CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 He wears the smell of blood and death like a perfume

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Sty 21, 2018 8:04 pm

First topic message reminder :







_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Mar 24, 2018 11:24 pm

Maleńkie i zdawać by się mogło, że lżejsze od powietrza rozżarzone kawałeczki kory odrywały się od trawionych ogniem szczap i ślizgając po falujących jęzorach wznosiły wysoko w górę. I tam chwilę wirowały, lawirując pomiędzy chłodnymi prądami wieczornej bryzy, a gorącym powietrzem tuż nad paleniskiem. Zawsze wtedy jaśniały tak bajecznie, że przypominały świetliki albo drobne, umykające przez wzrokiem ludzi elfy. Oczywiście w miarę przetaczających się lat teoria o elfach bledła, ale młody Oscar chciał wierzyć, że jest na tym świecie więcej magii niż ta mroczna, która powołała do życia stworzenia, z którymi zamierzał walczyć. Chciał wierzyć, że na trakcie pod kopytami Atelifa nie umknęła zwykła jaszczurka, ale może… Mały smok? Że ich, Łowców, przed śmiertelnym zranieniem bronią modły skrytych głęboko w lasach druidów. Że istnieje oręż okraszony magią, z którym każdy byłby zdolny stawić czoła złu jako równy i godny przeciwnik. Że po ciężkim dniu pracy ubrania łatają uczynne krasnoludki, które dorabiają też bełty do kuszy i ostrzą rapier… Dla dziecka to było bardzo wygodne. Dorosły mężczyzna sam naprawiał sobie koszulę, sam modlił się za powodzenie na polowaniu tuż przed nim, sam dobierał sobie broń i dbał o nią lepiej niż o siebie. Nie było ani elfów, ani smoków, ani druidów, ani krasnoludków. Było tylko oni: Oscar i Alexander. I naprawdę zadziwiające było to jak wielka i gęsta melancholia wypełniała żyły rudowłosego młodzieńca, kiedy przebywał w towarzystwie swojego staruszka. Przez cztery lata żył przyszłością, pielęgnował swoje plany, uparcie parł do przodu, a teraz wracały do niego najbardziej bzdurne myśli, które miał nawet dziesięć lat temu! I to patrząc po prostu na wirujący na wietrze żar.
Uśmiechnął się do siebie z zadowoleniem i pokręcił powoli głową, pozwalając sobie przekroczyć furtkę teraźniejszości i zasłużyć na zadowolony uśmiech Aleca. Przewidział w końcu to, że Mistrz chciałby zasiąść na grzbiecie tak fantastycznego rumaka. …i on też tego chciał. Dlatego swoją skromną propozycją wyprzedził pytanie starszego mężczyzny, zanim tamten w ogóle zdążył je zadać – choć pewnie i tak by do tego nie doszło. W końcu Alexander był dojrzałym mężczyzną, nie do twarzy było mu w proszeniu o przejażdżkę. Na szczęście Oscar znał swojego towarzysza na tyle, iż wiedział, że jeśli przedstawi propozycję w formie własnego życzenia, to Alexander nawet nie minie się na tej drodze z oporami: jakżeby w końcu mógł, skoro jego uczeń tak wdzięcznie prosi…?
- Więc postanowione! – Klepnął się w uda, wstając na klęczki i na bezpieczną odległość podchodząc do ogniska. Złapał wtedy zręcznie długi pałąk, mocno i stabilnie wbity w ziemię i ostrożnie wyjął go – tak by ryby przypadkiem nie ześlizgnęły się, albo nie urwały, kończąc jak wspomniany królik jeszcze zanim w ogóle trafiły na talerz. – Wystarczyło mniej niż pół godziny od wyjazdu z wioski, a bez ciebie świat nagle zgniótł mnie swoją wielkością jak orzeszka w łuskarce. Nic nie miałem w jukach… Phyh, żebym chociaż miał juki! Żebym chociaż miał siłę założyć Mery’emu siodło, to czułbym się jak przygotowany do drogi podróżnik. A tak: na oklep, w bluzce od piżamy, drapiących spodniach i pelerynce. Cud, że wziąłem buty! – Zaśmiał się z dawnego siebie, odwijając ryby z ogromnych liści i tępym nożem ściągając z nich nadmiar ziół i przypraw. Wspomagając się wspomnianym nożem przełożył je na talerze, a resztę liści rzucił w ogień, który na moment przygasł, zarzucany nie suchym a mokrym od tłuszczu i soczystym listowiem, ale prędko zaczął skubać niechętnie nowe danie, sprawiając, że listki zwijały się w agonii i lekko syczały od igrającego na nich tłuszczu. Sam Oscar pochylił się i zaciągnął świeżym zapachem jadła - gorącego i aż proszącego się już o odpowiednią dlań dawkę uwagi. – Ale to już odległe czasy. Teraz, mój Mistrzu, twój uczeń jest najlepszą kucharką na dworze Pani Ziemi. I mimo, iż nigdy nie doścignę geniuszu rozognionego królika w popiele, to myślę, że ryba w ziołach i satysfakcji z maleńką domieszką narcyzmu powinna sprostać wymaganiom twoich wysublimowanych kubeczków smakowych. Bon Apetitt.

Odcięte w pierwszej kolejności łby ryb - by te nie patrzyły na jedzących oskarżycielskim spojrzeniem zamglonych oczu – leżały w płytkiej wodzie niedaleko brzegu, podczas gdy reszta ich ciał, zalana sowitą dawką ciepłej herbaty, zalegała w brzuchach strudzonych wędrowców. Subtelny bukiet smaków świeżego mięsa, nie stłumionego, ale udekorowanego aromatem przypraw wciąż igrał na języku – a jedyne co smakowało odeń lepiej, to komplementy rzucane od karmionego taką kolacją opiekuna. Chociaż nie, już nie opiekuna, bardziej towarzysza – ale to brzmiało nawet dla dorosłego Oscara niedorzecznie. Nie mógł w końcu postawić między nimi znaku równości, i to nie z powodu tego, że sam z roku na rok osiągał coraz lepsze wyniki, ale dlatego, iż zarysowana między nimi granica od zawsze i już najpewniej na zawsze stawiała starszego z nich na piedestale. I mógł nie być idealny, mógł przeżywać chwile słabości, jego polowania mogły kończyć się fiaskiem i ranami, mógł zalegać w łóżku przez doprowadzającą do omdleń gorączkę, mógł tygodniami leczyć głupie zakażenie, spaść z konia czy dać się ponieść pokusom – w końcu był człowiekiem. Ale to właśnie ta ludzka nuta wywoływała tylko więcej podziwu – bo w końcu nie był istotą wykutą ze stali, ale urodzonym po Bożemu pędraczkiem, jednym ze stu miliardów innych pędraczków toczących tę planetę, ale nie przeszkadzało to jego legendzie urosnąć do tak wielkich rozmiarów. I to legendzie wyolbrzymiającej nadmiernie jego zasługi naprawdę bardzo rzadko.
Nie było nawet mowy o porównywaniu go do idącego na łatwiznę syna młynarza.
Takie jak te i inne dziwne myśli trawiły głowę Oscara, patrzącego na to jak lekki poblask płonącego za plecami ogniska, tańczy na jego ułożonej na śpiworze dłoni. Czasem jego spojrzenie umykało ku czarnej, spokojnej toni stawu, odbijającej migotliwe gwiazdy chyboczące leniwie na smolistej powierzchni chyba też drzemiącej wody. Spały też wysokie drzewa, które oddychały z wolna posykującym pomiędzy ich liśćmi wiatrem. Co jakiś czas coś cicho stuknęło, coś maleńkiego przemknęło w wysokiej, soczystej trawie, strzelało drewno przygniatane z wolna gasnącym płomieniem.
Tu łowcy byli bezpieczni. Pijawki nie zapuszczały się w pobliże Miasta Centralnego, więc był to ostatni przystanek, na którym nie musieli spać na zmiany, albo czekać do brzasku, ale spokojnie usnąć sprawiedliwym snem na miękkiej ziemi nagrzanej przez blask rozpalonego ognia. Od kilkunastu minut Alexander przestał się mościć, wiercić i kokosić w śpiworze, a jego oddech zrobił równy i dużo, dużo cichszy. Do tej pory Oscar udawał, że jak zawsze zasnął tuż po przyłożeniu głowy do miękkiego materiału, ale tym razem nie mógł spać. Chciał celebrować tę chwilę w ciszy i z odpowiednim namaszczeniem. Czyli robić to, co cztery lata temu i dalej robił kiedy miał złe sny.
Patrzeć na Niego.
Zupełnie jakby nie miał na to czasu na trakcie albo podczas rozmów. Albo podczas rozmów na trakcie. Ale to był zupełnie inny rodzaj obserwacji – zawieszony na przedmiocie zainteresowań o wiele dłużej niż było to niezbędne, odpowiednie czy społecznie akceptowalne. Ale na początku musiał się upewnić, że ten śpi. Podniósł więc niespiesznie głowę i starając się jak najmniej szeleścić kołdrą obrócił najpierw głowę, potem tułów, aż w końcu całe ciało, kładąc się na brzuchu i krzyżując przedramiona pod brodą.
Alec spał.
Drzemał spokojnie z głową zwróconą w stronę ogniska i miękko oblaną igrającym na niej miodowym blaskiem. Kruczoczarne włosy, gdzieniegdzie lekko poznaczone dodającą mu pazura siwizną były rozsypane na miękkim materiale śpiwora. Pod cieniutką jak papier kotarą powiek jego oczy subtelnie przesuwały się od jednego kącika do drugiego, wprowadzając tak hipnotyzowanego gospodarza w głęboki stan pełen sennych marzeń, o których Brightly nigdy nie opowiadał – nawet Oscarowi. Oddychał miarowo, spokojnie, zamarł w pozycji, która dotąd okazała się być absolutnie najwygodniejszą i wyglądał właśnie tak, jak jego uczeń chciał go widzieć już każdej nocy. Śpiącego bez stresu, zmęczenia i przesadnej czujności – bez obaw o jutro, bez niechęci do nocy, która rodzi potwory. Śpiącego w świecie, w którym deszcz zmyłby już z traktów ciemną krew wampirów, którą rozlał On – Młot na Wampiry. Kiedy wreszcie wyrżnąłby je już absolutnie wszystkie…
Dokładnie tak Alec spałby w takim świecie. Tak jak teraz. I myśl o tym, że całe poświecenie było złożone w ofierze właśnie tym spokojnym nocom umacniało u rudzielca poczucie wagi swoich decyzji. Słodyczy, jaką niosły ze sobą mimo morza goryczy i obaw, i stresu, i niepewności. I strachu przed chmurną miną tego, który spał teraz tak spokojnie. Silniejsze stało się poczucie, iż tak miało właśnie być.
Właśnie tak…
Ogień dogasał, ale to nie on oblał świat Oscara ciemnością, ale stopniowo zbliżające się do siebie długie rzęsy, które spotkały się na środku, zatrzaskując ciasno okna, którymi patrzył na świat. I na nowo otworzyły pod kopułą czaszki niemy seans od kilku miesięcy pozbawiony snów. Choć pomimo braku obrazów różne myśli przetaczające się pomiędzy uszami Oscara tuż po twardym uśpieniu go, wystarczyły, by zamarudził na głos w nawet sobie nieznanym burkliwym języku używanym głównie przez śpiących lub mocno wstawionych ludzi. I kilka razy jego mina skrzywiła się nieznacznie tuż przed tym, zanim poprawił się na posłaniu.
Próbując nie spać czuł jak wszystko co do niego wróciło jest jednocześnie przyjemnie swojskie i rozkosznie nowe. Jak nie wie czy jest bardziej pełen stresu czy ekscytacji. Jak bardzo nie potrafił ułożyć żadnego solidnego planu działania, tylko machinalnie zdawał się na decyzje dawnego mentora. A wystarczyła jedna, ledwie kilkuminutowa migawka z wypalonym pod powiekami obrazem uśpionego towarzysza, by Byron padł w objęcia Morfeusza, jak niepodejrzewający niczego zwierz trafiony strzałą.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Kwi 03, 2018 4:04 pm

Oparł głowę o złożony koc, już będąc po szybkiej wieczornej kąpieli, która pozostawiła mięśnie rozleniwione od gorącej wody, spływającej po plecach, jednocześnie napinając skórę chłodem wieczoru, walczącego o każdą odrobinę ciepła z wilgotnego ciała. Szturmem odbierającego wytchnienie i zastępujące je łąką gęsiej skórki, zmuszającej wszystkie drobne włoski do powstania w śmiesznej próbie zatrzymania jak największej ilości energii. Noce na szczęście wciąż były ciepłe, więc koszula i śpiwór w zupełności wystarczały na ponowne rozgrzanie się, a płomienie ogniska tylko pomagały, tańcząc teraz na jego twarzy, kiedy pozwolił powiekom opaść, chwilę po tym, jak skończył wpatrywać się w plecy Oscara. Chłopak padł dosłownie kilkanaście minut wcześniej, kładąc się już, owijając materiałem i tracąc świadomość w tej samej sekundzie, w której jego głowa dotknęła poduszki, jak za dawnych czasów. Sam Alexander w tym czasie, chwilę jeszcze kręcił się po ich niewielkim obozowisku, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Czy konie zostały odpowiednio przywiązane, najedzone i napojone, zapasy blisko nich, broń pod ręką, ogień zaś dogasający, bez szans na pożarcie kolejnych centymetrów trawy, kiedy obaj zasną.
Teraz, leżąc już, na granicy świadomości wracały do niego wszystkie te drobiazgi, które po czterech latach odkrywał na nowo i po raz kolejny uczył się doceniać. Po raz pierwszy zwracał uwagę na nie o poranku, po ich kłótni, kiedy radosne słońce wkradało się do jego pokoju, zapowiadając kolejny piękny dzień pełen przygód, których zobaczenia samo nie mogło się doczekać, nie wiedząc jeszcze, że będzie on jednym z najgorszych dni w życiu starszego łowcy. Aleksander tamtego dnia nie wyjechał, czekając w naiwnej nadziei człowieka, który żałował tego, co zrobił jak niczego innego, aż Oscar wróci. Bo być może, po drodze zorientuje się, że jednak to można rozwiązać inaczej i postanowi zawrócić, a jego mistrza już nie będzie i...
Szybko jednak wtedy zdał sobie sprawę z tego, że Oscar nie wróci. I z tą świadomością nauczył się żyć w ciągu kolejnych miesięcy, a potem lat. Przemierzając, jeden po drugim, kilometry zakurzonego, parnego pustkowia tęsknił wtedy za jego śmiechem, ciągłym paplaniem i kwiecistymi metaforami, których dziś wprost nie mógł się nasłuchać, spijając każdą z jego ust bardzo chętnie, kwitując tylko co jakiś czas uśmiechem zabarwionym odrobiną jedynie pobłażliwości, którą maskował inne uczucia, targające nim już od ich pierwszego wspólnego śniadania. Śniadania, które, choć było wyborne i przygotowane przez kucharkę, której ciężko znaleźć było jakąkolwiek konkurencję, nie umywało się do starannie obejrzanej z każdej strony ryby, którą chwilę temu obaj mieli okazję zjeść, resztki wyrzucając do jeziora, gdzie już cała chmara niewielkich rybek podskubywała ości, zdecydowanie nie nieśmiało racząc się takim rarytasem.
Po raz pierwszy od bardzo dawna, podróż sprawiła mu prawdziwą przyjemność. Oczywiście, to nie tak, że nie lubił samotnych wypraw, bo i one miały w sobie coś, co zawsze pociągało go i ostatecznie przyczyniło się do tego, że wybrał taki sposób na życie. Był on i natura i nic więcej. Nie musiał przejmować się niczym, tylko przeć do przodu w poszukiwaniu kolejnych kreatur, które odciskały piętno na życiach niewinnych. Na jego życiu. I na życiu chłopca, którego wziął pod opiekę, wychowując jak własnego syna, którego nigdy się nie doczekał.
Obecność Oscara jednak znów nie pozwalała mu odpływać w najciemniejsze wspomnienia i przeżywać ich od nowa. Tym razem, było po prostu dobrze. I z tą myślą, pozwolił sobie odpłynąć, w końcu kołysany oddechem śpiącego obok ucznia, po tych latach rozłąki, w końcu absolutnie pewien, że nic złego tej nocy nie może mu się stać.

Rano obudziły go niepewne, promienie słońca, sięgającego jego powiek i szorstkiego policzka. Chłodne i rześkie, skakały między niską mgłą unoszącą się mlecznym puchem ponad trawą, kłębiąc się na powierzchni jeziora i nie pozwalając na dostrzeżenie choćby cienia czarnej toni.
Chwilę jeszcze leżał, nie podnosząc się, ani nawet za bardzo nie ruszając, a jedynie otwierając oczy, na krótko, zaraz je zamykając, kiedy światło zaatakowało wrażliwe źrenice, bezlitośnie informując o całkiem już oficjalnym rozpoczęciu kolejnego dnia, w akompaniamencie coraz głośniejszych świerszczy, które siłą wbijały do uszu podróżnych, sobie tylko znaną melodię.
W końcu się uniósł lekko, a jego spojrzenie trafiło na rudą czuprynę, niecały metr dalej, której pojedyncze pasma spadały na blade policzki chłopaka, który oddychał miarowo, najwyraźniej wciąż w najgłębszych czeluściach podświadomości, nie rozważając nawet budzenia się ze snu.
Uśmiechnął się lekko na ten widok, chwilę jeszcze kontemplując go i pozwalając sobie na wyżłobienie w pamięci każdego drgnięcia jego ust i powiek.
Wstał niedługo później, jak najciszej przynosząc wodę i rozpalając ognisko, żeby ją zagotować na coś ciepłego do picia i do porannej toalety, którą rozpoczął od doprowadzenia do porządku swojego zarostu. Może warunku polowe nie sprzyjały do tego typu aktywności i pewnie większość podróżnych wolałaby zrezygnować na te czas z podobnych operacji, Aleksander zawsze, jeśli tylko warunki mu na to pozwalały, rano doprowadzał się do porządku. Nawet jeśli niektórzy uznaliby to za dziwactwo.
Pomiędzy jednym pociągnięciem brzytwy a drugim, przypomniał sobie jednak o czymś, co wypadło mu z głowy na rzecz rudowłosego młodzieńca, teraz jednak przypomniało o sobie bardzo dosadnie, cichym rżeniem. Uśmiechnął się lekko do siebie, kończąc zdecydowanie szybciej niż normalnie, już bez czekania na ciepłą wodę, traktując się tą prosto z jeziora i tylko na chwilę krzywiąc wargi, kiedy lodowaty płyn zetknął się z podrażnioną skórą. Nie przejmując się tym jednak zanadto, skierował wzrok na Aię, wyraźnie zainteresowaną ruchem wokół ogniska, a potem na siwka obok niej, który patrzył na wszystkie jego zabiegi z leniwym zaciekawieniem, nie unosząc jednak nawet głowy.
Dzisiaj miał się przejechać, zgodnie z sugestią Oscara, na jego klaczy i teraz ubierając się już i pobieżnie pakując, wprost nie mógł przestać zerkać na nią co raz, niezmiernie ciekaw, jak miękko pozwoli się prowadzić. Poprzedniego dnia poświęcił ogromną część podróży, po prostu patrząc na swojego ucznia, dosiadającego to cudo.
Będąc już gotowy, uśmiechnął się kątem ust, przechodząc obok wciąż nieprzytomnego chłopaka, karmiąc i pojąc oba konie, w subtelnym przekupstwie dając im suszone owoce, zanim wrócił do ogniska.
- Drogi chłopcze, obawiam się, że to już czas. - powiedział głośniej, przysiadając na kamieniu w ich obozowisku, zabierając się za przygotowywanie śniadania, czując się w obowiązku dać tym razem coś od siebie po tak starannie przygotowanej poprzedniego wieczora kolacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Kwi 06, 2018 12:34 am

Kanibalizm wśród zwierząt zdarzał się zdecydowanie częściej niż wśród ludzi – pewnie („pewnie”?! Przecież to nie ulega żadnym wątpliwościom!) było to kwestią moralności – nikomu w końcu nie chciałoby się jeść nawet znienawidzonego wroga. A rybom było wszystko jedno; wszystkie resztki były dobre, a rybie łby w płytkiej wodzie przy brzegu były nieczęstym rarytasem. Pewnie dlatego słonecznego poranka zwabiły do siebie nie lada gości: parę iście arystokratycznych ryb, które snuły się ciekawsko pod taflą, łapiąc na złotawe łuski promienie słońca, które przetaczały się po ich płetwach i grzbietach wdzięczniej niż po misternych koliach dam na bankietach. Pod brzuchem niczym wstęgi ciągnęły się dwie długie płetwy, które poruszały się leniwie w wodzie w ślad za zachwycającymi stworzeniami. Przy łbach zwykłych, szaro-zielonych rybich resztek zainteresowane wyglądały jak para królewska, która postanowiła udzielić ostatniej audiencji i uroczyście uszczknąć kawalątek ze swoich martwych poddanych – i jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, oglądane z boku wyglądało zachwycająco. Zwłaszcza kiedy przejrzysta woda stawu zaczęła z wolna bulgotać, a jej dotychczasowo gładka powierzchnia pękała pod naporem bąbelków, wysyłając ku górze subtelny opar zwiastujący gwałtownie podniesienie się temperatury. Złote ryby pływały we wrzątku jakby nigdy nic, leniwie wyłapując przyprawy unoszące się nad resztkami ubiegłonocnej kolacji. I tak zjadły sól, koperek, estragon i majeranek… I dopiero po tym ich ruchy zrobiły się nieco bardziej niespokojne  - wtedy, kiedy bulgoczącą już na całego woda przesłaniała idealny widok, burząc taflę i sprawiając, że figury ryb stały się nieregularne i rozchwiane niczym płomyk świecy na wietrze. Wtedy w szalejącym wrzątku rozpoczął się dziwny taniec, w którym ryby wdzięcznie ocierały się o falujące algi, z wolna siekając je ostrymi płetwami grzbietu i pozwalając im osiadać na złotych łuskach i wczepiać się w nie, jak szyte na miarę suknie – i tańczyły tak długo, aż nie było już widać ani jednej złotej łuski, a one same zmieniły się w kokon liści, dając się miotać przez powietrze buzujące w gorącej wodzie. I trwało to dłuższą chwilę, aż kompletnie gotowe nie wypłynęły niemal usłużnie na powierzchnię. Ze ściętym białkiem, przyprawione od wewnątrz i zabezpieczone od zewnątrz – pachnące aromatycznym estragonem…
W sam raz do odwinięcia i jedzenia…
Wypływając i niemal podając się jak na tacy, kiedy przyszedł na nie czas.
Tak, zdecydowanie...
”…obawiam się, że przyszedł już czas.„

Oscar otworzył oczy, kiedy jego leniwy i szalenie nierealistyczny sen postanowił połączyć się ze światem rzeczywistym poprzez most przytulnie znajomego głosu. Zwykle z rana się nie uśmiechał – zwykle wtedy mamrotał aż do pierwszej kawy lub herbaty, kiedy mógł zwilżyć wyschnięte na wiór gardło i odnaleźć w czeluściach zaspanego ciała swój zwyczajowy optymizm. Ale tym razem widząc mistrza z podwiniętymi rękami, wyspanego, z daleka pachnącego tym pieniącym się mocno mydłem, którego od zawsze chyba używał do golenia, wprost nie mógł się pozbyć szerszego uśmiechu, który wpłynął na usta chwile przed tym, nim nie padł na plecy z powrotem w legowisko jak marionetka, której podcięto sznurki. Potrzebował w końcu chwili na pożegnanie się z sennym otumanieniem, które składało się z rytuału naprzemiennego przeciągania się i ziewania. Dopiero wtedy, mierzwiąc niemiłosiernie niesforną płomienną grzywę, podniósł się na łokciach i wykaraskał z czułych i ciepłych objęć śpiwora. Na poły wywabiony obowiązkami, na poły wiszącą w powietrzu zapowiedzią śniadania. Na klęczkach zbliżył się do Alexandra i zasiadł na moment na trawie obok niego, śledząc ruchy jego dłoni jak widz zapatrzony podczas koncertu na palce pianisty – nierozumiejący za grosz i nie potrafiący powtórzyć chociażby kilku akordów, ale oczarowany i wygłodniały.
- Nie mów mi co to będzie – wychrypiał chyba bardziej do siebie i kotłujących się w głowie myśli.- Będę miał niespodziankę jak wrócę.
Dobrze wiedział, że nic jak poranna kąpiel nie wróci sprężystości jego ruchom i sprawi, że przestanie snuć się jak kawałek drewna nawet przy najprostszych czynnościach; jak wybieranie z torby czystych ubrań i grubszego, nieco szorstkiego materiału, którego używał od biedy jako ręcznika. Kiedy zebrał najpotrzebniejsze graty po prostu ruszył w stronę mniej kamienistego brzegu jeziora, nieco bardziej na prawo, bliżej granicy lasu – na tyle daleko, by nie paradować na golasa w ich koczowniczej przestrzeni mieszkalnej. Niechętnie, z niejaką goryczą zsunął z siebie koszulę, zerkając w stronę pleców Aleca. Nie to, żeby wstydził się czegokolwiek, ale w pewnym wieku po prostu jeśli sytuacja nie wymagała bezwzględnego trzymania się blisko paleniska dla bezpieczeństwa, podczas swego rodzaju intymności zachowywał wyraźnie zaznaczony dystans. Alexander od razu to zrozumiał, nie dopytywał i pozwolił kilka lat temu dorastającemu chłopcu nakreślić wyraźną linię prywatności pod coraz bardziej delikatnymi sprawami. Takie wytłumaczenie było dla Oscara bardzo wygodne, nawet jeśli powód jego nagłej potrzeby zachowania odstępu był skrajnie inny.
Spodnie i bielizna szybko skończyły rzucone niedbale w trawę w ślad za koszulką i kilka chwil po tym do Alexandra preparującego śniadanie mógł dojść cichy, zduszony okrzyk Oscara, który szybkim krokiem po ramiona wparował do zimnej wody płosząc resztę ryb. Zupełnie jak w każdy zwyczajny letni poranek, nie podnoszący nawet alarmu ani nie nakazujący chwytać za broń – to w końcu nie był Oscar atakowany czy umierający, ale Oscar odmrażający sobie tyłek w rześkiej wodzie. Zwłaszcza kiedy ten okrzyk zakończył śmiechem i cichym pluskiem wody, rozgarnianej gwałtownie rękami. Coś było przyjemnie masochistycznego w tak gwałtownym poranku, bo chwile po tym rudy demon zanurzył się po czubek głowy i dopiero wtedy błyskawicznie grabiejącym i dłońmi zaczął przemywać pochwyconym z dna piaskiem ramiona i tors. W dzikim spisie zasad Oscara mydło czekające w jukach było zarezerwowane głównie na wieczorną toaletę – poranna (o ile nie zaszła ku temu jakaś specjalna potrzeba) była traktowana pierwotnym peelingiem z piasku i kawałków muszli, dopieszczonym zimną wodą pełną minerałów. Chłopak przepadał za tym sposobem, bo kojarzył mu się z dzikością, do której parł od kiedy tylko był zmuszony opuścić wygodny dom i wyruszyć w wieczną podróż.
Uwielbiał myśleć o sobie jak o jakimś cholernym dzikusie. Nie potrzebującym tych wszystkich manier, sztucznych, nieźle kłamanych komplementów i znajomości cech, którymi odróżnić można widelec do przystawki od widelca obiadowego. Nawet jeśli po wyjściu z wody nie wycierał się liśćmi i nie wsuwał na biodra spódniczki ze słomy, tylko przecierał szorstkim materiałem, który zostawiał na jego rumianej i odświeżonej skórze czerwone ślady po tarciu. I wsuwał na siebie czyste, wciąż pachnące miejskim proszkiem ubrania.
Ubrany i gotowy wrócił do obozowiska, przecierając ręcznikiem wilgotne włosy – ręce niemiłosiernie mu się trzęsły, kiedy kończył czochrać ruda czuprynę i przyklękiwał na jedno kolano po prawicy mistrza.
- W czymś pomóc? – zasugerował, przewieszając materiał przez kark, by możliwie uniknąć moczenia koszuli.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Kwi 08, 2018 11:02 pm

Lekkim uśmiechem skwitował jego czworonożną przebieżkę po mocno już wydeptanej trawie w obozowisku. Kiedy jednak ruda czupryna pojawiła się całkiem blisko niego, a wąski, jasny nos zaczynał mocno ingerować w jego pole widzenia, pozwalając swojemu właścicielowi przyjrzeć się dokładnie wszystkim drobnym ruchom jego palców, pokręcił głową z rozbawieniem. Nawet na chwilę jednak nie przestał nawet na chwilę pracy nad pozbyciem się skórki ze świeżo sparzonych, pachnących pomidorów. Prawdopodobnie przesadzał i zdawał sobie z tego sprawę całkiem dobrze, podobnie jak z tego, że za jakieś dwa tygodnie, nawet do głowy nie wpadnie mu obieranie pomidorów ze skórki przed użyciem ich do jakiegokolwiek dania. Dzisiaj jednak nie był dzień zwykły i standardowy, zupełnie taki jak zawsze i przytłaczająco przyziemny, bo oto dzisiaj po raz pierwszy od czterech lat przygotowywał śniadanie dla swojego młodego ucznia i prędzej pozwoliłby się okraść w biały dzień, patrząc w oczy złodziejowi wynoszącemu z obozowiska jego rapier, niż dopuścił do jakiejkolwiek skazy na ich przyszłym posiłku.
- Nie będę psuł niespodzianki. - kiwnął głową w odpowiedzi na prośbę chłopaka, odprowadzając go jeszcze spojrzeniem aż do brzegu jeziora, zawieszając wzrok nieco dłużej na jego ładnie podkreślonych przez dobrze dobraną koszulę, plecach i wrócił do swojej pracy, dopiero gdy w miejscu jasnego, wyrobionego od snu materiału pojawiła się jasna skóra.
Westchnął cicho sam do siebie, na tę myśl, pamiętając, że na samym początku, chyba właśnie to było główną rzeczą, jaką w nim zauważył. Nie licząc oczywiście ogniście rudych włosów, zwracających uwagę w pierwszej kolejności, bijąc o oczach niczym barwy wojenne. Albo ubarwienie pewnych gatunków płazów, czy ryb i gadów, które jaskrawymi kolorami oświadczały wszem i wobec, że nie można z nimi zadzierać. Gdyby pomyśleć nad codziennym zachowaniem Oscara, faktycznie to miałoby rację bytu, bo po krótkiej rozmowie z roześmianym, sympatycznym młodzianem, ciężko było uwierzyć, że w ułamku sekundy, bez chwili zastanowienia potrafiłby rozpłatać gardło mijającej go w locie bestii, pozwalając gęstej, ciemnej krwi wsiąknąć w ziemię pod kopytami Ai.
Chwilę później jego uszu doszedł krzyk, mocno zabarwiony rozbawieniem, urywany gdzieś pośrodku, kiedy chłopak wpadł do lodowatej wody, która na moment odebrała mu dech, zderzając się z gorącą po całej nocy w śpiworze klatką piersiową. Dźwięk ten wzbudził tylko jego jeszcze większe rozbawienie, poprawiając humor jeszcze bardziej i ciągnąc jego spojrzenie w stronę migoczącej zimnym blaskiem w porannym świetle, tafli jeziora, z której kawałek dalej wystawała ładnie mieniąca się złotawymi refleksami burza włosów.
Wrócił jednak do śniadania, kończąc szybko obieranie i pozostałości wrzucając do ogniska, które chętnie pożarło kolejne prezenty, radośnie puszczając w niebo migoczące iskry.
Wyjął niewielką patelnię, która oprócz kociołka była jedynym tego typu kulinarnym akcesorium w jego bagażach i umieścił ją nad ogniem, zajmując się delikatnym wyciągnięciem czterech, przemyconych w grubym kocu jaj, dziękując wszystkim świętym, że żadne z nich się nie rozbiło, zmuszając go do wyrzucenia ulubionego koca, lub prowizorycznego prania w jeziorze, na co nie miał najmniejszej ochoty. Zabieranie ze sobą jajek było lekkomyślne i nigdy mu się nie zdarzało, ale jak już wcześniej było wspomniane, to był czas wyjątkowy, a skoro tak, zasługiwał na pachnącą ziołami jajecznicę na pomidorach, które już przyjemnie pieściły kubki smakowe swoim zapachem, obiecując jeszcze większą rozkosz dla podniebienia.
Zerknął jeszcze krótko w stronę jeziora, a widząc, że jego, do niedawna, podopieczny już kończy szybkie odświeżanie, wbił jajka na patelnię i zamieszał widelcem.
Alexander, w przeciwieństwie do Oscara, z pragnieniem dzikości nigdy nie miał po drodze. Oczywiście, samotne wyprawy z dala od cywilizacji sprawiały mu wiele przyjemności, jednak wciąż starał się zachować w nich tyle korzyści z osiągnięć ludzkości, ile był w stanie, jednocześnie nie przeciążając konia, który, choć pewnie cierpliwie znosiłby ciężar wszystkich drobiazgów, które jego pan zechciałby ze sobą zabrać, nie zasługiwał według Alexa na takie traktowanie. Nawet jeśli najchętniej oprócz prostego kubka, łyżki i widelca, wziąłby parę innych rzeczy, zawsze uważał, że od dźwigania ciężarów są muły i osły, konie zaś od bycia pięknymi. Prawdopodobnie było to niesprawiedliwe i krzywdzące, dla wyżej wymienionych, bo oczywiście, osły o ponadprzeciętnej urodzie również można było znaleźć, jednak nie mógł nic poradzić na ten piedestał, na którym w jego głowie stały długonogie rumaki.
Słysząc za sobą ciche, tłumione przez wilgotną, ubraną jeszcze w rosę trawę, kroki, odwrócił się w stronę, z której dochodził dźwięk, kiwając głową w potwierdzeniu.
- Możesz przynieść ten swój cudowny chleb. - zasugerował, pamiętając, że chłopak wypowiadał się na temat pieczywa o bajecznie chrupiącej skórce w samych superlatywach i wprost nie mogąc się doczekać, aż w końcu go spróbuje.
W tym czasie sam sięgnął talerze, pozwalając jeszcze chwilę potrawie pozostać na patelni i w ostatniej chwili dorzucając jedyne świeże zioła, jakie ze sobą zabrał, właśnie z myślą o ich pierwszym śniadaniu, podając Oscarowi ozdobiony drobnymi, zielonymi listkami mięty i bazylii posiłek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Kwi 14, 2018 9:44 pm

Oscar uwielbiał ten widok. Uwielbiał to jak w gęstym lesie poranne słońce dziarsko próbuje przebić się przez barierę splątanych gałęzi i liści, i sięgnąć ściółki. Jak skoncentrowane promienie wbijają cię w mech jak świetliste dzidy, zdecydowane, ale tak delikatne, jakby zrobiono je z anielskiego włosia. I setki tych dzid – mniejszych i większych, cieńszych i grubszych - widział podczas ubierania się; powbijanych w soczyście zielony mech, przeszywających korę drzew i zanikających czasem kiedy wiatr poruszył liśćmi.
Uwielbiał ten widok. Widok wschodu słońca i zaskakująco szybką wspinaczkę jego świetlistych ramion, które obejmowały równie prędko ziemię pod nogami, jak i oddalone o setki mil pagórki i doliny. To jak poranek oblepiał ściany domów, miast, źdzbła traw tak zielonych, że niemal chciało się je jeść!
Uwielbiał ten widok. Rozdmuchiwany przez poranny zefirek dym ponad patelnią grzaną przez radosne języki ogniska. Dym widziany zza pleców skupionego mężczyzny, który podczas gotowania – czy Oscar kiedykolwiek mu to powiedział…? – wyglądał na pogrążonego w twórczym szale zupełnie jakby grał na instrumencie. Jakby tworzył pieśń, a nie śniadanie. I ten widok zawsze był tą wielką zachętą do wyjścia z ciepłego śpiwora i stawienia czoła światu – dla tego śniadania wymieszanego grubym widelcem z drewniana rączką.
Byron aż przystanął na chwilę – na chwil kilka, może na całą wieczność – widząc bełtający w patelni ten sam widelec. Z drewnianą rączką. Szeroki uśmiech wpłynął na jego lekko sine po kontakcie z zimną wodą usta i ruszył tym żywiej w stronę Alexandra, przyklękując obok. Zapach jajecznicy i wyraźna woń świeżych, sparzonych pomidorów i ziół dobranych w idealnych proporcjach wypełniła jego nozdrza tak mocno, iż poczuł, że jest w stanie nakarmić się samym zapachem. To zwykła jajecznica. Po prostu jajecznica, a on już wiedział, że co najmniej dzisiaj nie posmakuje niczego lepszego.
- Niech cię diabli, Alec. Wiozłeś jajka za pazuchą, że dojechały całe? Pachną niesamowicie – przyznał, lekko pukając pięścią ramię rozmówcy i umykając na chwilę w stronę własnych juków. Zachowywał się jeszcze nieco dziko, jakby wciąż nie przywykł do towarzystwa. Albo jakby jego brak na trakcie przez cztery lata sprawił, że wyrażanie wdzięczności pozostało zatartą ścieżką – na ten moment wyjątkowo zachwaszczoną. A w tej chwili prócz wdzięczności czaiło się tam zaskoczenie i najzwyklejsza, serdeczna radość, która przebiegała elektryzująco po skórze Oscara podczas najdrobniejszych ruchów. Kiedy wyciągał w tobołka chleb owinięty w chustę. Jak układał go na kamieniu i kroił grube, miękkie pajdy, które od serca objął z jednej strony szczelnym płaszczem przyjemnie topiącego się masła. Dodając tym małym rytuałem szczyptę siebie do tego małego, ale ogromnego i znaczącego śniadania.
Jajecznica na trakcie – to było dopiero coś. Kto kiedykolwiek podróżował konno dobrze wie ile poświęcenia wymaga przewiezienie czegoś tak delikatnego – tym lepiej smakowało wybierane łapczywie z małej miseczki. Tym cieplej osiadało na wargach i wdzięczniej współgrało z miękkim chlebem i nagrzanym masłem. I nawet jeśli w tym śniadaniu nie było wiele słów Oscara poza wygłodniałym „dziękuję”, którym obdarował Aleca podającego mu miseczkę pełną parującej zawartości, to ciszę wypełniła cała masa uśmiechów, zwłaszcza tych nieco głupawych, po części tworzonych przez policzki wypchane śniadaniem przyrządzonym mistrzowską ręką. Alexander jadł zdecydowanie bardziej kulturalnie – i ten widok Oscar też uwielbiał. Ten zwłaszcza.
Dzisiejszy poranek rozkwitł jak pąk kwiatu na drzewie jeszcze pozbawionym liści – jakby roślina chciała powitać wiosnę pięknem jeszcze zanim przyzwyczai się do powracającego po długiej zimie ciepła. Ciepła jajecznicy na podniebieniu, wieczornej ryby w żołądku, śpiwora i rozpalonego przez Alexandra ogniska wciąż grzejącego bok.
A to był ledwie początek.

Osiodłana i nakarmiona Aia oparła prawe kopyto o ziemię samym czubkiem uginając wdzięcznie smukłą nogę i strzygąc uchem na gładzącego ją po szyi Oscara, który prawie przylegał policzkiem do jej złotej skóry. Patrzył jak Alexander zbiera ostatnie rzeczy i uśmiechnął do siebie, łapiąc za wodze tuż pod pyskiem i łagodną sugestią obniżył łeb konia, jakby to miało w jakikolwiek sposób sprawić, że ten będzie słyszał go lepiej.
- To dla ciebie próba, maleńka, musisz wykrzesać z siebie maksimum gracji – wyszeptał konspiracyjnie – Będzie cię dosiadał wyjątkowo czuły i wymagający jeździec, nie taki wioskowy burak jak ja. Wiem, że mnie nie zawiedziesz, nie myślałem tak nawet przez moment, ale jeśli się spiszesz jeszcze mocniej, to nawet nie możesz sobie wyobrazić jakimi rarytasami cię nakarmi, kiedy już dojedziemy do Greenwith. Gwarantuje ci to. – Podrapał ją za uchem i pochwyciwszy spojrzenie Alexandra uśmiechnął się rozbrajająco, by kolejne pokierować już prosto do niego. – Mówię, żeby na pierwszej dłuższej prostej puściła się w galop, od którego pogubisz garnki. Gotowy? Czuję, że jest podekscytowana, nie możesz kazać damie tyle czekać. – zasugerował szarmancko i usłużnie odsunął się od niej znacząco, jakby oddawał mężczyźnie partnerkę do tańca.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Kwi 15, 2018 10:15 pm

Greenwith było niedużym miasteczkiem, położonym w niewielkiej dolinie, po której obu stronach pięły się w stronę błękitnego nieba wzniesienia, zbyt małe jednak, by choć marzyć o dotknięciu gęstych, ciężkich chmur oblepiających szczyty widoczne w oddali. Te, które skalistymi zboczami całowały horyzont, prześcigając się w łapaniu pierwszych płatków spadającego wysoko śniegu, którego zasmakować mogły tylko pojedyncze z nich. Inne musiały się nacieszyć drobnymi kroplami gęstego deszczu, który tak często odwiedzał miejsce, do którego jeszcze tego wieczoru mieli dotrzeć.
Chociaż prawdę mówiąc, wolałby dotrzeć tam jeszcze przed wieczorem i skorzystać z szansy rozejrzenia się po okolicy i zamienienia słowa z mieszkańcami. Oczywiście, to wieczorem gospody wypełniały się życiem i kipiały plotkami, a ze względu na rozmiary miasteczka, miejsc, w których informacje można było uzyskać, nie było wcale dużo. To zawężało pole poszukiwań i zakres obowiązków przed zasłużonym odpoczynkiem, mimo wszystko jednak im szybciej będą na miejscu, tym szybciej będą na miejscu, tym więcej czasu będzie, na dowiedzenie się wszystkiego i przejście po okolicy.
Mery spokojnie i bez zbędnego pośpiechu, czy ekscytacji, skubał trawę, korzystając z ostatnich chwil odpoczynku, z godnym podziwu niewzruszeniem znosząc kolejne mocowane do siodła na jego grzbiecie bagaże. Tym razem jednak to nie Alexander odpowiadał za objuczenie tego dżentelmena, a jego uczeń, który doskonale zdając sobie sprawę z podstępów siwka, już trzeci raz zaciskał jego popręg. Nauczony doświadczeniem rumak tuż przed zaciągnięciem pasa, nadymał się jak ogromna, sosnowa beczka, wypuszczając powietrze, dopiero kiedy było po wszystkim, tym samym sprawiając, że zapięty popręg był luźny i zupełnie przyjemny do całodniowego znoszenia.
Alex uśmiechnął się, samemu zajmując się zgrabną klaczą, która nieporuszona wpatrywała się w te ostatnie przepychanki ich dwóch towarzyszy.

Ostatni raz ogarnął spojrzeniem całe obozowisko, upewniając się, że żaden zagubiony widelec, ani zapomniany koc, nie zostały w jego obrębie, wiedząc, że choć teraz strata ta może przejść niezauważona, przy okazji najbliższego postoju w terenie, zostanie ona boleśnie odnotowana, przez zmarznięte ramiona, lub konieczność jedzenia palcami. I chociaż byli tacy, którzy nie broniliby się przed możliwością zjedzenia posiłku gołymi rękoma, on sam wolałby tego uniknąć.
Słysząc z boku szemrzący przyjemnie w uchu baryton, odwrócił spojrzenie w stronę jego, czarującego tak samo, jak zawsze, źródła, nie mogąc nie oddać uśmiechu, zwłaszcza kiedy ten, którym został uraczony, był tak rozbrajająco radosny.
- Jak sam powiedziałeś drogi chłopcze, to dama. - zauważył, podchodząc do klaczy i delikatnie przesuwając dłonią od jej miękkich chrap, w górę głowy, aż do czoła – Nie sądzę, by zniżyła się do tak niskich zagrywek. - dodał poważnie, pieszcząc jeszcze przez chwilę jej gorącą, napiętą szyję i mocną pierś.
To był jeden z najdoskonalszych koni, jakie w życiu widział. Oczywiście, nic nie ujmował Meremu! Sam go wybrał i zakupił, był z niego dumny i nie wymieniłby go na żadnego innego, ale jeździł na nim od kilku lat, niemal codziennie, przez co zdążył się przyzwyczaić do jego urody. Inaczej sprawa miała się z Aią, która od początku wyprawy, przyciągała jego spojrzenie, a teraz czuł się niemal jak nastolatek, kiedy miał okazję jej dosiąść.
Odebrał od Oscara wodze, odchodząc kawałek dalej, niemal zauroczony tym jak miękko klacz ruszyła za nim, stawiając miękko kolejne kroki na wilgotnej jeszcze od rosy trawie.
- Gotowy? - spytał prawie nonszalancko, nie chcąc pokazać, jak jest podekscytowany, a kiedy tylko zobaczył, że i jego towarzysz zbliżył się do swojego dzisiejszego wierzchowca, chwilę patrzył, jak unosi nogę do strzemienia, odbija się drugą stopą i jednym, zgranym ruchem przerzuca nad zadem nogę.
Po raz kolejny w głowie pojawiła mu się myśl, że jego chłopiec naprawdę się... Wyrobił. I zdecydowanie nie można już było nazwać go chłopcem.
Oderwał od niego spojrzenie, samemu dosiadając Ai w dokładnie ten sam sposób, lekko siadając w siodle, by nawet przez moment nie przeciążyć jej i delikatnie dając jej sygnał do ruszenia.
Z początku obaj szli powoli, nie chcąc forsować zwierząt, dając im czas na rozgrzanie się i przyzwyczajenie do ciężaru. Przez dłuższą chwilę rozmawiali, przypominając sobie najbardziej absurdalne opowieści, jakie udało im się zasłyszeć na swój temat, wymieniając się spostrzeżeniami a wczorajszego dnia, czy po prostu opowiadając sobie ciekawsze przygody. W końcu jednak Alexander nie mógł dłuższej utrzymać na wodzy tej niemal dziecięcej fascynacji, która nachalnie rozpływała się po jego ciele, natarczywie przypominając o najzgrabniejszych nogach, szczupłych pęcinach i mocnej szyi, które po prostu musiał pod sobą poczuć w pełnym cwale.
- Co powiesz, drogi chłopcze, na czysto towarzyski wyścig do następnego rozwidlenia? - spytał, uśmiechając się niemal tak szelmowsko, jak za młodu, w tym momencie mając w głębokim poważaniu fakt, że słodkie jabłka w ich jukach mogą ucierpieć podczas tej zabawy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pon Kwi 16, 2018 8:33 pm

Oba rumaki przyjęły małą zamianę bez skarg i oporów – Mery zgarnął na swój wierzch dorosłego już chłopca, którego krocie lat w tył miał okazję kilka razy przewieźć. I to albo w parze ze swoim pierwotnym właścicielem, albo samego – przy czym małą wagę młodego jeźdźca dostał wespół z jego absolutnym brakiem poczucia rytmu i obijaniem grzbietu. Zwłaszcza na oklep. Teraz jednak wszystko się zmieniło; teraz dosiad był wdzięczny i każde bujnięcie bioder niosło Oscara w takt ruchu większego i pełnego gracji ciała pod nim. Jakby smukłe nogi Merego były jego własnymi. Jego mięśnie jego mięśniami. I jego oddech jego oddechem. Od momentu zajęcia miejsca na wygodnym tronie stali się obaj jednym organizmem. Tak samo jak Alexander i Aia…
I teraz podziw Merego połączył się wraz z podziwem Oscara.
Aia lekko obróciła się w miejscu z niewymuszonym leniwym wdziękiem, dodatkowo zataczając koło długim, gęstym i niemal złotym ogonem, zerkając na dwóch cichych gapiów jakby znad ramienia, uchylając łeb i parskając z odprężeniem. Spodobało jej się to, co czekało ją co najmniej do wieczora. …przyjemne i dbające o jej wygodę towarzystwo – dumnie wyprostowane, dopasowane do jej pięknego siodła eleganckim mundurem i dostojnym spokojem malującym na przystojnej twarzy. Skojarzył się Oscarowi z policjantem, z którym aż wstyd było zadzierać, by nie dojrzeć politowania w jego oczach.
- Wow. Nieprawdaż? – wyszeptał, podnosząc się w strzemionach, by znaleźć bliżej ucha Merego. – Po prostu: wow.


Chwile podróży podczas których nie gnało ich jeszcze żadne zlecenie były powoli płynącym nurtem spokojnych rozmów i wspomnień – a po tak długiej rozłące zwłaszcza wspomnień. Rozstanie mimo boleści i goryczy przyniosło też natłok historii, których nie dzielili, ale mogli się nimi pochwalić i prym wiodły te wyssane z palca i mocno zhiperbolizowane opowiastki o dokonaniach dzielnego łowcy Alexandra. N przykład ta, w której stojąc na wieży ratusza włócznią z liną przebił wampira krążącego nad domami dobrych i sprawiedliwych ludzi. I lina ta posmarowana olejem tuż po przebiciu potwora została zapalona i ugodziła wroga dodatkową oczyszczającą siłą płomieni. To była właśnie ta historia, której prawdziwość Oscar najmocniej pragnął skonfrontować z samym głównym bohaterem. Tuż po niej była ta o przyczajaniu się w wozie pełnym siana – ale tu chodziło  głównie o aspekt humorystyczny i wyobrażenie dumnego Aleca z kamienną profesjonalną miną siedzącego z sianem we włosach.
Pomysł z wyścigiem przyszedł dopiero kiedy rudzielec porządnie się wyśmiał i musiał na moment puścić wodze spokojnie człapiącego Merego, by rozmasować brzuch.
- Czysto towarzyski – jakże to pięknie brzmi. Czyżbyś próbował wymknąć się możliwości założenia o coś cennego na wypadek przegranej? – uśmiechnął się i pochwycił pewniej wodze, skracając je nagle i tym samym dając siwkowi znak, że już niedługo coś się zmieni w tempie. – Nie uda ci się jednak, mam miętkę do nieszkodliwego hazardu. Do następnego rozwidlenia i kto przegra ten na następnym polowaniu wykańcza ofiarę – zaproponował z psotnym uśmiechem, nie mając bynajmniej na myśli strzelania do królików z łuku.
On i Alec polowaniem nazywali już tylko jeden rodzaj walki.
- A wygrany wymyśla o przegranym najbardziej wydumaną i wyssaną z palca historię, którą następnie puszcza w plotce po wsi – podwoił nagle stawkę i poprawił dosiad, spoglądając na ścieżkę przed nimi i to jak w pewnym momencie po jej dwóch stronach pojawiały się białe drzewa oplatające ją zadaszeniem z gałęzi jak brama. – Start od tamtych brzóz. Zobaczę jeszcze na co stać mojego staruszka.
Miał dobry humor i był więcej niż pewien, że ten stan się utrzyma, w końcu niezależnie od wyniku tego małego współzawodnictwa byłby zadowolony. W końcu wygra albo on, albo jego klacz i wprost nie mógłby się doczekać jaką historię o nim Alexander dałby radę wymyślić. Naparł łydkami na siwka, który sapnął i obaj z luźnego spacerowego tempa przeszli w trucht, by móc szybko wbić się w tempo cwału, a nawet galopu!
Oscar spojrzał od góry na grubą szyję siwka i poklepał go, dodając otuchy i przygotowując na forsowne zadanie, które wraz z białą bramą drzew zbliżało się nieuchronnie. Jeszcze tylko jedno uderzenie kopytem, nerwowe miotnięcie długiego ogona, którego długie włosie ześlizgnęło się po grubej skórze juków, jeszcze jedno parsknięcie i…
- Już! – Mery wierzgnął wyrwanie przez setne sekundy mocniej przysiadając na zadzie i wyrwał się z niewielkim wyskokiem, wzbudzając tumany kurzu i puszczając w cwał, sprawiając, że pod jego mocnymi kopytami cały świat zdawał się drżeć. Oscar podniósł biodra wyżej, okrążając konia w mocnym chwycie samych łydek, by jak najmniej się z nim obijać i pochylił mocniej, ignorując uderzający mu rytmicznie o udo bukłak wody.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Maj 05, 2018 1:10 pm

- Wręcz przeciwnie mój drogi. Dbam o twoje dobre samopoczucie na wypadek druzgocącej porażki. - odparł spokojnie, starając się jednak zanadto nie obnosić z ekscytacją, która rozpływała się rozkosznymi dreszczami po jego ciele z każdym krokiem w kierunku owych brzóz.
Zebrał wodze, lekko naciskając na boki zwierzęcia pod sobą, a to płynnie przeszło do gładkiego kłusa, a następnie do powolnego galopu, rozgrzewając i przygotowując zarówno siebie, jak i Aię do wysiłku, który nastąpił dokładnie w momencie, kiedy ciszę lasu rozerwał nagły krzyk Oscara, oznajmiający rozpoczęcie wyścigu.
Mery wierzgnął, a Aia skoczyła do przodu, z porządku nieco w tyle, przez samo to, że ruszyła nieco później. Szybko jednak nadrabiała, płynnie wchodząc w cztery takty cwału, wyciągając i prostując nogi, oddychając głęboko, przez rozszerzone nozdrza, kiedy mijała siwka oraz dosiadającego do młodzieńca, wychodząc na prowadzenie.
Widział go przecież teraz. Widział, jak jest wysoki, jak długie, jeszcze nie do końca proporcjonalne kończyny nabrały masy mięśni i twardości. Ciało było tak sprężyste, jak może być tylko ciało dwudziestokilkuletniego mężczyzny, jeszcze zanim postępujący czas zatopi w nim swoje szpony, pożerając to, co przez całe lata, było tak naturalne, jak oddech, a teraz stało się przedmiotem tej z góry skazanej na porażkę szarpaniny. Och, Aleksander sam miał okazję zobaczyć i odczuć na sobie namiastkę tego, co potrafi ten chłopak. Tego, jak się porusza, kiedy wokół niego chciwa stal łapie i odbija promienie słońca i te nieco cieplejsze, chwytane wprost z latarni, posyłane w dal przy każdym pchnięciu i paradzie. Tego, jak lekko stąpa po wilgotnym, zdradliwym bruku, bez zawahania, czy strachu stawiając kolejne kroki, w zupełnym zaufaniu do siebie i wyczucia zdobytego przez cały czas samotnej tułaczki.
Widział na jego policzkach ślady świeżo potraktowanego ostrą brzytwą zarostu, duże, stwardniałe w niektórych miejscach od wielogodzinnego trzymania broni dłonie i ten pewny siebie uśmiech.
Oscar nie był już dzieckiem. Nie był nawet nastolatkiem, podrostkiem ani chłystkiem.
Był młodym, ukształtowanym mężczyzną, który już nie raz musiał radzić sobie sam i nie raz wychodził cało z opresji, które mogły wydawać się ostateczne dla jego zdrowia, lub nawet życia.
A jednak, pomimo że Aleks doskonale widział to wszystko, przez ułamek sekundy poczuł głęboką potrzebę przystopowania Ai. Lekkiego odchylenia się w tył, dyskretnego przeniesienia ciężaru własnego ciała na jej zad, który sprawi, że mimo gnającego tuż, tuż obok niej Merego, klacz zwolni, tym samym dając wygrać swojemu starszemu koledze. Tylko po to, żeby nie pozwolić swojemu chłopcu poczuć w ustach dobrze znanego smaku goryczy, zapachu krwi i rozrywającego umysł wrzasku ginącej bestii, kiedy będzie musiał spełnić obietnicę złożoną w formie zwykłej zabawy, a która, obaj doskonale o tym wiedzieli, będzie obowiązywać również po jej zakończeniu.
Zacisnął jednak wargi i odetchnął głębiej, pozwalając zwierzęciu na jego własne tempo, własny, wzbijający tumany duszącego kurzu rytm. Z każdą chwilą była nieco bardziej z przodu, nieco dalej wyrzucała silne nogi, przemierzając kolejne metry, za każdym razem przez dosłownie chwilę będąc zupełnie w powietrzu, dając wrażenie, jakby leciała, aż do kolejnej chwili, kiedy mocne kopyta uderzały w ziemię, juki odbijały się napiętego zadu, długa szyja zaś ponownie wyciągała się do przodu, ciągnąc jego ramiona i zmuszając do popuszczenia wodzy.
Dotarł do rozwidlenia i minął je, nie zwalniając, przekonany, że Oscar doskonale wie, gdzie jadą i zna drogę równie dobrze. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej, wycofał ciało do tyłu, śmiejąc się głośno, zachwycony, kiedy wierzchowiec zatańczył pod nim, robiąc dwa obroty, zanim faktycznie stanął w miejscu, wciąż spięty i gotowy do dalszego biegu, uspokajając się, dopiero kiedy poczuł na szyi ciepłe dłonie jeźdźca, który na krótką chwilę zupełnie puścił wodzę, dając zarówno sobie, jak i towarzyszowi szansę na rozluźnienie i krótki odpoczynek.
- Och, spisałaś się księżniczko... - odetchnął, głaszcząc ją z uwielbieniem, obdarzając Oscara szerokim uśmiechem, kiedy tylko ten zatrzymał się obok nich, wraz z podekscytowanym siwkiem – Chodźmy, żeby nie ostygły za szybko. - zawyrokował, ruszając stępem, nie chcąc, by po takim biegu konie się zastały i zaraz znów spojrzał na ucznia, nie mogąc się powstrzymać od kolejnego uśmiechu – Chłopaku, miałem już cudowną historię na twój temat w głowie, jednak po takiej przejażdżce, doszedłem do wniosku, że mogę być bardziej łaskawy dla twojego dobrego imienia. Aia jest wspaniała. - dodał już bardziej miękko, ponownie schylając się, by pod palcami jej gorące, silne ciało.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Maj 06, 2018 1:49 pm

Uderzenia końskich kopyt wzbudzały drobne tumany kurzu na dawno już niescałowanym przez deszcz trakcie. Wiatr uderzał w twarze, łopotał grzywami jak proporcami, szarpał za rękawy koszul i zmuszał do mrużenia czujnie oczu, zaciskania twardych opuszków palców na ściągniętych wodzach i pochylania się tak nisko, jakby chciało się dosłownie wtopić w umięśnioną końską szyję. Kiedy sadzone na szybko susy gładko przeszły w równomierny galop Siwek jakby z dumą i bojowym duchem uniósł ogon do góry niczym flagę. Spokojny oddech szybko zmienił się w głębokie sapanie doprowadzające tlen do każdej części ciała, tłoczony przez szumiącą w uszach krew raz po raz przepuszczaną przez walącą jak dzwon pompę serca.
A to była tylko zabawa. Galop samemu byłby znacznie mniej ekscytujący, ale mając obok siebie drugą taką maszynę z wolna wyprowadzającą się na prowadzenie, dosiadaną przez muśnięcie zgrabnej męskiej figury adrenalina uderzała do głowy dużo bardziej intensywnie. Z początku bogatszy o element zaskoczenia Oscar był choć kapkę przed Aią, ale w końcu złota klacz zrównała się z nim i z dziecinną łatwością zaczynała się rozgrzewać i tym samym rozpędzać puszczając zgrabne nogi daleko w przód. Wtedy też, kiedy rudzielec po prawej nie miał już tylko rozmazanego kleksa mijanego obok lasu, ale przyodziane w mundur plecy swojego mistrza mógł przestać udawać, że dla wygranej włożył własne dzikie serce w pierś Merego i skupił w stu procentach na wyścigu. W ogólnym gorącu nie dało się wyczuć ciepłego spojrzenia pary sprytnych oczu sunących w dół doliny kręgosłupa mężczyzny, rejestrujących gdzie materiał marszczy się na talii zwężającej się znacznie ku poruszającym się hipnotycznie biodrom. Nie pamiętał już gdzie wytyczył metę, to nie było dla niego specjalnie ważne; zbyt zajęty był obserwowaniem złotych refleksów słońca topiących się w szarpanym powiewami morzu czekoladowych włosów Alexa, gdzieniegdzie poprószonych srebrnym nalotem, który znacznie mocniej skupił się na brodzie. Młody mężczyzna uśmiechnął się pod nosem widząc jak spokojna twarz jego towarzysza rozjaśnia się i z przyjemnego zmęczenia pokrywa ceglastym nalotem na częściowo zarośniętych policzkach. Jak ciało porusza się sprężyście, zdradzając lata spędzone właśnie w takiej pozycji, właśnie w taki sposób, nawykłe do dosiadu nawet mocniej niż chodzenia na własnych nogach. I nim zdążył nasycić się tym widokiem Alex był o jakieś półtora konia przed nim i właśnie zaczął zwalniać, jednoznacznie pokazując, że wyścig dobiegł końca i przyszedł czas na akt, w którym aktor Oscar musiał udawać niezadowolonego z porażki i żądnego zemsty oraz kolejnego wyścigu. Ale nie potrafił! Wyprostował się zadowolony, uśmiechnięty od ucha do ucha i rumiany nawet bardziej od samego Alexandra i zwolnił tempa, po czym zatoczył wciąż podnieconym Merym kilka subtelnych kółek naokoło zwycięzców, nie chcąc by koń pod nim się zastał.
- Brawo! – By nie puszczać całkowicie wodzy, pozwolił sobie kilka razy głośniej uderzyć jedna dłonią o udo. – Chyba żebyś ty nie ostygł! Wyglądasz jakbyś gotów był zeskoczyć z niej i dokończyć wyścig sam aż do bramy wioski! Uwielbiam kiedy bawisz się w taki sposób - jak dziecko, kompletnie bez skrępowania! – Wyrwało mu się nim się opamiętał i prędko odbił na bok, by wjechać z wolna z powrotem na trakt, czując, że chyba jednak to drugie mógł sobie darować. Chrząknął jedna szybko, chcąc zalepić te słowa czymś innym, pozornie z nimi związanym: – Muszę korzystać z przywileju oglądania ciebie takiego tylko kiedy jesteśmy z dala od innych ludzi, a do Greenwith już niedaleko.
Odsapnął i popuścił wodze, dając Meremu odsapnąć i opuścić łeb niżej, podczas gdy sam sięgnął do bukłaka z wodą i zgarnął z niego kilka szybkich łyków. Musiał dłonią otrzeć perlące się na policzkach krople potu zanim nie odważył się znowu spojrzeć na mężczyznę.
- Oh nie, mój drogi, miałem właśnie nadzieję wysłuchać z twoich ust niesamowitej opowieści o moich wiekopomnych dokonaniach. Nie oszczędzaj mnie.

Zupełnie jakby w tamtej konkurencji nie było przegranych – konie ze spokojem przyjęły konkurs, którego same chyba nie rozumiały, najpewniej myśląc, że ich jeźdźcy po prostu chcieli przez kawałek drogi przyspieszyć, co swoją drogą opłaciło się, bo w cudownych humorach łowcy dotarli do wioski jeszcze przed zmrokiem, kiedy szarość ledwie poganiała słonce do ułożenia się za horyzontem. Konie za drobną opłatą wyczesane, napojone i nakarmione oraz oswobodzone z ciężaru juków i siodeł spoczęły w stajni we wspólnym, sporym boksie. A ponieważ jeźdźcy na cały dzień zamienili się podopiecznymi to je na koniec oporządzali i Oscar miał chwilę na rozmowę z gładzonym po szyi wierzchowcem. Pochylił się i otarł zimnym policzkiem o ciepłą skórę na boku pyska spokojnie żującego siano Siwka.
- Wspaniale sobie poradziłeś. Żebyś zobaczył jak ona na sto metrów pobiła w prędkości dziesiątki koni w kilku wioskach, które zjeździłem! Obśmiałbyś tamte wierzchowce, mówię ci. Z tobą miała spory problem i to jeszcze z Alexandrem na grzbiecie…! Na pewno teraz nabrała do ciebie szacunku. Zresztą, pogadamy sobie jak będzie w twoim wieku, wtedy zobaczymy jaka będzie mądra, nie? – zaśmiał się i objął końską szyje, kończąc swoją motywującą mowę długim głaśnięciem sięgającym karku. – Śpij dobrze, stary, Jutro Alec do ciebie wróci i mój kościsty tyłek już nie będzie obijał ci grzbietu.
Było już ciemno, kiedy Oscar ostatni opuszczał stajnię po opłaceniu jej właściciela i wrócił do gospody gdzie szybko zoczył stojącego przy ladzie Alexandra. Poprawił jeden z juków przerzucony przez ramię, który zsunął mu się niewygodnie, po czym pokonał resztkę dzielącego ich dystansu słysząc część urwanej wypowiedzi karczmarza:
- …tam łóżka macie dwa, ale zsunięte razem, to będziesz sobie musiał Pan z synem rozsunąć. Ale tam bym wam dał nawet za darmo spać po wsze czasy jakbyście mi duchy wypędzili, bo jęki tam goście słyszą po nocach i jeden mi ze strachu prawie z okna wyskoczył, dureń jeden. – mężczyzna sapnął z niezadowoleniem i wymienił spojrzenia z jednym z gości, który siedział przy stoliku obok i chwile wcześniej musiał również uczestniczyć w wymianie zdań gospodarza z Alexandrem. – Także albo pojedynczy za dwa złota albo podwójny za darmo, tylko dopłata za żarcie i zabieracie jęki ze sobą – podjął mężczyzna targując się. – A jak mi jeszcze na koniec powiecie co tak jęczało to wam kolacje od żonki za darmo postawię! I jeszcze ją dorzucę! – zarechotał.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Maj 18, 2018 7:17 pm

Ścisnął delikatnie udami gorące boki Ai, która parsknęła cicho, nieco tylko przyspieszając stępa, który teraz, po minionych ekscesach wydawał się niemal leniwą rozrywką. Spokojny i miarowy, jednak w żadnym stopniu nie mógł być nudny, kiedy miało się pod sobą takie zwierze i Alex przekonywał się o tym z wyraźną satysfakcją. Z delikatnym uśmiechem i satysfakcją wypisaną w ciemnych oczach, kiedy bujał się nieznacznie na boki w rytmie jej kroków. Było to związane głównie z jego absolutną i niepohamowaną fascynacją tą klaczą i każdym płynnym ruchem jej długich nóg i każdym ostrym smagnięciem jej przecinającego powietrze ze świstem bata, ogona.
Nagle jednak został wyrwany z tej cichej kontemplacji przez głośny, ciepły głos swojego ucznia, na którego przeniósł spojrzenie, przez chwilę tylko analizując to, co powiedział i ostatecznie pozwalając sobie na dobrotliwy uśmiech, pod którym ukrył swoje delikatne zakłopotanie tą uwagą.
W końcu był jego mistrzem, niemalże ojcem i opoką, kimś, komu chłopak mógł ufać i komu mógł powierzyć życie... A przez ułamek sekundy, miał wrażenie, że słyszał Emilię, która komentowała jego zachowanie, chwilę po tym, jak w wyjściowym surducie, wszedł do jeziora, znacząc jasny materiał gęstą, jadowicie zieloną rzęsą. Uśmiechając się przy tym do niej, stojącej na brzegu w koronkowej sukni, kiedy przynosił jej lilię, o której rozmawiali chwilę wcześniej...
Nie zdążył Oscarowi nic odpowiedzieć, odprowadzając jedynie jego plecy zdezorientowanym spojrzeniem, skupiając się ostatecznie na drugiej części jego wypowiedzi, do której potrafił odnieść się bez takiego problemu i analizowania słów, które usłyszał, a które nie do których nie do końca wiedział jak podejść, zaskoczony taką reakcją ze strony swojego ucznia.
- Postaram się więc, żeby był to coś wyjątkowego. - odparł jednak ciepło, zrównując się z chłopakiem, dosiadającym ożywionego po zabawie siwka.

Ostatni raz jeszcze zatoczył z Aią koło na klepisku przed stajnią, w której zamierzali zostawić na noc wierzchowce, tym razem nie na jej grzbiecie, a idąc obok, jak równy z równym. Chociaż w tym momencie, zdecydowanie nie czuł się jej równy. Spacerował przykurzonym po całym dniu podróży mundurze, spoconym karku i włosach, które przez całą drogą poddawały się wiatrowi bez najmniejszego oporu, zgadzając się na wszystkie jego igraszki i psoty. Patrzył, jak złota sierść mieni się, w gasnącym już, ciepłym świetle słońca, jednocześnie wdzięczny Oscarowi, że miał szanse spędzić z nią cały, długi dzień, jednocześnie jednak ciesząc się, że jutro wróci do Merego, do którego humorów przywykł na tyle, że niemal niepokojące było dla niego przejechać cały dzień bez nawet jednej dyskusji, na którą składały się tupnięcia mocnych kopyt i stanowcze ściskanie silnych boków łydkami.
Skończył oporządzać Aię i zamknął ją w boksie chwilę wcześniej niż jego uczeń, wciąż troskliwie zajmujący się drugim rumakiem, co wywołało na ustach Aleksa delikatny uśmiech. Lubił patrzeć na tego chłopaka, kiedy był tak spokojny i łagodny. W jakiś sposób go to uspokajało. Oznaczało, że wszystko było w porządku.
Nie przeszkadzając mu jednak przeszedł do izby, chcąc zająć się wszystkimi formalnościami, związanymi, chociażby z ich noclegiem, o którym jeszcze nie rozmawiali z właścicielem, jak zawsze na pierwszym miejscu stawiając zwierzęta i kiedy te już były napojone, nakarmione, czyste i z dachem nad głową, mogli zająć się sobą.
Alexander usiadł przy mocno już wysłużonym barze, z którego ślady błyszczącego w świetle lamp lakieru już dawno zeszły, odsłaniając matowe, blade drewno. Było ono jednak czyste i gładkie, wyraźnie sugerujące, że właściciel dbał o swój przybytek.
Zamówił kolację zarówno dla siebie, jak i dla chłopaka, mając nadzieję, że przez czas, kiedy nie podróżowali razem, nic nie zmieniło się, chociaż w tym względzie i wciąż smakowały mu podobne potrawy jak te, którymi zajadał się jako nastolatek.
- Duchy? - zerknął na mężczyznę z większym zainteresowaniem, kiedy z jego uprzejmej paplaniny wyłowił coś, co potencjalnie mogło być interesujące.
Doświadczenie co prawda nauczyło go nie przejmować się każdą uwagą o duchach i demonach, które okazywały się powiewami wiatru, topielcach, które rzekomo porywały niewiasty, a które ostatecznie wcale porwane nie były, a same uciekały z domów, oraz bestiach kradnących ptactwo, tak naprawdę wybywające na wycieczki do okolicznego lasu, przez niewielką szczerbę w płocie.
Zawsze jednak w takiej historii było choćby najmniejsze ziarnko prawdy, a jeśli w tej było go, choć odrobinę więcej, mieli szansę na darmowy nocleg. I to nie jeden.
- Nie śmiałbym zwrócić choćby spojrzenia do małżonki. - zapewnił, odchylając się nieco, kiedy usłyszał energiczne kroki, które powoli zaczynał już rozpoznawać bez chybienia.
Uśmiechnął się zachęcająco do Oscara, wskazując mu ruchem dłoni miejsce obok siebie.
- Podejdź drogi chłopcze - poprosił, przesuwając w jego stronę kubek z ciepłym napojem -Zamówiłem dla nas posiłek. Oraz pokój w towarzystwie zjaw, z którymi będziemy musieli porozmawiać. - dodał, tym samym zapewniając gospodarza, że właśnie na ten pokój się zdecydowali.
Mężczyzna, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw, klasnął w dłonie i obiecując większe porcje pieszczącego już kubki smakowe cudownym zapachem i obiecujące podniebieniu niewyobrażalne rozkosze, mięsa. I już chwilę później mieli okazję ich zasmakować, kiedy tuż przed nimi zostały postawione dwa talerze z kaszą i pieczenią, które stały się puste w zastraszająco szybkim tempie, pozostawiając po sobie rozgrzewające i rozleniwiające uczucie sytości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Maj 23, 2018 3:21 pm

Byron był głodny jak wilk. Skubnięte po drodze pajdy chleba grubo posmarowane masłem i okraszone od góry plastrami pysznego sera załatwiły kwestię umownego obiadu, ale od tamtej chwili minęło co najmniej pięć godzin. Mery i Aia dawno prawie topili łby w żłobie i to samo Oscar zamierzał zrobić ze swoim talerzem. Przyspieszył więc kroku i ostrożnie odłożył juki pod barem obok swojego krzesełka – przyzwyczajony do tego, że nikt nigdy nie był tak głupi, żeby spróbować ukraść bagaż podróżnym z bronią – nie kłopocząc się póki co z niesieniem go do pokoju. Po czym zasiadł tuż obok Aleksandra obejmując palcami gorące naczynie z naparem i witając się ze stojącym za barem gospodarzem skinieniem głowy.
- Tyle jeszcze usłyszałem. Dodatkowo stajenny opowiadał mi o tym, że mają tu „przeklęte bagniska”, do których nikt o zdrowych zmysłach się nie zapuszcza – dopowiedział rudzielec, przytykając zaraz kubek do ust i gasząc kilkoma łykami palące go od dłuższej chwili pragnienie.
Gospodarz wtedy ożywił się jeszcze mocniej i uderzył świeżo przetartym ścierą kuflem o blat.
- Tak! Tak jest! Dzieciaki nam tam giną, ot co! – kiwnął głową z oburzeniem i kilkoro siedzących naokoło mężczyzn przytaknęło mu pijacko, znosząc kufle. – Człowiek normalnie na spacer wyjść nie może, bo zaraz czuje, że śmierdzi z lasu niemożebnie, bo nawet dzika zwierzyna jak tam wdepnie to od razu się topi i z głodu zdycha, a potem rozkłada! Pełno tam ptaszysk i much, ale to nie wszystko, nie-nie! Stanley coś tam ponoć widział w nocy jak ze szukania paproci ze swoją babą z lasu wracał. Kurestwo udrapało mu nogę pazurzyskami! Ponoć małe i zwinne, a powykręcane jako jakiś szarlatan! Biedak uciekł i nawet się do swojego pola na skraju lasu nie zbliża! Córa Bucknera ponoć tam biedna nieboże gdzieś zabłądziła i stary już tylko wianuszki i zabawki jej duszyczce nosi, i jeszcze Mattersowi trzy owce rozerwało jak stada nie upilnował! A mówię wam wyglądało jakby je zgraja dzikich psów napadła! – Oczy miał szalone i natchnione kiedy o tym mówił. Wszyscy siedzący w najbliższym otoczeniu dopowiadali jeszcze coś, ale te kilka nieprzyjemnych historii wyrwanych z życia spokojnej wioski wystarczyło, by rudzielec posłał swojemu mistrzowi sugestywne spojrzenie. Ta sprawa zdecydowanie bardziej wchodziła w obszar ich zainteresowań i pracy niż niepokojące dźwięki w karczmarcznym pokoju na piętrze. Niemniej byliby głupcami, gdyby odmówili od dobrodzieja praktycznie darmowego noclegu.
Pieczeń smakowała cudownie, zwłaszcza kiedy mroczne historie o mordach i zaginięciach zastąpiły pijackie żarty. Idealnie zapeklowane i przygotowane mięso praktycznie rozpływało się w ustach i żarłoczny młodzik musiał poprosić o dokładkę kaszy. Z początku przystał na pół chochli, ale gospodyni na widok jego rumianego uśmiechu postanowiła bez zastanowienia nasypać mu po tej samej cenie ogromny kopiec i machnąć ręką na narzekającego coś o bankructwie męża. Taki obrazek jednoznacznie pokazywał, że gusta młodego mężczyzny nic a nic się nie zmieniły i Alec jak zwykle trafił idealnie.
Po sytym posiłku gospodarz szeleszcząc kółkiem kluczy zupełnie jak więzienny klawisz, poprowadził dwóch podróżnych na piętro, wzdłuż korytarza i otworzył całkiem obszerny pokój znajdujący się praktycznie na końcu. Wewnątrz dwa pojedyncze łóżka faktycznie były zsunięte razem, ale przynajmniej według właściciela można je było łatwo rozsunąć dla większego komfortu. Pomimo tego, że na parterze przy ludziach wydawał się rozeźlony niedorzeczną historią o duchach to w pokoju nie został zbyt długo życząc mężczyznom dobrej nocy i zostawiając odpaloną świeczkę w kaganku na komodzie obok drzwi.
- No i uciekł – parsknął Oscar odkładając juki pod tę samą komodę i prostując się, by rozmasować obolały kark. – Oh, dzięki wam dobre i hałaśliwe duchy za zapewnienie darmowego noclegu dwóm strudzonym i biednym wędrowcom! – Uniósł ręce ku górze i w kilka kroków podszedł do jednego z przyklejonych do siebie łóżek, by paść na niego plecami zanim podejmie decyzję o szybkiej kąpieli. Zaśmiał się pod nosem i wsunął dłonie za głowę, zerkając sprytnie na Aleksandra. – Jak myślisz, Alec, te duchy to: a) podróżni, którzy powołując się na mistyczne moce nie dające im spać, próbowali wydębić darmowy nocleg po fakcie, b) hałasy z dołu niesione rurami, c) sąsiedzi, d) potępione dusze szukające odwetu akurat na gościach tego pokoju? – Uśmiech nie schodził mu z ust, najwidoczniej wybornie go to bawiło. – Jak ty pójdziesz się myć, to ja rozsunę łóżka i zrobię coś, byśmy nie spali tu jak małżeństwo.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Maj 27, 2018 1:21 pm

Na wzmiankę o przeklętych bagniskach, przeniósł nieco bardziej zainteresowane spojrzenie, z gospodarza przybytku, w którym się stołowali, na Oscara. To brzmiało jak coś, czym zdecydowanie prędzej mogliby się zająć, niż zjawami, które swą obecnością odbierały spokój strudzonych podróżnych, siejąc w ich sercach zwątpienie i strach w umysłach. Przeklęte bagniska, upiorne zagajniki, czarcie pola, doliny krwi czy wyjące zamczyska, zwykle wszystkie miały chociaż jedną cechę wspólną, oczywiście poza sianiem postrachu wśród okolicznej ludności. I miał nadzieję, że tym razem również tak będzie, a owe łakome na niewinne życia bagna okażą się czymś więcej, niż tylko pijacką opowieścią powtarzaną co noc z ust do ust, aż ludzie sami zaczęli wierzyć, w legendę, którą stworzyli.
Nie pokazując po sobie delikatnego podekscytowania na wieść o istocie małej i zwinnej, która śmiała porwać chciwymi pazurami łydkę mężczyzny zapuszczającego się w las, sięgnął tylko po swój kubek ziołowego naparu, biorąc kilka drobnych łyków. Gorący napój spłynął w dół gardła, wciąż będąc w tej doskonałej temperaturze, jeszcze nieco parzącej język i podniebienie, a jednocześnie niewyrządzającej najmniejszej krzywdy.
Kiedy na nieco zmatowiony blat, przy którym siedzieli, trafiły duże talerze pełne strawy, od razu zabrał się do jedzenia, bo choć od początku starał się wyglądać na jedynie formalnie zainteresowanego kolacja, prawda była taka, że najchętniej wrzuciłby sobie całą porcję naraz do ust. W jej połowie jednak głód zmalał na tyle, po móc pogawędzić z właścicielem, kątem oka poświęcając chwilę uwagi kolejnej porcji pachnącego jedzenia, które trafiło na talerz jego ucznia.
- Nic dziwnego, że panu ten chłopak tak wyrósł, kiedy apetytem dorównuje dorastającemu wilkowi! - mężczyzna pokręcił głową, nie mogąc jednak najwyraźniej mieć żonie za złe hojnej dokładki, jaką dostał chłopak, kiedy ten, z takim apetytem pochłaniał kolejne łyżki.
Alexander zaś pokiwał głową, przyznając mu rację z niemal zbyt widocznym jak na siebie zapałem.
- Nie ma pan nawet pojęcia. - powiedział z przejęciem – Jak dziś pamiętam tę wyprawę, kiedy jechaliśmy w góry, zobaczyć, cóż za zwierz nie pozwala spać pasterzom. Jechaliśmy przez dobre kilkanaście godzin, od wczesnego ranka, do niemal ciemnej nocy, bez żadnego znaku, aż w końcu mój drogi uczeń nie wytrzymał, czemu zresztą się nie dziwię i w pełni popieram, bo odgłosy wydobywające się z jego brzucha, obudziłyby nieboszczyka, sięgnął po chleb i kiełbasę do juk. Jechaliśmy dalej, kiedy chłopak smacznie zajadał kolację i nie uwierzy pan, nagle tuż przed oczami świsnął nam cień, chowając się w krzakach i już myślałem, że nic się nie stało, ale ledwie odwróciłem się do mojego młodego towarzysza, zrozumiałem, że sprawa jest więcej niż poważna. - zawiesił głos, tym razem patrząc krótko na rudzielca, z rozbawieniem ledwie widocznym w oczach, kiedy opowiadał wyssaną z palca historię, którą wygrał w zakładzie – Ręce, w których trzymał jeszcze chwilę wcześniej cenną, pachnącą kiełbasę były puste, a buzię miał tak czerwoną z nerwów, że myślałem, że sam rzuci się w pogoń za zjawą-złodziejem. I niech mi pan uwierzy, tak się stało! Zebrał konia i ruszył pędem w owe krzaki, dopadając bestię kilkadziesiąt metrów dalej, gdzie bezcześciła jego posiłek, rozprawił się z nią jak prawdziwy wojownik, w końcu odzyskując swoją własność!
- Ach, wino, kobiety i kiełbasa! - zaśmiał się gospodarz – Oto co mężczyznę doprowadza do szału! A takiego chłopa niełatwo nakarmić, to i się zdenerwował! - dodał, wciąż śmiejąc się, podczas gdy Alex zabrał się z powrotem za kaszę, z przejęciem potakując każdemu kolejnemu słowu i dodając od siebie kilka groszy łagodnych kpin. - Ach! Marcelle, dla takiego woja śniadanie się porządne należy! Żeby mi zjawę z pokoju wypędził! - roześmiał się po raz ostatni, klepiąc Oscara w ramię, kiedy mijał go, by opowiedzieć historię siedzącym w głębi sali mężczyznom.
Posiłek skończyli w akompaniamencie śmiechów, obdarowywani rozbawionymi spojrzeniami i w wyśmienitej atmosferze zostali odprowadzeni do pokoju, gdzie mistrz bardzo chętnie zgodził się na sugestię chłopaka, jako pierwszy wchodząc do łazienki. Tam szybko pozbył się góry munduru, rozpiął koszulę i podwinął jej rękawy, jednak chcąc obmyć twarz, zmarszczył lekko brwi, kiedy przeszukując torbę, nie znalazł tam mydła.
Odetchnął ciężej, wchodząc z powrotem do pokoju, w według siebie wyjątkowo niestosownym wydaniu, szybko przeszukując resztę juk i z zadowoleniem wyciągając mydło, które rano musiał schować gdzie indziej, żeby wyschło.
- Przekonamy się, co to za duchy tutaj grasują. - powiedział jeszcze, zerkając przez okno, żeby zobaczyć, w jakim miejscu w budynku się znajdowali – Pokój przylega do drugiego domu, więc może istotnie, sąsiadom nie podoba się słuchanie zabaw do późna dzień w dzień... - dodał jeszcze, wracając w końcu do łazienki i tam rozbierając się już do końca.
Umył się dokładnie, jak zawsze, kiedy miał dostęp do bieżącej wody i kilkanaście minut później, wciąż z mokrymi włosami, w świeżej koszuli i spodniach, wrócił do pokoju, uśmiechając się na widok rozstawionych łóżek, przygotowanych, aby się już położyć.
Tak właśnie postąpił, zaraz po tym, jak pochował wszystko i przygotował na poranek, ze zgaszeniem światła czekając jeszcze, aż Oscar wróci z łazienki. Dopiero wtedy, kiedy obaj już leżeli w łóżkach, przykryci świeżą pościelą, na wyjątkowo wygodnych w porównaniu do twardej ziemi materacach, zgasili lampy, pozwalając sobie wypocząć przed pełnym pracy dniem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Maj 29, 2018 10:51 am

"Bóg, honor i kiełbasa" - takie i temu podobne naigrywania towarzyszyły dzielnemu wojowi i obżartuchowi do końca powiększonemu o chochlę kaszy posiłku. Alexander postarał się, by w kameralnym kręgu stałych bywalców karczmy w Greenwith jego rudowłosy towarzysz zaczął być uważany za łasucha, który swoją drogę walki z wampirami rozpoczął od ukradzionego jedzenia. I po dziś dzień kontynuuje ją w ramach zemsty i na zaś, by następnie móc bezpiecznie pałaszować w podróży. Ludzie śmiejąc się przymykali na to oko i nie dopytywali jaki pożytek młodzieniec przynosi znamiennitemu łowcy - najwidoczniej słusznie nie chcąc psuć bardzo wygodnej i swobodnej atmosfery. A samemu młodzieńcowi widocznie odpowiadał ten stan rzeczy, bo od kilku lat świadomie wyrósł z potrzeby udowadniania swojej odwagi i siły każdemu mijanemu na trakcie żebrakowi - jak to mały chłopiec z zaciętą miną i zmarszczonym, piegowatym nosem. Teraz śmiał się z nimi dopijając postawione mu piwo i dodając jeszcze więcej życia do naprędce zmyślonej historii.
Tego wieczora światła w karczmie długo nie gasły i przez otwarte okienka śmiech niósł się cichym i małym rynkiem do nieprzyzwoicie późnej godziny - gdy światło w sali w końcu zgasło, delikatniejsze zapaliło się jeszcze na chwil kilka w mniejszym okienku na piętrze, gdzie starszy z bywalców umknął do łazienki odświeżyć się przed snem, a młodszy zabrał za uwijanie im legowiska. Starał się być przy tym maksymalnie jak najciszej, ale przesunięcie solidnego łóżka z mocnym dębowym szkieletem nie było tak dziecinną igraszką jak twierdził gospodarz. Młodzik postawił sobie jednak za punkt honoru doprowadzenie pokoju do właściwego porządku. Sapał więc, jeździł nogami łóżka po podłodze pozostawiając leciutkie rysy, planował jak zachować przestronność pomimo tego małego przemeblowania i kiedy sądził, że już nie może być trudniej to drzwi pokoju otworzyły się szybciej niż myślał i zjawisko odwracające jego uwagę przedefilowało spokojnie do juków. I nagle podniesione od boku łoże zaczęło ważyć tyle co poduszka pełna pierza i zdawać by się mogło, że Oscar podniósłby je samym gorącym oddechem, który prędko opuścił jego półotwarte usta. Zagadnięty przez Alexandra orientując się szybko je zamknął i zmuszając się cofnął spojrzenie z powrotem na taszczony mebel. Tak by nie patrzeć na to jak przy najdrobniejszym ruchu - swobodnym i mimo zmęczenia wciąż pełnym leniwej gracji - poły jasnej koszuli ocierają się o umięśnione boki, lub kusząco zsuwają na kilka milimetrów z ramion ukazując apetycznie wystające kości obojczyka, zbiegające się tuż pod szyją w charakterystyczny dołeczek. Chłopak przełknął ciężko ślinę, odbąkując coś (nawet nie pamiętając co) na wzmiankę o przyklejonych do karczmy sąsiadach i trwał tak zawieszony aż drzwi na powrót nie zamknęły się za wychodzącym do łazienki mężczyzną. Wtedy Oscar powoli opuścił łóżko, czując jak z przeciążenia mięśnie rąk dygoczą mu jak w gorączce i chrząknął, próbując przywrócić swojej postawie nieco profesjonalizmu w całym morzu szczeniackiego odurzenia niecodziennym widokiem. Nie mogąc sobie jednak poradzić bez pomocy z zewnątrz po prostu chwycił za poduszkę i z opanowaniem przycisnął ją sobie do twarzy, by maksymalnie zdusić rodzący się w nim krzyk, który desperacko potrzebował ujścia.
A potem wrócił do rozsuwania łóżek, by jego zjawisko przywitał obiecany widok.
Wymienili się łazienką po kilkudziesięciu minutach, by i rudzielec mógł się odprężyć na szczęście nie zapominając swojego ziołowego mydła i pasty, by móc podczas napastliwego szorowania zębów bulgotać do siebie coś o spokoju i opanowaniu, jednocześnie widząc w niewielkim lustrze, że barwa jego twarzy zaczyna niebezpiecznie przybliżać się do koloru włosów. Dopiero diabelnie zimny prysznic załatwił sprawę na tyle, by móc bezpiecznie i bez zażenowania wrócić do przeklętego i nawiedzonego pokoju, i po życzeniu spokojnej nocy Alecowi udać się na spoczynek. Z początku odrobinę niespokojny i pełen wyobrażeń miękkiej, jasnej skóry, rozwianych włosów i podwiniętych rękawów białej koszuli, ale w końcu odprowadzany przez liczne scenariusze prosto do krainy, gdzie wszystko było możliwe i o niebo łatwiejsze.

Dopiero późno w nocy, kiedy sen zagarnął już najpewniej wszystkich mieszkańców spokojnej wsi, w pokoju coś głucho syknęło. Był to dźwięk niski, bardzo mocno niepokojący, głośny, bo przecedzony przez grube mury budynku i jeszcze grubszą barykadę pogrążonego w letargu umysłu. Syk czegoś, czego nie powinno tutaj być. Nie było trzepotu błoniastych skrzydeł, ale do uszu dotarł zgrzyt grubych, krótkich pazurów żłobiących ścianę budynku, bulgot z głębokiej gardzieli i mlaśnięcie nieprzyzwoicie wielkiej paszczy z rzędem ostrych, powykrzywianych do środka jak u pijawki zębów. A potem konkretny, głośny wrzask.
Oscar automatycznie podniósł się do siadu i zamarł w bezruchu nasłuchując. Nie sięgnął po broń, było słychać, że wrzask podchodzi gdzieś z daleka... jakby z dworu, albo z sali pod nimi. Że przechodzi zawodzeniem przez ściany i oscyluje w ich pokoju, wyciągając ze snu nawet umarłego.
- To nie duchy... - mruknął bardziej do siebie niż kogokolwiek innego, od razu przenosząc wzrok na drugie łóżko.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Maj 30, 2018 10:04 pm

Zawsze zasypiał długo. Nie miało znaczenia, czy leżał schowany głęboko w śpiworze, chroniąc się od nocnych stworów, które zwabione ciepłem ciała leżącego na ziemi i tak dostępnego, gotowe były wsunąć się pod materiał, czy też w gospodzie. W ciepłym łóżku, na materacu, otulony czystą pościelą. Kiedy już nocowali w mieście, zawsze starał się wybrać jak najbardziej przyzwoite miejsce, głównie dlatego, że będąc zupełnie szczerym, wolał spać na klepisku wokół dogasającego ogniska, niż na starym, przepoconym materacu, pod brudną kołdrą. Prędzej spałby na podłodze, niż położył głowę na nieświeżej poduszce, co prawdopodobnie było czymś całkiem zbędnym w codziennym funkcjonowaniu i wpojonym jedynie przez jego matkę, jeszcze za młodu, kiedy każdego wieczora kładł się w chłodnym, pachnącym czystością łóżku.
Nawet wtedy jednak, czując się tak bezpiecznie, jak już nigdy potem, nie potrafił zasnąć szybko. Spędzał długie minuty, a czasem nawet godziny, leżąc tylko i słuchając tego, co działo się wokół, czerpiąc przyjemność z samego tylko faktu, że leżał i mógł zamknąć oczy. Odpoczywał w ten sposób, póki nie zaczynał czuć tej cudownie przygniatającej ciężkości umysłu, która powoli ściągała go coraz niżej i niżej, aż w końcu całkiem odpływał i pozwalał sobie zasnąć. Tak jak teraz. I podobnie jak poprzedniego wieczora, kiedy w końcu miał okazję znów zasnąć, uspokojony miarowym, głębokim oddechem obok, który świadczył o tym, że Oscar nie miał podobnych problemów ze snem.
Nie dane mu było niestety spać długo, a jednak, kiedy w końcu otworzył oczy, był tak trzeźwy i wybudzony, jakby był sam środek dnia.
Głośne zawodzenie wyrwało go brutalnie ze snu, jednak nie podniósł się do siadu. Słysząc, że przeszywający, docierający do samej duszy dźwięk nie ma swego źródła w ich najbliższym otoczeniu, znieruchomiał, nasłuchując. Jednocześnie rozglądał się pobieżnie po pomieszczeniu, zawieszając spojrzenie na krótką chwilę na drzwiach, przypominając sobie, czy na pewno były zamknięte, na oknie, czy w ogóle je otwierali oraz drzwiach łazienki, gdzie znajdowały się kolejne miejsce, przez które to coś mogłoby dostać się do środka, gdyby właśnie to było jego celem.
W tym samym czasie Oscar uniósł się do siadu, samemu obierając najwyraźniej podobną strategię, wstępnej oceny zagrożenia, jak zawsze, kiedy następowała podobna sytuacja. Robienie czegokolwiek na ślepo, rzadko kiedy było dobrym rozwiązaniem, o czym mieli okazje się przekonać już nie jedno i nie dwukrotnie.
Dopiero słysząc jego słowa, uniósł się na łokciach, kiwając głową na potwierdzenie.
- To nie tutaj. - powiedział, przesuwając spojrzenie na chłopaka, wciąż nasłuchując źródła niepokojących odgłosów.
Mokry, mlaszczący dźwięk jednak ustał, by po krótkiej chwili rozbrzmieć ponownie i jedyne co przywodził on na myśl Alexandrowi, to gęsta, brudna ślina spływająca lepką strugą po bladych wargach i brodzie. Ostry, drażniący dźwięk pazurów ryjących jakby ledwie za ścianą, w końcu zmusił go do zgrabnego uniesienia się. Usiadł na krawędzi przyjemnie uginającego się pod jego ciężarem materaca i sprawnie włożył buty, starając się nie zrobić najmniejszego nawet hałasu, który mógłby zwrócić uwagę stwora na ich pokój. Bezgłośnie przeszedł do okna, stając z jego boku i próbując dojrzeć cokolwiek, co mogłoby być jakąś wskazówką.
- Jest... W środku. - powiedział, marszcząc brwi i obdarzając chłopaka krótkim spojrzeniem, zanim wrócił nim do okna, kiedy znów w pokoju rozległo się do rozdzierające duszę zawodzenie – Na dole?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Cze 02, 2018 12:00 am

Pościel, zsuwana powoli przez Oscara z jego ciała zaszeleściła w takt nagłego, niespokojnego zrywu zawodzącej bestii, która miotnęła się agresywnie robiąc pewnie kilka kroków, ale nie oddalając się specjalnie od źródła dotychczasowych hałasów. Zwykle rudzielec sam jęczał z niezadowoleniem kiedy chłód otoczenia atakował jego nagrzaną pościelą i snem skórę – zwłaszcza kiedy był to rześki poranek albo środek nocy – tym razem jednak profesjonalizm i adrenalina zdusiły w zarodku dziecinne grymaszenie i Byron w kilka chwil znalazł się poza terenem łóżka, zarzucając na nagi tors koszulę, najwidoczniej przejmując się mniej niż jego mistrz chwilowym brakiem obuwia.
- Ale to bez sensu... – sapnął, mimo wszystko pokonując w ciszy dystans dzielący go od juków i łapiąc za kosz drzemiącego wciąż w pochwie rapiera. - To brzmi jak jeden ze ścierwojadów, a dla nich nawet cmentarz jest zbyt ruchliwym miejscem… Czyżby przyszedł wylać gorzkie żale przy szklaneczce miodu? – szepnął niby żartem, mimo tego, że nie specjalnie było mu do śmiechu. Specyficzne obrzydlistwa, które tak zawodziły, były czymś na kształt „odpadów” po atakach wampirów. Ludzkimi ofiarami albo innych ghouli, albo samych krwiopijców, wyssanymi do cna i porzuconymi bez kropli krwi. Śmierć dla nich nie nadchodziła, a zamiast niej tracili kontakt z rzeczywistością i całe poprzednie życia, trwając w nieustającym głodzie mięsa i krwi, z rozkoszą zabierając się nawet za gnijącą padlinę i nie popuszczając żadnym resztkom. W końcu przestawali przypominać ludzi, a powykrzywiane pokraki o nienaturalnie długich nogach i rękach – jak bestie z dziecięcych koszmarów, mimo rzekomej niedołężności diabelnie zwinne i szybkie. Dla zwykłych szarych wieśniaków nadal pozostawały bardzo niebezpieczne, ale większość wojowników po naukach walki zwykle dawała sobie z nimi radę – albo dekapitacją, albo ogniem. Dlatego też tchórzliwi padlinożercy trzymali się relatywnie z dala od dużych skupisk ludzkich (zwłaszcza miast) i atakowali zawsze samotną ofiarę. Najbardziej ukochawszy sobie małe dzieci…
Oscar zbliżył się do drzwi pokoju i przyłożył do nich ucho, nasłuchując w skupieniu czy dźwięk niesie się głośniej korytarzem. Wiedział dobrze, że to nie strach przed starciem trzyma ich obu w tym pokoju, ale utrzymanie możliwego elementu zaskoczenia. Jeden ghoul, nieważne jak wielki, nie miałby nawet z pojedynczym łowcą najmniejszych szans, ale potrafił naprawdę szybko uciec i na nowo ukryć się tam, gdzie ciężko będzie go na powrót znaleźć lub skąd wywabić – dlatego aż szkoda było przepuścić okazję łatwego polowania, które praktycznie samo wsuwało się pod nóż.
- Nie mam pojęcia. – Pokręcił lekko głową odsuwając się w końcu i łapiąc w ciszy za klamkę. - Głos niesie się tak równomiernie, że mógłby być nawet na strychu. Nie zaszkodzi jednak się upewnić. Zatańczymy? – Posłał Alexandrowi rozkosznie złowrogi uśmiech pełen miażdżącej pewności siebie i z cichutkim jękiem uchylił drewniane drzwi, puszczając go przodem, z lekkim sykiem zsuwając pochwę z ostrza swojej broni, które to przebudziło się natychmiast, łapiąc na wypolerowaną stal srebrne światło księżyca. - Pamiętaj tylko o mojej przegranej. Ja go dobijam. Postaraj się więc proszę, by pierwszy z zadanych przez ciebie ciosów nie był od razu śmiertelny.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Cze 10, 2018 11:19 pm

Jeszcze chwilę patrzył za okno. Wodził spojrzeniem po nieco nierówno ułożonych, szarych cegłach, po których od ziemi wspinał się już mech i zieleniły się glony, korzystając z wilgoci tuż przy gruncie. Wyżej znajdowały się jakby niepasujące do murku deski, które musiały być nie tak dawno temu wymieniane, lub pokrywane nowymi, bo były zaskakująco czyste i mocne. Bez nawet śladu żłobień, które mogły zostawić długie, ostre szpony istoty, której rozdzierający jęk znów dotarł ich uszu, chociaż niemożliwym wydawało się zlokalizowanie miejsca, z którego pochodził. Jakby był jednocześnie nad nimi, na strychu, w głównej izbie i tuż za ścianą, a jedyną wskazówką był ostry dźwięk pazurów ryjących ściany.
Odwrócił głowę, dopiero kiedy łóżko Oscara zaskrzypiało cichutko, kiedy ten podnosił się z ciepłego, przyjemnie wyrobionego materaca.
- Może jakimś cudem się tu zapuścił i wszedł w jakąś szczelinę, a teraz ma problem z tym, aby znaleźć drogę powrotną. - zaproponował, samemu uważając, że nawet to rozwiązanie jest nieco naciągane.
Jednocześnie nie miał innego pomysłu, co tutaj robiło to stworzenie. To jednak nie było aż tak istotne, póki mogli je znaleźć i się go pozbyć.
Sam również już się nie ociągał, wyjątkowo darując sobie zakładanie munduru i tylko w spodniach oraz koszuli, wyciągnął swoją broń, pozwalając chłopakowi podejść pierwszemu do drzwi i grzecznie znieruchomiał, kiedy ten nasłuchiwał.
Być może nie była to najniebezpieczniejsza sytuacja, w jakiej obaj się znaleźli, jednak żaden z nich nie chciał spłoszyć bestii, ani pojawić się, nieprzygotowanym na jej obecność. Musieli być pewni, że korytarz właśnie, nie jest miejscem, które potwór upodobał sobie na nocne przechadzki i dopiero kiedy jego uczeń się o tym przekonał, nacisnął klamkę, która kliknęła cicho, poprzedzając skrzekliwy szept zawiasów, kiedy drzwi się otworzyły.
- Nie śmiałbym odmówić. - odpowiedział, kiwając głową na przypomnienie o ich małym zakładzie – Jeśli sam nie nabije się na ostrze, nawet go nie drasnę. - obiecał.
Przepuszczony, jako pierwszy zrobił krok na korytarz, unosząc głowę do góry na tyle, by móc ogarnąć spojrzeniem powierzchnię wąskiego sufitu, na wypadek, gdyby w którymś z rogów miało się coś czaić. Nic podobnego jednak nie miało miejsca, a Alexader postąpił kolejny krok do przodu, stawiając miękko kroki, by nie robić niepotrzebnego hałasu na wysłużonych, mało stabilnych deskach podłogi. A następnie wyślizganych, porysowanych przez niezliczone pary ciężkich, zdobionych ostrogami butów, stopnie. Te skrzypiały nieco głośniej, nawet kiedy starał się iść powoli i rozkładać ciężar, za poręcz zaś nawet nie łapał w obawie przed rozrywającym ciszę skrzypnięciem.
W głównej izbie było niepokojąco pusto. Głównie w kontraście z tym, jak gwarne i tłoczne było to miejsce ostatnim razem, kiedy mieli okazję spędzać tutaj czas. Stoły były wyczyszczone, a na niektórych wciąż leżały odwrócone do góry nogami krzesła, pozostawione w ten sposób przez gospodynię, która jeszcze przed pójściem spać najpewniej myła podłogę.
Postąpił w głąb sali, kiedy rozległo się w niej warknięcie, a ręka z bronią sama się uniosła i zaraz znów opadła, kiedy źródłem dźwięku okazał się leżący w kącie sali mężczyzna, którego gospodarz najwyraźniej nie miał serca wyrzucić. Lub zwyczajnie go nie zauważył.
Obejrzawszy całe pomieszczenie, odwrócił się w stronę Oscara, łapiąc jego spojrzenie i własnym pokazując mu drzwi do kolejnego, a nie widząc żadnego sprzeciwu, właśnie tam się skierował.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Cze 15, 2018 5:46 pm

Maleńkie kamyczki, dzieci bestialskiego rycia pazurów w ścianie, opadały na podłogę i nawet ich szczebiot był tak wyraźny, jakby miały za chwilę doturlać się pod same buty łowców. Dodatkowo do nieznośnej kawalkady dźwięków tuż przed wyjściem Oscara z pokoju doszedł jeszcze kolejny, tym bardziej niepokojący: ciche podzwanianie łańcucha. Dźwięki przycichły znacznie na korytarzu i stopniowo milkły w miarę zbliżania się do schodów, ale możliwe, że potwór albo ich usłyszał, albo mógł wleźć w jakąś komórkę w głównej sali znajdującą się tuż pod ich pokojem. Dźwięk łańcucha nie dawał Oscarowi spokoju, tak samo jak pewien bardzo charakterystyczny aspekt towarzyszący ghulom i miejscom ich żerowania: przejmujący, doprowadzający do mdłości, słodki zapach rozkładającej się padliny. I nawet jeśli nie pochodziłby on ze zjadanej zdobyczy to praktycznie zawsze wydobywał z obrzydliwej paszczy ścierwojada. A tu pachniało wciąż subtelną nutką pitnego miodu i strawy. Nie śmierdziało ani w ich pokoju, ani na korytarzu, ani tym bardziej w głównej sali, choć na dole znowu dało się słyszeć znacznie cichsze drapanie i żałosne pojękiwania.
Oscar przystanął na dole schodów i przyjrzał śpiącemu na ławce mężczyźnie. Jeśli ghoul byłby w środku, to biedaczyna dawno pożegnałby się z życiem, ale możliwe, że głodny potwór wyszedł z lasu i nie pamiętając już idei drzwi próbował właśnie w tej chwili przedrapać się do śpiącej ofiary przez ścianę.
- Zobaczę czy nie jest na dworze... – szepnął nieco głośniej, rozdzielając się z Alexandrem, kiedy ten szedł zobaczyć czy przypadkiem więzieniem nie okazał się jakiś dodatkowy pokój czy może toaleta, do której prowadziły dodatkowe drzwi bardziej na prawo. - Może drapie o ścianę obok rynny i doleciało aż do nas – dopowiedział chyba bardziej sam do siebie, tak samo jak jego mistrz wcześniej mocno naciągając bardzo dziwne zjawisko i zachowanie znanego im przecież bardzo dobrze potwora.
To wszystko było co najmniej dziwne i Byron był coraz mniej przekonany do tego czy to prawda, czy może obaj padli ofiarą jakiegoś głupiego żartu gospodarza. Niemniej trzymał fason i postanowił zachować się profesjonalnie, bo jeśli podjąłby złą decyzję to bardzo możliwe, że miałby po dzisiejszej nocy czyjeś życie na sumieniu. Drzwi były tylko przymknięte, więc rudzielec ledwie nacisnął na klamkę i powoli otworzył ich skrzydło tylko na tyle, by prześlizgnąć się smukłym ciałem obok framugi i wyjść w ciemność parnej nocy. Tu dźwięki ucichły całkowicie, ale bardzo możliwe, że ghoul po prostu zdał sobie sprawę z pogoni i mógł zaprzestać kopania na rzecz zamarcia w bezruchu. Jeśli faktycznie byłby na dworze i teraz uciekł z powrotem w las, to Oscar bez konia nie dałby rady go dogonić i nawet nie zamierzał próbować, jednak zawsze lepiej przepłoszyć stwora i zasadzić się na niego następnego dnia, niż dać mu spokojnie chodzić po wsi. Chłopak więc chwycił broń pewniej i zaczął spokojnie obchodzić budynek dookoła, aż nie natrafił na doklejony do gospody dom. Przesmyk pomiędzy budynkami miał ledwie kilka centymetrów, więc musiał chcąc nie chcąc obejść też sam budynek i dokończyć krótką podróż, by na końcu z powrotem stanąć w drzwiach gospody, już z większą swobodą. Nic przed nim nie umknęło, a ghoule podczas pogoni najczęściej bywają dość hałaśliwe, więc zaczynał powoli czuć się jak głupiec. Miał jednak nadzieję, że Alexander wpadł na lepszy trop.
Nie chcąc mu przeszkadzać wszedł do środka, z cichym kliknięciem zamknął drzwi i zdał sobie sprawę, że drapanie lekko przycichło, ale nie ustało.
- Alex…? – zagadnął nieco głośniej od szeptu,nie mogąc odnaleźć mistrza wzrokiem. - Na zewnątrz niczego nie było.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sob Cze 23, 2018 11:04 pm

Postąpił krok w kierunku zamkniętych drzwi, zaraz obok mężczyzny leżącego na posadzce, błogo nieświadomego wilgotnych odgłosów mlaskania, przywodzących na myśl paszczę, pełną śliny mieszającej się z krwią i mięsnymi ochłapami, rwanymi przez wielkie, zakrzywione zębiska. Słysząc głos Oscara, odwrócił do niego tylko głowę i kiwnął na zgodę, tłumiąc w sobie chęć wybrania się na obchód razem z nim.
Wciąż miał trudność z przyjęciem do świadomości tego, że skoro chłopak przeżył bez niego całe cztery lata, teraz również nic się nie stanie, jeśli pozwoli mu samemu wyjść, zobaczyć, co się dzieje. Ciężko jednak było walczyć z wieloletnimi przyzwyczajeniami, które teraz wręcz krzyczały za każdym razem, kiedy chłopakowi mgło się cokolwiek stać. W końcu dopiero co wrócił! Nie można było pozwolić na to, by cokolwiek złego mu się stało. Nie, teraz kiedy znów wszystko było na swoim miejscu, a wieczorem Alexandra usypiał spokojny oddech z materaca tuż obok.
Chwilę czekał i dopiero słysząc ciche, głuche uderzenie grubych desek o framugę, sygnalizujące, że jego uczeń opuścił karczmę, jeszcze raz rozejrzał się po pomieszczeniu. Jego wzrok zatrzymał się na niskich, dwuskrzydłowych drzwiach, które oddzielały kuchnię od sali i ostatecznie najpierw właśnie tam się skierował.
Odsunął jedno skrzydło, wsuwając się do środka i z lekką konsternacją zauważając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Blaty lśniące czystością, warzywa z boku pomieszczenia czekały na swoją kolej, aby przyczynić się do napełnienia brzuchów strudzonych wędrowców, oraz kieszeni gospodarzy, garnki za to i naczynia umyte i przygotowane na następny dzień morderczych zmagań z gośćmi przybytku. I jedyne co tak bardzo nie pasowało i tak mocno psuło całe wrażenie, to przeklęte drapanie, które tutaj jednak było słychać zdecydowanie mniej, niż w jadalni. I jeszcze bardziej zdecydowanie mniej niż na piętrze.
Ściągnął brwi, przechodząc wokół stołu pośrodku i ostatecznie wychodząc z kuchni.
Przeszedł przez salę, minął rząd stołów i mężczyznę, docierając w końcu do drugich drzwi. Położył dłoń na chłodnej klamce i nacisnął ją lekko, czując opór charakterystyczny dla starych mechanizmów, już u schyłku swojej służby. Chwilową ciszę złamało kliknięcie, wrota się otworzyły, serce zaś zabiło mu szybciej, kiedy wściekłe drapanie się nasiliło.
Odwrócił się, jednak nic za sobą nie zobaczył, od razu więc pokierował wzrok na równie pusty sufit i w końcu ścianę naprzeciwko. Dźwięk jakby dochodził zewsząd, a jednocześnie z żadnego miejsca tutaj, chociaż był jeszcze wyraźniejszy, niż w ich pokoju.
Za plecami usłyszał skrzypienie starych zawiasów, dźwigających ciężkie, drewniane drzwi prowadzące do głównej sali karczmy z zewnątrz i domyślił się, że Oscar wracał właśnie ze swojego krótkiego spaceru wokół budynku. Chwilę później, jego podejrzenia tylko potwierdził cichy dźwięk kroków stawianych na wyślizganej podłodze. Z doświadczeniem i wprawą, prawie bezgłośne i zdradzane tylko urywanymi jękami starych desek.
- Oscar. Podejdź, proszę. - poprosił cicho, odwracając się w jego stronę, i chwilę czekając, aż jego towarzysz podejdzie, aby podzielić się z nim tym, co odkrył – Za tą ścianą jest drugi budynek. - powiedział, samemu chcąc jakoś poukładać wszystko, czego się dowiedzieli - Ale trudno powiedzieć, żeby to było tam... A na zewnątrz nic nie słychać. To dosyć... Niezwykła sytuacja. - przyznał, milknąc akurat, kiedy w pokoju zadźwięczał metaliczny szczebiot łańcuchów, jakby potwierdzając jego słowa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Cze 27, 2018 12:27 am

Zimny wiatr pieszczący powiewami mury uśpionych domów orzeźwiał umysł i do pewnego stopnia zmniejszał wagę powiek, które po forsownej podróży same się zamykały. W pierwszej chwili adrenalina zadziałała i gładko wyrwała Byrona z łóżka, ale obecnie, kiedy bardziej niż drapieżnik na polowaniu czuł się jak głupiec w cyrku, zaczynała wracać doń cichutka i wyjątkowo nieprofesjonalna potrzeba powrotu do łóżka. Zdusił ją, strząsając z siebie jak pelerynę ciepłego wspomnienia wygodnego łóżka i miękkiej pościeli, a ta upadła z szelestem na próg gospody. W przejściu mężczyzna roztarł dłońmi z lekka zmarznięte ramiona i zawołany podszedł ostrożnie do drugiego z detektywów.
Alexander już z daleka wyglądał na równie zmęczonego i ogłupionego tą wręcz durną sytuacją. Dawno opuścił rapier i rozluźnił ramiona, nie zwracał uwagi na ślizgające po jego bokach poły białej, wygniecionej koszuli… Był w rozkosznym, wyciągniętym z łóżka w środku nocy nieładzie, a mimo wszystko wciąż robił to samo, niezmiennie piorunujące wrażenie. I Oscar był pewien, że nie tylko na nim. Tak jak był pewien, że naga skóra jego mistrza nie powinna w tej chwili odwracać jego uwagi. Chrząknął wtedy znacząco, przywracając samego siebie do porządku i przyjrzał uważniej drewnianej ścianie. Obaj musieli w tej chwili wyglądać jak biedacy, którzy przesadzili z opium i znaleźli interesujące hobby.
- Wracając tu myślałem by sprawdzić jeszcze dach, ale myślę, że to kompletnie bez sensu, a ten budynek doklejony do karczmy jest faktycznie mniej, więcej w tym miejscu. Nie wyglądał na opuszczony, a skoro ghoula słyszymy tak wyraźnie, to dotarłyby też do nas krzyki atakowanych mieszkańców albo elementy szamotaniny… Na dodatek potwór zachowuje się za głośno, zupełnie nie tak jakby wychodził na żer... A mimo to stojąc tu przychodzi mi na myśl albo tamten dom, albo piwnica – myślał głośno i ze zmęczeniem potarł się dłonią po karku. - Czuję się jak naiwny głupiec. Jeśli ktoś teraz stroi sobie z nas żarty, to ma właśnie niezły ubaw. No i jeszcze te...
I nagle jakby go olśniło. Aż przyskoczył bliżej Alexandra.
- Właśnie, łańcuchy! Jest uwięziony, może się gdzieś zaklinował? – Nawet przestał szeptać, uznając, iż zaczajanie się na uwiezionego stwora nie wymagało wyjątkowej ostrożności. - To by miało sens! A przynajmniej więcej niż to, co myślałem dotychczas. Może jest w piwnicy karczmy? Albo w jakimś składziku w tym domu obok? Mógł wyczuć mięsiwo i zaplatać się w pułapkę, albo w zwykłą sieć z łańcuchów. Za dnia przerażony odgłosami ludzi milczy i wyje dopiero w nocy próbując się wydostać, dlatego od jakiegoś czasu słyszą go inni goście! I dlatego drapie ściany! – Uśmiechną się szeroko, z wyraźną ulgą. Nawet jeśli mógł się całkowicie mylić, to widocznie była mu potrzebna ta odrobina sensu w tej sytuacji. Spojrzał pod swoje buty. - Jest gdzieś tam pod nami i nie może wyjść… A jak przeryjemy się przez podłogę to gospodarz zrobi z nas kolejną, nawet jeśli wspomnimy coś o dobrych chęciach. Może jest wejście do piwnic od zewnątrz i jutro karczmarz pewnie je nam pokaże. A jak tam nic nie będzie to zapukamy do domostwa obok. Pewne jest tylko to, że dziś już i tak nic nie zwojujemy. Jeśli ostatnie tygodnie goście słyszeli go noc w noc, to dziś na pewno nie zwieje. Moglibyśmy... – ziewnął aktorsko i podniósł ręce wysoko nad głowę, uśmiechając się leniwie. - ...na przykład wrócić do łóżka? Co, Alec?
Naprawdę nie chciał by brzmiało to tak jak zabrzmiało.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Lip 01, 2018 11:41 pm

Opuścił rapier już chwilę temu, pozwalając zawisnąć jego czubkowi tuż nad wysłużoną podłogą, nie dotykając nim jednak drewnianego parkietu, co nie miało nic wspólnego z dbałością o cudzą własność, chociaż tej nigdy mu nie brakowało. Bardziej martwiłby się o swoją broń, którą traktował jak przedłużenie własnej ręki, a obchodził się z nią stokroć delikatniej niż z własnymi dłońmi. Przynajmniej do momentu, kiedy miał okazję w końcu pozwolić jej zaśpiewać, a na którą zupełnie już się nie zapowiadało.
Serce już dawno zwolniło do swojego zwyczajnego marszu, nie przemęczając się bardziej, niż było to konieczne, adrenalina zaś, która do tej pory wyostrzała jego zmysły, zdawała się zniknąć zupełnie.
Zamyślił się i odpłynął nieco, wpatrując się w ścianę, która zdawała się skrywać odpowiedź zagadki, z jaką dane im było się mierzyć, stojąc w negliżu, w środku nocy w pustej karczmie. W akompaniamencie wilgotnego mlaskania, metalicznego szczebiotu i przyprawiającego o dreszcze dźwięku, jaki wydawały kruszące kamień pazury.
Ocknął się, dopiero kiedy Oscar wykonał gwałtowny krok w jego stronę, a wszystkie niepokojące dźwięki wokół, zostały dla Alexandra zagłuszone, przez podekscytowany baryton, jaki wydobywał się z ust jego ucznia. I chociaż nie przyznałby tego na głos, to był chyba jeden z jego ulubionych dźwięków.
Wysłuchał go, lekko ledwie marszcząc brwi, kiedy słowa chłopaka wpadały do jego głowy, splatając się ze wszystkimi scenariuszami, którymi on sam już próbował wytłumaczyć sobie tę niecodzienną sytuację. I w jakiś sposób potwierdziło to jego własne przypuszczenia, choć nie odpowiedziało na pewne pytania, które obijały się o jego umysł tylko coraz głośniej, kiedy okazało się, że rudzielec również nie ma na nie odpowiedzi.
- Sądzę, drogi chłopcze, że gdyby to była pułapka, osoba, która wpadła na ten wyśmienity pomysł, sprawdziłaby ją. A nawet, gdyby przestraszyła się tym, co takiego udało jej się niechcący pochwycić, nasza obecność tutaj zostałaby potraktowana niczym zbawienie... Gdyby to była pułapka albo wyjątkowo nieszczęśliwy zbieg okoliczności, nie stalibyśmy tutaj jak głupcy. - dodał bardziej do siebie i chyba tylko po to, żeby powtórzyć na głos to, co już wcześniej podejrzewał.
Patrzył jeszcze przez dłuższą chwilę na nieco przybrudzoną latami niestrudzonej służby ścianę przed sobą, samemu przetwarzając sobie w myślach słowa chłopaka.
- Piwnica jednak brzmi całkiem rozsądnie. - dodał, przenosząc w końcu na niego spojrzenie i uśmiechając się lekko na sam widok jego szerokiego, przepełnionego samozadowoleniem uśmiechu, który niemal przepoławiał tę przystojną twarz. - Piwnica jednak jest pewnie zamknięta, a nie sądzę, by karczmarz chciał pozbyć się duchów na tyle, by miłym mu było noce wyciąganie spod pierzyny, więc... Sądzę, że możemy wrócić do łóżka. - powtórzył za swoim uczniem, nawet nie zastanawiając się nad tym, w jaki sposób to brzmiało, ani w jakim innym kontekście mogło zostać wypowiedziane.
Ponieważ to był Oscar.
Uniósł dłoń do ust, nie pozwalając sobie na pełne ziewnięcie, a jedynie krótkie uchylenie ust, sprowokowane tylko i wyłącznie zaraźliwym działaniem tej czynności.
Poprzednią noc spędzili na gołej, chłodnej ziemi, która w ledwie kilka chwil po tym, jak las obudził się nocnymi rozmowami żadnych najświeższych wiadomości i najsłodszych plotek ptaków, oddała tę odrobinę ciepła, którą skradła w ciągu dnia słońcu. Spanie pod gołym niebem było przyjemne, oczywiście. Świeże powietrze pieściło płuca, ranek nigdy nie budził duchotą zamkniętych okien, ani wrzaskliwym gwarem miasta, w którego murowanych tętnicach na powrót zaczynała krążyć cudownie gorąca krew. Z drugiej jednak strony, nawet najgrubszy z koców, które zdarzyło mu się ze sobą zabierać, aby okryć się nocą przed chłodem, oraz ciekawymi wszelakich nieruchomych źródeł ciepła insektami, nie był na tyle gruby, by po kilku godzinach twardość podłoża nie przypominała kościom, że dawno już skończyły dwadzieścia lat. Zwyczajnie myśl o nocy w łóżku, jawiła mu się niemal tak słodko, jak noc w ramionach drugiej osoby. Tym razem wystarczała mu puchowa, puszysta i otulająca każde zagłębienie ciała pościel, o której wspomnienie zaczęło dobijać się do jego umysłu, kiedy tylko zawrócił, wychodząc przodem z pomieszczenia i czekając, aż drzwi za nimi zostaną zamknięte z tym samym, udręczonym skrzypnięciem. Jakby one same również miały już najserdeczniej dosyć swoich nocnych gości i grzecznie, aczkolwiek stanowczo wyganiały ich z powrotem do łóżek.
A z tym Alex nie miał najmniejszego zamiaru się kłócić.
Przeszli przez salę, tym razem nie poświęcając już uwagi śpiącemu w jej kącie mężczyźnie, a pewni, że nic im nie grozi, weszli po schodach już zdecydowanie mniej ostrożnie, pozwalając im niego głośniej niż poprzednio oznajmić wszystkim, że ktoś postanowił urządzić sobie nocne spacery.
Do pokoju wszedł również jako pierwszy, jednak poczekał, aż Oscar również to zrobi i wciąż stojąc przy drzwiach, zamknął je na klucz. Wtedy dopiero poczuł, jakby całe pobudzenie z niego opadło, rozlewając się zupełnie bezkształtną masą na podłodze i spływając przez szpary między deskami, aż nie było po nim najmniejszego śladu. Rozpiął koszulę, którą wcześniej zapiął ledwie na parę guzików i odwiesił ją na krzesło, podobnie jak spodnie, a zaraz potem, z cichym stuknięciem wylądowały pod nim skórzane buty. Usiadł na łóżku i potarł twarz otwartymi dłońmi, przenosząc zmęczone spojrzenie na okno, za którym na całe szczęście nie było widać jeszcze żadnej zapowiedzi rychłego świtu.
- Kładźmy się. Jutro czeka nas pracowity dzień. - przyznał z westchnieniem, układając się na miękkim materacu i nakrywając chłodną już pościelą.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Lip 04, 2018 2:03 pm

Nawet kiedy obaj wrócili spokojnie do pokoju, chowając rapiery do pochew i odkładając je przy łóżkach, warkot i szczęk łańcuchów nie ucichł. Tym razem jednak to wszystko było jakby za szybą, wygłuszone pewnością, że i tak nic z tym dzisiaj nie zrobią, więc należało to całkowicie ignorować i wznowić śledztwo dopiero rankiem, kiedy karczmarz będzie skory udostępnić im klucze do piwnicy. Z zaspanego Oscara ekscytacja wywołana nietuzinkową sytuacją spłynęła równie szybko co się pojawiła, pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienie teraz równomiernie wypierane przez chęć powrotu do łóżka. Do pościeli i sprawiedliwego snu. Do ciepła i miękkości materaca. Do zdjętych butów i nagich pleców, pod których napiętą skórą tańczyły zmęczone mięśnie. Do poprószonych srebrem zmierzwionych włosów i wibrującego tembru głosu. Do wystających kości łopatek i szczebiotu zsuwanych na ziemię spodni. Do wyjątkowo niekomfortowej sytuacji i stanowczo zbyt brudnych myśli.

Zakładając, że Oscarowi udało się zmrużyć jeszcze dzisiaj oko to musiał spać z nosem wciśniętym wręcz w ścianę, go magnetyzm ciągnący go w stronę drugiego łóżka prawie giął drewniany szkielet jego własnego. A zwłaszcza jego własny.

***

Rankiem w pokoju było parno. Ciężkie powietrze nagrzane w niespecjalnie dużym pomieszczeniu przez wystawiony na słońce dach było praktycznie nieruchome. Oscar w nocy zdążył skopać z siebie połowę pościeli, która teraz częściowo leżała na podłodze, kryjąc w nieznacznym stopniu tylko jego biodra i uda. Obaj z Alexandrem zwykli wstawać wcześniej, ale wieczorne eskapady przedłużyły okres sjesty co najmniej o dwie godziny – tak Oscar czuł wstając niemrawo z łóżka i przeciągając się. Tym razem to na niego przypadła szybsza pobudka poganiana paroma innymi potrzebami, ale nawet w natłoku nowych wrażeń i mirażu światła pchającego mu się do mrużących się oczu nie mógł sobie odmówić oddechu lub dwóch, w czasie których zawiesił wzrok na figurze zajmującej drugie łóżko. Alec wciąż spał spokojnie wyrywając sobie kolejne sekundy cieszenia noclegiem na miękkim materacu. Wzrok dwóch niepodobnych już do siebie ślepi ślizgał się po fałdach pościeli unoszonych miarowym oddechem, zatrzymywał na przymkniętych powiekach pod którymi widocznie leniwie przesuwało się oko śniącego, na włosach rozsypanych gęsto na poduszce i ostatecznie przymkniętych ciasno wargach.
Strasznie zaschło mu wtedy w gardle. Aż przełknął łakomie ślinę.
Podniósł się po tym ciężko i zdecydował czym prędzej zwolnić łazienkę po porannej toalecie zanim Alec sam odgarnie pościel i stawi czoła światu.

Rudzielec skorzystał z mydła udostępnionego w łazience, wziął wyjątkowo orzeźwiający, diablo zimny prysznic i przed powrotem do pokoju z jeszcze wilgotną czupryną i małym ręcznikiem przewieszonym przez kark oraz w niedopiętej koszuli zszedł na dół do sali. Już do połowy zapełnionej ludźmi i leniwym gwarem. Dopchał się do lady, gdzie znalazł gospodarza i zdążył ledwie napomknąć coś o śniadaniu, a mężczyzna już roześmiał się rubasznie.
- No i proszę bardzo! Oto moi pogromcy duchów! Wiedziałem, że jak prawdziwi mężczyźni przyjadą to nikt mnie w nocy z łóżka zrywał nie będzie! I co, jak było? Wykurzyliście mi te zjawy czy nie? Bo darmowa strawa czeka – dopytywał aż rumiany z ubawienia.
Oscar widząc jego zadowolenie jednak postanowił zostać chwilę dłużej i oparł się przedramionami o ladę.
- Sprawa jest nieco bardziej zagmatwana niż się wydawało. Po śniadaniu ja i Pan Brightly będziemy chcieli porozmawiać z Panem na osobności – zagaił swobodnie, ale mimo to mina gospodarza i tak spoważniała. Mężczyzna rozejrzał się i kiwnął w końcu głową.
- Śniadanie będzie za dziesięć minut. Idzie Pan po drugiego łowcę i się do was dosiądę.
Byron kiwnął głową i w końcu odsunął się od lady, po czym przeskakując co drugi schodek wdrapał się z powrotem na piętro i sprężystym krokiem przemierzył korytarz.
- [b]Alec! Gospodarz zje z nami śniadanie, trzeba się zbierać do pracy![/b ] - Rzucił wesoło bez pardonu wchodząc do pokoju.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Sro Lip 04, 2018 10:48 pm

Zamknął oczy, kiedy w końcu jego głowa dotknęła miękkiego materiału wypchanej pierzem poduszki, zatapiając się w niej, jakby była z ołowiu, w co Alex w tym momencie był naprawdę skory uwierzyć. Już, kiedy wspinał się po skrzypiących, skąpanych w cieniu stopniach, czuł, że utrzymanie głowy w górze wiąże się z wysiłkiem niemal tak nieludzkim, jak uniesienie powiek po każdym kolejnym mrugnięciu, przynoszącym na ułamek sekundy wrażenie cudownej błogości. Jakby za każdym razem musiał rozdzielać kochanków, którzy ledwie zdążyli złapać się w objęcia i nagle znów musieli się rozstać, zmuszeni do tego koniecznością zlokalizowania klamki do drzwi pokoju. W którym znajdowało się łóżko. A to było argumentem, którego wagi w tym momencie nie potrafił zbagatelizować.
Teraz kiedy w końcu pozbawiony nieco pogniecionej koszuli, zapiętej ledwie na kilka guzików, poczuł na skórze kojący chłód prześcieradła, kochankowie wpadli w swe ramiona, tuląc się ściśle i z największą rozkoszą, nie mając zamiaru odsuwać się od siebie nawet na milimetr, nawet na jego setną część, póki pierwsze promienie słońca nie padną na ich złączone dłonie.

***

Słyszał krzątanie wokół. Jakby zza szyby lub po drugiej stronie ciężkiej, układającej się grubymi fałdami na podłodze kotary, ale z pewnością nie, jak przez mgłę. Byłoby to niedopowiedzenie, jako że w tym momencie nie mógł wyobrazić sobie tego, aby faktycznie zareagował na ten cichy dźwięk dochodzący z okolic łóżka tuż obok. Gdzie jeszcze chwilę wcześniej, przykryty nagrzaną ciepłem ciała pościelą, spał Oscar, teraz, z jakiegoś powodu będąc na nogach zdecydowanie wcześniej, niż zwykle miało to miejsce. A przynajmniej tak właśnie twierdził umysł Alexandra, teraz dryfując na samych krańcach świadomości, gdzie rzeczywistość wciąż wyglądała w sposób, jaki pamiętał od dawna. Gdzie to on wstawał razem ze słońcem i szedł do jeszcze ledwie widocznego przez białą mgiełkę jeziora, po wodę, aby nagrzać ją dla rozespanego rudzielca, leniwie podnoszącego się ze swojego posłania i przecierającego oczy. Gdzie dziecko orientując się, że znów zaspało, rzucało się w wir pracy, jakby gonił je sam diabeł, a on udawał, że wcale nie chciał dać mu tych kilku dodatkowych minut snu. Gdzie dziecko zerwało się z łóżka, kiedy on spał i cicho spakowało, dając to poznać tylko ledwie słyszalnym zza ściany, cichym krzątaniem... I kliknięciem zamykających się za nim drzwi.
- Dziecko.- usiadł, a jego spojrzenie najpierw padło na drewniane drzwi, by następnie zatrzymać się na pustym łóżku tuż obok.
Przesunął dłonią po twarzy, tłumiąc w sobie chęć natychmiastowego ruszenia za nim i sprawdzenia, czy jego koń na pewno wciąż stoi w dokładnie tym samym boksie w niewielkiej stajni.
Nie zrobiłby tego znów. Nie było ku temu powodów. Wszystko szło dobrze.
Przynajmniej to właśnie sobie powtarzał, kiedy przechodził do łazienki, aby doprowadzić się do porządku, wciąż jednak nie mogąc się powstrzymać przed ciągłym zerkaniem przez okno, za którym widać było ciągnącą się daleko ścieżkę, którą Oscar musiałby przebyć, aby wybyć z miasteczka.
Chyba że przejechałby bokiem, przeprowadzając konia przez sad i unikając głównej drogi...
Zacisnął powieki, wracając już do golenia, które skończył w tempie, w jakim już dawno nie udało mu się tego zrobić. Kilka chwil później już wsuwał do spodni zapiętą na wszystkie guziczki, czystą koszulę, akurat w momencie, kiedy drzwi się otworzyły, a miedziana czupryna, która się w nich pojawiła, zdawała się rozjaśnić swym blaskiem cały pokój.
A przynajmniej oblicze zmartwionego łowcy, który uśmiechnął się do ucznia lekko, tłumiąc w sobie całe pokłady ulgi, jaka zalała go na jego widok.
- Jednego dnia ciągną cię za nogawkę spodni, błagając o kolejną porcję kandyzowanych owoców, a drugiego poganiają starca do pracy. - pokręcił głową z mocno przesadzoną dezaprobatą – Co się dzieje z tym światem. - dodał, zapinając już spodnie, z uśmiechem czającym się w kąciku ust i w będąc już gotowym, wyprostował się i ruszył w stronę drzwi – Chodźmy więc zjeść śniadanie z Gospodarzem. Może w końcu dowiemy się czegoś ciekawego.
Puścił go w drzwiach przodem, zostając na moment w tyle i zamykając drzwi.
Obaj zeszli po tych samych schodach, teraz oświetlonych przez słońce wpadające przez okna w sali, oraz niewielkie lampy, rozganiające mrok w nieco bardziej odciętych od światła miejscach i trafili do głównej sali, by zająć miejsce przy stole, przy którym już chwilę później pojawił się właściciel przybytku. Musiał już przekazać żonie wszelkie wskazania dotyczące posiłku, bo właśnie dosiadał się do łowców.


Ostatnio zmieniony przez Shael dnia Czw Lip 05, 2018 10:08 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Lip 05, 2018 5:19 pm

To w jaki sposób żyli obaj łowcy ciężko było nazwać „stabilizacją”. W końcu niemal każdą noc spędzali w innym miejscu, praktycznie co dzień ryzykowali życiem, zarabiali i wyjadali na bieżąco, nie mając absolutnie żadnej pewności czy dożyją do jutra. A jednak nawet w takim życiu bywały momenty, których nie mogło zabraknąć – nawet jeśli było to trywialne zobaczenie swojego kompana. To pierwsze zetknięcie spojrzeń każdego dnia. Tym razem podczas dopinania munduru.
Szeroki uśmiech Oscara przybrał na moment nieco melancholijnego wyrazu.
- Hej, jeśli miałbyś gdzieś za pazuchą nieco kandyzowanych owoców, to ja zawsze bardzo chętnie! – zapewnił gorąco, cofając się w drzwiach i wciąż ciesząc jak głupi zszedł wraz z Alexandrem na dół do głównej sali. Nie mógł powstrzymać rozjaśniającego mu twarz, wesołego grymasu, kiedy co rusz oglądał się na idącego za nim po schodach mężczyznę. Rudzielec czuł wręcz w kościach, że dziś był dobry dzień. Pogoda cieszyła oczy, ptaszki śpiewały, Alexander po dłuższym śnie wyglądał kwitnąco, a w sali pachniało już dobrą strawą – między innymi ich.
Stół przy którym siedli był czyściutki i przetarty, przysunięty bliżej okna i oświetlony naturalnym światłem, które opadało na ustawiony pośrodku przyprawnik i pojemnik z chusteczkami. Obaj mężczyźni usiedli po dwóch jego stronach naprzeciw siebie, a gospodarz jakby tylko czekając na ich pojawienie się od razu opuścił miejsce pracy zostawiając za ladą córę i dosiadł się do Alexandra, od razu pochylając do przodu i opierając szerokie przedramiona na drewnianym blacie.
- No mówcie Panowie, bo waść przed chwilą minę miał nietęgą. – Mężczyzna kiwnął głową na Oscara, a chłopak machnął nico lekceważąco ręką.
- A gdzie tam, dobrodzieju… Sprawa nie jest gardłowa, ale to nie duchy męczą wasz przybytek tylko ghule. A raczej jeden ghul. Coś drapie w nocy w ściany i echo oscyluje się w naszym pokoju, ale słychać go też w głównej sali, z tym, że ciszej. Obaj podejrzewamy, że coś musiało wślizgnąć się do budynku i nie może się wydostać. Podejrzenia padły na strych albo piwnicę – wytłumaczył rudzielec spokojnie i nieco odsunął się od stołu, uśmiechając przyjemnie do gospodyni, która właśnie przyniosła im świeży smalec ze skwarkami, chleb pokrojony na grube pajdy i miskę z plastrami kiszonych ogórków. Odeszła równie szybko jak się pojawiła, by wrócić do pracy. Jej mąż za to wyglądał na nieco pobladłego.
- Strychu tu nie mamy, ale w piwnicy… Nonsens, schodzimy tam z żoną codziennie, przecież byśmy coś przyuważyli! Albo zaatakowałoby!
Oscar lekko pokręcił głową.
- Niekoniecznie. Ghule to tchórzliwe potwory, a na dodatek to nie ich terytorium. Jeśli jest u was ledwie kilka dni możliwe, że jeszcze nie jest tak głodne, by ryzykować życiem i rzucać na dorosłego człowieka. Jakby się Pan przyłożył, to nawet gołymi rękami mógł go położyć. Czy moglibyśmy zobaczyć piwnicę po śniadaniu?
Gospodarz zerknął jeszcze kontrolnie na Alexandra i kiwnął w końcu głową.
- Jasne… W sumie od jakiegoś czasu znikają mi tam wędzone mięsiwa, to bym miał w końcu winowajcę. Powiem żonie żeby przyniosła mi klucze i jak Waćpanowie zjedzą, to niech podejdą do lady. Poprowadzę was wtedy do włazu na zewnątrz i będziecie mogli poszukać mi tego złodziejaszka. A jeśli go złapiecie, to będzie darmowa strawa – tak jak obiecałem. – Gospodarz wyraźnie zadowolony kiwnął jeszcze głową i podniósł się od stołu na ten czas żegnając z dwójką łowców i wracając do swoich obowiązków. Nie wyglądał na przekonanego co do pobytu czegokolwiek w jego piwnicy, a przez to i sam Byron zaczynał mieć wątpliwości, ale nigdy nie zaszkodziło sprawdzić i wykluczyć choć jedną z nieprawdopodobnych sposobności z całej ich krótkiej listy.
Kilka chwil po odejściu ich rozmówcy jego żona doniosła jeszcze dwa kubki i dzban parującej, korzennej herbaty, a zamyślony już Oscar zajął się jedzeniem, jak na niego o dziwo nie mając w chwili obecnej nic do powiedzenia. Nie było w końcu czasu na spekulacje póki na własne oczy nie sprawdzili czy w piwnicy nic nie ma.

I kiedy wszystkie pajdy chleba znikły, ostatni ogóreczek przepadł w ustach Oscara jedzony już bez dodatku pysznego smalcu, a resztka herbaty ostała się na dnie kubka Alexandra, ognistowłosy łowca kiwnął w końcu głową do swojego mistrza.
- Już czas. Przyszła pora wykurzyć stwora – zaśmiał się i podniósł jeszcze jeden palec wyżej, grożąc jakby. - Pamiętaj tylko o zakładzie i nie machaj proszę zbyt mocno rapierem, bo jeszcze zrobisz mu krzywdę – wznowił znów radosny, cudownie najedzony, wstając od stołu i rzucając jeszcze na pusty talerz chusteczkę, którą na odchodnym otarł usta.
Okazało się, że gospodarz tak ich pilnował, że nawet nie było potrzeby zbliżać się do baru, bo sam wyszedł zza niego i pomachał symbolicznie kluczami, nawołując, by obaj łowcy poszli za nim.
Na dworze było jeszcze bardziej parno niż we wnętrzu budynku, ciężkie i suche powietrze zapowiadało wieczorną burzę, ale póki co pod butami trzech mężczyzn wzbijał się tylko kurz. Okrążyli częściowo gospodę i zwolnili dopiero niedaleko przyklejonego do niej domku. Tam zbliżyli się do drewnianej klapy z dwoma skrzydłami, przy której właściciel kucnął i chwilę mocował się z zardzewiałą kłódką. Kiedy ta odpuściła rozchylił wietrzeje prowadzące schodami w piwnice budynku i odsunął się zapobiegawczo, jakby zaraz coś miało stamtąd wyskoczyć.
- Proszę. Piwnica. P-poczekam na Waćpanów tu na górze.[/b]

_________________


Ostatnio zmieniony przez Maleficar dnia Pią Lip 06, 2018 10:28 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 109
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Lip 05, 2018 11:34 pm

Dopiero teraz miał okazję spojrzeć na niego w taki sposób. Na to, jak rozmawia z karczmarzem i jak opowiada o tym wszystkim, czego sami się dowiedzieli nocą, kiedy wszyscy spokojnie spali, nie zdając sobie sprawy z brzęków łańcuchów obijających się o siebie, kiedy bestia miotała się, próbując oswobodzić. Lub słysząc mrożące krew w żyłach odgłosy, jednak będąc zbyt zlęknionym, by chcieć dociekać ich źródła. Oscar dzielił się swoją wiedzą, tą zdobytą zaledwie wczoraj, oraz tą, którą wpoił mu on sam, całe lata temu, kiedy pokazał mu pierwszego ghula, najpierw opowiadając mu o tym, czym istoty te są i jak najłatwiej jest je rozpoznać. Jakie mają zwyczaje i jak boją się konfrontacji. O tym, że będą wolały uciec, niż wdać się w otwartą walkę, zbyt dobrze zdając sobie sprawę z własnych słabości i o tym, jak najskuteczniej pozbawić je życia.
I chyba po raz pierwszy odsunął się niemal całkiem, pozwalając mu na powiedzenie tego wszystkiego i rozmowę z mężczyzną, tak, jakby Oscar Byron i Alexander Brightly nie byli uczniem i mistrzem, a dwójką, równych sobie łowców. Szanujących nawzajem swoje umiejętności i doświadczenie.
Uśmiechnął się delikatnie na tę myśl, bo przecież była to prawda, którą dostrzegł teraz z pełną mocą. I poczuł się cudownie, rozpierająco dumny, że oto jego mały chłopiec, stał się młodym mężczyzną, który mimo całej swojej pogody i humoru, potrafił wzbudzić takie reakcje. Jak chociażby ta, jaką jego słowa wywołały w gospodarzu, który przeskoczył spojrzeniem na starszego łowcę, jakby oczekiwał, że ten się odezwie. Alexander ledwie kiwnął głową na potwierdzenie, że wszystko, co powiedział Oscar, jest prawdą, a on sam nie ma wiele więcej do powiedzenia na ten temat.
Krótko pożegnali się mężczyzną i kiedy ten odszedł do lady, zajmując swoje stałe miejsce i zabierając za obowiązki, które chwilowo porzucił na rzecz rozmowy dotyczącej domniemanych duchów nawiedzających jego przybytek. Ostatecznie jednak chyba zdecydowanie szczęśliwsza była wiadomość, że to nie mściwe dusze zmarłych tu przodków, ale ledwie jeden ghul, nie dają spać przyjezdnym. Bo choć tego drugiego bez większych problemów mogli zlikwidować, jak tylko uda się go znaleźć, tak z duchami mieliby nieco większy problem.
Podczas śniadania zamienił z Oscarem ledwie parę zdań, samemu również chcąc zjeść i zabrać się do pracy, zwłaszcza że czuł lekkie podekscytowanie na myśl o rozwiązaniu całej sprawy. Teraz, po rozmowie z właścicielem, nawet większe. Głównie dlatego, że nie uważał, by bestia zaplątana w łańcuchy była możliwa do przeoczenia, kiedy codziennie schodziło się do piwnicy. Gdyby faktycznie się ona tam znajdowała, zarówno karczmarz, jak i jego małżonka, byliby bardzo świadomi tej obecności. W takim razie, skoro nie piwnica i nie strych, będą musieli szukać dalej i z tą myślą dopijał herbatę nieco szybciej, niż zwykle mu się do zdarzało, ostatecznie jednak zostawiając dwa ostatnie łyki i wstając od stołu.
Bardzo pilnujesz swojej nagrody. - pokręcił głową rozbawiony, jednak uniósł dłoń i położył ją na sercu z rozbawieniem, obiecując, że jeśli stwór sam nie rzuci się na ostrze, niemożliwym będzie, aby zginął właśnie od jego broni.
A nawet jeśli się rzuci, był gotów usunąć ostrze z jego drogi, po to, tylko by zrobić chłopakowi przyjemność. Jeśli właśnie przyjemnością było to, co mieli zamiar zrobić.
Na widok mężczyzny z kluczami, zamiast do baru, skierował się do drzwi i już chwilę później wyszli w trójkę na skwar, jaki panował na zewnątrz. Odetchnął, zerkając na niebo i mrużąc mocno oczy, kiedy dotarło do nich ostre, parzące niemal światło.
Ich przewodnik przykucnął i poświęcił chwilę na otworzenie klapy. Cały zabieg trwał ledwie kilka sekund, a jednak przez upał, który wysuszał powietrze, utrudniając nawet oddychanie, każda kolejna dłużyła się w nieskończoność. Wdychane powietrze zdawało się zarzucać płuca pyłem, unoszącym się z każdym krokiem spod butów. Z ulgą w końcu przyjął ciche kliknięcie otwieranej kłódki i rozchylenie drewnianych, skrzypiących podobnie jak wszystko inne w tym budynku wrót.
Z ciężkim sercem, puścił Oscara przodem po krótkiej walce ze sobą samym, kiedy w jego głowie kotłowały się wszystkie myśli, przemawiające za tym, aby to zrobić, oraz w opozycji do nich, obawa, że coś mogłoby mu się stać.
Bo przecież chłopak był już dorosły. I robił o wiele niebezpieczniejsze rzeczy niż zejście, do prawdopodobnie pustej piwnicy. Chciał pozwolić mu się wykazać, przejąć kontrolę i przede wszystkim, nie wtrącać się bez przerwy, jak natrętny rodzic, który nie może przeżyć tego, że jego podopieczny może robić coś w inny sposób.
Powstrzymał uśmiech, cisnący się na usta na widok tego uniku ze strony gospodarza. Jakby z piwnicy coś miało się na niego rzucić lub co gorsza, złapać i wciągnąć w ciemność. Co było paradne, biorąc pod uwagę, że przecież jeszcze tego ranka, zanim wszyscy wstali, musiał tam zejść po produkty na śniadanie.
Zrobił jednak krok zaraz za uczniem, schodząc coraz niżej po wąskich schodach, do niewielkiego pomieszczenia, z lekko uniesionym, dobytym wcześniej rapierem.
W środku było zdecydowanie chłodniej niż na zewnątrz, w powietrzu zaś unosił się nieco duszny zapach wędzonego mięsa, który pewnie wpił się już nawet w stare ściany. Miejsce jednak było czyste, z pewnością zadbane i pełne zapasów, co zaś za tym szło, nieprawdopodobnym zdawało się znalezienie tutaj celu tej wycieczki.
- Myślę, że nie obejdzie się bez złożenia wizyty sąsiadowi naszego drogiego gospodarza, nie sądzisz? - spytał Oscara spokojnie, opuszczając broń i jeszcze dla pewności rozglądając się dokładniej, czy z całą pewnością, za żadnym z worków wypełnionych mąką, nie kryje się mała bestia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 272


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Lip 06, 2018 10:49 pm

Oscar wyminął gospodarza dziękując mu skinieniem głowy i zszedł spokojnie do środka, po drodze z cichym sykiem wysuwając rapier z pochwy. Nie czuł jak zawsze w takich chwilach buzującej w żyłach adrenaliny czy instynktownego niepokoju. Z każdym krokiem na wysłużonych drewnianych schodach, był coraz bardziej przekonany do tego, że nic tam nie znajdzie. Przede wszystkim nie było tam smrodu padliny, który nieodmiennie towarzyszył ghulom i wyziewom z ich bezdennej paszczy. Pachniało za to lekko wilgocią, leżakującym winem, słodkim drewnem z drzew owocowych i przede wszystkim wędzonym mięsiwem. Zero smrodu i przede wszystkim zero śladu po łańcuchach i jakikolwiek straszydle. Jeśli coś kradło gospodarzowi jego mięso to najpewniej albo szczury, albo jego dzieci.
Oscar zawiedziony rozejrzał się jeszcze ostatni raz po przytulnym i nie aż tak zagraconym wnętrzu, chowając broń i patrząc z konsternacją na Alexandra.
- Przyznaję, że jestem odrobinę niekontent, ale to naprawdę brzmiało jak niemożliwy scenariusz. – Kiwnął głową, uśmiechając się lekko. - Nie obejdzie się… Gospodarzu! Nic nie ma, jest bezpiecznie!
Podniósł nieco głos, by dosłyszał go stojący na zewnątrz mężczyzna, a tamen pospiesznie zlazł do połowy schodów. Wyraźnie mu ulżyło.
- A nie mówiłem, że nic nie ma? To na pewno duchy słyszeliście.
- Kto mieszka w domu obok? – zagaił rudzielec rzeczowo, a grubszy mężczyzna wyprostował się, oglądając na doklejony do karczmy dom i na nowo pochylił, by spojrzeć na łowców.
- Tam? To dom Bucknera. Gospoda wcześniej należała do niego, ale jak się małżonce na suchoty zmarło to długo nie mógł udźwignąć interesu sam z małą córką. To odkupiłem od niego. Nie przeszkadza mu mieszkanie obok. Chłop nie ma w życiu szczęścia, bo kilka tygodni temu dziecko mu na bagnach zaginęło i nie wróciło do dzisiaj. Wcześniej jeszcze chodził do lasu i wianuszki nosił, zabawki… Ale ostatnio i to przestał robić, tylko siedzi w chałupie i prawie nie wyłazi. Tylko po jakieś jedzenie albo co. W żałobie jest. Szkoda go, bo dobry sąsiad i poczciwy człowiek, pomocny. Życie go doświadczyło. A co, myślicie, że to coś u niego? – przeniósł pytające spojrzenie na Alexandra.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   

Powrót do góry Go down
 
He wears the smell of blood and death like a perfume
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: