CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 He wears the smell of blood and death like a perfume

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 301


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: He wears the smell of blood and death like a perfume   Nie Sty 21, 2018 8:04 pm

First topic message reminder :







_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

AutorWiadomość
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 113
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pon Lip 09, 2018 10:24 pm

Akurat z tym nie mógł się nie zgodzić. Sam czuł się podobnie, zwłaszcza że po ich nocnej wyprawie był naprawdę dobrej myśli i miał nadzieję, że kiedy tego ranka, pełni sił i chęci do pracy, po sowitym śniadaniu, zejdą do piwnicy, czeka ich szybka, prosta robota i kwatera za darmo. Nic jednak nie mogło iść gładko i po ich myśli, co chociaż nie powinno być zaskoczeniem, zawsze w jakiś sposób pojawiało się niespodziewanie. Czy to jeśli chodziło o ich ulubione miejsce na obóz w lesie, które akurat w tym czasie, kiedy chcieli z niego skorzystać, musiało zostać pochłonięte przez bagna, pożerające kolejne połacie lasu w wyjątkowo burzowym sezonie. Czy o idealnie ustaloną walkę, w domyśle czystą i szybką, która ostatecznie kończyła się prowizorycznymi szwami, na których widok lekarz w mieście załamywał ręce i nie wiedział, czy powinien skupić się na strofowaniu mężczyzn, czy na wyciąganiu grubych nici z ich ciał. Po prostu zawsze coś musiało pójść nie tak, jak miało. I ta sytuacja wyjątkiem nie była.
Na razie nie odzywał się, kiedy po drewnianych schodach wszedł gospodarz, a przez chwilę niewielką piwniczkę ogarnął pusty odgłos, jaki wydawały podeszwy butów uderzające o stare deski. Spojrzał na ucznia i schował broń, dopiero wtedy skupiając uwagę w pełni na mężczyźnie i na tym, co miał do powiedzenia na temat tego, co interesowało ich w tej chwili najmocniej. Bo jeśli źródłem tych kradnących spokojny sen z powiek odgłosów nie była piwnica karczmarza, musiała to być izba jego sąsiada.
Nie miał pojęcia, co zrobią, jeśli i ten trop okaże się nic nie wart, ale przynajmniej na razie nie zamierzał tego roztrząsać.
Stężał nieco i choć ciężko było zobaczyć to z zewnątrz, mięśnie jego nóg napięły się i rozluźniły, kiedy przypomniały sobie, że na razie nie ma potrzeby być czujnym do tego stopnia. Czując na sobie wzrok gospodarza, przeniósł własny powoli na Oscara, zaraz wracając nim do starszej, powoli znaczonej już przez czas twarzy właściciela przybytku.
- Jest w stanie pan powiedzieć, kiedy mniej więcej zaczęła się ta historia... Z duchami? - spytał, mając nieprzyjemne wrażenie, że mogło się to zdarzyć niedługo po tym, jak drogi sąsiad przestał nosić wianki i zabawki do lasu, gdzie zginęło jego dziecko.
Sytuacja była niecodzienna, a wszystkie ich domysły i spekulacje po kolei były odrzucane przez rzeczywistość, która podrzucając nowe poszlaki, gmatwała sprawę jeszcze bardziej, aż do tego momentu, kiedy jedyny scenariusz, który powstawał w jego głowie, łączący wszystko, co wiedzieli do tej pory, nie chciał mu przejść przez gardło.
- Wciąż szukamy gospodarzu, wczoraj byliśmy pewni, że miejscem pobytu naszego problemu jest piwnica, lub dom obok karczmy. Jedną z lokacji sprawdziliśmy i zwyczajnie, zanim zaczniemy myśleć nad tym, co dalej, chcielibyśmy sprawdzić drugą. Dla pewności. - kiwnął głową na ucznia, żeby podszedł bliżej – Zechciałby nas pan przedstawić sąsiadowi? - spytał grzecznie, a kiedy mężczyzna, wyraźnie roztargniony, ruszył przodem, Alexander zrównał się z chłopakiem, jednak nie mówił już nic.
Nie chciał na razie histerii, dlatego wolał, żeby karczmarz nie wiedział o jego podejrzeniach, póki sprawa nie zostanie rozwiązana. Oscar zaś prawdopodobnie w tym właśnie momencie przeżywał podobne rozterki, co jego mistrz. W końcu sam go uczył przez całe lata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 301


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Lip 10, 2018 8:54 pm

Oscar ostatni raz rozejrzał się po wiszących przy ścianie pętkach kiełbasy i leżakujących poniżej na półkach szynkach. Po beczkach pełnych piwa albo wina… Coraz więcej bardzo niepokojących myśli kłębiło się pod jego czaszką, a pytanie, które wystosował Alex tylko utwierdziło go w przekonaniu, że obaj już całkiem niedługo na własne życzenie okropnie popsują sobie piękny poranek. Przełknął ślinę, przepychając ją siłą przez przez nieprzyjemnie ściśnięte gardło. Nie lubił oglądać trupów, niezależnie do tego ile by ich nie widział nie sądził by ta awersja kiedykolwiek się zmieniła. A to spodziewał się zobaczyć w domu cichego sąsiada – trupa gospodarza i zamkniętego gdzieś potwora z bagien, który porwał i zabił jego dziecko.
Gospodarz za to nie podzielał ich czarnych myśli i dał sobie chwilę na zastanowienie, sunąc wzrokiem po suficie piwnicy.
- Zdążyli my z żoną już ze cztery razy do kościoła pójść, to będzie jakiś miesiąc – podał najdokładniej jak potrafił. - O, o! To się zaczęło gdzieś po tej nocy jak żeśmy sąsiadowi obornik gasili! Ktoś podłożył ogień u Morrisona, tam na końcu ulicy i cała wieś się zbiegła, żeby gasić. Przed tym mi goście przyjeżdżali i nikt się nie skarżył! – dopowiedział niebosko zadowolony ze swojej uwagi, autentycznie czując, że nawet jeśli nie łapie dokąd dwóch dżentelmenów prowadzą ich mądre głowy, to w tej chwili jest im bardzo pomocny nawet z wiadomością o palącym się oborniku.
Jedna z brwi Oscara poszybowała nieco do góry i wymienił się spojrzeniami z Alexandrem. Niby pożar mógł być czystym przypadkiem, ale w tej dziwnej sytuacji naprawdę niczego nie można było traktować z przymrużeniem oka. Byron mimo czarnych myśli uśmiechnął się bez wyrazu kiedy gospodarz zachęcony kiwnął głową i cofnął się na górę, by po wyjściu łowców z piwnicy zamknąć za nimi klapę i zasunąć ją kłódką. Dopiero wtedy młodszy z nich pozwolił sobie odetchnąć – cicho, ale bardzo ciężko, najpierw zerkając na drzwi smętnego domostwa, a potem na Alexandra. Oczami mającymi w sobie zdecydowanie mniej blasku niż rano.
Karczmarz w tym czasie wstał z klęczek i otrzepał spodnie, po czym podszedł do drzwi i zapukał do nich wielką pięścią. Z początku nie było żadnej odpowiedzi. Nawet po powtórzeniu nadal nie było słychać żadnych odgłosów krzątania się zza drzwi.
- Może gdzieś wyszedł? – bąknął mężczyzna do siebie i zapukał po raz ostatni, dużo-dużo głośniej. - Buckner!
Dopiero wtedy drzwi niespiesznie uchyliły się odrobinę na tyle, by pokazała się w nich sucha postać wysokiego mężczyzny. Już po uchyleniu wrót dało się wyczuć z wnętrza zapach gorzelni, zepsutego jedzenia oraz smrodu potu i niemytego ciała, który to dochodził od samego gospodarza. Pan Buckner pomimo widocznie tężyzny fizycznej miał twarz wychudłą i ściągniętą stresem, bólem i tanim bimbrem. Szklanymi, niewidzącymi oczyma, otoczonymi od dołu cieniami niewyspania, wodził po trójce mężczyzn, aż w końcu wycharczał nieprzychylne:
- Czego tu? - ...które brzmiało jak odgłos rozdzieranego prześcieradła.
Karczmarz skrzywił się tylko przez chwilę, ale szybko podjął sztucznie radosnym tonem:
- Sąsiedzie, tych dwóch dżentelmenów rozwiązuje u mnie zagadkę duchów na poddaszu i bada mi karczmę dookoła, a że twój dom jest na drodze, to powiedzieli, że chcieliby trochę pogadać. No. – Zatarł ręce najwyraźniej uznając sprawę zapoznania za zakończoną i cofnął się dwa kroki do łowców, by poklepać Alexandra po ramieniu. - Ja już muszę wracać, pomóc córze pilnować interesu. Jakby co to będę za ladą – rzucił z wyraźną ulgą i sprężystym krokiem zaczął się oddalać.
Oscar chrząknął, próbując nie oddychać za głęboko i uśmiechnął się w końcu subtelnie.
- Dzień dobry, Panie Buckner, nie chcieliśmy przeszkadzać i nie zabierzemy Panu wiele czasu. Czy moglibyśmy wejść na chwilę do środka?
- Nie – mężczyzna niewzruszony uciął rozmowę jak nożem i już zaczął zamykać drzwi.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 113
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Wto Lip 24, 2018 9:20 pm

Kiedy ciężkie wrota otworzyły się przed nimi, ze skrzypnięciem sugerującym, że od bardzo dawna nie pełniły one swojej funkcji. Dopiero teraz miały okazję, najpierw z cichym jękiem uchylić się, niemal nieśmiało, jakby sprawdzały, któż taki niepokoi tak nagle, zupełnie już odzwyczajone od podobnych ekscesów, by chwilę później już nieco odważniej, z drapiącym skrzekiem wpuścić między futrynę, wychudzoną postać mężczyzny, z którego ust wydobył się zaskakująco podobny dźwięk. W tym samym jednak momencie, kiedy ujrzeli suchą, zmęczoną twarz o nieco żółtawej, ziemistej cerze, nozdrza uderzył cały wachlarz najbardziej niespodziewanych zapachów, które razem, z powodzeniem obudziłyby nieboszczyka. Samego zaś Alexandra nie wzruszyły mocno, chociaż nie skrzywił się pewnie wyłącznie dlatego, że przez lata przywykł do ostrej woni śmierci. A ten mdlący aromat był równie zachęcający.
Pozwalając gospodarzowi mówić, sam uważnie przyglądał się mężczyźnie, już teraz podejrzewając, że to nie będzie tak proste, jakby sobie tego życzyli. Dwa, sprzeczne uczucia w nim walczyły o przewagę, a on sam teraz spychał gdzieś w odmęty umysłu zaskoczenie, że w ogóle ktokolwiek im otworzył. Miał podejrzenie, że właśnie w tym budynku był ich cel. Więcej, był o tym przekonany. Do niedawna. A właściwie dokładnie do tego momentu. Bo sąsiad strapionego karczmarza żył i chociaż nie można było powiedzieć, żeby miał się dobrze, zdawało się, że jedyną rzeczą, która go zżerała, był ból po utracie bliskich i samotność. Nie zaś mała, krwiożercza bestia zamieszkująca jego piwnicę. Z drugiej jednak strony, stworzenie mogło się schować, a przy takim smrodzie, nawet woń podobnej istoty byłaby trudna do zauważenia...
Poczuł na swoim ramieniu nieco niezręczne klepnięcie i na ułamek sekundy spojrzał w tamtą stronę, wracając jednak szybko do postaci przed nimi, która wcale nie wyglądała na chętną do jakichkolwiek rozmów. Ani z karczmarzem, ani z nimi. Albo właśnie przede wszystkim z nimi, bo już chwilę po tym, jak jego uczeń uprzejmie wyraził ich prośbę, miękki baryton został przecięty przez skrzekliwą odpowiedź, po której drzwi znów miałby pocałować futrynę z rozrywającą duszę namiętnością... Jednak nie zrobiły tego, po drodze napotykając przeszkodę w postaci idealnie wypastowanego, błyszczącego w porannym słońcu, ciężkiego, wojskowego buta.
- Obawiam się, Panie Buckner, że mimo nad wyraz uprzejmego tonu wypowiedzi mojego towarzysza, nie była on faktycznie pytaniem. Nalegam, aby Pan się odsunął. - powiedział, układając otwartą dłoń na drzwiach, chwilę czekając z użyciem siły na to, żeby mężczyzna przemyślał sytuację i doszedł do wniosku, że nie ma zbyt dużych szans na siłowanie się z dwoma, zdecydowanie lepiej zbudowanymi, dorosłymi mężczyznami. - Chwilę porozmawiamy i obejrzymy izbę. - poinformował go jeszcze, napierając na drzwi, aby otworzyć je nieco szerzej i wsunąć się do środka, wierząc, że Oscar wejdzie za nim.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 301


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Pią Sie 10, 2018 8:21 pm

Drewniane, odrapane i dawno niekonserwowane drzwi napotkały na swojej drodze koniec eleganckiego obuwia i porzuciły misję, choć gospodarz dla przekory albo niezbyt rozumiejąc sytuację szarpnął jeszcze klamkę dwa razy – jak można się było domyślić całkiem bezskutecznie. Dopiero po tym z ociąganiem przemyślał sprawę i spojrzał w dół ciała mężczyzny, który uprzednio zbliżył się doń błyskawicznie.
- Bezczelne dzieciaki... – czknął, spoglądając z bliska na Alexandra i chyba w pijackim amoku nie bardzo zdając sobie sprawę z wieku swojego rozmówcy. Z bliska jego oczy pokryte były bielmem, jakby chmura smutku wyżarła źrenice i tęczówkę oka zabierając jego ciału ostatni kolor, którego pozbyć się było najtrudniej – tak by niemal martwe, puste, prawie szklane oczy pasowały do pociętej zmarszczkami, szarej jak papier skóry i brudnych, pełnych równie szarych plam łachmanów oraz cienkich, sterczących na wszystkie strony białych włosów. Pan Buckner mógł mieć zarówno dziewięćdziesiąt lat jak i być w wieku starszego z łowców – to co mu się stało odcisnęło jednak piętno na jego ciele i zdrowiu, czyniąc w nim nieodwracalne już spustoszenie. Pomimo nieprzychylnego zachowania nie potrafił już nawet wzbudzić gniewu… Jedynie niechęć i współczucie, z czego to drugie zaczęło powoli wypełniać płuca Oscara jak woda wypełnia naczynie.
Gospodarz wydał z siebie jakiś skrzekliwy dźwięk na pograniczu warknięcia i zmęczonego jęknięcia, a jego chuda łapa, przypominająca bardziej sękatą gałąź, puściła klamkę.
- A oglądajcie se co chcecie… I bierzcie se co chcecie… Nic i tak nie mam – zabulgotał i odwrócił się, by wejść w głąb domu, tym samym robiąc Alexandrowi i kroczącemu zaraz za nim młodzieńcowi miejsce.
Wewnątrz drzwi prowadziły od razu do izby zajmującej sobą praktycznie całe dolne piętro – była to połączona jadalnia po prawej wraz z kuchnią w głębi, naprzeciw drzwi frontowych znajdowały się wrota wychodzące na niewielki ogrodzony i zapuszczony ogródek, a po lewej przylepione do ściany schody na drugie piętro i wklejone w nie od boku drzwi najpewniej do jakiegoś schowka. Z tego co wynikało po położeniu domu to właśnie ściana ze schodami przylegała do karczmy obok. We wnętrzu domu powietrze aż stało w miejscu, tak gęste, że można by na nim powiesić futerał z bronią jak na haku w holu. Zewsząd, a najmocniej z kuchni dochodził zapach rozkładającego się jedzenia oraz kwaśny smród potu i niemytego ciała. Z czego temu pierwszemu winne były niedomyte talerze i garnki pełne jedzenia zamienionego w siedlisko grzybu toczonego przez białe larwy much, których bzyczenie mogło doprowadzić do szału, a te unosiły się nad kuchennymi meblami jak czarna, niespokojna chmura. Pot za to oraz uryna, wymioty i chyba najbardziej znośny fetor przetrawionego alkoholu dochodził od samego gospodarza, który przysiadł przy zastawionym butelkami i otoczonym pobitymi kawałkami szkła stole z trzema krzesłami i pociągnął łyka bezbarwnego płynu z do połowy upitej butelki. Wizyta niezapowiedzianych gości najwyraźniej nie zamierzała przerwać mu w rutynie. Oscar zerknął na schody i najpierw uchwycił spojrzenie swojego mistrza, a potem spojrzał na patrzącego się ślepo w ścianę Bucknera.
- Sprawdzę tylko co jest na górze... – zaproponował wciąż próbując nie stracić sympatycznego tonu i odpowiedziało mu tylko ciche mruknięcie mężczyzny. Rudzielec poprawił więc broń przy boku i spokojnie udał się na górze po niemiłosiernie skrzypiących schodach. W tym czasie szklane oczy starego pijaka zawiesiły się na Alexandrze.
- Niech tamten mówi co chce, ja nie słyszę żadnych duchów – burknął prawie niezrozumiale, zapominając chyba w pełni odciągną ust od szyjki butelki. - Rozejrzeliście się już…?!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 113
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Sie 16, 2018 10:11 pm

Zignorował zupełnie nacisk ciężkich, drewnianych drzwi, które dusiły jego solidne obuwie miedzy sobą, a futryną. Ta jednak wyglądała, jakby jedno jeszcze zaledwie pociągnięcie klamki, miało ostatecznie skończyć jej niepewny romans z wrotami, który trwał tylko dzięki rozpaczliwie trzymającym się zawiasom.
Omiótł ledwie spojrzeniem mężczyznę, zaraz zerkając wgłąb izby, jakby tam miał zobaczyć coś, co w mig rozwiązałoby całą zagadkę. Szybka robota. Bez żalu i cierpienia. Bez nieprzespanej nocy i obaw.
Nadzieje na to jednak rozmywały się w jego myślach, jak mgła, wraz z mijającym świtem, coraz wyraźniej klarując się w coś, czego nie miał ochoty sobie uświadamiać. Jak z resztą wielokrotnie, przez całe lata, kiedy próbował odciąć się od tego wszystkiego, bo nie był tam po to, by komukolwiek współczuć, a jednak, kiedy patrzył na Pana Bucknera, nie potrafił zupełnie odpędzić świadomości tego, co z człowiekiem potrafiła uczynić utrata bliskich. Ukochanej żony, ledwie chwilę później niemal wyśnionego, wymarzonego aniołka, który w ledwie parę chwil nieuwagi, przez parę nieroztropnych decyzji...
Otrząsnął się, by bez słowa wejść do środka, wypełniając umysł rozgardiaszem panującym w całym pomieszczeniu i wszechobecnym brudem. Kurzem unoszącym się w powietrzu, tańczącym lekko i leniwie w świetle nadchodzącego południa, całymi legionami much, krążących nad ich głowami i tym niemal raniącym uszy odgłosem, jaki wydawały ich skrzydła, kiedy one, nic nie robiąc sobie z wizyty, przecinały przestrzeń, tuż przed ich nosami. Chłonął wszystkie zapachy i odgłosy niemal z rozkoszą, nie chcąc dopuścić do siebie więcej nieprzyjemnych, nic niezmieniających przemyśleń.
Smród i zaduch, jaki panował w pomieszczaniu, niemal pomagał w tym, nie dając o sobie zapomnieć i nieznośnie drażniąc. Przy każdym oddechu, podczas którego całe jego ciało błagało, by stąd wyjść, niemal zatrzaskując wrota płuc, które nie zgadzały się na przyjęcie w siebie takiej mieszanki, mógł skupić się na tym, co widział i czuł.
- Dobrze. - kiwnął głową, odprowadzając swojego ucznia spojrzeniem po stromych, wiekowych już i wyjątkowo zaniedbanych schodach, na górę, aż ten zupełnie zniknął mu z pola widzenia.
Sam miał zamiar przyjrzeć się jeszcze dokładniej dolnej izbie, jak na razie, największą ciekawością darząc ścianę ze schodami, która według tego, co udało mu się zaobserwować, musiała bezpośrednio stykać się z pomieszczeniem gospodarczym w karczmie, w którym wylądowali poprzedniej nocy, wpatrując się w ścianę, jakby coś miało im się w niej objawić. Najchętniej rozwiązanie sprawy.
- Słucham? - spytał, odwracając spojrzenie od ściany, by zawiesić je na mężczyźnie, mimo że doskonale słyszał, co ten powiedział, lub raczej wymamrotał, między jednym łykiem a drugim. - Chcemy tylko się upewnić, że zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy. - zapewnił, schodząc nieco z tonu, kiedy ujrzał go w całym obrazku.
Przy starym, obdrapanym i lepiącym się stole, wśród brudnych naczyń, zepsutego jedzenia i pustych butelek.
Tylu pustych butelek...
- Nie zabierzemy panu wiele czasu. - dodał, znów skupiając wzrok na schodach i podchodząc nieco bliżej, nie znalazłszy nic interesującego w reszcie pomieszczenia, na razie czekając jednak z dalszymi działaniami na Oscara. - Co znajduje się w tym pomieszczeniu? - spytał, mając na myśli wtopione w schody drzwi, w których kierunku się zwrócił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 301


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Sie 23, 2018 11:40 pm

Brudne szyby małych okienek nawet tak pięknego i niesamowicie słonecznego dnia wpuszczały do środka zaniedbanego domu bardzo mało światła. Promienie zamiast otulać wnętrza tuż po przebiciu się przez dawno nieczyszczone szkło jakby zmęczone tą walką opadały omdlewająco na ciemną, drewnianą podłogę wąskiego korytarza – wyglądały bardziej jak przyklejone do deski zwiewne, ale nieruchome firanki niż faktycznie coś tak niematerialnego jak światło. A jednak Oscar nie napotkał żadnego oporu, kiedy wsunął dłoń pod smutny całun i obserwował drobiny kurzu wirujące dookoła jasnych palców. Z każdym krokiem oddychało mu się coraz ciężej i dopiero tu na górze, gdzie fetor zelżał, dotarło do niego, że to nie przez smród. Ani nie przez zaduch. Atmosfera tego miejsca była tak przytłaczająca, że z każdą spędzają tu chwilą zapominał, że za drzwiami jest jakiś inny świat – jasny i pełen ludzi, a nie po brzegi zatopiony w szkle.
Sam nie był pewien ile już tu był. Umysł podpowiadał mu, że na palcach jednej ręki policzy minuty spędzone w zaniedbanym domostwie, ale czuł się tak, jakby spędził tu już kilka godzin – wlekących się upiornie jak pochód dusz, które nie mogą pożegnać się z doczesnym życiem. Nie wiedział czemu, w końcu od dziecka obcował ze śmiercią, w końcu miał już za sobą doświadczenia, których nikt nie chciałby mieć, ale tu ścierał się nie z kostuchą, ale z pustą skorupą życia. Ze światem człowieka, który poddał się już dawno temu i pozwolił, by jego bólem syciły się poczerniałe ściany i wypełniały duszne pomieszczenia. By gnijącego za życia zżerały go muchy od zewnątrz i alkohol od środka. Rudzielec czuł się zduszony bardzo niewyraźnym i niezwykle odrzucającym, i dotkliwym przeczuciem, którego nie potrafił nazwać, ale który oblepiał jego ciało jak ciężka smoła. Sprawiał, że młody mężczyzna popychał najbliższe drzwi z takim ociąganiem, jakby były one zrobione ze spiżu i ważyły całe tony. Jakby naprawdę bardzo, ale to bardzo nie chciał zobaczyć tego, co się za nimi znajdowało.
A była tam sypialnia. Zatopiona w graficie ciemności ledwo-ledwo przełamywanej przez światło przesycające się całunem przez dziury w szmacie, z której naprędce zrobiono zasłonę. Wielkie małżeńskie łóżko przerobiono na gnijący, śmierdzący uryną barłóg. Podłogę zaścielał dywan starych, porozrzucanych jakby w amoku ubrań. Szafa stojąca naprzeciw legowiska stała otwarta, wszystkie szuflady były zeń wysunięte i opróżnione, a ich zawartość wysypana na podłogę – i tak już zostało na tak długo, że wszystko przykryła centymetrowa warstwa kurzu – jak szary, smutny śnieg. Jakby nikt tu tak naprawdę nie mieszkał, choć przecież słyszał dochodzący z dołu, stłumiony skrzek gospodarza. Oscar ledwie omiatając pokój spojrzeniem z samego wejścia szybko ocenił, że musiał być pierwszym gościem od naprawdę dawna w tym pokoju i cokolwiek miałoby się w tym domu chować to na pewno nie tu. Nabrał więc głębszego wdechu i usłużnie, jakby speszony swoją śmiałością we wstąpieniu do czyjejś prywatnej sypialni z cichym kliknięciem zamknął drzwi i przełknął gorzki, śmierdzący glut śliny, który z ledwością przecisnął mu się przez gardło, nieomal grożąc zakrztuszeniem. Zostały już tylko jedne drzwi… Wychodek znajdował się z tyłu za domem, a skoro przed chwilą Byron oglądał sypialnie rodziców, to znaczyło, że za plecami miał drzwi do pokoju… Dziecka.
Zacisnął pięści dłoni tak mocno, że aż pobielały mu kostki. Był dorosłym mężczyzną, czego się więc bał? Zabawek? Łóżeczka? Rysunków? Ubranek? Bał się mebelków? Wspomnień? Niewysłowionego morza żalu i goryczy rodzica, który stracił swoje maleństwo? Samotnej starości przemijającej w poczuciu winy i własnym życiu, które w porównaniu do bliskich okazało się tak boleśnie długie? I jak na złość nie potrafiło się tak po prostu skończyć…
Odetchnął ciężko, prostując się i obracając na pięcie przodem do drzwi, które kiedyś musiały być białe. Jak błędny rycerz przybywający o miesiące za późno stanął przed bramami do królestwa małej księżniczki i patrzył na nie, nie mogąc znaleźć w sobie chęci do wyciągnięcia dłoni przed siebie i złapania za klamkę. Wydawało mu się, że czuje fetor zgnilizny i słodki zapach rozkładu. Że dobiega do niego ziołowy swąd mokrego mchu i złowróżbnego wnętrza lasu, który wyciągnął po dziecko sękate łapy i wessał wprost w bór, topiąc bezgłośnie w gęstym bagnie.
Nie było jej już w pokoiku.
Oscar modlił się, by już jej tam nie było. Modlił się, by nie było jej już w domu. Jeszcze w życiu o nic tak gorąco się nie modlił.
Sięgnął do klamki.

Siedzący przy stole spity mężczyzna łypnął na Alexandra złowrogo, uciekając wzrokiem do swojej butelki, zaglądając przez wylot, by spojrzeć na resztki bimbru smutno chyboczące się przy brudnym dnie.
- Ta, jasne… Gówno zrobiliście. I ciągle gówno robicie skoro tyle diabelstwa toczy ziemię. Potraficie tylko włazić porządnym ludziom do domu, grożąc im spojrzeniem, a potem pewnie jeszcze bronią – rzucił już nawet bez urazy, ale i bez litości. - Teraz to już nic tu po was i waszym smutnym poczuciu obowiązku. Zabieraj gagatka z palącą się głową i wynocha. Wypad do innej wioski, może tam jeszcze kogoś zdążycie ocalić, tutaj tylko wydeptujecie mi podłogę... – bulgotał coś jeszcze, przykładając butelkę do ust - jednocześnie chłepcząc i próbując coś mówić, cudem tylko się nie krztusząc. Pod koniec łyka udało mu się wydukać tylko pijane:
- Albo wyjazd do lasu na bagna.

Na piętrze białe wrota do zamku księżniczki skrzypnęły bardzo cichuteńko i pod naciskiem rozwarły nieznośnie powoli, wpuszczając do mniejszego pokoiku nieco więcej światła z żałośnie oblanego słońcem korytarza – nawet jeśli w środku było jaśniej niż gdziekolwiek w domu. Jedno okienko świetnie dawało sobie rade, nawet okolone z dwóch stron odsłoniętymi krótkimi zazdrostkami, aż nieruchomymi od ciężkiego osiadłego na nich kurzu. Światło obejmowało nieruchomo jasne mebelki w charakterze niewielkiego stoliczka, wąskiej szafy i jednoosobowego łóżka – wszystko było białe. Nietknięte. Patrząc na resztę domu, to jeśli nie uwzględniać kurzu było tu naprawdę czysto. Na stoliczku w słoiczku spoczywały kredki w różnych kolorach i różnych stopniach zużycia oraz pliczek kartek. Na parapecie w wazoniku spoczywały zasuszone kwiatki, których pąków resztki otaczały naczyńko. Był jeszcze kubeczek z ręcznie narysowanymi kwiatkami na stoliczku i porysowana poduszka usadzona na zasłanym łóżku. I miska z dzbanuszkiem służące do porannej toalety. I nic poza tym – nie było ani jednej zabawki, ani jednej szmacianki. Wszystkie musiały teraz brudne, mokre i obrastające mchem leżeć na skraju bagnisk, gdzie jeszcze nie tak dawno nosił je Pan Buckner, tak jak mówił karczmarz. Nie śmierdziało zgnilizną, padliną, ani fekaliami. Tylko ciężki zaduch i kurz. Wszędzie kurz.
Oscar czując nie specjalnie dużą ulgę stał dłuższą chwilę w drzwiach i zastanawiał, czy faktycznie przyjście tu było dobrym pomysłem. Czy naprawdę dzisiejszego dnia potrzebował tego wszystkiego? Oczy piekły go od zaległych w powietrzu drobin, czuł się brudny i śmierdzący, beznadziejnie słaby i kompletnie bezradny. Spuścił spojrzenie na podłogę, wychylając się w tył i zamykając drzwi równie grzecznie i usłużnie co poprzednim razem. Jak nieproszony intruz, a nie orędownik przybywający z późną odsieczą.
Kiedy chce się zbawiać świat naprawdę ciężko przełyka się takie obrazki, biorąc je za osobistą porażkę. Własną winę. I nie pomaga powtarzanie sobie, że przecież nie da się uratować wszystkich, być zawsze wszędzie na czas, zdążyć podać rękę, wydobyć broń, krzyknąć, zawołać, osłonić. A jednak gdyby nie ścierwojad na bagnie dziewczynka nadal by żyła.
Drzwi kliknęły zamykane i rudzielec nabrał głębszego wdechu, cofając się z powrotem do schodów.

Pijaczek pomimo tego, iż zdawał się wstąpić już w swój świat powolnego tańca z alkoholem, tak naprawdę uważnie łypał na niby to kulturalnie przemierzającego jego dom łowcę.
- Spiżarnia – odparł rzeczowo i szybko. Dużo szybciej niż wcześniej, do tego zaskakująco trzeźwo. Dodatkowo wredniej niż wcześniej. Z jebnięciem odstawił przy okazji butelkę na stół. - Wyżarta aż do ostatniego plastra szynki, a co? Racje żywnościowe też mi będziecie kontrolować?! – Najwyraźniej cierpliwość mu się skończyła, bo porwał naczynie z grubego szkła i podniósł się chwiejnie na nogi, okrążając stół. - Niedoczekanie wasze, wynocha mi stąd! Obaj! Przeszukujcie sobie karczmarza, jak was do mnie przesyła i na takiego świętego się kreuje! Sam wymyśla bajeczki, żeby ściągnąć sobie więcej gości i nakręcić ich na płacenie więcej za durny pokój! Sio, a kysz, darmozjady! Nie tu wasze miejsce! – Machnął niebezpiecznie butelką, ale dobre dwa metry od Alexandra, aż złapał go atak kaszlu.
Słysząc krzyki i poruszenie Oscar przyspieszył kroku i truchtem wpadł na schody, by upewnić się, że na niższym piętrze nic się nie dzieje. Wystarczyło więc, by pod nieuwagę nadepnął na nadwyrężony czasem schodek, szybko i całym ciężarem, praktycznie na niego wskakując i ten chrupnął mu pod butem sprawiając, że w mgnieniu oka jego noga zapadła się aż do połowy łydki. Rudzielec krzyknął urwanie, przyklękując i łapiąc się balustrady, czując jak kawałek naderwanego drewna ubódł go do krwi. To jednak co sprawiło, że pobladł, a w następnej chwili prawie pozieleniał to nie otarcie, a nagły, obezwładniający wręcz, mocny jak sto diabłów, przejmujący smród rozkładu, który wyzierał z dziury w schodku. A raczej z pomieszczenia, który znajdował się pod nim.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ShaelSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 28/11/2017
Liczba postów : 113
Cytat : It's been lovely but I have to scream now

PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Czw Paź 11, 2018 8:44 pm

Smętna postać uniosła ziejącą już pustką butelkę do ust i przechyliła, próbując wydobyć zeń ostatnie, trzymające się rozpaczliwie chłodnych ścianek, krople alkoholu. Ten i tym razem, nawet tak czule otulając gardło i pieczeniem odciągając myśli, nie był w stanie ukoić bólu. Nigdy nie koił, chociaż za każdym razem, kiedy osunąć się w jego ramiona, miało się wrażenie, że są one jedynym miejscem, w którym boli, choć odrobinę mniej. Takim, w którym złe mary, szarpiące umysł ciągłymi wspomnieniami, nie mają wstępu i mogą jedynie drapać i rzucać się na zamknięte drzwi. I chociaż nawet wtedy ryły ostrymi pazurami wyrzutów, winy i żalu, zdawały się jedynie echem tych, które osaczały zmęczoną ofiarę, kiedy bimbru już zabrakło.
Człowiek siedzący przed nim, bardzo wyraźnie, co zupełnie dziwne, ani obce dla samego Alexandra nie było, z całych sił starał się utrzymać stan, w którym rzeczywistość chybotała się jedynie na skraju świadomości, dając mgliste wrażenie, że nic się nie stało. Tłumiąc ściskającą i pożerającą trzewia frustrację, pozwalając na, choć kilka chwil nie czuć nic. A kiedy tak patrzył na siedzącego przy starym, obdartym i pokrytym całą mozaiką zaschniętych plam, stole, zdawało mu się, jakby patrzył w specyficzne lustro, ukazujące sam dno duszy, zamiast skupiać się na aparycji. Widział siebie samego. Zrezygnowanego i pełnego bólu, którego przez lata nie umiał ukoić, przyzwyczajając się jedynie do niego. Szukającego pustej, niedającej satysfakcji zemsty, ciągnąc za sobą pochód trupów, z których żaden, zamiast ulżyć cierpieniu, dorzucał jedynie więcej nienawiści i bezradności do całego stosu wyrzutów. Znów przyjechał za wolno, znów zbyt długo szukał. Znów znalazł jedynie pojedynczą iskrę, zamiast ogniska zarazy i znów nie potrafił uleczyć ran, które po sobie pozostawiła. Bo sam doskonale zdawał sobie sprawę, że są to rany, których nie da się uleczyć, a do których można się jedynie przyzwyczaić.
Alkohol lub krew.
- Niewiele ma to wspólnego z poczuciem obowiązku - odparł jedynie sucho, nie chcąc dyskutować z człowiekiem w tym stanie i to takim, którego rozumiał tak irytująco dobrze.
To, jak doskonale go rozumiał, drażniło go i denerwowało w sposób, w jaki zbudza w człowieku agresję pytanie, czy poruszanie tematu, który jest dla niego wysoce niewygodny. Ta sama żałoba i ten sam ból. On sam, zamiast alkoholu wybrał rozlew krwi. Zamiast otumanienia, wyżycie. Patrząc jednak na starca, boleśnie widział, że żaden z nich tak naprawdę nie poradził sobie z tym brzemieniem.
Poczuł delikatne pieczenie w kącikach oczu i przetarł je nieco nerwowym ruchem, całą winę zrzucając na zaduch i kurz, jaki unosił się w powietrzu, oraz słodki odór zgnilizny, do którego jego węch wciąż nie potrafił się przyzwyczaić, z każdym płytkim, nigdy niedocierającym w głąb płuc oddechem, posyłając do świadomości kolejne fale odrzucenia.
Przeniósł spojrzenie na drzwi, o które spytał i chwilę później, kiedy tylko wyczuł zmianę w głosie mężczyzny, z powrotem na niego, czujniej, niż do tej pory. Z jednej strony nie wierzył, że ten może wyrządzić mu jakąkolwiek krzywdę, z drugiej, jego reakcja sugerowała, że zawartość pokoju jest sprawą delikatną.
Zrobił krok w stronę drzwi, wciąż nie spuszczając z oczu siwego, przygarbionego mężczyzny, ściskającego niemal rozpaczliwie butelkę w dłoni, kiedy wstał gwałtownie, poruszając stół, który stuknął gwałtownie o podłogę, a w pomieszczeniu rozległ się drżący, dźwięczny odgłos uderzającego o siebie szkła, których swoim wdziękiem niemal nie pasował do tego ciemnego, smutnego miejsca. Gospodarz niemal skoczył w jego stronę, tak sprawnie, tylko potrafił, lecz nienawykłe do tak gwałtownych ruchów ciało odmówiło, a duszący kaszel wezbrał w jego płucach dokładnie w momencie, kiedy od uszu Alexandra dobiegł dudniący odgłos kroków, którym towarzyszyło skrzypienie starej podłogi, kiedy jego podopieczny zbiegał z góry, zaalarmowany hałasami.
A chwilę później sam gwałtownie zwrócił się w tamtą stronę, kiedy dotarło go głuche chrupnięcie i krótki krzyk, który usłyszałby z głębi piekła.
- Oscar! - Sam uniósł głos, w dwóch krokach doskakując do ucznia i w pół drugiego z nich, niekontrolowanie unosząc przedramię do twarzy, kiedy wszystkie śluzówki zapiekły, a w kącikach jego oczu zebrały się niemal łzy, tym razem już zdecydowanie spowodowane uderzającym, kwaśno słodkim odorem. - Wyłaź stąd. Już. - zarządził twardo, wyciągając do niego ręce i pomagając mu uwolnić zranioną nogę, kiedy w jego głowie szalał cały huragan myśli, z których przeważająca większość skupiona była na tym, że chłopakowi nie mogło się teraz nic stać. Po prostu nie mogło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 301


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   Today at 12:26 pm

Wcześniej w całym domu było raczej cicho – jeśli nie liczyć chrapliwego głosu albo rzężenia gospodarza, ani cichych jęków spróchniałego, ciągle pracującego drewna z jakiego postawiono dom. Hałas, który obudziłby umarlaka wezbrał dopiero w ciągu ostatnich trzydziestu sekund, składając się pół na pół z ludzkich krzyków i… Z czegoś, co było w tym wszystkim najcichsze, ale najmocniej stawiało włoski na karku: z cichego szczebiotu łańcucha. Od samego smrodu dobiegającego z pomieszczenia można było wyzionąć ducha, więc Oscar skwapliwie skorzystał z pomocy starszego łowcy i najdelikatniej jak mógł wyszarpnął nogę z dziury, dziurawiąc sobie spodnie od kolana aż po cholewkę buta, na szczęście płytko raniąc sobie nogę. I nawet pieczenie, i najprawdopodobniej drzazgi w skórze nie przeszkodziły mu w zeskoczeniu ze schodów jak wielkanocnemu zajączkowi, by instynktownie uciec od gryzącego zapachu. Nawet jego oczy się zaszkliły, choć ze względu na specyficzny zawód znał ten odór jak mało kto. Słodką, słodziutką woń rozkładu, tak gęstą, że zostawiała prowadzący do torsji osad na podniebieniu i języku. Zapach starego mięsa, starych zwłok, połączonych z fekaliami, typowo piwniczną stęchlizną i grzybem. Koktajl zapachowy praktycznie zwalał z nóg i sprawiał, że cała reszta domu trąciła jak bukiet świeżych kwiatów. Chłopak instynktownie chciał wybiec na dwór, ale wiedział, że właśnie teraz musi wraz z Alexandrem kuć żelazo, póki jest gorące i jak najszybciej zobaczyć co jest na dole, niezależnie od tego jak bardzo obawiał się tego obrazu.
Zwłaszcza, że gospodarz właśnie osiągnął apogeum wkurwienia:
- Patrzcie, coście uczynili! Macie pomagać ludziom, a nie niszczyć ich domy! Co ja mówiłem! Jazda stąd! – Mężczyzna zrobił kilka chwiejnych kroków w ich stronę, a Oscar w tym czasie wyprostował się i odkaszlnął, tylko raz, nie chcąc by przy kolejnym wyszło z niego dopiero co zjedzone, pyszne śniadanie. A był od tego o niewielki krok.
- Cisza. – uciął, oddychając przez otwarte usta i spoglądając na mężczyznę spode łba. - Ma Pan brudne mieszkanie. Proszę usiąść sobie i polać kieliszek, a my pomożemy je sprzątnąć w imię czynu społecznego. Nie polecam nam przeszkadzać. – Pomimo ostrzegawczego charakteru wypowiedzi wciąż rozpaczliwie starał się być miło, mimo tego, że przez głowę przetaczały mu się różne myśli. I najmocniej zarysowywała się w nich obawa, że znajdzie tam gnijące trupy żony i córki gospodarza i że właśnie usiłuje desperacko uspokoić seryjnego morderce własnej rodziny.
Było mu niedobrze zarówno fizycznie i psychicznie, zwłaszcza, kiedy widział, że jego prośba o niestawianie oporu nie była wystarczająco przekonująca.
Pijak szybkim ruchem rozbił pustą butelkę o ścianę, malowniczo sypiąc na podłogę grube kawały szkła i zamieniając nieszkodliwy pojemnik na alkohol w niebezpieczną broń o kilku ostrych krańcach – która była równie śmiercionośna i niedoceniana jak chłopskie widły. Mężczyzna warknął, zapluwając sobie brodę i spoglądając na Oscara ze skrzącą się, wojowniczą nienawiścią – prawdziwą piorunującą złością i siłą wilka broniącego swoje młode. Ojca broniącego rodziny. Który potrafił pokonać schorowane i przeżarte alkoholem ciało i wykrzesać z niego potężne i mordercze zadatki, byle tylko wyszarpnąć sobie święty spokój. Skoczył w stronę rudzielca, aż zdzierając sobie gardło.
- Zostawcie moją rodzinę!
Próbując przy okazji zedrzeć gardło młodszemu z łowców.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: He wears the smell of blood and death like a perfume   

Powrót do góry Go down
 
He wears the smell of blood and death like a perfume
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Fantastyka-
Skocz do: