CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 He wears the smell of blood and death like a perfume

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Sty 21, 2018 8:04 pm

First topic message reminder :







_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online

AutorWiadomość
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Lut 08, 2018 8:41 pm

Przez wszystkie długie lata, jakie ten chłopak spędził pod jego opieką, starał się pielęgnować w nim absolutnie wszystko, co tylko mogło w jakiś sposób go wyróżnić. Wynieść na piedestał i pokazać wszystkim tym, który posyłali mu drobne, pełne pobłażania uśmiechy na wieść o tym, skąd jego mały towarzysz pochodzi, że to nie ma najmniejszego znaczenia. I przez cały ten czas tak samo pochlebiało mu to, że Oscar zdawał się nie zauważać żadnej z jego wad, tratując wszystko, co robił jego mistrz, jak wyznacznik niedoścignionej doskonałości, mimo że sam zainteresowany aż za dobrze wiedział, kiedy dawał się podziwiać za zwykłe, niewiele tak naprawdę znaczące, drobnostki.
Uczył go czytać, godzinami wysłuchując literowania i sylabizowania tak udręczonego, jakby co najmniej wbijał pod jego paznokcie zapałki, a następnie kręcił nimi pod płytką, śmiejąc się donośnie na każdą oznakę cierpienia. A przynajmniej właśnie tak się czuł, kiedy widział pierwsze podejścia swojego ucznia do książek pożyczanych od gospodarzy miejsc, w których się zatrzymywali. I chociaż na początku było ciężko... Okazało się, że Oscar uczy się szybko, zapamiętuje niemal wszystkie uwagi swojego nauczyciela, a jego zawzięcie było dla Alexandra tak niewiarygodne, że niejednokrotnie łapał się na tym, że sam chciałby już zrobić przerwę, wykończony uważnym słuchaniem i poprawieniem coraz bardziej niewinnych pomyłek. I tak było niemal ze wszystkim. Czy mowa była o etykiecie, lekcjach posługiwania się najróżniejszymi sztućcami, rozpoznawaniu, jaki alkohol pija się z jakiego szkła, czy jak zachować się na przyjęciu, na które w końcu zaczęli chodzić razem. Alexander zaś, dumny tak, jakby pojawiał się na nich w towarzystwie własnego syna, przedstawiał go osobom, które kiedyś mogłoby okazać się dla niego w jakiś sposób pomocne, wprowadzając we własną sieć kontaktów, wyniesionych często jeszcze z dawnych czasów, kiedy na przyjęciach bywał nawet kilka razy w tygodniu.
Trudy podróży znosił bez słowa skargi, a nawet starając się pokazać, że nie stanowią dla niego żadnego problemu. Chętnie garnął się do różnych prac, jak noszenie wody, karmienie i oporządzanie zwierząt, czy zbieranie chrustu na ognisko, tak, jakby chciał za wszelką cenę udowodnić, że może to wszystko zrobić. Że nawet jeśli jest mały, wymaga uwagi i czasami staje się źródłem komplikacji, czy drobnych problemów, może zrekompensować to wszystko zapałem, nie opóźni podróży, a nawet ją ułatwi! I faktycznie po pewnym czasie, poświęconym na poznawanie nowej rzeczywistości, do jakiej został tak nagle i gwałtownie wrzucony, zupełnie nie znając świata poza młynem, przytulnym domem, rodzicami i pachnącymi łąkami wokół wioski, zaczął zdecydowanie ułatwiać swojemu mistrzowi podróż. I umilać. Może nawet umilać przede wszystkim, bo zawsze przyjemniej było spędzić wieczór na rozmowie, treningu i drobnych uszczypliwościach, niż sam na sam ze sobą, pogrążonym w myślach, do których nigdy nie chciało się już wracać, a mimo to, one wciąż tkwiły, tuż pod gładką powierzchnią świadomości, czekając tylko na chwilę, kiedy znów będą mogły wypłynąć. Chwycić długimi szponami i trzymać, sącząc żal i złość, niczym jad rozlewające się po umyśle... Aż do kolejnego śmiechu i błysku roziskrzonych oczu dziecka, któremu w końcu udało się wykonać całą sekwencję pchnięć bezbłędnie.
A teraz wyrósł z tego chudego, wiotkiego szczeniaka na prawdziwego wilka. Łowcę i myśliwego, oczytanego, inteligentnego młodzieńca i elokwentnego rozmówcę, o nienagannych manierach. Przynajmniej wtedy, kiedy chciał, aby były nienaganne, chociaż kiedy nie chciał, potrafił łamać zasady z takim urokiem, że nawet Alex darował sobie upominanie go.
- Oczywiście, że tak. - odparł bez najmniejszego cienia zawahania, chociaż nazwanie tego, co robił, kalkulacją, było sporym nadużyciem – Każde zalotne spojrzenie w twoją stronę jest komplementem dla mojego dzieła. - dodał, a jego usta wygięły się lekko w wyraźnie przekornym uśmiechu, dopełniając tym wyraz rozbawienia w czarnych, błyszczących już lekko od alkoholu oczach, kiedy wykonał w kierunku chłopaka gest ręka, jakby prezentował obraz olejny, nad którym prace trwały przez całe miesiące, a teraz, gdy w został skończony, okazał się absolutnym arcydziełem.
Od którego jednak niestety musiał oderwać spojrzenie i widząc, że dwie panie są wyraźnie zdeterminowane, by zwrócić na siebie ich uwagę, zapiął z powrotem mundur, aby prezentował się nienagannie.
Niemal roześmiał się na głos, w ostatniej chwili powstrzymując i tylko wyrażając swoje rozbawienie na widok mało subtelnego zdemaskowania obu kobiet, uśmiechem. Chociaż ciężko było mówić o nich jako o kobietach, a przynajmniej o jednej z nich. Między nimi była wyraźna różnica wieku, która automatycznie wpłynęła na sposób, w jaki postrzegane były przez Alexa, sprawiając, że jego spojrzenie zdecydowanie chętniej zatrzymało się na starszej z nich. Mimo że młodsza zdecydowanie nie ustępowała urokiem koleżance i każdy amator kobiecych wdzięków byłby w stanie bez pudła orzec, że za kilka lat będzie musiała siłą odganiać garnących się jak pszczoły do miodu adoratorów.
Na razie jednak bardziej kusiła podkreślona ciasnym gorsetem, wąska talia, podkreślająca przez to krągłości zarówno bioder, jak i biustu, który dodatkowo odsłonięty dużym dekoltem, niemal krzyczał, aby zwrócić na niego uwagę. I choć Alexander starał się jak mógł, nie poddać się tym wołaniom, alkohol robił swoje, a właścicielka cudownych kształtów zdawała się nie robić sobie nic z walki, jaką mężczyzna musiał toczyć sam ze sobą, kiedy jej szczupła dłoń zatrzymała się sporo poniżej linii obojczyka.
- Nie śmiałbym odmówić w obliczu takiego wdzięku. - odparł, stojąc obok stołu i zwracając się do obu dziewczyn, chociaż Maruviel wydawała się zakłopotana jego uwagą, zdecydowanie skłaniając się w stronę roześmianego, wygadanego Oscara. - Sprawi mi Pani tę przyjemność? - spytał, kłaniając się przed Alexis z wyciągniętą dłonią i kiedy poczuł na niej ciepło szczupłych palców, poprowadził ją w stronę środka sali, gdzie sprawnie zbierało się coraz więcej, najróżniejszych par o całym przekroju wiekowym.
Na chwilę muzycy ucichli, on za to położył dłoń na talii blondynki, przez chwilę zapatrując się na jasne kosmyki włosów wokół jej twarzy, zanim wrócił do rzeczywistości, przyciągając ją bliżej siebie, tak, że niemal poczuł parzące gorąco jej miękkiego ciała na swojej klatce piersiowej. A następnie zupełnie realnie je poczuł, kiedy wraz z pierwszymi taktami skocznej muzyki, postąpił krok do przodu, a ona przez chwilę nie ugięła się pod naporem większego ciała, pozwalając na to, aby zetknęło się ono z jej własnym, jednocześnie posyłając mu spojrzenie spod rzęs, po którym uśmiechnął się, przyciągają ją jeszcze ciaśniej niż na początku i dopiero wtedy wchodząc w płynny obrót, aby uniknąć zderzenia z inną parą.
Uwielbiał tańczyć. Uwielbiał czuć pod dłońmi drugie ciało, rozumiejące i poddające się delikatnym sugestiom, uwielbiał patrzeć, jak rumieńce powoli wspinają się po zroszonej potem, błyszczącej skórze dekoltu, aż na pudrowane policzki. Jak szumiący szelest sukien, przerywany ostrzejszym stukiem obcasów o drewnianą podłogę, pieszczą uszy. Taki taniec lubił najbardziej i wyglądało na to, że jego partnerka również, bo gdy tylko pierwszy utwór się skończył, a pary ustawiły się do innego, zdecydowanie mniej kontaktowego, za to żywszego tańca, przeznaczonego z całą pewnością dla młodszej części biesiadników.
Katem oka tylko złapał swojego ucznia, paplającego coś jak zawsze, z uśmiechem na ustach do młodej, zarumienionej dziewczyny, która zdawała się topić w jego dłoniach, kiedy w końcu zaczął prowadzić, zgrabnie, z tak niewymuszoną gracją mijając kolejne osoby w prostym układzie.
Podskakując wraz z melodią prowadzoną przez skrzypce i przytupując w rytm nadawany przez muzykę, po raz pierwszy od bardzo dawna pozwolił sobie zupełnie zapomnieć o bożym świecie, skupiając się na zabawie, oraz na rumianych policzkach złotowłosej Alexis. I myśląc tak samo niewiele, jak podczas tańca, odprowadził dziewczynę do stolika z boku sali, kiedy ta oznajmiła, że pragnie odpocząć i napić się wina w miłym towarzystwie, które z pewnością mógłby jej zapewnić jej partner do tańca.
- Och, nie sądziłam, że tak kwieciste zapewnienia z ust towarzysza Pana, okażą się prawdą, jednak teraz mogę z całą pewnością przyznać, że dawno nie tańczyło mi się z nikim tak dobrze! - zaśmiała się, robiąc dla niego miejsce na wyściełanej futrem ławie, które chętnie zajął, podając jej kielich z przyjemnie orzeźwiającym rozgrzane ciała trunkiem, samemu już nie pijąc więcej alkoholu.
Zwłaszcza przy damie.
- Czyli jednak dała się Pani zwieść „srebrnym włosom w gęstej brodzie”, czy tak? - zaśmiał się, pozwalając jej się przysunąć nieco bliżej i niby przypadkiem, napierając na niego, kiedy ostawiała kielich na stół.
- Nawet przez moment nie pomyślałam, że mogłoby one wpłynąć niekorzystnie na sprawność Pana! - zachichotała, Alex zaś sięgnął do jej włosów, odsuwając zbłąkany kosmyk za ucho i muskając smukłą szyję opuszkami palców, kiedy zabierał dłoń, rozkosznie świadom, co Alexis właśnie próbuje osiągnąć – Co więcej, sądzę, że doświadczenie i doskonałe umiejętności wygrają z najszczerszymi nawet chęciami, jednak bez tych przymiotów!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Lut 08, 2018 10:57 pm

Skoczna muzyka nadawała się wprost idealnie do niezacieśnienia więzów. Nawet jeśli były to tylko tańce – poczciwy sposób na przyjemne spędzenie czasu z drugą osobą i nic specjalnie wielkiego. A przynajmniej nic wielkiego w głowie Oscara, który bywając na bankietach u boku Alexandra tańczył z kobietami, bo wybadało. Bo było to w dobrym tonie. Tak się robiło. Ściany podpierali tylko przegrani i nic nieznaczący gracze, a łowcy musieli się liczyć – ich sieć znajomości musiała być pielęgnowana na takich spotkaniach. Musieli się pokazywać na imprezach swoich wpływowych przyjaciół, by mieć dostęp do wszelkich, niezbędnych im rzeczy, albo pozyskiwać dodatkową możliwość zarobku lub dochrapać się nawet tak przydatnych osobistości jak sponsorzy czy informatorzy, od którzy byli ich oczami i uszami, i potrafili wskazać na mapie miejsca dręczone przez zwierzynę, której łowcy chcieli się pozbyć. To był ten mniej dziki i dużo bardziej fałszywy aspekt życia łowcy, który na samej tułaczce i nadziei, że na kolejnym postoju znajdzie zarobek długo nie pożyje. Niestety. Polityka była wszędzie.
Oscar więc tańczył, bo musiał; rzadko kiedy, bo chciał. A jeszcze rzadziej dlatego, że umarłby jeśli nie mógłby być choć przez jedną pieśń blisko urodziwej niewiasty, która jednym spojrzeniem zniewoliła jego zmysły.
Tak jak na przykład teraz…
Nie należało źle tego rozumieć – Panienka Maruviel była istotnie bardzo piękna, kilka lat dzieliło ją by ledwie przypadkowe muśniecie tak zwiewnej istoty przyprawiało mężczyzn o dreszcze. Jeszcze kilka lat i o jej rękę będzie toczył się pojedynek za pojedynkiem. Ale jeszcze nie teraz. Jej duże oczy koloru mlecznej czekolady, okolone czernionymi rzęsami patrzyły na łowce nie tyle ze zmysłową obietnicą, co z cichym oddaniem i uwielbieniem. Oh, jakże dziwnie było trzymać grzbiet wyprostowany pod naciskiem Takiego spojrzenia! Nienawykły do tak szybkich pochwał rudzielec czuł się wręcz nieswojo, ale alkohol sprawiał, że ta emocja, widniejąca gdzieś z tyłu jego głowy, nie przeszkodziła mu w wesołej potupajce, ani w zamykaniu w pąku własnej dłoni tej drugiej, dużo drobniejszej. Ani w obracaniu smukłej postaci w takt piosenki. Maruviel prowadziła się wprost idealnie: miękko, z wyczuciem, bez walki, całkowicie ulegle… Niewinnie. Kiedy wyjątkowo długa piosenka się zmieniła i kilka par odpadło, a do bębenka, skrzypiec i gitary dołączyła piszczałka Maruviel i Oscar byli niezmordowani. Raz nawet rudzielec objął dziewczynę serdecznie pod pośladkami i uniósł wysoko na kilka sekund, jak nakazywał układ - i jak to zrobiło ledwie dwóch innych chłopaków. Wszystkie podniesione dziewczęta zachichotały w głos, czerwieniąc się niemal równie mocno i tym razem po wylądowaniu trzymając już dłonie na ramionach swoich partnerów, a nie w ich dłoniach. Pary ustawiły się w rząd, zgodnie z choreografią i partner oraz partnerka pochyleni głęboko mieli przebiec pod wyciągniętymi dłońmi reszty par, po czym puścić się i obiec salę tak, by na początek refrenu odnaleźć się w plątaninie ciał. I wszystko szło idealnie gdyby nie fakt, że Oscar z pieruńską celnością określił, że wśród partnerów, których dłonie tworzyły przez chwilę dach nad jego głową nie było Alexandra.
Nigdzie go nie było…
Młodzieniec przystanął, oddychając głębiej i szukając w amoku znanej sylwetki. Instynktownie pierzchnął wzrokiem w stronę stołu stojącego obok kominka, na którym smętnie czekała wypita w większości zielona butelka w towarzystwie dwóch do połowy pustych kieliszków. Tam go jednak nie było. Przy barze również. Przy najbliższych stolikach również. Oddech Oscara gwałtownie przyspieszył popędzany przez niepokój i stres, kiedy obrócił się i prześwietlał kolejny fragment sali. I jest! Znalazł Go! Kamień wręcz spadł mu z serca, jakkolwiek głupi nie byłby powód pojawienia się tych wszystkich niepewności, ale rychło na miejsce kamyczka niepokoju pojawiło się kowadło autentycznego przerażenia.
Alexander nie siedział przy stole sam. Była tam też Alexis oparta o niego miękkim ciałem przybranym w piękną suknie, z rumianymi policzkami, wilgotnymi ustami i rozwianym włosiem, które to silna dłoń łowcy odgarniała właśnie za zgrabne uszko, by następnie nacieszyć nawykłe do trzymania broni palce chwilowym dotykiem atłasu przecudnej i miękkiej skóry.
Młodzieniec na ten widok aż zatchnął się powietrzem, zapominając o tym, że natura nakazuje mu mrugać przynajmniej raz na jakiś czas. Nadmiar tlenu w błagających o kolejny wdech płucach wypchnęła mu z nich dopiero zgrabna Maruviel, która wpadła na niego od boku, z automatu przytulając się doń rozgrzanym, filigranowym ciałem. Zgubiła gdzieś tasiemkę z włosów i burza fal cudownie połyskiwała w świetle świec i okalała jej śliczną, rumianą buźkę jak rama obejmowała piękny obraz.
- Oh, myślałam, że już Pana nie znajdę, poczułam się taka samotna, a już prawie koniec piosenki! – brzmiała na urażoną ledwie aktorsko, bo wciąż jej oczy patrzyły z tym samym oddaniem, ale dopiero teraz Oscar dojrzał w nich tę erotyczną nutę. Była rozpalona! A on nie potrafił jej nic odpowiedzieć, nie potrafił jej odsunąć, patrzył na nią ogłupiały i tak niesamowicie ciężki, jakby kowadło, które spadło mu na głowę stopiło się i wypełniło jego żyły. Znów poczuł się jak naiwne dziecko, bezbronne wobec tego co się dookoła niego wyprawia. - Hm? Coś się stało? – zagaiła z lekka przejęta jego stanem i spojrzała na bok, przyglądając się romantycznej scenie. Na niej jednak to wszystko nie zrobiło aż takiego wrażenia. Jak to w ogóle możliwe?! Zamiast podzielić obawy partnera tylko odsunęła się i chwyciła go za dłoń swoimi drobnymi rączętami, uśmiechając się doń serdecznie: - Zostawmy ich, potrzebują troszeczkę intymności. O to tu w końcu chodzi – wytłumaczyła mu cierpliwie, jak dziecku i zaczęła na powrót subtelnie ciągnąć w stronę części dla tańczących.
Jak to „o to tu w końcu chodzi”? O co? Co to miało do cholery znaczyć?! - myślał sobie podążając za dziewczyną jak wierny pies na smyczy. Oczywiście wiedział co to wszystko oznaczało i do czego prowadziło, był w końcu dojrzałym i obytym mężczyzną, ale jednocześnie… O co tu do cholery chodziło?! Jak? I dlaczego akurat teraz?! Kiedy on tu był!
Maruviel złapała go za dłoń i objęła się nią w pasie, przytulając do jego torsu jak słodkie, niewinne zwierzątko, bujając się z nim w takt dużo, dużo wolniejszej muzyki, a on nie mógł przestać zerkać niespokojnie w stronę stołu w rogu sali, przy którym siedziała chętna w większości zielona panienka w towarzystwie dwóch do połowy opuszczonych przez opory i obiekcie czarnych oczu łowcy.
Scena była jasna i całkiem normalna. W końcu Alexander był pełnoprawnym mężczyzną, który miał swoje potrzeby i był w stanie sprzyjającym do pozwalania sobie na chwilę słodkiego-słodkiego zapomnienia. Zwłaszcza tak biuściastego! Ale Oscar wprost nie mógł znieść tej myśli, nagła gonitwa niechcianych obrazów tak mocno wybiła go z rytmu, że przydepnął zgrabną nóżkę Maruviel i ta automatycznie odskoczyła od niego z piskiem.
Wysoki dźwięk, rażący jak strzałem jego czuły słuch, otrzeźwił go na tyle, by zdał sobie sprawę z nietaktu, którego się dopuścił. Rzucił się szybko w stronę podskakującego i w amoku szukającego oparcia dziewczęcia i pochwycił ją natychmiast pod łopatkami i kolanami, podnosząc z zaskakującą łatwością.
- Już, już! Przepraszam, przepraszam cie najmocniej! – Z tego wszystkiego aż zapomniał jej imienia. Jego bezczelność nie znała granic. Zwłaszcza kiedy, chcąc oddalić się od tańczących usadził dziewczęcie na stole tak, by sprawdzając czy nic jej nie jest nadal mieć widok na stolik w rogu sali.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lut 09, 2018 1:00 am

Dziewczyna przerzuciła przez ramię gruby warkocz, tak, aby spływał wzdłuż jej szyi, ustępując wypukłości piersi i następnie z nich spadając, jak spokojny strumień, napotkawszy granicę skały. Zauważyła, że dłonie siedzącego obok niej mężczyzny najchętniej sięgają słomkowych kosmyków długich, zdrowych włosów, obracając między palcami samą końcówkę warkocza, jak pędzelek, dlatego postanowiła ułatwić mu zadanie, jednocześnie sprawiając, że podziwianie włosów było niemożliwe bez podziwiania innych jej atutów. Takich jak znów zarumieniony dekolt, tym raz z powodu zupełnie innego niż szybkie obroty, skoki i głośny śmiech. Zamiast tego, czuła, jak jej serce przyjemnie przyspiesza z podekscytowania, pompując gorącą krew i rumieniąc złocistą skórę, co dodawało jej jeszcze większego uroku.
- Podobają się Panu? - spytała, głosem tak cichym, że musiał nachylić się bliżej niej, by móc rozróżnić pojedyncze słowa, a kiedy to zrobił, poczuł miękkość jej biustu na swojej piersi i słodki, nieco duszny zapach perfum i ekscytacji.
I przez chwilę miał wrażenie, że w tym zapachu jest zdecydowanie za mało deszczu, starej, wyrobionej latami używania skóry i świeżej żywicy.
- Są piękne. - odparł prosto, uśmiechając się lekko do niej i sięgając do stołu po kielich z winem, który podał wprost do szczupłej dłoni o długich palcach, a wilgotne usta, obejmujące krawędź szkła przykryły w jego umyśle tęsknotę do zapachu skóry i żywicy. - Zdziwiłbym się, jednak gdyby nie były. - dodał spokojnie, odbierając naczynie, jak tylko mokre wargi oderwały się od niego, wciąż jeszcze lśniąc czerwienią słodkiego trunki i zapraszając do scałowania z nich tego smaku.
Tego jednak nie zrobił, zawieszając jedynie spojrzenie w tym miejscu, by wrócić zaraz do jej jasnych oczu, mrużących się w rozbawieniu na te słowa.
- Z jakiego powodu? - spytała, mimo że odpowiedź na to pytanie słyszała już wielokrotnie, pewnie częściej nawet niż on sam słyszał, że powinien w końcu się ustatkować, założyć rodzinę i doczekać swoich dni w cieple i wygodzie.
- Sądzę, że słyszy Pani tak często, jak jest piękna, że odpowiedź na to pytanie nie jest konieczna... - odpowiedział mrukliwie, urywając jednak dalszą część wypowiedzi, kiedy w sali nagle rozległ się niezbyt głośny pisk.
Prawdopodobnie niezauważony przez większość biesiadników, jednak Alexander był na tyle przywykły do bycia czujnym niemal zawsze, że wybijający się ponad monotonne tło hałas zwrócił jego uwagę. I to na co zwrócił!
Ściągnął brwi, przez moment zupełnie zapominając o cudownie miękkim ciele Alexis tuż przy swoim boku, zamiast tego z wyraźną konsternacją patrząc na swojego ucznia, który właśnie unosił w ramiona swoją młodą towarzyszkę. I chociaż pisk w takiej sytuacji można było zinterpretować jako pełną uciechy zachętę do dalszych harców, mina panienki nie wskazywała na to.
- Coś się stało? - dziewczyna spytała, wychylając się zza niego na tyle, by móc dojrzeć, co się dzieje na sali, jednak Oscara, wraz ze śliczną panną już zakrył tłum tańczących par.
Pokręcił jedynie głową, wracając do kobiety, która właśnie przesuwała dłonią po jego ramieniu, z wyrazem najszczerszej ekscytacji, bawiąc się srebrnymi klamerkami pomiędzy opuszkami palców. A te już chwilę później zaczęły wędrować wyżej, aż do szyi i wysoko zapiętego kołnierza.
- Nie jest panu za gorąco? Sama czuję, że się zaraz stopię, a przecież mam tylko to. - wskazała ręką swoją suknię, przy okazji prezentując wdzięki i sięgnęła z powrotem do drobnych klamer tuż przy szyi.
- Coraz cieplej. - odpowiedział, już wyraźnie rozbawiony tym, jak prężnie parła ona do celu.
Nie mógł jednak na to narzekać, zwłaszcza że sam też specjalnie się nie opierał. Dlatego pozwolił kobiecie rozpiąć kołnierzyk, a następnie poprowadzić palce po linii wklęsłej, jeszcze lekko różowej blizny, chowającej się pod jego koszulą.
Tym razem Alexis wydawała się zaskoczona i zainteresowana dużo szczerzej niż do tej pory, jakby dopiero w tym momencie, kiedy zobaczyła dowód, dotarło do niej, z kim flirtuje. To zaś tylko sprawiło, że mężczyzna poczuł ją, jeśli to było możliwe, jeszcze bliżej, korzystając z tego i kładąc rękę nisko na jej talii.
- Zechciałby Pan powiedzieć, co się stało? - wyszeptała, kładąc na jego szyi już całą dłoń, jakby chciała poczuć na wrażliwej skórze fakturę blizny i wszystkie nierówności krawędzi.
Nie odsunął się, pozwalając jej na to, w jakiś sposób czując się przyjemnie połechtany zaaferowaniem w jej głowie, szybciej poruszającą się piersią i błyszczącymi fascynacją oczami.
Tego jednak, w jaki sposób nabawił się tej blizny, nie chciał jej zdradzać. Tak jak nie zdradzał ludziom pochodzenia żadnej ze swoich ran, chyba że człowiek ten był medykiem, załamującym ręce nad rozszarpanym udem, zawiązanym jedynie całkiem już przesiąkniętym krwią materiałem.
- Nie chciałbym martwić Pani niepotrzebnie. - odparł spokojnie, w głowie mając myśl o tym, że Oscarowi mógłby opowiedzieć tę historię.
I prawdopodobnie nie wzbudziłaby ona w nim szoku ani zmartwienia jak w delikatnej istocie siedzącej obok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lut 09, 2018 1:49 am

Rudzielec ułożył dotychczasową partnerkę wygodnie na stole, przez zdenerwowanie nie upewniając się czy ten nie jest mokry od alkoholu albo jadła. Nawet przez myśl mu to nie przeszło! W obecnej sytuacji bardzo mało myślał - jego ciało zdawało się działać samo, desperacko próbując zachować płynność ruchów i właściwy sens ich podejmowania. To był swoisty autopilot zachowany skrupulatnie na te rzadkie chwile, w których mózg przechodził wyjątkowo wyolbrzymiony przez absynt kryzys, a ponieważ Zielona Wróżka działała na swój sposób halucynogennie, to Oscar nie potrafił już rozróżnić, które z obrazów, które wypaliły się przed jego oczami były prawdziwe, a które wytworzyła jego chora, pobudzona wyobraźnia. Alexander podający Alexis wino? Alexander sięgający wargami jej dekoltu i dociskany doń przez zgrabne dłonie? Alexander wyciągający rapier i ucinający jej głowę? Alexander biorący ją za rękę i spacerujący z nią elegancko i niespiesznie po schodach na górę?
Nie chciał jeszcze patrzeć w stronę odległego końca sali. Nie chciał zobaczyć tam pustego stołu. A jeszcze bardziej nie chciał zobaczyć stołu pełnego namiętności i wyuzdania, do którego miało przecież nie dojść!
Mężczyzna padł na kolano przed brunetką i ujął w dłoń trzewiczek, w którym tkwiła ta noga, którą dziewczyna dotąd podkurczała do siebie. Rozmasował ją, na tyle, na ile było to możliwe przez gruby materiał ukształtowanej skóry, ale zdejmowanie bucika nie wchodziło w grę. Nie dla niego jako mężczyzny i nie w miejscu publicznym. Pomimo tego, że kobiety eksponowały swoje piersi tak mocno, że za zasłoną materiału tkwiły ledwie różowawe sutki, to nogi były dlań świętością ofiarowaną tylko wybranemu przez nie kochankowi. Trzewik sięgał na pewno ponad kostkę, więc zdjęcie jego uwzględniałobyzobaczenienagiejskóryatobyło…
Znów jego myśli uleciały. Uleciały tak mocno, że najpierw ze swojej podległej perspektywy spojrzał w górę przepraszająco na Maruviel, której śliczne oczka szkliły się od łez, ale kiwnęła ona głową przyjmując przeprosiny i chyba nawet gdzieś tam w środku ubawiając się swoją chwilową dominacją nad przecież znanym i silnym wojownikiem!
Oscarowi spodobał się ten obrazek. Ta łaska uświęcająca, która zmyła z jego honoru tę nieprzyjemną sytuację… Po to by zastąpić ją ryciną, która na nowo sprawiła, że jego emocje rozdarły się na parę wilków, która toczyła ze sobą zażarty bój. Jeden z wilków był niebosko przerażony, a drugi niebosko zirytowany. Rozdrażniony miękką, kobiecą dłonią, która ślizgała się po rozpalonej skórze Alexandra, dotykając blizny, którą mistrz na co dzień starał się ze wszystkich sił zakryć. Znamienia, które w oczach Oscara z biegiem lat urosło do bardzo intymnego szczegółu na ciele eleganckiego mężczyzny. A ta małpa w zielonej kiecce właśnie po kilku minutach rozmowy o niczym tak po prostu wodziła po niej mokrymi od potu paluchami!
Wilk wściekłości wygrywał z porażającą siłą, ale spite sumienie nie pozwalało dokończyć pojedynku. Odzywało się, stłumionym przez wypełnione alkoholem szkło, głosem i przekonywało, że Alec to dorosły mężczyzna, że zawsze nim był i ma pełne prawo do podejmowania własnych decyzji. Do szukania miłości i przyjemności w ramionach ludzi, których uzna za godnych rozpinania klamer w swoim mundurze i badania paliczkami nierówności i blizn. Z którymi zechce zniknąć w cieniu gospody, z dala od hałaśliwej gawiedzi i oddać się penetracji drugiego charakteru, flirtowi. Tak po prostu, jak dorosły człowiek. Jak samotny mężczyzna, którego okrutny los pozbawił kobiety...
Oscar sapnął, spuszczając bezsilnie łeb i czując jak zbiera mu się na wymioty. Jak robi mu się gorąco, a kiedy fala osiągnie zenit, to oblewa się zimnym potem i drży od obejmującego go chłodu.
- Już wszystko dobrze... – przekonywała gdzieś w tle Maruviel, chcąc już odwieźć nadgorliwego partnera od całkowicie niepotrzebnego masażu.
Może ona też miała nadzieje skończyć z nim na sianie? Tak jak Alexis miała nadzieje zwiedzić maleńki pokoik Alexandra na piętrze, a on zwiedzić jej maleńki pokoik pod spódnicą? I kiedy puści ostatnia klamra, po prostu nie utrzymają rąk przy sobie, zakończą grę w podchody i udadzą na górę, co trzy schodki odnajdując nawzajem swoje rozpalone usta i…
Nie, cholera!
Nie!
Oscar nie zostanie tu sam!
- To musi obejrzeć lekarz... – wyrzucił naprędce, puszczając trzewik Maruviel i prostując się jak na sprężynce. To było najdurniejsze kłamstwo na jakie mógł wpaść. Aż sama dziewczyna wydawała się tym zdziwiona, nim jednak zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wdepnął w to bagno po damą szyję. - Któryś z palców może być złamany, lepiej żeby szybko go usztywnić. Niech Pani poczeka tu na mnie.
Był naprawę… Idiotą. Kretynem. Kretynem-idiotą. Człowiekiem wyjątkowo dobrym w złych decyzjach, niezłym w kłamanych komplementach i kiepskim we wiarygodnych kłamstwach. Wystrzelił w stronę stolika w kącie sali, po drodze zahaczając o ladę i szepcząc gospodarzowi coś na ucho, by nie musieć przekrzykiwać się z muzyką. A potem jego droga była otwarta i przelazł między stolikami jak taran, aurą praktycznie zabijając po drodze wszystko co żywe.
Przerwał wręcz Alexis bezczelnie w pół słowa, zuchwale stając po drugiej stronie stołu i opierając się dłońmi o lepkie od alkoholu drewno, by pochylić się i znaleźć jeszcze bliżej. Minę miał hardą i zaciętą.
- Pani przyjaciółce coś się stało. – Nie brzmiał na zmartwionego. - Przez moją nieuwagę i brak gracji mogłem przyczynić się do złamania jednego z palców. Moja diagnoza jest ledwie pobieżna, ale jeśli trafna, to najlepiej zająć się tym tak szybko jak to tylko możliwe. Dlatego pozwoliłem sobie posłać po powóz. Powinien być za kilka minut. Ja i Alexander zaraz przyniesiemy Paniom okrycia, żeby nie zmarzły po drodze. Proszę też przyjąć moje najszczersze przeprosiny. – patrzył tylko na nią, ze skupieniem, które mogło być Brightly’emu dobrze znane. Bo dokładnie taką minę miał Oscar, kiedy śledził wzrokiem czarną figurę przelatującej pijawki, zamierzając przeszyć ją bełtem kuszy..

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lut 09, 2018 2:30 pm

- Ach! Zmartwienie nad wojownikiem to mój przywilej Panie Brightly! - zaoponowała, dłonią sunąc na jego kark, podczas gdy on sam przesunął rękę nieco wyżej, ze szczupłej talii na żebra, czując, jak przyjemnie spięła się lekko i uniosła pod tym dotykiem.
Gładki materiał przyjemnie pieścił jego palce, a tuż pod nimi mógł wyczuć, jak nabiera głębsze oddechy, rumieniąc się jeszcze mocniej na tak śmiałe posunięcie. Jednocześnie w żaden sposób nie zaprotestowała, wręcz przeciwnie, uśmiechając się do niego niemal zachęcająco.
- Moim obowiązkiem za to jest oszczędzanie zmartwień damie. - odparł przekornie, nie mając jednak zamiaru nawet w najmniejszym stopniu wprowadzać jej w szczegóły swojej pracy.
- Ależ nalegam że... - aż podskoczyła w jego ramionach, gwałtownie urywając, kiedy nagle tuż obok nich, pojawiła się wysoka sylwetka, gwałtownie kładąc dłonie na nieprzyjemnie lepkim blacie, wydając głuche tapnięcie, po którym nastąpiła niezręczna cisza.
Przez cały ten czas, który spędzili razem, niemal nierozłączni, śpiąc w tych samych pokojach, lub tuż obok siebie, przy ognisku. Podróżując ramię w ramię i rozstając się wyłącznie na krótkie chwile, kiedy potrzebowali w końcu samotności, Alexander wyrobił w sobie swego rodzaju odruch, związany z tym chłopakiem. Nie zrobił tego świadomie, właściwie, nigdy nad tym nie myślał, po prostu, z biegiem lat, z kolejnymi tarapatami, w które wplątał się Oscar, ze zdartymi kolanami, z końmi, które uciekły, niedokładnie przywiązane, czy z butami, które odpłynęły w dal jeziora przez nieuwagę, to przychodziło samo. A dokładniej rzecz ujmując, zaaferowanie lub determinacja w głosie rudzielca z marszu zmuszało jego umysł do szybszego myślenia i natychmiastowej lokalizacji chłopaka. Tym razem jednak był on tuż przed nim, opierając silne ręce o stół i nachylając się w ich stronę, nie spuszczając uważnego wzroku z drobnej kobiety. Alex za to w tym momencie zupełnie ją ignorował, sondując uważnie całą postać młodzieńca. Od rozwichrzonych włosów, przez twarde spojrzenie, spięte mięśnie i wojowniczą, napiętą postawę, a wszystko to wskazywało na zagrożenie, którego jednak nie był w stanie dostrzec, jak mocno by się nie starał. Krwiożercza bestia nie czaiła się ani na suficie, ani w kącie sali, wbijając pazury w ścianę i wzbudzając popłoch, obnażając ostre jak sztylety kły. Nikt nie krzyczał, nikt nie wołał o pomoc, to zaś z kolei prowadziło go znów do młodego mężczyzny przed nim, uspokajając w jakiś sposób. Bo przecież stał tu, cały i zdrowy, w jednym kawałku, więc nic złego nie mogło się dziać.
Podczas gdy oceniał sytuacje, blondwłosa przez chwilę tylko wpatrywała się dużymi oczami w postać Oscara, uchylając lekko usta i zaraz je zamykając, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować, co powinna teraz zrobić. Oczywiście, dobro małej Maruviel leżało jej na sercu, jednak w tym momencie, zdecydowanie ciężej czuła na nim szorstki materiał munduru i przyjemnie korzenny zapach.
- Jeśli to prawda, nie powinniśmy zwlekać. - z rozterki wybawił ją przyjemnie mrukliwy głos Alexa, który jednak wypowiadając te słowa, nie spuszczał uważnego spojrzenia ze swojego ucznia, jednocześnie zapinając sprawnie kołnierzyk, pocierając palcami bliznę, jakby chciał pozbyć się z niej wrażenia cudzego dotyku. - Panienka Maruviel najpewniej cierpi, uwięziona w szykownym buciku. - dodał z ledwie zauważalnym uśmiechem, już całkowicie uspokojony i szczerze wątpiąc, by jego uczeń mógł poturbować biedną niewiastę do tego stopnia, by cokolwiek jej złamać.
Nawet jeśli miał prawie dwa metry wzrostu, a wagą przewyższał ją dwukrotnie, był też na tyle zgrabny, by nie podeptać ozdobnych trzewiczków.
Ciepło drugiego ciała, delikatny dotyk miękkich, delikatnych dłoni i chwila cudownego zapomnienia minęły, kiedy podniósł się z ławki, kłaniając lekko i podając kobiecie dłoń, którą ta ujęła z niewyraźną miną, racząc rudzielca mało przyjemnym spojrzeniem i jakby chciała mu coś udowodnić, przytulając się bokiem, do starszego łowcy. Ten za to zgrabnie odsunął się, otrzeźwiony tym nagłym przerwaniem całkiem intymnej sytuacji na tyle, że nie uważał za stosowne tulić się do kobiety, którą odprowadzał do jej kontuzjowanej koleżanki.
- Co ci się stało, kochanie? - zaświergotała blondynka, robiąc dobrą minę do złej gry i starając się pokazać z jak najbardziej opiekuńczej strony.
Takiej, która bez problemu mogłaby opatrzyć głębokie rany i pielęgnować swojego mężczyznę, kiedy ten po ciężkiej walce wracałby do zdrowia w jej ciepłych ramionach.
Przykucnęła przy nogach młodszej dziewczyny, która wyraźnie skonsternowana próbowała zaoponować, zerkając to na blondynkę, to na swojego, stojącego nieco dalej, towarzysza zabawy, najwyraźniej nie mając zielonego, żółtego, ani nawet czerwonego pojęcia, co się właściwie tutaj dzieje i dlaczego nagle wszyscy skaczą wokół niej, jakby co najmniej miała otwarte złamanie.
Alex zerknął krótko na Oscara, zaraz wracając spojrzeniem do zagubionej brunetki i paplającej jakieś kurioza Alexis.
- Jeśli Panie pozwolą, przyniosę płaszcze. - skłonił się lekko, wycofując, najwyraźniej doszedłszy do wniosku, że jest zbyt pijany, żeby brać w tym udział.
Tym bardziej że przez okna gospody widać już było zamówiony powóz, który miał zabrać obie panie z zabawy, zdecydowanie wcześniej, niż same chciałyby z niej wychodzić. Nie przejmując tym jednak odebrał ich płaszcze, jeden, podając swojemu uczniowi, a drugim otulając szczupłą sylwetkę, rozkosznie opiętą przez szmaragdową suknię. Ostatni raz pozwolił sobie zawiesić spojrzenie dłużej na jasnych jak świeża słoma włosach, zanim skłonił się nisko, żegnając zarówno poszkodowaną dzisiejszego wieczoru niewiastę, jak i jej starszą przyjaciółkę, wciąż ciskającą gromy z błękitnych jak letnie niebo oczu, prosto w stronę jego ucznia.
- Zechcesz wyjawić mi, czego właśnie byłem świadkiem? - spytał, spojrzeniem odprowadzając lśniący atłas sukien wystających spod ciepłych płaszczy, aż za drzwi i dopiero wtedy odwracając się w kierunku młodzieńca.
Nie wyglądał na złego. Właściwie, nie wyglądał nawet na rozczarowanego, czy podirytowanego tym, że został tak gwałtownie i brutalnie wyrwany z bardzo przyjemnej i coraz bardziej intymnej sytuacji, w jakiej nie miał okazji znaleźć się od dawna. Od tak dawna, że teraz nawet nie było mu żal, że nic z tego nie wyszło.
Zwłaszcza że teraz, znów mógł skupić się na czymś grzejącym jego serce jeszcze mocniej niż chętne ciało Alexis.
- Wracamy do stołu?


Ostatnio zmieniony przez Shael dnia Wto Lut 13, 2018 7:18 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Lut 13, 2018 7:00 pm

Całe szczęście pijany Oscar był w stanie wybaczyć sobie więcej niż trzeźwy. Powstały naprędce plan w ostatecznym rozrachunku przeraził młodą damę, która łykała pewny i ponury ton jej byłego partnera i oprawcy w jednym, oraz pełne nieco wymuszonej troski szczebiotanie jej starszej przyjaciółki – i w końcu sama uwierzyła w to, iż jest w realnym niebezpieczeństwie, a kiedy już do tego doszło nagle zaczęło boleć jakby mocniej i chyba puchnąć, bo bucik stał się ciaśniejszy! Doprawdy Pan Byron, widząc cały ten rozruch naokoło młodej damy, powinien był się wstydzić. Wstydzić za ten cały strach i za odebranie dwóm damom resztek nadziei na udany wieczór. I wstydzić telefonu do lekarza, który kobiety wykonają po powrocie do domu. Albo – co lepsze – wstydzić tego, iż obie możliwe, że od razu pojadą do szpitala! Wstydzić zdziwionej miny lekarza, który podejmie wyzwanie nastawienia złamanego palca i pewnie nieźle się zdziwi, kiedy takowego nie znajdzie. I na sam koniec, na samo, cudowne i rozchodzące się rozkosznie po kościach crescendo: powinien się wstydzić tego, że odebrał staremu druhowi możliwości zakosztowania - ba, zatopienia się! - w ponętnym i soczystym zielonym owocu.
Powinien.
Ale zamiast tego przepełniały go w tej chwili tylko pozytywne emocje – wespół z ogromnym triumfem, wpływającym rumieńcem na jego jasne policzki. Nie okazywał skruchy, nie kończył zabawy, ani nie zamierzał rezygnować z wciąż niedopitej butelki absyntu. W jego rozumieniu pozbył się po prostu pewnej kłopotliwej przeszkody, która mogłaby go tego wszystkiego pozbawić. Tego i oczywiście pozbawić Alexandra.
I chyba głównie Alexandra.
A tak miał go tutaj, stojącego tuż obok w przejściu do gospody i śledzącego, jak on, wzrokiem odjeżdżający pośpiesznie powóz.
- Chyba tego, iż potrzebuję więcej lekcji tańca, bo przez cztery lata w terenie i na polowaniach kompletnie utraciłem dawną grację. Zrobiłem się ociężały jak głaz i zebrałem właśnie pierwszą ofiarę mojej bezmyślności. – Wyjaśnił spokojnie. I tylko dzięki żartobliwemu tonowi Alexander nie miał prawa pomyśleć, że młodszy mężczyzna próbuje nakręcić na to całe kłamstwo i jego. Wtedy też para bystrych, różnych od siebie ślepi spojrzała na niego z przekorą. - A cóż? Chyba nie pomyślałeś przypadkiem, że pozbawiłem te dwie urocze damy możliwości do wspólnej zabawy specjalnie? Hm? – Uśmieszek miał iście pijacki. - Chyba postradałeś zmysły. Oczywiście, że wracamy!
Przerzucił mężczyźnie rękę przez kark i obrócił się z nim wciągając z powrotem do gorącego i pełnego muzyki wnętrza, zatrzaskując za nimi drzwi do gospody. Ludzie nadal bawili się tak jak wcześniej, nikogo nie przejęła maleńka tragedia, która rozegrała się przy jednym ze stolików. Zespół muzyczny nie zwolnił, młodzi mężczyźni dalej tańczyli do utraty tchu z kobietami, których zgrabne warkocze dawno już pogubiły wstążki i zaczęły psuć się na rzecz dobrej zabawy, a starsi zasiedli wreszcie z powrotem do stołów i krzykiem domawiali kolejne kufle dla swoich towarzyszy.
- Wybieram prawdę – napomknął rudzielec, którego twarz też lśniła od zmęczenia, kiedy zasiadał z powrotem na futrze okrywającym ławkę i lekko rozedrganymi dłońmi polewał im kolejnej, z obecnej butelki, ostatniej już dawki Zielonej Wróżki. Dopiero kiedy zakończył to karkołomne zadanie, zdecydował się spojrzeć kompanowi w oczy i podsunął mu jego wypełnione po brzegi szkło. - Chyba nie jesteś na mnie zły, co? – zagaił, ocierając palcami wargi i odgarniając lepiące się do policzków, rude włosy. - Zrobiłem sobie rezerwację na twoje towarzystwo na ten wieczór i podjąłem się nieczystego zagrania, by tego nie stracić. Wiem, że to mało koleżeńskie, ale… musiałem. – A jednak umknął wzrokiem w stronę swojego kieliszka, znów obracając nim lekko w ręce. - Wygrywałem z dziesiątkami wampirów przez te cztery lata, a w kilka minut o mało co nie przegrałem z nadmiarem tłuszczu na klatce piersiowej i węższą talią. To sprawa honoru - sam rozumiesz.
Po długim tańcu żar ze stojącego niedaleko kominka grzał jak nigdy. Wręcz parzył w bok.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Lut 13, 2018 8:12 pm

Chłodne, wieczorne powietrze przyjemnie muskało jego skórę. Nagrzaną i lekko zarumienioną od tańca, alkoholu i wszystkich emocji, jakie przetoczyły się przez jego ciało niczym huragan, najpierw podnosząc jego ciśnienie przez walkę, potem zaskoczenie, wręcz szok wywołany ujrzeniem wytęsknionej twarzy, piosenka, taniec, piękna kobieta i znów jego uczeń, o spojrzeniu tak zdeterminowanym, jakby walczył o dobro lepszej sprawy! Prawie tak zdeterminowanym, jak wtedy. Odetchnął niezauważalnie, wciągając do płuc rześkie powietrze i uroczyście przysięgając samemu sobie, nie wracać do tamtych wydarzeń, dopóki nie będzie to konieczne. Teraz nie było i miał nadzieję, że jeszcze bardzo długo nie będzie. Bo dopóki Oscar był, wszystko było w jak najlepszym porządku. Zupełnie tak, jakby nic się nie stało i ledwie wczoraj razem wrócili z kilkutygodniowej wyprawy, teraz pozwalając sobie uczcić kolejne udanie polowanie chwilą zapomnienia, podczas której nikt nie musiał martwić się tym, co czai się w mroku za jego plecami, lub do kogo należał trzepot ciężkich skrzydeł.
Odprowadził spojrzeniem niewielki powóz i dopiero kiedy znikał za załomem, oświetlony migotliwym, ciepłym blaskiem latarni, zanim schował się za nim kompletnie, spojrzał znów na rudzielca. I po raz kolejny musiał unieść wzrok ku górze, by sięgnąć jego oczu. Co prawda tylko trochę i pewnie mógłby w ogóle nie zwrócić na to uwagi, jednak naprawdę rzadko spotykał osoby, które nie dość, że dorównywały mu wzrostem, to jeszcze go przewyższały!
- Uważaj chłopcze na słowa, bo jestem gotów zorganizować ci takowe lekcje. - odparł, na pozór złowróżbnie, unosząc jednak w rozbawieniu kącik ust, doskonale wiedząc, jak rudzielec zapatruje się na taki pomysł. - Mógłbym poprosić naszą gospodynię, by pomogła ci powrócić do dawnej formy. Chyba że faktycznie specjalnie zdeptałeś tę biedną dziewczynę. - dodał już wybitnie rozbawiony.
Wraz z gorącym ramieniem młodzieńca, otoczył go zapach starej skóry i deszczu, oraz nieco żywiczna woń, sugerująca, że wcześniej mógł w tych ubraniach spać w lesie, pranie zaś nie poradziło sobie do końca z drapiącym pieszczotliwie nos i gardło zapachem drzew i ściółki. I był to tak znajomy, bezpieczny zapach, że pozwolił sobie również objąć ciało przy sobie, dając się z powrotem zaciągnąć do stolika i niemal mrucząc z przyjemności na widok kolejnego pełnego kieliszka.
Niestety patrząc na zawartość butelki, ostatniego już. Albo na szczęście ostatniego, co doceni pewnie dopiero nad ranem, kiedy organizm przypomni mu, że nie ma już dwudziestu lat, a wraz z siwymi włosami i pierwszymi zmarszczkami przybyło również spowolnienie szalonego wcześniej metabolizmu.
- Prawdę... - zamyślił się chwilę, pociągając łyk trunku i siadając wygodniej przyjemnie nagrzanej ciepłem tańczących w kominku płomieni, skórce. - O wszystkich swoich nowych bliznach i urazach sam mi opowiesz, nie muszę się o to dopraszać. - myślał głośno, uśmiechając się lekko na nieśmiałą myśl kiełkującą w jego głowie, a dotyczącą wspólnych podróży, które może będą mieli jeszcze okazję przeżyć – Powiedz mi w takim razie, czy przez te cztery lata miałeś czas, żeby w końcu znaleźć kogoś, kto by ci dorównał? Z kim chciałbyś być? - spytał, starając się nie wyjść na wścibskiego, ale nic nie mógł poradzić na to, że zwyczajnie interesowało go życie miłosne tego oszołoma i tak, jak normalnie by się powstrzymał, uważając, że to nie jego sprawa, a Oscar powie mu, kiedy będzie uważał za słuszne i jeśli w ogóle będzie uważał za słuszne, tak teraz był pijany.
I być może było to słabe wytłumaczenie, ale w tym momencie, dla niego całkiem wystarczające.
- Oscar, nawet najwęższa talia na świecie, nie jest mi tak droga, jak ty. - odchrząknął, uciekając spojrzeniem do kieliszka – Sądziłem, że bawisz się z uroczą Maruviel jeszcze lepiej niż ja... W sytuacji, w jakiej mnie zastałeś. - czego udało mu się uniknąć przez tyle długich lat, a teraz proszę, kilka godzin i nakryty na spijaniu troski i akceptacji z błękitnych oczu pięknej dziewczyny o złotych włosach.
Ciężko było mu sobie wyobrazić, czy mógłby upaść jeszcze niżej tego wieczoru.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Lut 13, 2018 10:28 pm

Lekko szorstki materiał munduru zostawił na palcach młodego mężczyzny przyjemne widmo i ten rodzaj ciepła, który znacząco różnił się zarówno od tego bijącego z kominka, oraz od tego, który bił z jego własnej unoszącej się nieco szybciej piersi. Zmęczenie co prawda było tylko złudne, było wymysłem jego wyobraźni i pojawiło się tylko dlatego, że przydałoby się, by po ganianinie i tańcach był choć lekko zmęczony. Zwłaszcza, że już teraz wiedział, iż jest w stanie wytrzymać dużo więcej, ale tu był bezpieczny – nie musiał czujnie spać, nasłuchiwać byle szelestu, polegać na instynkcie i mieć non-stop bron przy boku – tu był skąpany w miodowym świetle, w towarzystwie człowieka, do którego od dawna chciał wrócić i u którego w pokoju zostawił zarówno swoją ukochaną broń, jak i lekko nasiąkniętą krwią pelerynę. I mnóstwo wspomnień, które Alexander nieświadomie dzierżył przy boku i które teraz nieśmiało powracały do Oscara i przesiąkały przez jego ubrania i skórę, odnajdując drogę do krwiobiegu i przyspieszając nurt krwi.
I nie żałował lekkiego podeptania tamtej dziewczyny – nie potrafiłby zrezygnować z tego wieczoru. Za nic. Z odważniejszych i częściej rzucanych uśmiechów jego mentora, ze śmielej podejmowanych tematów do rozmów, z jego pobłażliwości i skłonności do zwierzeń. Z tego, że trzymał mundur niedopięty, wkraczał na środek sali i tańczył, siedział tu z nim do późna nie martwiąc się o dzień jutrzejszy… Z tego, że mu wybaczył i na powrót przyjął pod swoje skrzydła bez cienia wyrzutu. Bez przyszpilania do muru, wypytywania o oko, o niewygodne aspekty przeszłości, albo wymagania przeprosin. Oscar zdecydowanie nie chciał z tego zrezygnować i był więcej niż pewien, że Niebiosa oraz para dam wybaczy mu w końcu ten bezczelny przekręt, a on będzie mógł rozpocząć bez żadnego kleksa nowy rozdział w jego burzliwym życiu.
Ich burzliwym życiu!
I tak jak po Oscarze spływała odpowiedzialność za całą tę karygodna rozróbę w ich małym wspólnym wszechświecie, tak po Alexandrze prędko spłynęła gorycz po stracie niepowtarzalnej i całkiem ponętnej szansy – gładko robiąc miejsce widmu dalszej zabawy w bardziej męskim towarzystwie. I choć druga butelka tego trunku zabiłaby nawet tę parę odważnych wojaków, to i Oscar z lekką nostalgią również zerknął na odstawione na bok puste szkło. Zostały im jeszcze jakieś dwa łyki trunku, od biedy może i trzy, ale przy tak przednim alkoholu to i tak oznaczało wejście na kolejny poziom upojenia – a po tym czekała już długa droga w dół aż do zatracenia. I ciężki poranek.
Bez uprzedzania faktów jednak, Byron oczarowany soczystą i toksyczną zielenią absyntu upił delikatny łyczek, zupełnie poza ich małą grą, umoczył ledwie spierzchnięte i głodne napitku wargi, doskonale wiedząc, że wypełniony po brzegi kieliszek nie nasyci jego pragnienia. Ale na cały bukłak wody wyżłopany naraz przyjdzie jeszcze odpowiednia chwila.
Najpierw musiał odpowiedzieć prawdę.
- Hej! Mówisz o tym tak jakbyś nie lubił słuchać moich opowieści. Nawet nie próbuj mi tak bezczelnie kłamać... – burknął, gorącym oddechem wprowadzając lekki chaos na powierzchni płynu w podsuniętym pod nos naczyniu. Po czym zakończył burcząc ciszej i odkładając swoją dawkę ambrozji z powrotem na stół. - Bezczelność... – Czknął. Oho, był coraz mocniej zrobiony. - Język za mocno mi się rozwiązuje przy tobie, powinienem przed każdą z opowieści żądać jakiejś słodkej zachęty.
A jednak mimo ofukiwania głośno myślącego rozmówcy, jakby lekko rozmarzony wzrok młodzika śledził mężczyznę, zachodząc z wolna mglą dziwacznych myśli i ożywiając się dopiero, kiedy bezpośrednio wystosowano pytanie do jego właściciela. A wtedy Oscar uśmiechnął się psotnie.
- No, no, jakie pytanie! Nie chcesz słuchać o mojej wojaczce, a naszła cię chętna na opowieści o moich podbojach miłosnych? Co spodziewasz się, że usłyszysz? Że mam białogłowę przy nadziei w każdej wiosce? Bo taką historię o mnie też słyszałem, choć prawdę mówiąc nie zapłaciłem żadnemu z minstreli, by opiewał moje niedoścignione umiejętności w sztuce miłosnej i nakłaniał tym samym więcej kandydatek do ich sprawdzenia. – Uśmiechnął się jakby sam do siebie. - Albo coś bardziej dramatycznego, jak historię o mojej już-prawie-narzeczonej, którą... - ...zabiły okropne bestie nim zdążyłem ją poślubić i stąd moja zatwardziałość w zabijaniu ich? - to chciał powiedzieć. Dokładnie to, pchany niewinną przekornością, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. A raczej jego podświadomość kopnęła go z całej siły w brzuch i na moment odebrała dech. Pozbierał się wtedy szybko i kaszlną, markując to, że to drapanie w gardle po ostatnim łyku zmusiło go do urwania zdania, po czym naprędce sklecił zupełnie inne, brzmiące równie mocno w jego stylu: Którą odbił mi jakiś wioskowy drwal? Nie, niestety nie opowiem ci niczego równie ciekawego, jeśli chcesz usłyszeć prawdę.
Sięgnął po kieliszek i upił prawdziwy łyk. Powodem tego posunięcia był jednak wstyd, a nie prosta chęć spicia się. Ten prawdziwy, męski wstyd, który nakazuje kontynuowanie opowieści miast ucieczki od tematu, ale za to bez spoglądania rozmówcy w oczy. I z elementami cichego i nieco nerwowego strzelania palcami w stawach.
- Wiem z kim chciałbym być. Ale ta osoba zamieszkała w mojej głowie zdaje się nie istnieć, a ja skończyłem jak młoda dama, która zdecydowanie za dużo naczytała się książek o ulotnych romansach, że teraz odrzucają ją prawdziwi mężczyźni, tak różni od wizerunku oszałamiająco czarującego księcia z kart jej ulubionych tomisk. U mnie to idzie jednak w drugą stronę, bo jestem więźniem własnej głowy. Podjąłem kilka prób złapania kontaktu z druga płcią, mogę je jednak policzyć na palcach jednej dłoni, bo okazywało się, że nasze oczekiwania wobec drugiej osoby nieco się rozmijały i raz skończyłem nawet ze śladem subtelnej dłoni jednej z nich na policzku. Palił bardziej niż jakakolwiek brocząca krwią rana po wampirze, serio! – Tu parsknął i odważył się na chwilę spojrzeć w stronę Alexandra. Wzrok miał skrajnie inny, dużo bardziej niewinny, jakby na omawianym gruncie czuł się tak bardzo niepewnie, że na nowo wyglądał jak dziecko, a nie biegły w walce i trudach życia wojak. Miłość była w stanie go złamać – tak jak zresztą była w stanie złamać wielu przed nim i to o wiele potężniejszych. Tak samo oni, jak i Oscar, nie uginali się pod toporem i strachem, a pękali jak szkło pod ulotnym spojrzeniem.
Miłości, tej prawdziwej, Oscar nie zdążył i nie miał już jak się nauczyć. A widać chyba potrzebował.
Chrząknął, przerywając własne zamyślenie i pokręcił głową. Dopijając absynt do końca i odstawiając go z głośnym uderzeniem na stół.
- Pozwolisz, że zakończę tutaj zanim zanudzę cie na śmierć i skończę obok obrośniętego pajęczynami szkieletu w dopasowanym mundurze. – Puścił mu zawadiackie oko. - Teraz twoja kolej. A skoro jestem jeszcze w stanie składać zrozumiałe zdania, a za kilka minut mogę już utracić tę zdolność, to żądam, byś tym razem nie uchylał się przed wyzwaniem! – Z zabawną w tej chwili zatwardziałością uderzył szkłem o stół jeszcze raz. - Żądam, byś dał mi taniec, który w ramach nagany obiecałeś mi przy drzwiach. Oszczędźmy czasu gospodyni, chcę cie znowu zobaczyć na środku sali!
Kończąc wycofał się i podniósł z ławki, z rozpędu zamiast za rękaw, chwytając mężczyznę zachęcająco za nadgarstek. Miał niesamowicie miękką skórę...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Lut 14, 2018 11:08 pm

To nie był czas na rozpatrywanie wszystkich niedopowiedzeń, jakie wisiały między nimi, przypominając o sobie za każdym razem, kiedy spojrzenie Alexandra spotkało oczy Oscara, kiedy przypomniał sobie, jak szybko się poruszał, czy jak silne były jego uderzenia, zwłaszcza na samym początku, kiedy nie był przygotowany na taką siłę. Nie był to ani czas, ani miejsce na rozmowę, która miała rozwiać mgłę, w której obaj tkwili, jednocześnie jednak bojąc się wysunąć z niej choćby palec, w obawie, że gdy w końcu z niej wyjdą, stając twarzą w twarz z tym, w jakim naprawdę są położeniu, wszystko znów będzie trudne. Tak jak trudne było cztery lata temu, podczas ich pierwszej, tak poważnej, prawdziwej kłótni. I jak trudne były jeszcze długi czas po niej, aż pogodził się z tym, że to nie był nieprzemyślany impuls, ale poważna decyzja, którą dziecko podjęło i nie miał na to już żadnego wpływu.
Dopóki obaj byli otoczeni tą mgłą, wszystko było dobrze. Oczy były tak samo błyszczące i żywe jak kiedyś, ruchy tak samo znajome, a uderzenia identycznie mocniejsze, kiedy młodzieniec stosował pchnięcie z prawej nogi.
I dopóki mógł w tej gęstej nieświadomości dryfować, dopóty nie śmiał wychylać choćby opuszka palca poza jej granice.
- Nie powiedziałem, że nie lubię. - zaprotestował z lekkim uśmiechem, trzymając między palcami kieliszek z ostatnim cennym łykiem żywo zielonego, roztaczającego ziołowy zapach płynu – Twierdzę tylko, że zdecydowanie chętniej opowiadasz mi o konkretnym rodzaju nocnych łowów, niekoniecznie związanym ze spódnicami... - powiedział, powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem tylko dlatego, że przez chwilę nie mógł uwierzyć, że prowadzi tę rozmowę w taki sposób.
Ze swoim uczniem. Swoim cudownym, młodym uczniem, dla którego przez tyle lat udało mu się być wzorem tak idealnym, doskonałym i nieskazitelnym, że aż sam siebie zaskakiwał. Spokojny, wyrozumiały, zawsze gotów do wysłuchania nawet najbardziej błahej drobnostki, która w oczach dziecka urastała do rangi prawdziwego, burzącego krew i myśli problemu. Zawsze mający odpowiedź na nurtujące pytanie, umiejący naprawić zepsute siodło, wymienić przetarty pasek od ogłowia, czy zorganizować opiekę medyczną. Kiedy nocowali w lesie, wiedział, co mogą spokojnie zjeść, bez obawy o zdrowie, na równinach zaś polował i oprawiał zdobycz. Prowadzał chłopca do krawca oraz kupował mu najlepsze buty, w których nie czuł dyskomfortu nawet podczas wielogodzinnej jazdy na koniu. Odkąd pamiętał, starał się być wszystkim, czego mógłby potrzebować młody chłopak, co było najtrudniejsze, kiedy sam jeszcze był całkiem młody. Świeżo po stracie, kiedy wszystko jeszcze kojarzyło mu się z tym jednym wydarzeniem, które przewróciło całe jego życie do góry nogami, dostał pod swoje skrzydła istotę, która zrobiła to po raz kolejny. A on wychodził z siebie, by ukryć przed wspaniałym, czystym i szczerym dzieckiem to, jak niedoskonały potrafił być. I udawało się.
A teraz siedział przy stole, nad kieliszkiem absyntu, tuż obok pustej butelki, pijany jak dawno i rozmawiał z nim o kobietach. W sposób, za który na trzeźwo sam pewnie by go zrugał. Zaraz po tym, jak został przyłapany w mocno intymnej sytuacji z pewną damą.
Odchrząknął, wracając myślami do rzeczywistości.
- Nie wyobrażam sobie, jaką słodką zachętę mógłbym ci zaoferować mój drogi. I obaj wiemy, że z natury jesteś rozgadany. Gdybyś mógł, mówiłbyś nawet przez sen. Co zresztą zdarzało ci się, nie ukrywam, całkiem często. - parsknął, posyłając mu przekorne spojrzenie i zaraz wzdychając już z mniejszym rozbawieniem, na dalszą część słów młodzieńca – Gdybyś miał białogłowę przy nadziei w każdej wiosce, uznałbym to za swoją własną porażkę wychowawczą. A potem sprał ci tyłek. - dodał, już z lepszym humorem, wciąż jednak czując jakąś gorycz, że jego chłopiec wciąż był tak samotny, jak on sam - Powinienem się cieszyć, że nie zauroczyły cię książki, jakie znajdywałeś na półkach w pokojach, które wynajmowaliśmy. Nie obraź się chłopcze, jeśli któraś z bohaterek szczególnie zapadła ci w pamięć, jednak te, których losy miałem okazję śledzić, nie grzeszyły rozumem. Nie chciałbym, żebyś znalazł sobie kogoś głupiego. - skrzywił się z jawną odrazą na taki pomysł, jednocześnie mając na tyle przyzwoitości, mimo krążących we krwi procentów, by nie drążyć tematu wyśnionego ideału, który nie pozwalał na zadowolenie się żadnymi półśrodkami.
Zwłaszcza że teraz, widząc jego uciekające, miękkie spojrzenie, tak różne od tego, jakim zwykle wodził dookoła, wyłapując najdrobniejszy ruch otoczenia, zwyczajnie miał ochotę go objąć. Zamknąć w ramionach jak lata temu i zapewnić, że nic nie jest jeszcze stracone i ma czas, żeby w końcu znaleźć kogoś na tyle wartościowego, by zaoferować mu swoje zaufanie i szczere uczucie.
I pewnie jeszcze dłuższą chwilę pozwoliłby sobie nad tym rozmyślać, gdyby nie szybkie zmiany nastrojów jego towarzysza i nagła propozycja, której chyba nie miał możliwości odmówić. I chyba również nie bardzo chciał. Ten wieczór był Oscara. Bez pytań, bez wyrzutów i oskarżeń. Dzisiaj cieszyli się znów sobą nawzajem, a skoro tak, dał się poprowadzić niemal za rękę na środek sali, gdzie ludzie ustawiali się już w coś, co przy odrobinie dobrych chęci można nazwać kołem.
- Chyba nie mam wyboru. - westchnął, uśmiechając się, jednak kiedy brał pod rękę zarówno Oscara po swojej prawej, jak i dżentelmena po swojej lewej, podczas gdy panie naprzeciwko nich chwytając się za ręce, już lekko podskakiwały w rytm nabierającej tempa muzyki, która po chwili i panów zmusiła do ruchu.
Nie zdarzało mu się brać udziału w tego rodzaju zabawach, jednak znał je z obserwacji na tyle dobrze, że mógł skakać razem ze wszystkimi innymi, trzymając ucznia pod rękę i wykonując razem z nim obroty, zanim znów pojedynczo ruszali w stronę dam, unosząc je wraz z pędzącą w górę muzyką i stawiając z powrotem z delikatnym stuknięciem na drewnianej podłodze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lut 16, 2018 1:05 am

Bezsensem było tłumaczenie się z ciągłego poszukiwania niedoścignionego ideału, który omyłkowo został zamknięty w skorupie przygłupiej dziewuchy, jaka na stronicach tomisk bez przerwy pakowała się w kłopoty i bez ustanku wymagała towarzystwa, wsparcia i pomocy. Jednak niezależnie od tego jak daleki od prawdy był ten pogląd, to może był właśnie tym lepszym wyjściem? Durnym i wzbudzającym w Alexandrze niezadowolenie, ale koniec końców nadal lepszym – bardziej normalnym i prawdopodobnym od tragikomicznej i po trosze chorej rzeczywistości. Oscar czekający na idealną damę w dużych opałach był lepszy niż Oscar…
Po prostu…
Po prostu za mgłą niedopowiedzeń i złudnej sielanki chowało się dużo więcej niewygodnych tematów niż Alexander podejrzewał. Śmierdząca kupa łajna, której widoku spodziewał się za jasną kurtyną, powiększyła do takich rozmiarów, że zasłaniała już słońce. I wcale nie przestawała rosnąć. Z każdym subtelnym spojrzeniem, przypadkowym muśnięciem, szczerym uśmiechem czy niewinną, ale nieprzewidzianie słodką lub zmysłową uwagą przyrastała o kolejne centymetry. A po czterech latach dzielnego i zatwardziałego wypierania jej ze swojej świadomości, w jeden wieczór stała się dla Oscara aż boleśnie realna. Nie znikła tak jak powinna, popychana przez całe noce prób zrobienia samemu sobie bezlitosnej analizy psychologicznej i przygotowywania naprędce sklejonej terapii, by pozbyć się problemu. Nie pomogło zrzucanie go na zabawny „aspekt dojrzewania”, ani rozpaczliwe próby wywołania tych samych emocji przy bardzo bliskim, wręcz intymnym, kontakcie z inną osobą. Wszystko poszło jak krew w piach, a kiedy teraz rudzielec siedział pijany w gospodzie i godził się bezmyślnie by szum alkoholu wywiewał mu sumienie przez uszy i toczył je po podłodze jak perły z rozerwanej kolii, pozwalał się bez skrupułów olśniewać. Wszystko to podczas szalonego tańca. Ale nie padał na kolana przed oczami okolonymi ramą długich rzęs, ani przed wąską talią, ani rozwianą spódnicą… Dawał się olśniewać czemuś zdecydowanie potężniejszemu, co jutro obudzi go mocnymi bólami w moralnym kręgosłupie.

Piosenka uderzała w bandę roztańczonych ciał, pozwalając przebić wysokie tony tylko trzaskowi obcasów o drewnianą podłogę - zdartą już po licznych harcach do takiego stopnia, że gdyby wylać tu odpowiednią ilość płynu to zebrałby się on właśnie tutaj w miejscami nawet kilkucentymetrowe bajorko, korzystając z gwałtownego obniżenia w bezlitośnie katowanych dechach gospody. Całość doprawiały głośne gwizdy, ogłuszający szelest ubrań, stukanie o siebie grubego szkła kufli, które wznosili inni pijący i ciężki opar niemożliwie rozgrzanych oddechów, który osiadał rosą na policzkach tańczących i kleił ubrania do ich sprężystych ciał. Subtelny erotyzm wyszedł z gospody wraz z ostatnimi parami, które zatrzymały się na tym poziomie upojenia, by jeszcze móc dać coś z siebie w alkowie – na sali zostali już tylko ci, którzy zamierzali zostać na ten wieczór bez sił, ale dzięki skrajnie innym rozrywkom, zbliżającym ich do siebie w większej grupie. I kiedy panny, zdjęte zmęczeniem przysiadły na jednym stole i klaskały w rytm piosenki, nieugięci panowie położyli sobie dłonie na ramionach, ustawiając się wkoło i dawali podłodze jeszcze większy wycisk, wdeptując w nią z całą siłą wszelkie rozterki, z którymi walczyli za dnia, gdy ich umysłu nie obejmowała czuła garść radosnego ogłupienia. I nawet gdy ktoś gubił rytm – w większości Oscar, gdy za bardzo zagapił się w konkretnym kierunku – to wszyscy kwitowali to śmiechem. Nawet kiedy członki zaczynały odmawiać posłuszeństwa i na moment któryś z zawodników lądował na kolanach, nagle kilkanaście dłoni wyciągało się w jego stronę i podnosiło go sprężyście jak jedna, wielka, pijana rodzina. Tylko jeden z dżentelmenów do samego końca ustał na nogach i zachował honor – nawet jeśli pod sam koniec Oscar żegnając się z gospodarzem prowadził go po schodach na górę.
Alexander około godziny czwartej był już widocznie potężnie zmęczony – i tylko ten widok jako-tako otrzeźwił rudzielca na tyle, by ten z uśmiechem pełnym subtelnej czułości, cierpliwie odprowadził go do pokoju. Na tym się oczywiście nie skończyło – popędzany poczuciem odpowiedzialności usadził powoli przysypiającego mężczyznę ciężko na łóżku i przyklęknął przed nim, by rozpiąć koszulę. Marynarka od munduru, która opuściła ramiona Brightly’ego gdzieś po drugiej piosence, wisiała już bezpiecznie na oparciu krzesła dosuniętego do niewielkiego biurka; doniesiona tu osobno nieco wcześniej. Koszula poszła w jej ślad, rzucona na niewielki zydel obok łóżka, kiedy Byron postanowił uwolnić od niej rozgrzane ciało. A potem to samo ciało subtelnie i sugestywnie pchnął, by Alec wygodnie opadł w objęcia świeżej pościeli. Po tej zmianie pozycji w nogach zydla obdarowanego w koszule spoczęły wysokie, skórzane buty i rozluźnione, półnagie ciało zostało nakryte grubą kołdrą. Pod sam koniec specyficznego rytuału Oscar znalazł w swojej pustej łepetynie pomysł, by zapobiegawczo uchylić niewielkie okienko, by Alexandra powitał o poranku zapach miasta, a nie kwaśnej gorzelni.
- Miłych snów – czknął w drzwiach, ogarniając jeszcze wnętrze pokoju mało widzącym wzrokiem, po czym najwidoczniej usatysfakcjonowanym wynikiem przymknął cichutko wrota i z zadowoleniem, prawie potykając się o swoje buty zlazł na dół.
Peleryny oczywiście zapomniał. Szpady też.
...swoją przyzwoitość najpewniej też zapodział gdzieś na sali.
Niemniej przynajmniej ostał mu się dobry humor i orientacja w terenie dzięki której, nucąc sobie po drodze radosną przyśpiewkę z dawnych lat, bezbłędnie (i bez kontaktu z mózgiem) po wyjściu na rześki dwór bezbłędnie odnalazł drogę do własnego hotelu. Chłodny wiatr owiewał jego rozgrzane policzki, lekko raził przesuszone oczy niedbale chronione przez do połowy przymknięte kotary powiek i szczypał w spierzchnięte po alkoholu wargi. Ale był szczęśliwy. I nic nie miało zepsuć mu tego szczęścia – nawet poranny kac. Ani nawet to, że nie miał już siły chociażby obmyć się przed snem… Od biedy uznał chluśniecie sobie na miejscu w twarz zimną wodą jako wystarczającą namiastkę odświeżenia, po czym zzuł z siebie ciężkie buty, rozpiął koszulę i zasnął dokładnie tak jak padł na łóżko, nie kłopocząc się z nakryciem kołdrą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lut 16, 2018 6:27 pm

Kiedy jeszcze był bardzo młody, długo przed ślubem, czy chociaż poznaniem swojej narzeczonej, a potem żony, lubił jeździć na polowania z ojcem. Nie przepadał za samym strzelaniem do zwierzyny, chociaż nigdy się temu nie opierał, zwyczajnie największą radość sprawiał mu cwał, kiedy wokół słychać było podekscytowane ujadanie psów, a ziemia aż drżała od uderzeń mocnych kopyt potężnych, pięknych zwierząt.
Na jednym z takich polowań przecenił swoje możliwości i podczas próby skoku przez wysoki żywopłot pomiędzy łąkami, kilkuletnia klacz odmówiła współpracy, hamując przed przeszkodą, podczas gdy on sam przeleciał na jej drugą stronę, uderzając głową o twardą, wilgotną ziemię, ku zgrozie ojca i niepohamowanej radości kuzynów. Pamiętał, że wtedy bolało, co najmniej jakby oberwał kopytem w potylicę, miał ochotę wymiotować i już nigdy nie podnosić się z pozycji, w jakiej był, w obawie, że każdy kolejny ruch wyzwoli kolejne fale pulsującego bólu.
Teraz było gorzej.
Uchylił powieki, zamykając je, kiedy tylko jasne słońce południa poraziło wrażliwe po śnie oczy. Było już późno, a miał wstać zdecydowanie wcześniej, by załatwić wszystkie sprawy dotyczące podróży, jednocześnie jednak w tym momencie, miał poważniejszy problem. A przynajmniej w jego rozsadzanej bólem głowie jawił się on niemal jako sprawa życia i śmierci, kiedy spróbował przełknąć gęstą, lepką ślinę, przechodzącą z oporem przez suche gardło. Musiał się napić.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio dystans od łóżka do stołu wydawał się tak daleki. Te parę kroków w katuszach miało jednak zostać nagrodzonym bukłakiem wody. Całym, pełnym cudownie słodkiej i jeszcze bardziej rozkosznie mokrej wody.
Uniósł się do siadu, biorąc głęboki wdech świeżego powietrza i powoli wstając z łóżka, by po tych kilku wyważonych, powolnych ruchach, zlec ostrożnie na krześle i dopaść bukłaka, który odkręcił, przysysając się łapczywie, bez chwili zawahania. Słodki płyn wpadł do jego ust, racząc je cudownym chłodem i spływając w dół gardła, przez chwilę łagodząc wszelki ból i podrażnienia,
otulając przyjemnym wytchnieniem... Które zniknęło wraz z ostatnim łykiem i ostatnią zlizaną z krawędzi kroplą.
- Taki stary, a taki głupi... - wymruczał sam do siebie, chowając głowę w dłoniach na chwilę i przecierając ją mocno, jakby chciał pobudzić się choć trochę do życia.
Przesunął dłonie na włosy, przeczesują je i odsuwając z twarzy, kiedy unosił spojrzenie w stronę biurka, nad którym było okno, wpuszczające do niewielkiego pokoiku ciepłe światło, które tańczyło radośnie po zdobionej rękojeści szpady leżącej na stole.
Nie jego szpady.
Znieruchomiał na moment, niemal zapominając o pulsującym bólu, kiedy skakał spojrzeniem od ciężkiej peleryny, do pięknie zdobionej pochwy, swojej koszuli na zydlu i butów, które ktoś ściągnął z niego i odstawił równo obok łóżka. I chociaż nie pamiętał wiele z wczorajszego wieczoru, ta jedna rzecz właśnie dobijała się do jego świadomości jeszcze głośniej niż skutki nadmiernego spożycia alkoholu, którego, notabene, obiecał sobie nie ruszyć jeszcze przez długi czas. To jednak nie było teraz istotne. A na pewno nie tak, że jeszcze kilka godzin temu, był tutaj...
- Oscar. - wydusił, podnosząc się z krzesła i zdejmując spodnie już w drodze do łazienki.
Jak mógł siedzieć tutaj i użalać się nad swoim biednym, sponiewieranym ciałem, kiedy gdzieś tam, w mieście był jego uczeń? Przed którym wczorajszego wieczoru miał szansę się popisać.
Skrzywił się na tę myśl, nie mogąc jednak powstrzymać wchodzącego na usta uśmiechu, kiedy znów jego spojrzenie trafiło przez otwarte drzwi łazienki na ciemną pelerynę.
I gdyby nie ta peleryna, pewnie wciąż nie mógłby uwierzyć w to, że faktycznie w ciągu tego jednego wieczora całe jego poukładane życie znów zostało wywrócone do góry nogami. I niech szlag go trafi, jeśli znów pozwoli mu wrócić do poprzedniego stanu.
Uniósł głowę, smarując pianą szyję i kilkoma pociągnięciami brzytwy doprowadzając się do porządku, zaś resztki bieli zmywając z brody wodą, zanim znów spojrzał w lustro z westchnieniem. Myślał, że świeżo podcięta broda i gładka szyja odwrócą uwagę od bladej twarzy, jednak najwyraźniej walka z szarpiącym się po ciele kacem nie mogła być tak łatwa.
I być może było to głupie, ale naprawdę chciał dobrze wyglądać, kiedy znów będzie mu dane spotkać się z tym oszołomem. Który musiał przecież wrócić. Chociażby po swoje rzeczy.
Po krótkim prysznicu i dokładnym umyciu zębów, po którym zrobiło mu się zdecydowanie lepiej, założył świeże spodnie i koszulę, zapinając ją na ostatni guzik, zakrywając tym samym znaczną część blizny, której część wchodząca na twarz ukryta była pod brodą.
Lepiej nie będzie. A przynajmniej do takiego wniosku doszedł, zapinając klamry marynarki. Kiedy jednak musiał schylić się, aby zawiązać buty, nagle okazało się, że tak jak ciężko o „lepiej”, tak o „gorzej” naprawdę nie trudno, bo przez chwilę miał wrażenie, że stado rumaków w jego czaszce ponownie spłoszyło się, taranując wszystkie myśli łupiącymi katuszami.
Powoli podniósł się na nogi, podchodząc kilka kroków do drzwi i przekręcając klucz w zamku, przymknął na chwilę oczy, z duszą na ramieniu naciskając klamkę i wychodząc z pokoju.
Już, kiedy schodził po schodach, powitał go szeroki uśmiech właściciela przybytku, który tylko poszerzył się do rozmiarów grożących rozpłataniem policzków, kiedy Alexander poprosił o całą butelkę wody, gorące zioła i szklankę.
- Dzień dobry Panie Brightly! - przywitał się donośnie, wyraźnie rozbawiony drgnięciem twarzy Alexa na tak głośny dźwięk. - Widzieć Pana o tej porze tak kwitnącego grzeje mi serce! - znów się zaśmiał, nasypując ziół do dużego kubka.
- Rad jestem, że udało mi się poprawić Panu humor. - uśmiechnął się krzywo, spojrzeniem przeczesując salę, i chwilę później karcąc się w myślach za to, kogo szukał i tylko ruszył na swoje stałe miejsce.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Lut 17, 2018 10:42 pm

Ciężkie buty znajdowały się niedaleko nogi łóżka – jeden postawiony na baczność, a drugi leżący smętnie zupełnie jak jego właściciel. Kawałeczek dalej zrzucone w środku nocy spodnie tworzyły smętną kupkę grubego materiału porzuconego jak wykorzystana kochanka. W gorszej pozycji była już tylko biała koszula, która jednym rękawem układała się wygodnie na deskach podłogi, ale roztargniony młodzieniec nie miał głowy mocować się z mankietem, który odrobinę zbyt czule objął jego prawy nadgarstek i koszula pozostała tak resztę nocy i większą część poranka zwieszona z łóżka jak ze skarpy trzymając się tylko dłoni uśpionego kochanka. Dodatkowo Oscar zapomniał otworzyć okno u siebie i duszony przez demony udanej nocy nie potrafił się zdecydować, czy jest mu nagiemu właściwie gorąco czy zimno, więc w poszukiwaniu kompromisu pozostawił połowę ciała odkrytą. Dlatego to właśnie jego naga łydka, ułożona na niemiłosiernie skotłowanej pościeli, jako pierwsza została popieszczona ciepłymi promieniami słońca, które wpadając przez niewielkie okienko dotąd powoli acz nieubłaganie lizały jasnym jęzorem ciemną podłogę pokoiku. I kiedy sięgnęły już łóżka oraz wspomnianej łydki, to pieszczoty były jeszcze nader przyjemne – ciepły dotyk płynął do kolana i subtelnie prześlizgiwał się po nagiej skórze uda. Oblewał coraz większe połacie białej i pofalowanej pustyni kołdry, aż nie odnalazł dłoni i nie otulił jej miękko, grzejąc zrobiony z czułością bandaż na ramieniu. Nawet gęsia szyja z radością przyjęła powitanie poranka, ale kiedy jasna łuna zaczęła przesączać się przez cieniutką warstewkę powieki Oscar jęknął z niezadowoleniem. Odrzucił subtelne zaloty i przekręcił się na drugi bok, zwracając tyłkiem w stronę zatwardziałego absztyfikanta. Konkretnie nagim tyłkiem. I dopiero po kilku minutach smętnego leżenia, ciepło opadające na jego pośladek sprawiło, że zaczął czuć się cokolwiek nieswojo. Zwłaszcza, kiedy gdzieś w oddali słyszał cichy chichot co najmniej dwóch dziewczyn i w jego głowie zakiełkowała myśl, że może w tym kłopotliwym położeniu nie być w pokoju całkiem sam. Zdobył się na to, by wysupłać skrawek pościeli i zarzucić go na swoje lędźwie, ale po kolejnych kilku chwilach doszedł do wniosku, że ta wojna jest już przegrana – nie miał nawet resztek snu, o które mógłby jeszcze walczyć.
Odetchnął więc ciężko i przekręcił się na bok, mlaszcząc leniwie i wyczuwając w ustach zniewalający bukiet smaków złożony ze starej gumy, zgrzytającej na zębach waty i niepokojącej słodyczy pozostawionej przez mocno ziołowy alkohol. Mętne spojrzenie dzielnego woja opadło na drzwi i zjechało w dół po ich eleganckim drewnie, gdzie przez szparę widział cienie jakiś dwóch postaci. Te krzątały się tam przez chwilę – tuż przy drzwiach! - po czym odłożyły coś na ziemi ze stuknięciem i odbiegły, a wraz z krokami oddalał się typowo dziewczęcy chichot. Widziały go? Zamknął drzwi na klucz czy nie…? Nie potrafił odnaleźć w pamięci chwili, w której zamykał się od środka. Ogólnie rzecz biorąc niewiele w tej chwili potrafił tam odnaleźć. No może poza złością na samego siebie gładko mieszającą się za satysfakcją. Podniósł się ciężko do siadu i pogmerał pięściami w okolicach oczu, płynnie przenosząc na podłogę najpierw jedną, a potem drugą stopę. Oczy go piekły, gardło wrzeszczało o kroplę wody, mięśnie grzbietu spinały się boleśnie, a w głowie była taka pustka, że Oscar początkowo wręcz bał się odezwać, bojąc, że rezonowanie wewnątrz jego czaszki echo wybije mu zęby. W milczeniu podniósł się więc do pionu i po kilku niezgrabnych krokach zgarnął z oparcia krzesła świeży ręcznik, oplatając się nim w pasie i zasłaniając strategiczne miejsca – tak uzbrojony mógł zbliżyć się do drzwi i sprawdzić czy nawet po alkoholu był dorosłym i odpowiedzialnym mężczyzną.
I był – drzwi były zamknięte. Przyklasnął sobie w głowie i przekręcił kluczyk nieśmiało wyglądając na pusty korytarz. Pod jego nogami stała tacka, na której dostarczono mu dzban z wodą, pojedynczą szklankę oraz soczyste jabłuszko. Niemal popłakał się z radości na ten widok. Nie wiedział kim były dwie niewiasty, które się nad nim ulitowały, ale był pewien, że wczoraj musiał tu odstawić coś co musiało jednoznacznie pokazać, że przesadził. I wiedział też, że kocha je w tej chwili nad życie i mógłby każdej dać gromadkę dzieci, bezpieczny dom, psa, drzewo i… O mój Boże, jaka ta woda była cudowna. Siedząc na łóżku i wlewając w siebie szklankę za szklanką aż do osuszenia naczynia pozwalał ciału z wolna się regenerować.
Bandaż na ramieniu nie był już potrzebny – co prawda różowawy ślad po wbiciu się nożyka pozostał i można było stwierdzić, że jeszcze niedawno z tą tkanką działo się coś niedobrego, ale odnawianie się komórek zabierało dużo mniej czasu przy draśnięciach i płytkich ranach. Mięśnie szybciej dochodziły do siebie i migrena przemijała – zwłaszcza w gorącej kąpieli, którą Oscar postanowił się rozpieścić zanim wyruszył z powrotem do miejsca, w którym się wczoraj potężnie zeszmacił i planował tam odebrać zasłużone naigrywanie się swojego Mistrza. O ile ten zdążył się do teraz sam zwlec z łóżka.
Rudzielec odgarnął dłonią mokre włosy na tył, spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Do świeżości skowronka jeszcze sporo mu brakowało, ale ostatecznie nie wyglądał jeszcze tak źle – cienie pod oczami ledwo sięgały kości policzkowych, oczy nie były jeszcze skandalicznie przekrwione, a spierzchnięte usta nie pękały do krwi. Ciało z radością przyjęło gorącą wodę, a potem otarcie miękkim ręcznikiem, którego materiał szybko zastąpiły świeżutkie ubrania. Pokoik wreszcie mógł się przewietrzyć, kiedy jego lokator otworzył okienko, a zakrwawione, miejscami lepkie od alkoholu (i oby tylko od niego) stare ubrania zostawił w koszu dla gospodyni, by zajęła się nimi w ramach usług dodatkowych przy noclegu.
Mimo serdecznych próśb gospodarza chłopak zrezygnował ze śniadania, tłumacząc, że jest już z kimś umówiony – pomimo tego, że ta swoista randka była umowna i kompletnie niepisana – po czym posilając się tylko soczystym jabłuszkiem wdepnął na oblany słońcem chodnik. Pomimo stosunkowo wczesnej godziny było tak parno, że groźba ciepłego deszczu wręcz wisiała w powietrzu. A mimo to nikt nie miał ze sobą parasolki – nawet damy, zupełnie jakby wszyscy z upragnieniem czekali na odrobinę odświeżających kropel prosto z powoli sunących po błękitnym niebie obłoczków chmur.
Spacer nie trwał specjalnie długo, były to w końcu trzy, może cztery przecznice, Oscar nie na darmo wybrał hotel najbliższy tej konkretnej gospodzie, do której werandy wręcz skoczył jak na sprężynkach. Miał się z Nim zobaczyć. Znowu. Tak jak wczoraj. Ale już bez stresu połowicznie gaszącego jego podekscytowanie – tym razem pozostała sama, najczystsza przyjemność.
- Dzień dobry! – rzucił od wejścia z radością zdolną zmieść najbliższe stoliki i wręcz od razu wyhaczył wzrokiem specjalnego gościa, który zasiadł przy stole dolepionym do wygaszonego kominka. - Alec… Sądziłem, że nie ominie mnie rozkoszna sposobność wyciągnięcia cie z łóżka, ale jak zwykle mnie ubiegłeś. – Nonszalanckim krokiem przeciął sporą salę na wskroś, przechodząc do płynnej rozmowy bez żadnych wstępów, czy niepotrzebnego czajenia się. Udawało mu się w tym wszystkim odzywać się takim tonem, że pomimo wyraźności nie raził zmęczonych uszu, ani nie wwiercał się boleśnie w głowę.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 54
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Lut 18, 2018 8:30 pm

Głośny, tubalny śmiech wdzierał się do jego głowy przez kanał ucha, uderzając w najczulsze rejony niczym w baranią skórę naciągniętą na bęben, który chwilę później oddawał dźwięk, który odbijał się w jego głowie setką ech, z których każde przypominało mu o tym, że w wieku czterdziestu paru lat picie na umór nie jest dobrym pomysłem. Niby w żadnym nie powinno nim być, jednak w tym momencie jego organizm zdawał się wtórować śmiechem rozbawionemu karczmarzowi, kiedy Alexander siadał ostrożnie na swoim stałym miejscu przy kominku, starając się nie wykonywać żadnych bardziej gwałtownych ruchów, które mogłoby wpłynąć na położenie jego głowy.
Skórka na ławce była tak samo przyjemnie miękka, stół zaś czysty i gotowy na kolejnych gości. I właśnie na nim mężczyzna skupił swoją uwagę w oczekiwaniu na wodę. Na śliskim od wieloletniego użytkowania drewnie i błyszczącej powierzchni blatu, od której odbijało się światło wpadające przez zaskakująco czyste, jak na takie miejsce okna, przecinając ciężkie, nieco wilgotne powietrze. Było naprawdę ciepło. Jeszcze nie na tyle, żeby zdecydował się na bardziej swobodny strój, jednak miał ogromną nadzieję, że zanim zacznie roztapiać się pod marynarką, w końcu spadnie deszcz. Zbierając kurz i gorąc, przynosząc lekki, ciepły wiatr i błyszcząc ulice, oraz kończąc się chwilę przed tym, kiedy skończy się również śniadanie, a obowiązki znów odezwą się szorstkim zawodzeniem, domagając się uwagi.
Na razie jednak siedziały cicho, bo właśnie dotarł do niego karczmarz. Tym razem już bez donośnego śmiechu, jedynie z rozbawieniem unoszącym kąciki ust, w uśmiechu zdecydowanie pewniejszym, niż te, które słane były do łowcy jeszcze o poranku poprzedniego dnia. Najwyraźniej oglądanie ludzi tańczących, podczas gdy ich nogi uginały się jak wiotkie, młode gałązki, podtrzymywane jedynie przez równie mało stabilne łodygi. A on sam musiał poprzedniego wieczoru wydać się na tyle przyjaznym i uroczym człowiekiem, że można było się z niego po cichu, uprzejmie naigrywać.
Miał wrażenie, że cofnął się znów do czasów, kiedy zawsze przy boku miał Oscara, który z zatrważającą skutecznością burzył aurę niebezpiecznego zabójcy swoją rudą czupryną.
Powstrzymał drgnięcie kącika ust na tę myśl, od razu wracając myślami do wszystkich chwil, kiedy czuł na sobie ogłupiałe spojrzenie kupca, kiedy stał przed nim w pełnym mundurze, z dwoma ostrzami przytroczonymi do pasa i chłopcem, który bez najmniejszego zawahania pokazywał kandyzowane owoce, które życzy sobie zjeść na podwieczorek.
Od razu nalazł sobie pełną szklankę wody, wypijając ją niemal bez oddechu przerwy, dopiero przy drugiej opanowując się na tyle, by upić tylko kilka łyków i odstawić na chwilę szkło. Akurat w porę, kiedy w pomieszczeniu rozległ się pusty odgłos butów uderzających o podłogę, a chwilę później przyjemnie aksamitny baryton przeciął ciszę południowego skwaru.
- Dzień dobry. - odpowiedział, unosząc jedną brew w górę i mierząc chłopaka uważnie spojrzeniem, czym jednak nie udało mu się zatuszować szczęśliwego błysku w oku na jego widok.
Teraz, w świetle dnia wyglądał zdecydowanie bardziej realnie niż wcześniej, oświetlony migotliwym światłem lamp i tym pochodzącym od tańczących wdzięcznie płomieni. Wtedy zdawał się zupełnie wyrwany z jakiegoś snu, w którym wszystko znów było proste i zupełnie na miejscu, do tego stopnia, że ciężko było mu uwierzyć w to, że naprawdę stał przed nim, naprawdę razem tańczyli i bawili się niemal do świtu. Ostre promienie słońca dodawały jego rysom tyle autentyczności i prawdziwości, że na ułamek sekundy Alexander zupełnie się zapomniał, tylko patrząc na ucznia, zanim przypomniał sobie, że sam również posiada język.
- Wolałem oszczędzić ci tej wątpliwej przyjemności. - pokręcił głową, znów sięgając po szklankę - Mam nadzieję, że udało ci się bez komplikacji wrócić do hotelu. - dodał, zakrywając wysoką szklanką cień uśmiechu, jaki padł na jego twarz.
I pewnie byłby zdecydowanie szerszy, gdyby sam nie skończył poprzedniego wieczoru w jeszcze mniej stabilnym stanie.
- Jadłeś już śniadanie? - spytał, niemalże tonem matki dopytującej, czy jego dziecko dobrze się odżywia i dopiero kiedy zdał sobie z tego sprawę, dodał już z delikatną zachętą w głosie: - Sam nie miałem szczególnego apetytu, ale w towarzystwie zawsze posiłek smakuje lepiej. Skusisz się?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 222


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Yesterday at 9:02 pm

Któż mógłby się spodziewać, że akurat ci, którzy jako jedni z ostatnich o własnych siłach opuścili tę salę, będą pierwszymi, którzy się w niej na powrót pojawią – bladzi, zdolni zarżnąć bandę wampirów za bukłak wody i sponiewierani przez własne sumienie, które usilnie tłukło zdaniem „Więcej nie piję” o ściany ich czaszki. Pomimo tego wszystkiego wracając z doliny skacowanych do świata żywych z niewymuszoną elegancją i bez szczególnego słowa skargi. Wymyci i odświeżeni, pachnący snem i porankiem, nie zbywający interesantów burknięciami i spojrzeniami zdolnymi zabić. Wszystko wydawało się być takie jak powinno, jak w stanie kompletnej trzeźwości, z tym, że obaj krzyczeli i zawodzili głęboko wewnątrz siebie, gdzie ciężki żołądek stanowczo odmawiał tłustego śniadania. Któż mógłby się spodziewać.
Oscar, uderzając subtelnie o podłogę obcasami wypastowanych butów zbliżył się do ulubionego stolika (to miejsce nabawiło się tego chwalebnego tytułu po wczorajszym wieczorze) i zasiadł na miękkiej skórce ławki. Pozwolił sobie wtedy pomruczeć chwilę z ukontentowaniem, rozmasowując dziwnie spinające się uda. Tańce a walka to dwie zupełnie różne sprawy – i nie odkrył Ameryki stwierdzając ten fakt.
- Jak dobrze… Wczoraj wróciłem stąd do hotelu w jedno mrugniecie okiem, a dziś droga niemiłosiernie mi się dłużyła. A jednak musiałem być tu najwcześniej jak się dało, czyli na ile pozwoliło mi samopoczucie. Szczęście zapożyczone wczoraj z dnia dzisiejszego wybitnie mnie oszczędziło, ale myślę, że to wszystko dzięki towarzystwu i temu, że przez ostatnie cztery lata raczej stroniłem od takich imprez. – Kącik ust drgnął mu subtelnie, kiedy z dogłębnego analizowania szklanicy Alexandra i widocznego w świetle śladu jego warg tuż przy krawędzi, przeszedł na studiowanie odświeżonej, porannej i skacowanej twarzy jego mentora. Pomimo bladości widocznej na policzkach i suchości zalegającej na wargach nadal wyglądał wytwornie. Niebezpiecznie. I nawet całkiem arystokratycznie – jak zawsze. Wciąż robił to samo, piorunujące wrażenie, nawet mimo wesołości szklącej się w jego oczach refleksami, jakby niewinnie radosne uczucia były światełkiem biegającym po drobinach rozbitego szkła. Taki widok automatycznie poprawiał humor, stymulował zmęczone i mocno zużyte wczorajszej nocy mięśnie zasępionej twarzy, na którą dla odmiany wpływał uśmiech – nonszalancki jak zawsze. Nawet drobne ruchy Alexandra wyzwalały mrowienie w dolnym odcinku pleców – to jak przygładzał materiał munduru, poprawiał jego klamry; jak sięgał po szklanice, ocierał chustą wodę z warg, powstrzymując się pewnie całym sobą przed tym, by ich nie oblizać. W końcu dzisiaj, w świetle dnia przestawał być pijanym Aleckiem i powracał do bycia zapracowanym i dojrzałym Alexandrem Brightly, a ten zdecydowanie potrafił używać wszelkich dostępnych na stole przedmiotów, by utrzymać status obytego dżentelmena. U innych ludzi takie postępowanie niesamowicie Oscara mierziło, ale może dlatego, że tam wszystko było robione pod linijkę, wyuczone, dopracowane do perfekcji, sztywne i jakby robione w stresie przed złamaniem reguł; w przypadku starszego łowcy wszystko było lekkie, niewymuszone, pełne gracji i całkowicie swobodne. Nie jak u szlachcica, ale artysty, który robił to wszystko dla siebie, a nie dla innych.
Rudzielec pochylił sie delikatnie i aktorsko udawał, że usilnie szuka czegoś w twarzy towarzysza.
- A cóż to? Czyżbym nie dojrzał nawet grama wyrzutu za to, czego sie wczoraj z twoją osobą dopuściłem? – zagaił rozbawiony, pomimo luk w pamieci wciąż w miarę trzeźwienia pieszcząc się krótkimi klatkami wspomnień z samego końca zabawy, kiedy Alexander, a raczej krążący w jego żyłach absynt, uznał, że nie ma nic do stracenia, a i tak wszyscy pewnie o tym zapomną. - Nie jadłem. Szczerze mówiąc miałem cichą nadzieję, że przyjdzie mi śniadać z tobą. Po całej nocy picia aż dziwnie było mi wracać "do siebie" niż spać w tobą w tym samym pokoju. – Tym razem cichy śmiech był troche słabszy; przy tym Oscar potarł się dłonią po obolałym karku. - Proszę jak szybko człowiek wraca do starych przyzwyczajeń... Ale dość gadania na głodniaka! – oparł dłonie o stół i podniósł się z ławki, na nowo skazując obolałe nogi do krótkiego spacerku. - Pozwolisz, Sir, że zamówie nam coś lekkiego w formie niespodzianki. Jadłem tu jakiś rok temu coś wyjątkowo ciekawego i mam nadzieje, że jeszcze to podają.
Wypowiedź zakończył zagdkowym tonem, po czym wykaraskał sie z objęć ławki i stołu, i przeszedł do baru, gdzie równie rozbawiony i jego widokiem gospodarz na chwile uprzejmie zamilkł i pochylił się, z chęcią biorąc udział w konspiracji młodzika, opartego przedramionami o ladę baru. Rozmawiali chwilę obniżonymi głosami i właściciel przybytku chwilę kręcił nosem, po czym wycofał się o kilka kroków, zaglądając przez wachadłowe drzwi do kuchni, gdzie rozmawiał jeszcze z kimś. Trwało to jeszcze kilka głębszych oddechów i mężczyzna powrócił do Oscara z uśmiechem, po czym uścisnęli sobie dłonie i triumfujący młody łowca mógł powrócić do stolika Alexandra, po drodze zgarniając domówioną karafkę wody i drugą szklankę. Obie je z brzdękiem postawił na stole.
- Nie mieli już tego w ofercie, ale z czystej sympatii zrobią dla nas mały wyjątek. Konkretnie gospodyni zrobi, bo cytując "dawno nie widziała tak żywo poruszających się bioder". – Nie hamując nawet śmiechu poruszył brwiami, zasiadając na ławeczce. - I, mój drogi kolego, nie miała na myśli mnie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content



PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   

Powrót do góry Go down
 
He wears the smell of blood and death like a perfume
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: