprzeciwko niego elfa, przyciągnąć do siebie, złączyć ze sobą ich ciała, umysły, dusze... Tak, by znów nie było niczego poza nimi, by odnaleźli się w tym idealnym, niematerialnym świecie, w którym nie było żadnych barier oprócz tych, które sami narzucali, w którym nie mogli kłamać, w którym każda emocja była wyraźnie widoczna i szczera aż do bólu.
Zacisnął zęby, z trudem powstrzymując się przed tak gwałtownym i spontanicznym ruchem. Był on nie tylko, że nieracjonalny, to do tego... Niewłaściwy. Niezależnie od tego, jak bardzo upragniony, nie mógł mieć miejsca. Alasdair był podczas żałoby, jego przyjaciel nie zasługiwał na tak sprzeczne sygnały, które mogłyby go... Mogłyby przypomnieć... Władca nie chciał myśleć o tamtym aspekcie.
- Wzywałem - potwierdził dodatkowo skinieniem głowy, głosem który brzmiał dziwnie nawet w jego uszach. Wpatrywał się intensywnie w Armana, czekając aż nieprzyjemny ucisk w piersi i tęsknota za mężczyzną znikną. Nie ruszał się, nie mrugał, po prostu... patrzył i czekał. Wreszcie, po nieznośnie długiej chwili, chwycił towarzysza za ramię i pociągnął do swojej komnaty, nie przejmując się zbytnio niewłaściwością tego gestu, który przecież wielokrotnie już pojawiał się pomiędzy nimi. Tak jak nadworny mag był sztywny, opanowany i trzymający się w cieniu, tak król przywykł do brania tego, czego chciał, ignorowania większości konwenansów w sytuacjach, które absolutnie ich nie wymagały oraz nieunikania kontaktu fizycznego czy przedstawiania się w stanie, który wielkiemu królowi wcale nie przystawał. Tak, jak w tym konkretnie momencie, gdy jedyne, co zakrywało jego ciało, było szerokimi, szarymi i półprześwitującymi pod światłem spodniami i - rzecz jasna - Artefaktem na szyi, ciążącym niczym niechciany obowiązek.
Daire nigdy wcześniej przez tak długi czas nie miał na szyi elfickiego kamienia i było to tylko kolejnym powodem do odczuwania irytacji - ta jednak szybko się zmniejszyła dzięki upragnionemu towarzystwu. Towarzystwu, którego król ani myślał póki co puszczać, jakby obawiał się, że w momencie gdy rozluźni uścisk dłoni, nadworny mag zniknie na jego oczach, a on... znów pozostanie sam.
Wprowadził Armana do swojej komnaty, pozostawiając na jego głowie zamknięcie drzwi, a potem zaprowadził go do wygodnego, odnowionego magią Stworzycieli, fotela, na którym posadził. Usiadł naprzeciwko, na miejscu już przygotowanym, na tyle blisko, by dalej nie musiał zrywać kontaktu z elfem. Nadal też nie odwrócił od niego spojrzenia, co zaczynało być nienaturalne - szczególnie, że jedynym źródłem światła w komnacie był znajdujący się za oknem księżyc. To jednak najwidoczniej nie było istotne, wzrok Alasdaira przywykł do ciemności i potrzebował tylko jednego, by zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa - a ta konkretna istota cały czas była przez niego ściśle przytrzymywana.
- Zostań - polecił, nie zmieniając póki co swojego sposobu porozumiewania się z gościem. Znowu wyrzucił z siebie tylko jedno, krótkie słowo - znowu nie brzmiał tak, jak powinien. Z jednej strony próbował zachować stanowczy, konkretny ton, a z drugiej... Brzmiał bardziej jak prośba, wyczuwalna wprawdzie tylko dla kogoś, kto go dobrze znał, ale dla Armana niewątpliwie bardzo łatwa do odczytania. Mówiła o stanie władcy Taraemel znacznie więcej, niż mógłby powiedzieć niejeden Uzdrowiciel.
Daire go potrzebował.
Po chwili ciszy jego pozycja uległa zmianie - napięte mięśnie powoli się rozluźniły, a palce zsunęły z nadgarstka na dłoń, zadowalając swojego właściciela już tylko kontaktem, a nie zaborczym uściskiem. Brunet przymknął oczy, czując jak zmęczenie ogarnia jego ciało. Odetchnął cicho, moszcząc się wygodniej w fotelu, podwijając pod siebie nogi.
- Obudziłem cię? - spytał cicho, już nie siląc się na ten twardszy, bardziej "władczy" ton, pozwalając sobie na większą poufałość wobec osoby, która przecież znała go jak... Jak nikt inny. Nie musiał udawać, gdy łączyła ich więź znacznie mocniejsza, niż kiedykolwiek wcześniej. Niż... z Vivien.
Poczuł, że robi mu się trochę słabiej, ucisk w piersi wrócił, więc otworzył na powrót oczy i chwycił towarzysza za dłoń, upewniając się, że nadal przy nim jest. Poruszył ustami, chcąc coś powiedzieć, nie wiedząc tak naprawdę co, wreszcie wyduszając z siebie pozornie neutralne stwierdzenie, niezwiązane wcale z tym, że potrzebował kontaktu z Armanem tak, jak powietrza.
- Gorzej się poczułem.
Jeśli mag sądził, że mogło być znów pomiędzy nimi tak, jak kiedyś, to był w dużym błędzie i wykazywał się skrajną wręcz nieracjonalnością - tak niepodobną do jego zwyczajowej klarowności myśli. Alasdair publicznie mógł udawać, że nic się nie zmieniło - ale za drzwiami swojej komnaty, w ciemnościach, był niczym zagubione i zranione dziecko, które potrzebowało kontaktu z jedyną osobą, która oferowała mu zrozumienie i poczucie bezpieczeństwa.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Pią Lut 23, 2018 4:00 pm

Alasdaire czuł więc to, co przez większość swojego życia czuł Arman - tęsknotę, bolesną, obezwładniającą, pozbawiającą racjonalności... piękną w swojej destrukcji. Mag nie przeżywał tego tak silnie jak król, nawet po rytuale. Przywykł do bólu jaki niosła ze sobą rozłąka, a nawet świadomości, że Daire należał do kogoś innego. Potrafił radzić sobie z emocjami, nauczył się tego. Bez tej umiejętności oszalałby już dawno. I bał się, tak strasznie bał się, że teraz straci wypracowany przez lata spokój. Odkąd wszczepił w swoją duszę cząstkę Daire, czuł, że nic już nie będzie takie samo. Choćby się starał, choćby uparcie pragnął powrotu do bezpiecznej przeszłości, już nic nie mogło zatrzymać biegu wydarzeń. Rzeczy działy się bez jego zgody, pchając ku niemu władcę, burząc stabilne fundamenty, na których zbudował swoje życie. To było niewłaściwe. Czuł, że powinien to zatrzymać zanim świat runie mu na głowę. Tylko... czy naprawdę mógłby zrezygnować teraz z tego spojrzenia?
Wyprostował się po łagodnym ukłonie i został usidlony przez oczy władcy, przez siłę ich spojrzenia. Jakby nagle stał się dla Daire jedyną istotą na świecie, jakby prócz niego nie liczyło się już nic. I nie potrafił odwrócić wzroku, nie potrafił wykrztusić słowa, przestraszony, rozdarty, zupełnie pozbawiony znajomego spokoju, którego mógłby się chwycić, dusząc w sobie uczucia. Nie mógł zatrzymać lawiny emocji przepełniającej serce. Gdyby Daire nie chwycił go i nie wciągnął do komnaty, stałby tam przez wieczność, tocząc walkę z uczuciami.
Zamknął drzwi odruchowo, bardziej skupiony na dotyku zaciskających się palców. To nie tak, że nie przywykł do kontaktu fizycznego, że każdy najdrobniejszy gest był czymś istotnym, ale ten... ten był pełen desperacji. Dlatego nawet nie poruszył dłonią, którą zaborczo ściskał władca. Dławił go lęk przed wykonaniem choćby najmniejszego ruchu. Jakby bał się, że próba wyswobodzenia się z niego była równie niewłaściwa, co zaakcentowanie go. Tkwił więc w zawieszeniu, bojąc się zrobić cokolwiek.
Usiadł, pozwalając stykać się ich kolanom. To było niedorzeczne, ale każdy dotyk teraz wydawał mu się niewłaściwy. Miał wrażenie, że Daire doskonale czuje jego emocje, bo przecież on... czuł jego. Na początku konfrontując się bólem tęsknoty, myślał, że należny do niego, ale gdy wdarł się weń zgrzyt niezrozumienia i zagubienia, pojął, że tak nie było. To tylko utwierdziło go w przekonaniu jak silna i... niewłaściwa była ich więź. Być może to, co czuł Arman było prawdziwe, a teraz jedynie zostało wzmocnione, ale emocje Daire uległy zmianie i mag był niemal pewien, że wynikały z rytuału, a nie faktycznych pragnień. To było smutne i krzywdzące, nie tylko dla Daire, ale i Armana. Jakkolwiek zakochany by nie był, nie chciał przecież złudnych uczuć. Musiał mu to wyjaśnić, musiał uspokoić króla, że to, co czuł względem swego maga, było jedynie wynikiem rytuału, niczym więcej. Władcy nie potrzebny był w tak ciężkich chwilach większy emocjonalny chaos.
"Zostań"
Nie patrzył na niego, choć czuł na sobie palące spojrzenie. Wyczuł też kolejną desperacką nutę, tym razem w jego głosie, i zacisnął szczęki próbując opanować lęk. Starał się, by Daire nie wyczuł bólu, który go ogarniał. Dławiącego smutku i bezsilności. To mogłoby go przestraszyć...
- Oczywiście. Zostanę. - Odparł miękko, obracając rękę gdy ta należąca do króla zsunęła się z jego nadgarstka. Ujął jego dłoń, ścisnął lekko, a potem nieśpiesznie przesuwał kciukiem po knykciach w pieszczotliwym, uspokajającym geście. Choć tyle mógł teraz zrobić. Wbić się w znajome ramy, trzymać na wodzy emocje, nie poddawać się jeszcze przez kilka godzin, dni... tyle i le będzie trzeba. Wierzył, że w końcu uda mu się wszystko odkręcić.
Daire rozluźnił się, zamknął oczy, a wokół Armana zatańczył migotliwy fiolet. Kilka świec posłusznych jego magii rozjarzyło się drgającym płomieniem. Mrok rozjaśnił ciepły blask i dopiero wtedy Arman mógł dostrzec jak bardzo zmęczony i zagubiony był władca Taraemel.
- Nie, nie spałem. Nie martw się, Daire. - Zapewnił cicho.
Przez kilka chwil tkwili w ciszy. Arman odwrócił wzrok od skulonej na fotelu sylwetki, od splecionych rąk... Ten obraz wywoływał w nim nieokreśloną tkliwość, budził pragnienia, nieodpowiednie, nawet jeśli spełnienie ich teraz okazałoby się tym, czego pragnął Daire.
Arman chciał zamknąć go w ramionach, dotykiem, pocałunkami, słowami zapewniać, że już niczego nie musi się obawiać, już nikt i nic go nie skrzywdzi, bo był przy nim. Zburzy miasta, spopieli góry, wysuszy morza, zrobi wszystko, by ukoić jego cierpienia.
Zaciśnięcie palców wyrwało go z bolesnych myśli. Spojrzał na elfa i troska wygładziła jego dotąd nieprzyjemnie chłodne, pozbawione emocji oblicze.
- Rozumiem.
Arman nie sądził, że będzie jak dawniej, oczywiście, że nie. Uparcie jednak starał się powrócić do poprzedniego stanu rzeczy, bo był właściwszy, znajomy. To, co działo się teraz było jak wypłynięcie tratwą w sztorm. Mknęli ku zgubie i on musiał to zatrzymać.
Westchnął ciężko spoglądając na wygasłe palenisko. Ziało czernią wprawiając go w nieprzyjemne drżenie. Właściwie... nie był pewien czy wynikało z chłodu, a może bliskości Daire.
Gwałtownie machnął dłonią w kierunku paleniska rozniecając syczący, żywy płomień. Ciepło uderzyło w ich sylwetki nieco silniej niż zaplanował. Nawet podczas tak drobnego zaklęcia, nie mógł wyczuć własnej magii?
Westchnął ze smutkiem.
- Powinienem wytłumaczyć ci kilka kwestii odnośnie tego, co się stało. - Odezwał się po chwili milczenia, wracając spojrzeniem do twarzy Daire. - Może dzięki temu poczujesz się lepiej. - Brzmiał poważniej, konkretniej, bardziej tak, jak powinien. - Nie sądzę jednak, by to był dobry czas. Powinieneś odpocząć. Sen dobrze ci zrobi, a ja zostanę dopóki nie zaśniesz. Jutro porozmawiamy.
Wyprostował się w fotelu, lekko ścisnął dłoń władcy, jakby na pożegnanie tego dotyku.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Czw Mar 01, 2018 1:18 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sob Lut 24, 2018 8:51 pm

Alasdair nie wiedział, że ich więź w jakiś sposób wpływała na emocje. Nie potrafił tego wyczuć, ponieważ zawsze w jego myślach i wrażeniach dominował chaos, po rytuale (i śmierci Vivien) nie oczekiwał niczego więcej, żadna drastyczna zmiana nie była u niego spodziewana. Nie potrafił zresztą wyczuć miejsca, w którym kończył się on sam, a zaczynał Arman. Wszystko, co przeżywał król, co ograniczało jego moc i uniemożliwiało jej wybuch, jednocześnie zmuszało do spokoju, jak i wywoływało zdenerwowanie. Bez towarzystwa swojego nadwornego maga czuł się źle, niepewnie, nie na miejscu, pusto i w ciągłym zagrożeniu. Mógł przypuszczać, że te konkretnie wrażenia związane były właśnie z rytuałem - chociaż nie do końca rozumiał powód ich potęgi, przejmującej aż do szpiku kości i utrudniającej nie tylko spokojny sen, ale też i zwyczajne zachowanie. Nie rozumiał, czemu lord Agrathin wyglądał i zachowywał się tak... Spokojnie, cierpliwie, z niezachwianą pewnością siebie, gdy on sam - władca Taraemel - źle się czuł we własnej skórze. 
Potrzebował towarzystwa. Bliskości jednej, bardzo konkretnej osoby, która przy nim pozostanie już na wieki, gotowa zrobić dla niego wszystko, kojącej nerwy i ułatwiającej nawet tak pozornie prozaiczne i nigdy wcześniej niesprawiające problemu czynności, jak podejmowanie decyzji, czy... oddychanie. W ułamku sekundy Arman stał się nie tylko przedłużeniem i oparciem Daire, ale jego bardzo istotnym elementem. Bez niego... nic już nie miało sensu.
Władca drgnął nerwowo, czując powiew gorąca od kominka. Przyjął ciepło z ulgą, chociaż samo jego pojawienie się wzbudziło w nim wyłącznie niepokój. Przywykł do nadwornego maga kontrolującego swoją moc w tak niesamowity sposób, że wydawał się dokładnym przeciwieństwem temperamentnego władcy, tracącego nad sobą panowanie przy niemal każdej okazji. Czy jego towarzysz był zły? Wybuch emocji do niego nie pasował, ale tylko tak Alasdair potrafił wyjaśnić nietypowość w zachowaniu jego magii.
Zresztą, sądząc po jego kolejnych słowach...
- Zamierzasz odejść? - spytał, nie zastanawiając się nawet nad swoją reakcją i brzmieniem własnego głosu, który wypełniło zaniepokojenie. Powinien był zwrócić uwagę na coś innego, na dowolne inne zdanie w wypowiedzi maga, a jednak... Jego uwagę przykuło tylko to jedno, implikujące odejście po zaśnięciu. Był niemal pewien, że gdy tylko straci mężczyznę z oczu, zniknie jego dotyk, znów jego umysł wypełni chaos i ból. Przejmujące poczucie samotności i tęsknoty tylko czekało na ponowną okazję do zaatakowania władcy i zamieszania mu w głowie. Wspomnienie ostatnich kilku godzin, spędzonych na krążeniu po komnacie niczym w obłędzie, było zbyt żywe, by tak po prostu je zignorował. W odpowiedzi na tę groźbę, natychmiast zacisnął palce mocniej na dłoni elfa, nie przejmując się - ponownie - niewłaściwością tego gestu. Fakt, że mógł dawać jakieś sprzeczne sygnały, że mógł krzywdzić Armana... Nie, te rzeczy wcale nie przyszły mu do głowy. Był zaniepokojony, zdenerwowany przez słowa swojego towarzysza, a przy tym skrajnie niewinny i wręcz... głupi. Nie myślał o konsekwencjach swoich czynów, nie obawiał się ich, ponieważ wiedział, że przy nadwornym magu nic mu nie groziło. Wiedział, że lord Agrathin nigdy nie zrobiłby niczego na jego szkodę, nie wykorzystał jego słabości na własną korzyść.
Jednocześnie jednak udawał, że pewna, bardzo istotna część osobowości przyjaciela, po prostu nie istniała. Nie dlatego, że się jej obawiał, nie dlatego, że nie rozumiał... Ale dlatego, że nie wiedział, jak powinien sobie z nią poradzić. Znał Armana, być może lepiej, niż nadworny mag sądził, że może zostać poznany. Trwali u swego boku zbyt długo, by mogli mieć przed sobą prawdziwe tajemnice. To, że elf zdecydował się połączyć ze sobą ich dusze i ich moce... To mówiło znacznie więcej, niż jakiekolwiek słowne oświadczenie. Król pamiętał emocje, które pokazał mu przyjaciel. Pamiętał ból, desperację, gotowość na zrobienie wszystkiego... Dosłownie wszystkiego. Nie zawahał się, łamiąc zasady, które były w nich wpojone, być może nawet ważniejsze dla niego, niż Alasdaira. On był nadwornym magiem, osobą szanowaną, która nigdy nie popełniła błędu i która cieszyła się znacznie większym uznaniem, niż sam władca. Obaj dobrze o tym wiedzieli.
Fakt, że zdecydował się na zakazany rytuał, był niczym największa, najgłośniejsza deklaracja. 
Daire zamknął oczy, kładąc drugą dłoń na palcach towarzysza, delikatnie je gładząc, czując przejmujące zmęczenie. Strach. Zagubienie. Ból.
- Możemy porozmawiać o konsekwencjach... naszego połączenia teraz. Nigdzie się nie spieszę - mruknął cicho, tym razem jednak wydając królewskie polecenie, nie przyjacielską sugestię, ani nie desperacką prośbę. Skoro nie potrafił zatrzymać Armana tą nieformalną częścią siebie, musiał zastosować inny sposób. A jeśli będzie taka konieczność, użyje nawet magii, która ostatnimi czasami wcale go nie słuchała, kryjąc się i odmawiając jakichkolwiek spontanicznych reakcji - czy też, w ogóle jakichkolwiek reakcji. Zupełnie tak, jakby wieczna pożoga, która pożerała go od środka, ucichła i schowała się za czymś, czego nie mógł dostrzec. Bramą? Tarczą? Inną... mocą?
Jak w zasadzie wpłynął na nich ten rytuał? 
Czy możliwym było jakieś... przejęcie pewnych cech należących do drugiej strony? Czy to dlatego moc lorda uderzyła tak gwałtownie przy zaklęciu, podczas gdy ta należąca do króla nie pokazała się od ostatniego wybuchu, do którego doszło po śmierci Vivien?
Właśnie... Do tego dochodziła utrata jego drugiej połówki. Osoby najważniejszej dla niego, bez której wcześniej nie wyobrażał sobie życia - a mimo to, podjął konkretną decyzję, odmawiając posłania za nią Armana. Osoby, która była do tego najlepiej wyposażona, posiadała największą moc i była gotowa zrobić dla królewskiej rodziny dosłownie wszystko. Dlaczego podjął taką decyzję? 
Rozchylił powieki, wbijając spojrzenie w swojego towarzysza. Jego doradca wyglądał na równie zmęczonego ostatnimi dniami, co on. Musieli przedstawiać sobą fascynujący widok. Z powodu kilku wydarzeń zestarzeli się o całe stulecia, zmieniając w sobie nawet te cechy, które towarzyszyły im niemal od początku ich istnienia. Ogarnął ich chaos, burząc starannie ułożoną kontrolę, która nadawała ich życiom sens. Nic już nie było znajome, nic nie dawało poczucia bezpieczeństwa i stałości. 
- Arman... Jak ty się z tym czujesz? - spytał nagle, wzmacniając uścisk na dłoni nadwornego maga. Cały jego świat krążył dookoła utraty Vivien i obowiązków jako władcy, skupiał się na zrobieniu wszystkiego właściwie, a przy okazji dostrzegał zmiany, które pojawiły się w nim i które z jednej strony wszystko ułatwiały, ale z drugiej strony niemożliwie komplikowały. Wezwał do siebie jedyną osobę, która była mu bliska i zapewniała poczucie jakiejś stałości, spokoju... I ani przez chwilę nie zastanowił się, jak ona to znosi.
- Marny ze mnie przyjaciel, prawda? - mruknął, śmiejąc się słabo, opuszczając wzrok z pewnym zakłopotaniem. Ku jego zdumieniu... Jedno słowo z jego wypowiedzi zabrzmiało mu w ustach... Dziwnie. Nienaturalnie. Zupełnie tak, jakby coś się zmieniło i... I ono nie było już właściwe. 
Podniósł nagle spojrzenie, wpatrując się prosto w oczy siedzącego naprzeciwko niego maga. Poczuł to.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Czw Mar 01, 2018 2:49 pm

Desperacja. W mowie, gestach, spojrzeniu. Choć kiedyś marzył, by Daire właśnie tak mocno pragnął jego bliskości, to teraz, otrzymując to, przyjmując związaną z tym własną nadzieję, poczuł się żałosny. Nic, co się w tej chwili działo, nie było prawdziwe. Nie miało nawet odrobiny kontekstu, który krążył po armanowej głowie. Wszystko było wynikiem magii, lekkomyślności czynów i zagubienia władcy. Kim Arman stałby się, gdyby wykorzystał cierpienie swojego najlepszego przyjaciela, by ukoić własne?
Musiał być ponad to, ponad swoje pragnienia, ponad cierpienie, ponad jego ból i desperację. Musiał ustrzec się przed pokusą życia złudzeniami. Dlatego właśnie uśmiechnął się łagodnie, pozwalając dojść do głosu emocjom dużo czystszym, nie skażonym cierpieniami minionego wieku. Bo najpierw był przyjacielem, potem doradcą, a na samym końcu, o ile w ogóle pozwoli jeszcze szepnąć tym emocjom cokolwiek, był nieszczęśliwie zakochany.
- Zostanę, jeśli chcesz. - Zapewnił, starając się patrzeć na oblicze Daire jak na twarz pogrążonego w żałobie przyjaciela, któremu mógł pomóc po prostu będąc blisko. Pozwoli mu wypłakać się na swoim ramieniu, nawet zasnąć w nich, bez choćby jednej niewłaściwej myśli.
Władca Taraemel nie musiał uciekać się do wymyślnych sposobów, by zatrzymać Armana przy sobie. Elf nie miał zamiaru nigdzie iść, nie po usłyszeniu paniki w jego głosie. W końcu zrozumiał i rozluźnił się, zdecydowany zapewnić przyjacielowi wsparcie tak długo, jak będzie tego potrzebował.
Z wolna pokiwał głową słysząc ton jakim Daire zwracał się do dworzan i ludu. Nie miał mu za złe zwracania się w ten sposób, choć przecież opowiedziałby mu wszystko nawet wtedy, gdyby zwyczajnie go o to poprosił.
Słysząc pytanie, zmrużył oczy w zamyśleniu. Jak się czuł? Właściwie nie precyzował tej myśli i zapytany, milczał przez chwilę, skupiając się na własnych emocjach, na próbie ich skrystalizowania w jasne, zrozumiałe słowa. Szybciej się irytował. Był rozkojarzony, zmęczony i miał poczucie, że wszystko, co czuł do Daire urosło do mistycznego, nienazwanego poczucia jedności. Był na wpół przerażony, na wpół szczęśliwy, ale wszystko przesłaniała śmierci Vivien, stając się zniekształcającą emocje soczewką, przez którą musiał odbierać rzeczywistość. Przez nią wszystko rysowało się w okrutnie szarych barwach. Był więc zlepkiem chaotycznych, sprzecznych uczuć i kiepsko sobie z nimi radził.
Uznając, że nie potrafi jasno odpowiedzieć jak się czuje, westchnął tylko. Nie skomentował nagłego zakłopotania Daire, ani też intensywności jego spojrzenia, które po chwili rozbiło taflę wstydu, by onieśmielić maga jakąś niezrozumiałą pewnością.
Arman odwrócił wzrok nie mogąc znieść siły spojrzenia władcy.
- Nie martw się o mnie teraz. Dam sobie radę. Najważniejsze żebyś odzyskał siły. - Poklepał wierzch jego dłoni i dźwignął się z fotela, łagodnie wyswobadzając rękę z jego uścisku. Jakkolwiek nie byłby silny w obliczu własnych emocji, nie miał jej tyle, by mierzyć się z nimi w chwili, gdy Daire patrzył na niego w taki sposób.
Podszedł do skrzyni przy królewskim łożu, otworzył ją i wyciągnął zeń jeden z alasdairowych płaszczy.
- To co się stało, to połączenie... - Zaczął, wracając do siedzącego przy kominku elfa. - ...pomogło mi wpłynąć na twoją moc i wygasić ją na tyle, byś nie mordował ludzi i nie zabił siebie. - Wyjaśnił, okrywając jego ramiona miękką wełną, ostrożnie, starając się nie dotknąć nagiej skóry. - Znaczy to, że mam wpływ na twoje emocje, bezpośredni i pośredni, tak jak ty na moje. A jak wiesz, emocje mogą oddziaływać na moc, szczególnie gdy jest ona silna. To był powód, dla którego podjąłem próbę przeprowadzenia rytuału. Na szczęście udaną.
Uśmiechnął się melancholijnie i zajął swoje poprzednie miejsce, ale usiadł ledwie na brzegu fotela, odrobinę nachylając się do Daire, próbując nie myśleć o stykających się kolanach i współdzielonym cieple ciał. Przynajmniej nie w kontekście, który naturalnie mu się nasuwał. Tłumaczył sobie, że to wszystko dla niego, by ukoić bezpodstawną chęć bliskości.
Ujął jego dłoń i ścisnął lekko, gestem pocieszenia. Lecz nim znów zaczął mówić, zatopił spojrzenie w trzaskającym cicho ogniu.
-  Ale ma to też swoje efekty uboczne. Jednym z nich jest poczucie... więzi. - Zmarszczył brwi najwyraźniej niezadowolony z doboru słów. Więź... to nie było dobre określenie, ale nie potrafił znaleźć właściwszego dla tej rozmowy, a wszystkie, które przychodziły mu na myśl były żałośnie onieśmielające. Pozostał więc przy więzi. - Nie mogę obiecać, że to minie, na pewno nie szybko. Muszę zrobić odpowiednie badania, rozeznać się w dziennikach magów z poprzedniej ery, żeby dokładnie określić naturę tego, czego dokonałem. Ta więź przydaje się teraz, ale później może być jedynie kłopotem... jak się domyślam, już nim jest. Więc jak najszybciej postaram się znaleźć sposób na cofnięcie jej następstw. Na razie jednak nie musisz się tym przejmować. - Wyrzucał z siebie słowa szybciej i mniej składnie niż zwykle. Jakby nagle to nie spokojem i zimną logiką chciał przekonać władcę do swoich racji, a emocjonalnym ładunkiem, dowodem wiary we własne słowa.
Łapiąc się na kurczowym zaciskaniu palców na jego dłoni, rozluźnił je, wyprostował się, westchnął. Zapomniał, że musi pilnować się bardziej. Przed rytuałem panowanie nad emocjami było dziecinnie proste, teraz poddawał się im zbyt łatwo.
W końcu spojrzał na króla, zdobywając się na słaby uśmiech.
- Najważniejsze, że dzięki zaszczepieniu cząstki mojej mocy, masz większą kontrolę nad własną. - Tego, że sam miał mniejszą kontrolę nad swoją, nie powiedział. Nie był do końca pewny z czego wynikała i naiwnie sądził, że być może z czasem moc się ustabilizuje. Poza tym nic dobrego nie przyszłoby z martwienia Daire także tym, z czym mag powinien uporać się sam. Była jednak rzecz, z którą nie mógł poradzić sobie sam i choć czuł wewnętrzny sprzeciw przed mówieniem o tym głośno, logika wygrała, zmuszając go by wyjaśnił wszystko dokładnie, co do najdrobniejszego szczegółu.
- Właściwie jedyne, o co chciałbym cię prosić, to to, byś brał pod uwagę, że współdzielimy i wpływamy na swoje emocje. Obiecuję ci nie wykorzystywać tego w żaden niewłaściwy sposób i proszę cię o to samo. Jednak mimo to, musisz brać poprawkę na to, co możesz czuć. Zagubienie, tęsknota, być może apatia, są wynikiem połączenia. Część z tych emocji będzie wynikała z tego, że właściwie... dzielimy teraz jedną duszę. Część wynikać będzie z naszych osobistych emocji. To może powodować oszołomienie. Nieprzyzwyczajeni do takiego stanu rzeczy będziemy czuć dyskomfort. Ale jestem pewien, że z biegiem czasu i ze zrozumieniem istoty tego połączenie, będzie nam łatwiej. - Westchnął ciężko, próbując odegnać niewłaściwe dla tej chwili poczucie zażenowania. - Poza tym, połączenie jest stabilne i nie wywołuje innych kłopotów. - Zapewnił na koniec, wsunąwszy się głębiej w objęcia fotela, instynktownie uciekając od dusznej, przytłaczającej bliskości Daire. I jedynie dłoń pozostała na swoim miejscu, jako trofeum wygranej emocjonalnej bitwy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Nie Mar 04, 2018 9:10 pm

Arman. Najmniej egoistyczna istota w całym królestwie. Nie było drugiej tak oddanej władcy, gotowej zrobić dla niego wszystko, odkładającej wszelkie własne potrzeby na bok, gotowej poświęcić dla niego życie. Dla Alasdaira jego opanowanie, spokój i zdecydowanie były czymś stałym, oczywistym, a jednocześnie niezmiennie zdumiewającym. Czasami nawet zapominał o towarzystwie swojego maga, przyzwyczajony do jego obecności, do magii gotowej w każdej chwili zahamować jego temperament, do przyjaznego ucha i łagodnego głodu, doradzającego czasami bardziej subtelne rozwiązania niż te, ku którym skłaniał się król. Przyjaciel był przy nim zawsze i nic nie mogło tego zmienić - dlatego właśnie on mógł właściwe panować, opiekować się miłością swojego życia, wyjeżdżać na polowania i podbijać kolejne tereny. 
Niby zawsze... A jednak wcale nie. Od chwili połączenia ich dusz, Daire dostrzegał z bólem każdą chwilę, w której nadwornego maga przy nim nie było. Wcześniejsze przekonanie legło w gruzach, czyniąc ich relację... trudniejszą i bardziej niejednoznaczną. Jakaś część króla nie potrafiła wyobrazić sobie nawet oddychania bez bliskości Armana. Do czegoś tak intensywnego władca nie przywykł. Nigdy wcześniej nie był tak zagubiony we własnych wrażeniach i potrzebach, pozbawiony pewnego oparcia pod postacią przyjaciela. I ukochanej. Było tak, jakby najpotężniejszy elf w całym królestwie, uważający się przez większość czasu za skrajnie niezależnego - potrzebującego jedynie pomocy przy opanowaniu swojego temperamentu - tak naprawdę zawsze potrzebował dwóch solidnych (metaforycznych) kolumn, wspierających go i umożliwiających mu normalne funkcjonowanie. Z jednej strony musiał być tego świadom - z drugiej, nigdy nie dopuszczał do siebie pełni konsekwencji tego uzależnienia. Nigdy nie sądził, że może czuć fizyczny ból wynikający z braku obecności chociaż jednej z nich.
Gdy siedział w fotelu, wpatrzony w nadwornego maga, zdał sobie sprawę, że tak naprawdę od momentu wstąpienia na tron, nigdy nie był sam. Zawsze miał u swojego boku kogoś - Vivien w zamku, Armana poza nim. Vivien w łóżku, Armana podczas posiedzeń Rady. Vivien w chwilach zwątpienia, Armana - w chwilach, gdy dawał upust furii. Nie tylko Alasdair nie był niezależny - nie, on przechodził z jednych rąk do drugich, pilnujących go, zapewniających bezpieczeństwo i pozwalających bawić się w króla, podczas gdy tak naprawdę to ktoś inny był najistotniejszy. On mógł podejmować decyzje, mógł siedzieć na tronie i być uznawanym za najważniejszą istotę w całym Taraemel, ale prawda była zupełnie inna. Gdyby nie jego przyjaciel i ukochana, byłby nikim. Kupką popiołu w gruzach zamku. Nie potrafił zliczyć tego, ile razy Vivien go uspokajała, ile razy Arman blokował wybuch jego mocy, ile razy każde z nich siedziało przy nim, gdy ważyły się losy królestwa i dawało mu wszystko - życzliwość, cierpliwość, inne spojrzenie na sytuację, zapewnienie że postąpi właściwie. Bez nich był jak dziecko - duże, potężne, ale nierozsądne i gwałtowne.
Gdy stracił jedną ze swoich "kolumn", nagle jego samotność i zagubienie stały się wyraźnie widoczne. 
Nie mógł jednak wymagać od Armana zapełnienia luki po Vivien. To byłoby niewłaściwe i krzywdzące.
A może to był efekt uboczny ich połączenia? Może wcale Daire nie był tak zależny od swoich bliskich, jak zakładał?
Władca słuchał wywodu swojego towarzysza w milczeniu, chłonąc jego wyjaśnienia z wręcz nietypowym dla siebie spokojem, wynikającym zapewne z dużego zmęczenia - które jednak nie przyćmiło jego rozumienia. Wszystko, co mówił mu mag, zdawało się nie tylko mieć sens, ale wręcz idealnie tłumaczyć każdą jedną wątpliwość, nawet tą pozbawioną dotychczas konkretnego kształtu. 
Cała ta sytuacja wydawała się być bardzo trudna dla lorda Agrathin. Nie mówił tego wprost, opisując z niesamowitą dokładnością różne aspekty ich połączenia - ale wyraźnie też zaznaczając własną niewiedzę. To jednak, co mówiło najwięcej o jego stanie, były emocje. Spontaniczne ruchy, zmiany tonu, czy próby ucieknięcia wzrokiem. Rzeczy tak rzadkie u niego, że władca był w stanie policzyć na palcach jednej ręki momenty, w których wcześniej się przydarzyły. Jego towarzysz był zdenerwowany, pod wpływem różnych myśli, którymi nie zamierzał się dzielić z Daire - co samo w sobie mogło wydawać się zdumiewające, gdyby nie fakt, że Arman nigdy nie był przesadnie chętny do dzielenia się własnymi wrażeniami. Mógł doradzać, mógł rozumieć, ale dostępu do jego głowy nie miał nikt.
W chwili, gdy zdecydował się na połączenie dusz, zrezygnował z prawa do własnej niezależności. Jego król mógł nie rozumieć wszystkiego, co odbierał, mógł mieć problem z rozróżnieniem emocji na swoje i te należące do maga, ale jednak miał dostęp do wszystkiego, co zawsze wieloletni przyjaciel ukrywał. 
Daire pamiętał moment, w którym został wciągnięty w duszę, w magię swojego towarzysza. Pamiętał wszystkie odcienie bólu, które go zaskoczyły - zawsze przypuszczał, że mag z taką łatwością kontrolował własną moc dlatego, że brakowało w nim silnych wrażeń. Takich, których potęga była podobna do tych, które prowokowały wybuchy u Alasdaira. Tak jednak nie było - i to odkrycie nie tylko zdumiało władcę, ale też zmusiło go do spojrzenia na przyjaciela w inny sposób.
Czy było możliwe, iż odczuwał tak duży ból rozłąki nie ze względu na ich "wspólną" duszę, która nie radziła sobie z oddaleniem, nie ze względu na utratę Vivien, ale... Ponieważ właśnie tak czuł się Arman?
Daire nie chciał myśleć o konsekwencjach takiej prawdy. Nie był przekonany, czy potrafiłby sobie z nimi poradzić. Wolał skupiać się na innych, znajomych problemach, które były dla niego najważniejsze. 
Nie, nie były. Powinny być. 
Gdy obserwował nerwowe ruchy swojego przyjaciela, czuł kotłujące się w nim emocje - a może w nich obu? - ale jednocześnie czuł spokój. Tak jak chwilę wcześniej wszystkie jego myśli krążyły dookoła Armana, bez którego nie potrafił się uspokoić, tak teraz było podobnie - chociaż cel uległ zmianie. 
Fakt, że Vivien, miłość jego życia, przepływała przez jego myśli sporadycznie, znikając zaraz poza granicami wzroku, był niepokojący. Ból, który ogarnął go tamtego pamiętnego dnia, był już tylko wspomnieniem. Wyraźnym, gdy do niego wracał, ale nie towarzyszącym mu bez przerwy. Było zupełnie tak, jakby... Potrzebował Vivien, ale w inny sposób niż dawniej sądził. Czy to, że współdzielił emocje, mogło mieć wpływ...?
- Czy przez to nie tęsknię za nią tak intensywnie? - spytał nagle, wzmacniając uścisk na dłoni towarzysza i przechylając się w jego stronę. - Nie wiem... - Zaciął się, wypuścił Armana z uścisku i uniósł obie dłonie, odgarniając włosy do tyłu, rozglądając się po komnacie, szukając czegoś, na czym mógłby skupić wzrok i co pomogłoby mu zwerbalizować myśli, które przewijały się cały czas przez jego głowę. - Nie wiem, co czuję. Co powinienem czuć. Co jest tobą, co połączeniem, co mną. W zasadzie... - Westchnął ciężko i opuścił dłonie, wbijając w nie wzrok. - Mylisz się, wcale nie mam większej kontroli nad magią. Ona we mnie jest, oczywiście, ale... Obojętna. Zmieniona. Tak jak wcześniej przy każdej okazji wyrywała się, by coś zniszczyć, tak teraz na nic nie reaguje. Nawet wtedy, zanim przyszedłeś, ja... - Przerwał, wyraźnie słysząc jak do jego głosu wdarły się nuty znajomej paniki. 
Nigdy nie był całkowicie chłodny i opanowany, oczywiście, ale zwykle towarzyszyła mu złość, nie histeria. Kolejna rzecz zupełnie dlań obca.
Powoli nabrał powietrza do płuc, a potem je wypuścił, zamykając oczy i przecierając twarz dłońmi. Musiał się uspokoić. Znaleźć słowa, które wyjaśniłyby to wszystko, co czuł - lub nie czuł - i dały jakiś obraz jego przyjacielowi. Tylko Arman mógł mu pomóc, ale by cokolwiek zrobić, potrzebował dokładnie znać sytuację. Wiedzieć, czego powinien szukać w księgach lub... W sobie.
- Wszystko jest inaczej. Na odwrót. Tak jakby... Jakby wszystko się zmieniło, jakbym patrzył na swoje życie w zupełnie inny sposób. - Westchnął ciężko. - Arman, czy to w ogóle w porządku, żebyś był w takiej sytuacji? Nie zasłużyłeś na takie problemy. Na wysłuchiwanie mnie, ratowanie z własnej głupoty, no i... Oddawanie swojej duszy. Nawet jej małego fragmentu. Od wielu lat nie masz swojego życia z mojej winy, a teraz... Teraz jest tylko gorzej. - Powoli uniósł spojrzenie na maga, czując przejmujący ból w piersi. Swój? Jego? Nie wiedział. - Przepraszam. Nigdy nie chciałem cię tak wykorzystywać.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sro Mar 21, 2018 1:53 am

Najpierw on kurczowo zaciskał palce na jego dłoni, by już po kilku chwilach, to Daire odpłacał się lustrzanym gestem. W nieporadny, bezzasadnie nieśmiały sposób dawali sobie oparcie, choć obaj w tej chwili pragnęli znów zatopić się w jedności duszy, która jako jedyna oferowała kompletny spokój. Arman nie potrafił być spokojny. Już nie. Im dłużej przebywał w towarzystwie króla, im dłużej patrzył na jego wykrzywioną cierpieniem twarz, tym większy chaos go ogarniał. Chciał zrobić tak wiele! Pragnął znaleźć sposób, by przyjaciel poczuł się dobrze jak najszybciej. A nie mógł. Teraz nie mógł zrobić nic więcej, prócz wytłumaczenia istoty więzi i próby pocieszenia. To było niczym. Daire wciąż cierpiał, wciąż nie rozumiał, wciąż nie mógł się pogodzić z następstwem lekkomyślności maga. Arman nie wiedział co robić. Pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, nie potrafił znaleźć wyjścia z sytuacji.
- Przykro mi, nie znam odpowiedzi na to pytanie - przyznał najdelikatniej jak potrafił, choć głos drżał mu od niewyrażonych emocji. - Nie można tego wykluczyć.
Nie rozumiał dlaczego jego przyjaciel nie tęsknił za Vivien. Choć może nie chodziło tu o tęsknotę samą w sobie, a o poczucie straty? Być może Arman zapełnił lukę po królowej splatając swoją duszę z dusza króla dzięki czemu znalazł się na jej miejscu? To było możliwe, tak jak to, co mogło się z tym wiązać. Nie chciał o tym myśleć. Krzywdził się każdą, nawet najmniejsza cząstką myśli o tym, że Daire mógłby go kochać. Kochać tak, jak kochał Vivien.
Siedział w fotelu zupełnie sztywno, patrząc na miotającego się elfa. Nawet nie zdawał sobie sprawy, że uczucia Daire odbiły się także na jego twarzy, jakby instynktownie łączył się z nim w cierpieniu.
- Jestem pewien, że to przejściowe. Nauczymy się je oddzielać, musimy dać sobie trochę czasu. - Sam w tamtym momencie nie wierzył we własne słowa. - To dobrze, że twoja magia jest zmieniona. Gdyby została taka jak dawniej, zabiłaby cię. - Uśmiechnął się słabo. Próbował, naprawdę próbował wszystko wytłumaczyć, swoim spokojem dać wytchnienie władcy, ale on również miał swoje limity. Zbliżał się do nich niebezpiecznie szybko. Być może przez wzgląd na zmęczenie i niestabilność magii powinien wszystko odłożyć na później?
- Moja moc również zachowuje się... nietypowo. Ale nie przejmuj się. Nauczę cię jak się nią posługiwać. Pokażę ci wszystko od początku, kiedy odzyskasz siły. Tym razem nie będzie to trening opanowania. - Zdobył się na weselszy uśmiech nawiązując do nauk, które pobierali wspólnie jako dzieci. Mimowolnie wrócił wspomnieniami do czasów beztroski, do wszystkich tych chwil gdy byli razem, sami przeciwko całemu światu. Kiedy obowiązkami była nauka, a widmo przyszłych powinności było radośnie odległe. Ich świadomość nie straszyła, cieszyli się z przyszłej potęgi. Chcieli zmieniać świat. A teraz świat rozsypywał się, nękany wewnętrznymi wojnami, którym nie potrafili zapobiec. Ich własny, mały świat również obracał się w proch razem ze śmiercią jednej z jego podstaw. A oni przesypywali powstały popiół między palcami szukając w nim dawnych siebie.
Na próżno. Nie było już Vivien, nie było dawnego Daire, ani dawnego Armana.
Podniósł się i w nagłym przypływie uczuć, z sercem po brzegi wypełnionym bólem... swoim, jego, nieważne, uklęknął przed elfem. Zamknął wokół niego ramiona, przyciskając jego głowę do swojego czoła.
- Wierzę, że ta zmiana jest dobra, przynajmniej na razie. Spróbuj ją zaakceptować. - Żarliwy szept wyrwał się z ust maga. Nie mógł znieść jego cierpienia. Oddałby wszystko, by je ukoić i to nie jedynie dlatego, że teraz dzielili ze sobą uczucia. Nie. Arman zawsze gotów był zamienić swoją siłę na jego ból, bez względu na okoliczności. Nie mógł znieść również tego, że Daire się obwiniał. Arman nie był pokrzywdzony, na pewno nie w tej chwili.
- Przysięgałem ci służyć. Oddałbym ci całą duszę, cały swój czas, swoje życie. Nawet gdybyś wykorzystał mnie świadomie, nie dbałbym o to. Możesz to robić. Przysięgałem. - Objął dłońmi jego głowę, zmuszając, by spojrzał mu w twarz. Gdy to zrobił, mógł dostrzec jak oczy Armana iskrzą gorączkowo. - Przysięgałem - powtórzył z mocą. - Więc nie przepraszaj mnie. Jesteś moim władcą, moim przyjacielem. Jestem tu żeby cię chronić. - Jeszcze raz przycisnął swoje czoło do jego głowy, zaciskając palce na jego karku. Odetchnął płytko, z trudem chwytając się wypracowanego latami opanowania. Był przeraźliwie zmęczony. Z chwili na chwilę coraz bardziej tracił resztki rozsądku. Pretendował do najbardziej opanowanej istoty w królestwie, może nawet był nią... do tego momentu. Teraz był zagubiony, ale przede wszystkim, kompletnie przerażony trudnością w opanowaniu wszystkich emocji. Pomimo rozpaczliwych starań ich poukładania - pragnienia, nadzieje, lęki, wszystko dosłownie pochłaniało go i mieszało mu w głowie. Musiał odpocząć. Wierzył, że jutro, po odpowiedniej dawce snu, wróci do siebie, a na pewno spróbuje.
Ręce Armana zsunęły się na barki króla, a potem bezwładnie opadły. Lekko pokręcił głową.
- Muszę odpocząć. Ty musisz - wymamrotał, siadając na piętach. Przetarł dłońmi twarz. Prezentował sobą teraz nie mniej żałosny widok niż Daire. Z twarzą ściągniętą bólem, rozpalonymi jak w gorączce oczami, kuląc się, był ledwie cieniem samego siebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Czw Mar 22, 2018 12:10 am

Byli zagubieni. Pozbawieni racjonalności, pozbawieni stabilnych podstaw, pozbawieni dawnej pewności swojego miejsca i stałości świata, który ich otaczał. Niezależnie od tego, jak bardzo Arman się starał, nie mógł zapewnić władcy absolutnego spokoju. Nie w tej sytuacji, nie znajdując się w takim stanie. Obaj byli zdenerwowani i zmęczeni, znajdujący się na granicy wytrzymałości, nie mogący się obejść bez swojego towarzystwa, a jednocześnie nie potrafiący w żaden sensowny sposób wyartykułować własnych potrzeb.
Daire uśmiechnął się równie słabo, pozwalając też i własnym myślom dotrzeć do odległych wspomnień. W tamtych czasach ani stabilność państwa, ani gwałtowność mocy nie wydawały się ważne. Mieli przed sobą całe życie, pełne przygód, radości i własnego towarzystwa. Wtedy Arman nie był jeszcze niesamowicie opanowanym lordem i nadwornym magiem, a Alasdair miał swoje nazwisko i rodzinę. Żaden z nich nie martwił się nieokiełznaną magią przyszłego władcy, podobnie jak nie myślał o ożenku. Vivien nie pojawiła się w ich życiu jeszcze przez długie i beztroskie lata, podobnie jak przeklęty Artefakt, ciążący na szyi Daire niczym niechciany obowiązek. Wszystkie podjęte przez nich decyzje doprowadziły właśnie do tego miejsca, wypełnionego cierpieniem i zmęczeniem, nie zaś tamtymi radosnymi fantazjami o podbijaniu wspólnymi siłami świata.
Król Taraemel zamknął oczy, pozwalając się objąć, słuchając kolejnych słów i zapewnień swojego maga, wręcz czując jego walkę z osuwającym im się spod nóg gruntem. Podziwiał siłę lorda Agrathin, który wciąż próbował zapewnić im jakąś - jakąkolwiek, tak naprawdę - stabilność. Upewnić, że nie wszystko było stracone, że jeszcze była dla nich nadzieja. Daire jej nie czuł, ale dawał się otoczyć gwałtownymi zapewnieniami, kojącymi słowami, ciepłem bliskości i zapewnieniem siły. Iluzją, że chociaż jeden z nich w tym momencie był w stanie kontrolować... Cokolwiek.
Nigdy nie chciałem twojej duszy - chciał powiedzieć, cisnęło mu się to na usta, będąc niewygodną prawdą. Zawsze korzystał z wszystkiego, co miał mu do zaoferowania przyjaciel, pochłaniał każdy jeden skrawek jego osoby, jego życia i prywatności, mniej lub bardziej świadom tego, jak wiele mu odbierał. W tym konkretnym momencie, być może po raz pierwszy w życiu, tak naprawdę nie chciał całego poświęcenia i desperacji, jakimi obdarzył go ufnie i bez chwili zawahania Arman. Pragnął tylko jego spokoju, jego szczęścia. Chciał ponad wszystko zobaczyć znów tamten młodzieńczy, łagodny uśmiech, ciepłe spojrzenie, energiczne i niepowstrzymane żadnymi narzuconymi przez magów ograniczeniami. Nie chciał, by najbliższa mu na świecie osoba zatraciła się w bólu, oddając wszystko, dosłownie wszystko co miała do zaoferowania. Władca nie był tego wart - niezależnie od tego, co mówił drugi elf, on był tego pewien.
Pierwszy raz w życiu ta prawda uderzyła go w oczy. Powód, dla którego Arman przysięgał i był gotów poświęcić każdy jeden element swojego życia dla dobra - nie, nie dla dobra, a dla zwykłego widzimisię - króla.
- Przepraszam - powtórzył cicho, głosem wypełnionym rezygnacją. - Tak strasznie cię przepraszam, Armanie. - Westchnął ciężko, po raz kolejny przecierając twarz dłońmi.
To wszystko było jego winą. Powinien być lepszy. Umieć panować nad swoimi emocjami, nad swoim ludem. Nad własnymi potrzebami, przez które niszczył jedyną bliską mu osobę, która pozostała przy życiu. Nie zasługiwał na dobroć, jaką obdarzył go jego towarzysz, tak samo jak nie zasługiwał na jego wierność i... uczucie.
Podniósł się powoli, przez krótką chwilę górując nad nadwornym magiem, zbierając w sobie siły i bezradnie przypatrując się emocjom targającym magiem - oraz tym, które kotłowały się w nim samym. Odetchnął wreszcie ciężko i nachylił się, łapiąc go za ramiona.
- Chodź. Wstań - polecił cicho, pomagając wykończonemu mężczyźnie unieść się do pionu, zabierając większość jego ciężaru i prowadząc do swojego łóżka. Nie zważając na niemrawe protesty położył go na nim, a potem okrył kocami, łagodnymi ruchami przesuwając je w odpowiednie miejsce.
- Idź spać, proszę. - Uśmiechnął się słabo. - Proszę cię, nie kłóć się ze mną. Nie mamy na to siły.
Wyprostował się i ruszył z powrotem pod kominek, spod którego wziął jeden z foteli i, przesuwając go z nieprzyjemnym chrobotem, przybliżył go do łóżka. Chwycił leżący na nim koc, owinął się nim i usiadł bokiem, przez chwilę w nim moszcząc, nim wreszcie nie zamknął oczu.
- Śpij - powtórzył jeszcze raz, by polecenie wybrzmiało i na pewno dotarło do zbuntowanego przyjaciela.
Był przy nim. Tylko to się liczyło. Tego potrzebował, by - chociaż odrobinę - ukoić własne lęki i rozedrgane emocje. Był wykończony, zdenerwowany, niepewien ani jednej rzeczy w swoim życiu, uwiązany do zamku, do obowiązków, pozbawiony ukochanej, ale przy Armanie. Tylko ta jedna rzecz utrzymywała go jeszcze przy życiu. Niezależnie od tego, jak wiele sprzecznych emocji się w nim kotłowało, nie był gotów na rezygnację z towarzystwa tego jednego, konkretnego elfa.
Potrzebował go - i, znowu po raz pierwszy w życiu postawił jego osobę ponad swoją. Nie tylko chciał go mieć przy sobie, ale musiał też wiedzieć, że jest on bezpieczny, rozpieszczony i pozbawiony trosk. Tak jak kiedyś dbał za (niemal) wszelką cenę o Vivien, tak teraz poświęcił swoją uwagę, łóżko i wygodę dla niego.
Gdy powoli odpływał, w jego głowie pojawiła się jedna, nieprzyjemna myśl, siejąca zwątpienie w starannie poukładanym do niedawna świecie. Czy gdyby to Arman został porwany, nie pozwoliłby Vivien za nim podążyć?

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Nie Cze 24, 2018 9:05 pm

Arman nie chciał pogodzić się z własną słabością ani z poczuciem winy Daire. Nie mógł na to patrzeć, ale nie miał też siły dalej się sprzeciwiać. Czuł się przygnieciony ciężarem konsekwencji własnych wyborów. Zdobył się jedynie na niemrawe zaprzeczenie w postaci kręcenia głową.
Było mu ze sobą źle. Miał poczucie jakby nie był sobą, a bliskość Daire wszystko komplikowała. Jednocześnie miał ochotę uciec i zostać, krzyczeć i płakać, poddać się i walczyć. Mnogość sprzecznych emocji rozrywała go sprawiając, że jedynym racjonalnym wyjściem było wyparcie ich wszystkich. Tak robił zawsze, uciszał szalejące uczucia, wiązał je i zmuszał do posłuszeństwa. Czy mógł zrobić to teraz? Czy miał tyle siły?
Uniósł się posłusznie i wspierając się na ramieniu przyjaciela, mamrotał niemrawe sprzeciwy.
- Mogę wrócić do siebie… Powinienem wrócić do siebie…
A jednak… nie chciał. Ciepło obejmującego go elfa, zapach jego pościeli, świadomość, że był w jego łóżku, w miejscu, do którego w swoich najśmielszych fantazjach pragnął trafić, sprawiała, że mimo wszystko nie czuł się obco. Tak jakby miał tu swoje miejsce od zawsze.
Nie oponował już. Skulił się pod kocami nie śmiąc prosić, by Daire zajął miejsce obok, choć bez wątpienia i on potrzebował teraz dobrego snu. Było to jednak zbyt... wiele.
Arman mocno zacisnął powieki i próbował wmówić sobie złudzenie, że był na właściwym miejscu i mógł poczuć się bezpieczny, a przede wszystkim - wolny od trosk, ale nigdy nie potrafił oszukiwać się zbyt długo.
Słuchał nieprzyjemnego chrobotu mebla, kiedy władca przeciągał go po podłodze, a potem wsłuchiwał się w szelest koca i miarowy oddech.
“Śpij.”
Ucieszył się i zmartwił w duchu, że Daire zajął miejsce w fotelu. Nie odpowiedział. Jak na komendę, zasnął.

Poranek był pochmurny i przez niemal w całości zasłonięte kotarami okno nie wpadało wiele światła. Armana nie obudziło więc ciepło słońca, a nieprzyjemny sen, przez który czuł na policzkach zawstydzającą wilgoć.
Otarł łzy wierzchem dłoni. Nie pamiętał snu, ale czuł po nim powoli słabnący ucisk w trzewiach. Westchnął głęboko, odpychając strzępki koszmaru i spojrzał na wciąż śpiącego w fotelu Daire. Wyglądał tak spokojnie, tak… pięknie.
Arman uśmiechnął się smutno. Choć psychicznie wciąż był zmęczony, to sen przyniósł mu przypływ sił, który tak potrzebny był mu do działania.
Na chwilę przymknął jeszcze oczy i zamiast skupiać się na wydarzeniach minionych dni, na bliskości Daire, na koszmarze czy na własnej, kompletnie rozstrojonej magii, skierował myśli na tor logiki. Niemal zmusił się do tego, by zebrać wszelkie fakty i znaleźć rozwiązanie. Jednego był pewny - nie mogli żyć z tą więzią. Może i uratowała część poddanych i samego króla przed śmiercią, ale na dłuższą metę była destrukcyjna dla nich obu. Arman musiał coś z tym zrobić i zdecydowanie nie mogło być to próbą zatrzymania skutków rytuału.
Wstał z łóżka powoli i po cichu, by nie zbudzić władcy, ale wcale nie skupiał się na tym tak bardzo - układał w głowie plan działania. Wiedział już, że w stolicy nie znajdzie potrzebnej mu wiedzy. Musiał poszukać dalej i znał miejsce, w którym mogliby mu pomóc. Wprawdzie wiązało się to z przyznaniem się do błędu ludziom, wśród których pragnął zachować opinię doskonałego i nieomylnego, ale to nie był czas na unoszenie się honorem. Musiał przełknąć swoją dumę i zwrócić się do mentorów, do najstarszych magów królestwa.
Z nową determinacją, ale przede wszystkim z planem, pozostawił za sobą wciąż śpiącego w fotelu Daire.
Zdawał sobie sprawę, że król nie poprze jego decyzji. Nie w momencie, gdy magia działała na niego tak silnie, gdy mieszała mu w głowie... ale mag nie miał wyboru. Nie dawał go sobie. Z nich dwóch, to on, raz jeszcze zamierzał wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności, wypierając się wszystkich bolesnych pragnień. Zamierzał porzucić więź, wyrzec się jej, ale też wyrzec się własnych, pielęgnowanych przez lata i wykutych w bólu, uczuć.
Sądził, że to ich uratuje. To, oraz sposób na odkręcenie rytuału. Daire w czasie nieobecności Armana pogodzi się ze stratą ukochanej i gdy w końcu pozbędą się okrutnej więzi, wszystko wróci do normy. Tak właśnie myślał. Taką miał nadzieję.
Wydając rozkazy, przygotowując się do podróży i skupiając się na planie, kategorycznie odsuwał od siebie myśli, które mogłyby odroczyć jego decyzję. Zabraniał sobie okropnej radości z uwagi króla; z każdego z momentów, kiedy tęsknota pchała go w jego ramiona, jedyne które mogły dać mu teraz ukojenie. Arman dałby mu je. Jak przodków kochał, ofiarowałby mu wszystko, ale... to nie było żadne rozwiązanie. Ofiarował władcy nawet cząstkę swojej duszy, a i tak przyniosło to jedynie komplikacje.
Z goryczą stwierdził, że cokolwiek robił z miłości, to nie było to właściwe i niosło ze sobą jedynie ból. Mógł znieść wiele cierpienia jeśli dotykało jedynie jego, ale gdy dotykało Daire... Nie, nie mógł go krzywdzić, nawet w dobrej wierze. Nie mógł wykorzystywać jego słabości.
Nie mógł żyć złudzeniami.
Nie mógł go kochać.
Nie wiedział czy w ogóle potrafi zmusić się do tego, przecież przez tyle lat tkwił rozdarty między miłością a powinnością, ale… może to był dobry czas, by w końcu zaszyć rozdrapywaną od ponad wieku ranę?

Machnięciem dłoni zmusił skrzydła drzwi gabinetu do rozchylenia się. Pchnięte podmuchem energii z hukiem uderzyły w ściany. W wyrazie cichej irytacji, Arman zmarszczył bardziej i tak ściągnięte już brwi. Starał się stosować magię gdzie tylko mógł, by przyzwyczaić się do jej niepokornej, gwałtownej natury, ale obecna moc była mu obca. Wirujące wściekle drobinki fioletu uciekały mu spod palców i rozpraszały się niekontrolowanie sprawiając, że czuł się słaby jak nigdy dotąd.
Wykonał kolejny ruch i drzwi zamknęły się. Zacisnął dłonie i wyrzucił je ku tyłowi, ściągając nieposłuszną energię, pętając ją swoją wolą. Fiolet, niczym podburzony kurz, pomknął za dłońmi maga i zgasł jak iskierki z ogniska na tle nocnego nieba. Elf westchnął płytko i prostując się z gracją, poprawił ciężki, granatowy płaszcz. Jego oblicze było chłodne, a sylwetka dystyngowanie wyprostowana jakby żadne niekontrolowane zawirowania magii nie miały miejsca. Wyglądał o niebo lepiej niż rankiem. W swoich paradnych szatach, z fibulą oznaczająca status nadwornego maga, prezentował się niezwykle dostojnie i poważnie.
Podniósł spojrzenie na władcę.
Do perfekcji opracował swój chłód, ale teraz ciężko było mu przejść obojętnie wobec widoku króla. Celebrował każdą zmarszczkę na jego czole i odblask światła we włosach. Studiował krzywiznę ust i spojrzenie oczu, tak innych, od tych, które do tej pory znał, pozbawionych blasku rozszalałego ognia, ale wcale nie mniej pięknych. Arman był jak pod miłosnym urokiem, po stokroć silniejszym niż jego własne uczucia.
Zwilżył językiem spierzchnięte wargi, odsuwając od siebie wszelkie naiwnie romantyczne myśli, ruszył przez salę do siedzącego na tronie elfa. Zatrzymując się przed nim, skłonił się płytko.
- Wasza Wysokość. - Jego głos był czysty, dźwięczny i pozbawiony emocji. Musiał trzymać się planu, musiał być silny jeśli chciał to przetrwać. - Przychodzę z… informacją. - Odchrząknął, a czując, że drżenie dłoni zaczyna go zdradzać, splótł je za plecami. - W żadnej z bibliotek Stelleher nie udało mi się znaleźć przydatnych informacji na temat rytuału. Zdecydowałem więc, że odwiedzę akademię w Obsydianowym Pałacu i poradzę się w tej sprawie innych mistrzów. - Zrobił krótką pauzę, ale nim Daire zdążył otworzyć usta, mag dodał - Wyruszam za chwilę. Przewodnik już na mnie czeka.
Stawianie władcy przed faktem dokonanym nie było najlepszym pomysłem, ale Arman nie zamierzał się wycofać. Wierzył, że to wyjście było najlepsze. Innego nie było. Nie mógł zostać w zamku godząc się z konsekwencjami. Były zbyt bolesne, zbyt destrukcyjne dla nich obu.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Pon Wrz 17, 2018 7:36 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Sob Lip 07, 2018 7:33 pm

Alasdair wreszcie zasnął. Spokojny, rozluźniony, pewien tego, iż bliska mu osoba znajduje się obok, bezpieczna, niezagrożona przez nic i pozbawiona chociaż części trosk. To było dla niego najważniejsze – ta świadomość, poczucie bliskości, pewność iż nic już ich nie oddziela. W pewnym sensie, było to podobne uczucie do tego, którym obdarzył Vivien, jednak był pewien różnic. Czuł łączącą go z mężczyzną magię, zmieniającą ich i popychającą ku sobie, ale dochodziły do tego pewne elementy, których ze swoją królową Daire nigdy nie dzielił, takie jak wspólna przeszłość i wspólne marzenia. Pomimo tego, że kochał ją nad życie, wiedział o pewnych niedoskonałościach… a może raczej, teraz, gdy jej nie było, zdawał sobie z nich sprawę. Próbował oddalić ból, który wciąż gdzieś się w nim tlił i tylko czekał na okazję, by wybuchnąć pełnym płomieniem.
Próbował to zrozumieć. Pojąć wszystkie emocje, które w nim się kotłowały, te należące do niego i będące własnością Armana, nadać im sens, odpowiednio skatalogować, mając nadzieje, że gdy zrobi to raz, to wystarczy. Nagle w jego świecie znów zapanuje spokój i porządek, a on będzie mógł go niszczyć swoimi napadami złości i uciekającą spod kontroli magią. Jak na złość, im dłużej nad tym myślał, tym spokojniejszy się stawał, uświadamiając sobie złożoność wszystkiego. Zarówno samotna pobudka, jak i rozmowa z kilkoma członkami rady i przyniesienie spokoju parze starszych i zmęczonych życiem elfów pomogły mu tylko przekonać się, iż liczba jego obowiązków w tym momencie przekraczała jego możliwości. Każda chwila bez bliskości nadwornego maga wywoływała w nim ból i niepewność, jakby instynktownie mężczyzna przeczuwał, że zbliża się coś niedobrego.
Siedząc w sali tronowej zdał sobie sprawę, że musi podjąć decyzję. Ogromną, trudną decyzję która spowoduje, że wszystko ulegnie zmianie. Zamknął oczy, rezygnując z wpatrywania się w wielkie drzwi i przywoływania ku sobie elfa. Mógł kogoś po niego posłać – mógł, ale uważał, iż było to nie w porządku. Skoro Arman zdecydował się być gdzie indziej, musiał podjąć tę decyzję świadomie i z premedytacją. Być może więź, którą ich połączył, okazała się być dla niego zbyt trudna lub obarczona komplikacjami, na które nie był gotów. A może szukał rozwiązania dla ich problemów? Metod na wyciszenie tego bólu wynikającego z rozłąki? Taktyk, których mógłby nauczyć swojego władcę?
Daire uśmiechnął się pod nosem, zakładając ręce na piersi i wygodniej rozsiadając się na tronie. Tak, to było najbardziej realne. Każdy, kto znał maga, doszedłby do tych samych wniosków – skoro nie było go przy królu, musiał zajmować się czymś powiązanym z nim.
Że też nigdy wcześniej Alasdair nie zwrócił na to uwagi…
Drgnął, słysząc trzask bogato zdobionych wrót. Gdy w końcu przestał przywoływać ku sobie Armana, ten sam przyszedł. Wiedział, że to był on – natychmiast rozpoznał magię unoszącą się w powietrzu, tak podobną do jego własnej, tak mu bliską i wyczekiwaną z utęsknieniem. Otworzył oczy i wyprostował się, przygładzając lekki, wygodny strój w barwach zieleni i czerni, pozbawiony zbędnych zdobień i ornamentów świadczących o tym, kto go nosił. Zwykle wybierał go idąc na polowanie, ale ponieważ ciążył mu na szyi artefakt, musiał pozostać w zamku i zapewnić mu bezpieczeństwo.
Już niedługo…
- Witaj, Armanie - mruknął z nieukrywaną ciepłością w głosie. On nie starał się ukrywać własnych emocji, tak jak zawsze wszystko było widać po nim jak na dłoni.
Wszystko… oprócz jednej rzeczy.
Rozchylił usta ze zdumieniem, w pierwszej chwili nie rozumiejąc znaczenia słów swojego wieloletniego towarzysza. Nigdy, nawet w najśmielszych snach nie przyszłoby mu do głowy, że Agrathin mógłby wyjść z taką propozycją. Nie, nawet nie, on zwyczajnie oznajmił, poinformował władcę o własnej decyzji, nie dbając o jego uczucia i przemyślenia w tej kwestii. Sam, w odosobnieniu przeanalizował wszystkie dostępne możliwości i doszedł do wniosku, że ta będzie najwłaściwszą.
Czy tak bardzo nie potrafił już znieść towarzystwa swojego króla? Czy Alasdair był dla niego tak dużym ciężarem? Czy uczucie do niego, o które przecież elf nigdy nie prosił, okazało się zbyć wielkim brzemieniem?
Skoro on zdecydował się podjąć decyzję bez konsultacji, Daire mógł zrobić to samo.
Podniósł na niego spojrzenie szarych oczu i uśmiechnął się smutno.
- Ty też chcesz mnie zostawić? - spytał cicho, ale mimo to jego głos wyraźnie rozniósł się po sali, dźwięcząc cierpieniem, którego nie potrafił nazwać i uciszyć. Powinien szaleć z wściekłości, dać się porwać mocy i zniszczyć połowę zamku, nie siedzieć niemal bez ruchu na swoim tronie, patrzeć w oczy swojego maga i nie protestować. W sytuacji, w której kiedyś zachowałby się zgoła inaczej, w tym momencie opanował go spokój, miękki, ciepły fiolet ich połączonej magii. Chłód niemalże.
Arman chciał odejść. Tak samo, jak odeszła Vivien, miał stracić też jego. Ból, który utrudniał oddychanie, szybko został stłumiony na rzecz chłodnej racjonalności – zupełnie tak, jakby dwaj mężczyźni zamienili się rolami. Władca po krótkiej chwili ciszy odzyskał nad sobą panowanie do tego stopnia, by w jego kolejnych słowach nie było już niczego oprócz gorzkiego rozbawienia:
- Muszę cię jednak poprosić, byś odrobinę opóźnił swoją podróż. Pragnę zwołać Radę i będę potrzebować również twojej obecności. Zdecydowałem się abdykować. - Wzruszył delikatnie ramionami, pozwalając ciemnej tkaninie zafalować. - Wiem, że musi być to dla ciebie niespodziewane i przydarzy się po raz pierwszy w historii naszego królestwa, ale mam nadzieję… nie, jestem przekonany, że ty zrozumiesz moją decyzję. Bez Vivien to wszystko nie ma sensu. - Zamilkł na moment, zaraz jednak unosząc dłoń do góry, uciszając ewentualne protesty maga i zaznaczając, że jeszcze nie skończył. - Nie chcę dłużej obciążać cię swoimi problemami. Zasługujesz na to, by mieć odpowiedniego króla. Kogoś, kto będzie sprawiał mniej problemów i okaże odpowiednią wdzięczność. Tak naprawdę, zasługujesz na to, by móc podjąć decyzję odnośnie swojej przyszłości samodzielnie, patrząc tylko na siebie i swoje potrzeby. - Uśmiechnął się pod nosem, smutno, ale szczerze. - Może wcale nie chcesz być nadwornym magiem? Jestem pewien, że świetnie sprawdziłbyś się też w innych dziedzinach.
Opuścił wreszcie dłoń, a za nią wzrok, wbijając go we własne ręce i milknąc. Nie był pewien tej decyzji, nie wiedział, jakie będzie za sobą niosła konsekwencje, ale gdy tylko zwerbalizował swoje myśli, poczuł pewność. Wiedział, że zrobi dobrze, gdy wreszcie pozbawi swoich poddanych, Radę Jedenastu oraz nadwornego maga problemu, który nie dawał im spać po nocach. Jego nadrzędnym obowiązkiem było zadbanie o wszystkich, którzy znajdowali się niżej w hierarchii, którzy potrzebowali opieki i pewnej ręki rządzącej światem. Póki miał u boku Vivien i Armana, robił wszystko, co w jego mocy, by spełnić ich oczekiwania i zaspokoić wszystkie potrzeby. Bez nich jednak… wiedział, że dążył ku samozagładzie. Od początku nauki z magią, pierwszych spojrzeń nauczycieli, wiedział iż był stracony. Jedyną niewiadomą było kiedy, nie jak.
Czuł smutek. Pomimo swoich starań, zawiódł wszystkich – a szczególnie dwie najbliższe mu osoby.
- Z mojej winy nie żyje Vivien… a lista rzeczy, które przeze mnie znosiłeś przez całe swoje życie jest zbyt długa, by nawet próbować znaleźć i wymienić te najważniejsze. - Zaśmiał się cicho, gorzko. - Wybacz mi.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 205


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   Pon Wrz 17, 2018 9:03 pm

Echo głosu Armana rozchodziło się wśród monumentalnych, rzeźbionych kolumn i znikało pod zdobioną freskami kopułą. W ogromnej, pustej sali tronowej było słychać każdy krok i każde westchnienie. W jej wnętrzu dwie efie sylwetki były śmiesznie niewielkie.
Radość, czy właściwie... rozczulenie, które rozjaśniło obliczę króla na jego widok, zabolało go bardziej niż sądził. Mocniej zacisnął splecione za plecami dłonie, by nie zdradzić się ze swoim żalem. Może i podjął decyzję, może i trwał wiernie przy postanowieniach dla, jak sobie tłumaczył, większego dobra, ale świadomość, że choćby i przez kilka dni nie zobaczy Daire, nie usłyszy jego głosu...
Nie. Nie powinien teraz o tym myśleć. Wyprostował się bardziej, unosząc z godnością podbródek, dystansując się mocniej, niż powinien. Niż kiedykolwiek chciał. Jednak jakiekolwiek próby zachowania się rzeczowo i obojętnie spełzły na niczym, kiedy echo uczuć króla dotknęło jego jaźni. Twarz władcy przeciął pełen smutku uśmiech, sprawiając, że serce Armana przeszył ból. Lecz to było niczym w porównaniu do tego, co poczuł, gdy usłyszał następujące po uśmiechu słowa. Zostawić? O czym, na wszystkich przodków, myślał Daire? Zwariował do reszty?
Usta czarodzieja otworzyły się w niemym proteście, ale zamknęły, kiedy król mówił dalej. I im dalej mówił, tym bardziej utwierdzał Armana w swoim szaleństwie. Osłupiały mag nawet nie krył się z przerażeniem i niedowierzaniem. Jasne, zwykle sennie przymrużone oczy, teraz było szeroko otwarte, a wąskie wargi mocno zaciśnięte.
Każde kolejne zdanie było przeszywającym serce ostrzem sztyletu. Alasdair dźgał go bezlitośnie z miną pogodzonego z losem człowieka... nie, z miną szaleńca. Ogłupiały Arman po prostu stał, pozwalając słowom króla płynąć, a ich znaczeniu ranić do żywego. Nie odezwał się, nie powiedział nic dopóki Daire nie zamilkł i nie objęła ich upiorna cisza. Wtedy oblizał spierzchnięte wargi i na powrót ściągnął ramiona, prostując się. Nawet nie zauważył, kiedy przygarbił się pod siłą i znaczeniem wywodu władcy.
Przez ostatnie dni obaj byli na granicy szaleństwa. Arman doskonale o tym wiedział, dlatego tak desperacko chwytał się każdego pomysłu, który pozwoliłby im znów działać jak dawniej. A teraz wszystko miało okazać się daremne. Daire nie chciał ani pomocy, ani zemsty. Pragnął położyć się do grobu wraz ze swoją ukochaną Vivien.
Gorycz wypełniła Amrana po brzeg i przelała się niekontrolowanie, sprawiając, że mag porzucił maskę chłodu. Wokół jego postaci zawirowały drobinki fioletu.
Ruszył po szerokich schodach w górę, do zajętego przez Alasdair tronu. Każdy krok Armana był zdecydowany i okraszony wymownym tąpnięciem. Gdyby w sali obecni byli strażnicy, mogliby zaniepokoić się jego śmiałością, ale nie było tutaj nikogo prócz nich dwóch.
W końcu, po krótkiej chwili, Arman znalazł się na przeciw tronu. Pochylił się opierając dłonie na obitych jedwabiem podłokietnikach, zamykając króla między swoimi ramionami, sprawiając, że sala tronowa skurczyła się tylko do tej niewielkiej przestrzeni między nimi. Oddychał głęboko, szybko, wyraźnie okazując złość. Czarne kosmyki jego włosów zsunęły się z ramion i opadły na splecione dłonie Daire. Podniósł spojrzenie, niepokojąco trzeźwe i zdawać się mogło, chłodne, ale tliły się w nim iskry hamowanych emocji. Wbił je w twarz króla, nieustępliwe i wymuszające posłuch, tak inne od tego, co zwykł prezentować przez setki lat ich wspólnej egzystencji.
- Przestań stawiać się w roli oprawcy. - Twardy ton nosił znamiona gniewu. - Wszyscy, którzy trwali i trwają przy twoim boku, nie robią tego z obowiązku. Ja nie robię tego z obowiązku. - Podkreślił i w chwili krótkiego milczenia, zmrużył oczy, nie kryjąc zawodu. W ich chłodnym błysku czaiła się pogarda. - Czy ty siebie słyszysz? Co się z tobą dzieje? Chcesz uciec? Chcesz poddać się, bo przegrałeś bitwę? Bo na bitwie zginęła Vivien? - Zacisnął palce na podłokietnikach, aż zatrzeszczały cicho. - Nie przegrałeś wojny - powiedział dobitnie, a potem pokręcił głową. Popuścił kotłującym się w nim emocjom, głownie gniewowi i rozczarowaniu, sprawiając, że emocje zabarwiły głos i odbiły się na twarzy. Nie miał zamiaru ich hamować, mówił więc dalej nie bacząc na zaskoczenie czy złość króla. - Tu nie chodzi o mnie, ani o ciebie. Ani o Vivien. Tu chodzi o królestwo, o obowiązek wobec ludu. Nie bądź tchórzem. - Brzmiał dokładnie tak, jakby właśnie rzucał mu wyzwanie, jakby miał gdzieś kilkaset lat panowania Daire, wszystkie niuanse, całą etykietę i zakazy. Był Armanem, którego nikt nie widział od lat. Był Armanem, który rozniecał płomień swojej magii by niszczyć i podbijać, by razić wrogów i siłą zdobywać chwałę. Był wojownikiem. - Nie wycieraj podłogi moim poświęceniem. Nie marnuj go - wycedził, nie zdając sobie sprawy, że gniew rozpala mu oczy fioletem magii. - Nie wierzę, że po tym wszystkim, co się stało, ty wciąż nie dostrzegasz dlaczego to robię. Mówisz, że nie chcesz mnie wykorzystywać. A kiedy w końcu zrozumiesz, że wszystko, co robię, robię świadomie? Ile jeszcze lat będziesz udawał, że nie rozumiesz? Ile jeszcze muszę zrobić, byś pojął, że wszystko, co robię, robię dlatego, że cię kocham? - To był pierwszy raz, kiedy Arman powiedział to głośno, a na pewno pierwszy raz, gdy powiedział to wprost w twarz Daire, patrząc mu w oczy. Mimo to nie czuł wstydu. Po połączeniu dusz wszystko było jasne. Jaki sens było dalej udawać? - Możesz sobie egoistycznie myśleć, że mnie wykorzystujesz, ale nie przyłożyłeś do tego ręki. To jest mój wybór. Mój, rozumiesz? - Gniewnie odepchnął się od tronu i spojrzał na Daire z góry. - Więc skorzystaj z szansy, którą dostałeś, choćby i na odwet. Jeśli chcesz przebaczenia, to przyjmij moje poświęcenie. Niczego więcej od ciebie nie chcę. - Fiolet błyskał wokół sylwetki Armana, kotłował się, iskrzył, wtórując jego emocjom. Nie dbał o to. Po raz pierwszy w życiu, nie dbał o swoją twarz w oczach... kogokolwiek. I gdyby w tamtym momencie zastanowił się nad tym, wiedziałby, że wszystko było wynikiem więzi, ale teraz daleki był od rozważań na temat natury magii. Teraz skupiał się na sobie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Król do wzięcia   

Powrót do góry Go down
 
Król do wzięcia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: