CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Northern Sons

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Northern Sons   Sob Lut 24, 2018 12:26 am

Northern Sons - Kanadyjski zespół rockowy powstały w 2008 roku w Edmonton. Został założony przez Gregorego Clermonta i Zacka Coopera, dwóch przyjaciół z dzieciństwa, którzy zakochani w muzyce rockowej, postanowili spróbować w niej własnych sił. Przez pierwsze dwa lata zespół formował się, by ostatecznie w 2010 roku przyjąć formę, którą ma obecnie.
2008 - Powstanie zespołu.
2009 - Przyłączenie Samanthy Benner.
2010 - Przyłączenie Rufusa Kocha i Lawrenca Vegi.
2011 - Thomas Howells menadżerem. Nagranie i wydanie pierwszej płyty "18th street".
2013 - Nagranie i wydanie drugiej płyty "One Shot".
2014 - Pierwsza Nagroda Billboard Music Awards w kategorii Najlepsza Grupa. Pierwsze światowe tournee.
2015 - Gregory Clermont opuszcza zespół, przyłączenie Waltera Robertsa.
2017 - Wydanie trzeciej płyty "Lust for Love".
2018 - Gregory Clermont ponownie przyłączony do zespołu. Drugie światowe tournee.


Thomas Howells, 36 lat, hetero - menadżer
Na pierwszy rzut oka może wydawać się nieludzko obojętny i przygotowany na każdą ewentualność, zawsze przytomny i podejmujący decyzję, ale to tylko maska. Jest zapewne największym fanem chłopaków (i dziewczyny), a ważny dla niego nie jest wyłącznie sukces zespołu, ale też każdej pojedynczej jednostki. Zwykle jest w cieniu, obserwując, pilnując by wszystko było dopięte na ostatni guzik, samemu będąc niewidocznym. Jest aniołem stróżem całej grupy, pozornie pozbawionym jakichkolwiek wad, potrzeb czy życia prywatnego.


Zack Cooper, 28 lat, bi? - Bas
Najbardziej przyjazna i do rany przyłóż istota, jaką można znaleźć na tej planecie. Ma szczególną zdolność zdobywania sympatii innych, a robi to w tak naturalny i niezobowiązujący sposób, że nie da się go nie lubić. Z jego ust trudno jest usłyszeć coś niemiłego, unika konfliktów - a jeśli już się pojawią, jako pierwszy próbuje je złagodzić. Przyjaźni się z Gregorym od najmłodszych lat, nigdy nie miał przed nim żadnych tajemnic (aż do... niedawna) i traktuje go jak ukochanego brata, dla którego jest gotów zrobić wszystko.


Rufus Koch, 30 lat, bi - perkusja
Rosły facet emanujący chłodną pewnością siebie, otaczający się aurą tajemnicy. Stanowi doskonałe zrównoważenie reszty rozbrykanego, radosnego zespołu. Sprawia wrażenie dużo starszego, poważniejszego i ułożonego niż jest w rzeczywistości, ale doskonale zdaje sobie sprawę jak jego image działa na innych i z premedytacją to wykorzystuje. Tak naprawdę uwielbia korzystać z życia jakie oferuje sława, robi to jednak w bardziej wysublimowany sposób niż reszta Northern Sons.


Samantha Benner, 25 lat, hetero - klawisze, wokal
Roztrzepany rudzielec, który swoim entuzjazmem potrafi zarażać tłumy. Ciepła i wyrozumiała, ale skłonna przywalić, kiedy się wkurzy. Pijana bywa nieznośnie szczera i złośliwa, ale na szczęście trudno ją upić. Ma niespożytkowane pokłady energii, wszędzie jej pełno i doskonale dogaduje się z Lawrencem. Byłaby jego babskim klonem, gdyby nie fakt, że mniej w niej narcyzmu.

 
Gregory Clermont, 28 lat, homo - gitara przewodnia, wokal
Zdystansowany, raczej milczący i znajdujący się w swoim własnym świecie, skupiony głównie na muzyce i tym, co chciałby nią przekazać. Ignoruje większość ludzi w mniej lub bardziej przyjazny sposób, zwraca uwagę wyłącznie na osoby dlań ważne. Sława nie zmieniła go ani na jotę - czego nie można powiedzieć o zawiedzionym zaufaniu i złamanym sercu. Podobnie jak dawniej, tylko Law jest w stanie wyprowadzić go z równowagi i sprowokować bardziej spontaniczną i gwałtowną reakcję. Tylko przy nim wypełza z Gregora niestroniący od przekleństw buc, ale też namiętny kochanek. Lojalność i szczerość są dla niego najważniejsze - dlatego jego eks poważnie nadwyrężył jego zaufanie do ludzi.
Udaje, że jest aktualnie w związku.

Lawrence Vega, 27 lat, bi - wokal, gitara
Pewny siebie flirciarz o boskim głosie, seksownym ciele i aurze niegrzecznego chłopca. Hedonista i czarujący narcyz, dla którego nie istnieje słowo "nie". Zwierze sceniczne, niepoprawny optymista, skryty marzyciel i prawdziwa bestia w łóżku. Uzależniony od papierosów, zakrapianych imprez, mocnej kawy i muzyki. Lubi mieć ostatnie zdanie w każdej dyskusji.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Pon Lut 26, 2018 11:43 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Lut 26, 2018 12:43 am

Gregory Clermont stał w jednym z pomieszczeń swojej wytwórni płytowej z torbą narzuconą na jedno ramię, a gitarą - na drugim. Miał w uszach słuchawki, a na telefonie przelatywał raz po raz początek jednego z utworów swojego zespołu, stukając papierosem trzymanym w palcach o futerał. Wyglądał niemal tak, jakby ostatnie dziesięć lat jego życia się nie zdarzyło. Był wciąż tym samym młodym chłopakiem, dla którego tworzenie muzyki było najważniejsze, który potrafił się spakować w ciągu piętnastu minut, niezależnie od tego, jak daleko jechał - i który nigdy nie nosił markowych ciuchów, bo szkoda mu było na nie kasy. Niby ten sam - a jednak inny. Zapuścił włosy, przestał udawać, że kiedykolwiek wyrośnie mu prawdziwa, męska broda, znalazł uciążliwy nałóg, który szczególnie dawał się we znaki w chwilach szczególnego stresu (bądź rozluźnienia), dodał sobie kilka kolczyków i jeden tatuaż... I nawet zdobył więcej pewności siebie i nauczył się walczyć o swoje.
No i był sławny.
Szczegóły. Pomimo tego wszystkiego, czekając na przybycie swojego zespołu, czuł się dokładnie taki sam, jak dawniej. Trochę zdenerwowany, trochę szczęśliwy, niecierpliwiąc się na myśl o wejściu na scenę, a jednocześnie czując niechęć na myśl o wszystkich rozmowach, które go czekały. To nie było tak, że zniknął na dwa lata zupełnie bez słowa, zrywając ze wszystkimi kontakt i zaczynając życie od nowa. Odszedł po skończeniu trasy koncertowej, na chwilę, pewien że w końcu wróci - Northern Sons było dla niego wszystkim. W nic wcześniej (ani później) nie włożył tyle sił, czasu, zapału i desperacji. Zebrał grupę genialnych ludzi, którzy razem mogli tworzyć zajebistą muzykę i porywać za sobą tłumy. Miał wizję, a rzeczywistość potwierdziła trafność jego idei. Gdyby nie on, nigdy by się nie zeszli, nie staliby się tak popularni, nie stworzyli trzeciej płyty... Płyty, o której postępach słyszał, ale której sam nie stworzył. Tym zajął się Vega.
Lawrence Vega. Jego eks i przekleństwo. Mężczyzna, który sprawił, że gitara przewodnia zniknęła na dwa lata.
Gregory nie był oczywiście dzieckiem. Wiedział, że związki w obrębie zespołu nie były dobrym pomysłem. W ogóle - związki z artystami mogły być tylko pomyłkami. W ludziach takich jak Law ogień pasji nie tlił się, a wybuchał, paląc wszystko, co stanęło mu na drodze. Wrogowie, przyjaciele, kochankowie - bez różnicy. To wszystko nie miało żadnych szans w starciu z narcystycznym, cholernie przystojnym i zabójczo uzdolnionym wokalistą. Brunet od pierwszej chwili wiedział, że z nim będą tylko problemy - a jednak dostrzegł go i wybrał na członka swojego zespołu, swojego ukochanego dziecka. Nie mógł przejść obojętnie obok kogoś o takiej scenicznej charyzmie. 
Nie pokochał go oczywiście od pierwszego wejrzenia. Do takiego uczucia potrzebowali całych lat - ale wciąż pamiętał swoje oszołomienie na widok śpiewającego Vegi. To był człowiek, o którego mu chodziło. To był mężczyzna o tak zniewalającym uroku, rozsiewający dookoła siebie niesamowity czar, wciągający do własnego świata i powodujący zapomnienie niczym najlepszy mag. Nikt nie mógł mu się oprzeć, nikt nie mógł pozostać obojętnym. Dało się go jednak znienawidzić - tego Clermont był chodzącym dowodem. Ponad dwa lata zajęło mu uporanie się ze złamanym sercem i zawiedzionym zaufaniem. Dwa lata ignorowania egzystencji mężczyzny, którego przez pewien czas nazywał swoim ukochanym. Dwa lata... I w końcu miał go znowu spotkać. Ba! traktować znów tak, jakby nigdy do niczego nie doszło. Czy był do tego zdolny? Czy przerwa, której potrzebował by nabrać do wszystkiego dystansu, faktycznie mu pomogła?
Nie mógł być tego pewien - ale czas pokaże. 
Wiedział, że wrócił jednocześnie za wcześnie i za późno. Za wcześnie - bo idealnie na kolejną światową trasę. Za późno - bo ominęło go tworzenie trzeciej płyty. Za wcześnie - by całkowicie zapomnieć o Lawrence'u. Za późno - by móc w jakiś sposób odratować ich relację. Wiedział, że nie było szans na naprawę tego, co jego kochanek tak nieroztropnie wyrzucił, jak zużytą prezerwatywę, wzgardzając jego uczuciem i zaangażowaniem. Wiedział, a jednak bolała go utrata tego konkretnego mężczyzny, poza którym przez kilka przyjemnych chwil zapomnienia, nie widział świata. Myślał wtedy, że bez tych uczuć umrze, wyschnie jak niepodlewany kwiat. Ha! A jednak żył, poradził sobie, był już ponad to.
Miał szczerą nadzieję, że był.
Pamiętał tamto spotkanie, jakby było wczoraj. Początek końca.
Thomas Howells. Ich menadżer. Osoba, którą uważał za swojego przyjaciela. Kogoś, komu naprawdę zależało na nim i na reszcie zespołu. Kto zawsze służył dobrą radą i poświęcał każdą chwilę na to, by pomóc im wspiąć się jeszcze wyżej, jeszcze bardziej, jeszcze lepiej. Dotknąć gwiazd, znaleźć się wśród nich, stać się jedną z nich.
"Sądzę, że... Że to nie jest dobry moment, byście wchodzili w stały związek. (...) Ze sobą. Paparazzi tylko czekają na kilka dobrych ujęć, a z tego... mogą wyjść tylko komplikacje.(...)  Wasza kariera tak naprawdę dopiero co się rozpoczęła. Nie chcielibyście tego przecież zaprzepaścić dla kilku namiętnych chwil pomiędzy koncertami. (...) Już teraz są plotki. (...) Możecie straci wielu fanów".
I obojętny, nonszalancki Lawrence Vega, machający lekceważąco dłonią na ich wspólne kilka miesięcy. Zupełnie tak, jakby to było nic. Splecione namiętnie ciała, wspólne zasypianie, tworzenie utworów, wyznawanie sobie uczuć, wcześniejsze długie podchody... Nic. Kompletnie nic. 
Brunet poruszył się niespokojnie, mrugając, by powrócić ze wspomnień i bólu do rzeczywistości. To było już za nim. To wszystko... To była przeszłość, zamknięta i zapomniana. Nie mógł zrezygnować z prawdziwej miłości swojego życia tylko dlatego, że jakiś chuj uznał, że umili sobie z nim parę nudniejszych chwil. To, że przez moment uważał go za najważniejszy element, centrum świata, które przesłoniło nawet zespół... To był błąd. Dwa lata przerwy pozwoliło mu znów jasno określić swoje priorytety. Law już nim nie był. Nie powinien się na nim skupiać. Nie powinien o nim myśleć.
Westchnął ciężko, wyłączając muzykę i chowając telefon do kieszeni spodni. Przetarł twarz dłonią, zahaczając palcami o słuchawki i niemal je zrzucając na ziemię. Złapał je w ostatniej chwili, przewiesił przez szyję i rzucił na podłogę torbę, która zaczęła mu ciążyć. Był zdenerwowany. Ręce same mu się poruszały, nie potrafią znaleźć sobie miejsca po odłożeniu telefonu.
Wiedział, dlaczego myślał o tym wszystkim - znacznie więcej i intensywniej, niż w ciągu ostatniego roku. To był ten dzień, w którym miał znów go spotkać. Nie - słyszeć o nim, nie - widywać się z resztą zespołu, ale stanąć twarzą w twarz, uścisnąć dłoń i powiedzieć "wróciłem". Nie "do ciebie", ale "do zespołu". Tak naprawdę nie wiedział, jak zareaguje Vega. Mógł się zmienić - a mógł być taki sam. Tak czy inaczej, rzadko bywał całkowicie przewidywalny. Zaskakiwał, kusił i dostarczał szybszego bicia sera - wszystko, za co kochały go setki, nie, miliony ludzi. I czy można było ich o to winić?
Przecież dokładnie na to poleciał Gregory.
Podniósł oczy, słysząc otwieranie drzwi. To było to. Ten moment. Kolejna chwila, która zaważy na najbliższych latach. Na kształcie zespołu. Nie mógł tak po prostu obrócić się na pięcie, ze słowami "sorry, to był błąd, spadam". Nie chciał tego. To był jego zespół. To on był pierwszy. Nie mógł dać się spłoszyć kilku czarującym uśmiechom i - jakkolwiek by ona nie była wspaniała - charyzmie. Już zapomniał. Lawrence się nie liczył.
Jakie to cholerne kłamstwo...

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Lut 26, 2018 3:22 pm

Drzwi otworzyły się i do sali wpadła Sam piszcząc jak mała dziewczynka. Rude pasma jej włosów rozwiały się, kiedy entuzjastycznie rzuciła się Gregowi na szyję, całując go w policzek pomalowanymi na krwistą czerwień ustami.
- Greg! Świetnie że jesteś, tęskniłam jak cholera! - Po chwili rozluźniła uścisk, spojrzała na niego błyszczącymi radością oczami i roześmiała się nagle, widząc ślad szminki na jego policzku. - Ale cię oznaczyłam, czekaj, wytrę!
- Zrób miejsce, mała. - Niski głos Rufusa rozszedł się po sali przyjemnym echem. Perkusista stanął za plecami rudej i uśmiechał się kącikiem ust. Jego rosła sylwetka sprawiała wrażenie jakby mógł objąć ich razem i jeszcze zostało by trochę miejsca, ale stał z rękami wciśniętymi w kieszenie jeansów, rozluźniony, sprawiając wrażenie rozespanego niedźwiedzia.
Dziewczyna obróciła się, wspierając ramieniem o Grega. Kciukiem próbowała zetrzeć mu szminkę z policzka. I gdy tylko to zrobiła, Rufus w końcu odsłonił w uśmiechu zęby, robiąc krok w przód. Ścisnął dłoń przyjaciela, pociągnął go do siebie, zderzył się barkiem z jego barkiem i poklepał go po plecach w przywitaniu jakie stosowali od wielu lat.
- Dobrze cię widzieć, bracie. - Rzucił ciepło pomiędzy kolejnymi uderzeniami wielkiej dłoni. Potem cofnął się robiąc miejsce Zackowi, Thomowi i Lawrencowi, którzy weszli po nim.
Każdy z członków zespołu zmienił się trochę na przestrzeni lat, ale to właśnie Law prezentował sobą te zmiany najbardziej. Wprawdzie zawsze miał w sobie urok rockmana, tę specyficzną aurę i charyzmę, ale przez ostatnie dwa lata jego wizerunek znacznie się poprawił. Czas wyostrzył wszystkie cechy sprawiając, że Lawrence Vega nie był już zwykłym, zakochanym w muzyce dzieciakiem z pasją i pewnością siebie zdolną przenosić góry - Vega stał się marką. Był twarzą Northern Sons, jego głosem i najgorętszym płomieniem. Był tworem starannej pracy rzeszy ludzi, istotą zrodzoną z pieniędzy, zakładnikiem sławy, był... gwiazdą.
Pod skórą wyraźnie rysowały się mięśnie wypracowane przez liczne, regularne treningi. Długie, czarne włosy zniknęły na rzecz modnie wygolonych boków i przydługiej grzywy przesłaniającej czoło, dodającej ostrości i męskości rysom jego twarzy. W uszach pojawiło się kilka kolczyków, a ramię i pierś ozdobił misterny tatuaż z wizerunkiem smoka. Jak zawsze jednak trzymał się prosto, głowę niósł wysoko, a na twarzy miał swój firmowy, zawadiacki, kipiący pewnością siebie uśmiech. W tej materii nie zmieniło się nic. Wciąż był tym samym Lawrencem, który gdziekolwiek się pojawił, wypełniał sobą całą przestrzeń, skupiając na sobie uwagę wszystkich ludzi; sprawiając wrażenie, jakby uważał, że w pełni zasługuje aby świat upadł mu do stóp. A mimo to ludzie wybaczali mu tę graniczącą z pychą nonszalancję, byle tylko podarował im szczyptę swojej cennej uwagi.
I w całym tym swoim majestacie stał teraz w otwartych drzwiach z dłońmi wciśniętymi w kieszenie skórzanej kurtki.
Z błąkającym się na ustach uśmiechem obserwował jak reszta zespołu entuzjastycznie wita Grega, a sam próbował odnaleźć w tej sytuacji coś znajomego. Wiedział, że ta kiedyś nastąpi, przecież Greg nie odszedł na zawsze, ale ilekroć wyobrażał sobie ponowne spotkanie, nigdy nie wyglądało ono tak. Sądził, że będzie bardziej przejęty jego widokiem, że poczuje cokolwiek więcej prócz lekkiego dyskomfortu. Ale nie poczuł nic. Wciąż wprawdzie miał do niego dużo sympatii i ogromny szacunek do jego talentu, ale poza tym...
- Nie masz zamiaru powiedzieć Gregowi "cześć", Law? Nie bądź bucem, nie widzieliście się całe wieki.
Głos Sam wyrwał go z zamyślenia. Zdjął ciemne okulary i zaczepił je o przód białej bokserki, którą miał na sobie.
- Ledwie dwa lata, minęło jak dwa tygodnie. - Uśmiechnął się krzywo i mrugnął do rudej. - Poza tym, tak go oblegliście, że co najwyżej witałbym go na kanapkę.
Sam wywróciła oczami i odsunęła się odrobinę, a Law ruszył z pod drzwi, skupiając wzrok na Gregu i przywołując na twarz uśmiech.
Jego dawny kochanek zmienił się, ale pierwszą rzeczą, którą zauważył nie była długość włosów czy kilka nowych kolczyków, a wyraz jego twarzy... Beznamiętność i hardy, zimny wzrok, kiedy tylko skrzyżowali spojrzenia. To było coś nowego. Czy raczej... coś obcego.
Law mógł mówić głośno, że dwa lata to nic, ale naprawdę czuł jakby nie widział go dużo dłużej, jakby cała wspólna przeszłość była cholernie dalekim wspomnieniem, a stojący przed nim człowiek był... obcy. Mimo to wyciągnął do niego dłoń, uścisnął mocno, przyciągając go do siebie, zderzając się barkiem z jego barkiem i klepiąc go po plecach. Przywitał go tak, jak zrobiła to reszta. Tak jak witali się zawsze, jakby faktycznie nic się nie zmieniło. Zero niezręczności, zero dziwnych zachowań.
- Szmat czasu, stary, dobrze cię widzieć. - Odsunął się, ale na odchodnym pociągnął lekko za kosmyk gregorowych włosów, kompletnie grzebiąc jakiekolwiek podejrzenia, że mógłby czuć się przy nim źle. - Fajna grzywa, jest za co ciągnąć. - Mrugnął, uśmiechając się znacząco i zajął miejsca przy długim, konferencyjnym stole, rozpierając się na krześle niczym władca na tronie. Nie było po nim widać nawet cienia zażenowania, nawet odrobiny niezręczności, zupełnie jakby naprawdę minęło tylko kilka tygodni, a nie całe lata.
- I czym headbangować. - dorzuciła Sam, roztrzepując palcami gregorową grzywę i siadając na przeciw Lawa. - Wiesz jak mi było smutno, kiedy Thom powiedział Lawowi, żeby ściął włosy? Teraz tylko ja w zespole headbanguję. - Wykrzywiła wargi w udawanym niezadowoleniu.
- I tak to robię.
- Ale nie ma już takiego efektu!
- Nie mów, że moja falująca grzywa nie robi wrażenia. - Przeczesał palcami włosy w teatralnym geście, ale nawet to w jego wykonaniu było cholernie seksowne. Posłał Sam firmowy, uwodzicielski uśmiech.
Odporna na jego urok, parsknęła śmiechem.
- Robi, ale nie na mnie.
- Nie zmuszaj mnie, żebym ci udowodnił. - Zaczepny, niewinny jak na możliwości Lawa uśmiech przez chwilę stał się jawnie prowokacyjny, ale zniknął równie szybko jak się pojawił, bo spojrzał na Thoma, skupiając na nim całą uwagę. - Jak już ogarniecie wszystkie papierki i inne pierdoły, to jesteśmy wolni, nie? Nie chcę tracić czasu. Nie graliśmy z Gregiem od dawna. Trzeba się znów dopasować.
Nim Thom zdążył odpowiedzieć, Sam go ubiegła.
- Nie dasz mu się nawet rozpakować?
- Jak znam Grega, to nie może się już doczekać. - Przeniósł spojrzenie na długowłosego i uniósł brew w pytającym geście. Mogło nie wyjść im jako kochankom, mogli nie dogadywać się jako kumple, ale jako muzycy byli doskonale dopasowani i zgrani, tego Law był pewien jak niczego na świecie. Nie tęsknił za nim tak bardzo jak tęsknił za jego muzyką, za ostrymi riffami, które rezonowały w ciele, zmuszały, by odpowiedział na nie swoim głosem. Muzyka Grega była niesamowita, jedyna w swoim rodzaju i Law znów chciał poczuć dreszcz, który sprowadzała. Im szybciej, tym lepiej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Mar 05, 2018 12:30 am

Greg też się "stęsknił jak cholera". Nie zdawał sobie z tego sprawy aż do chwili, gdy zobaczył przed sobą cały zespół, uśmiechnięty, zajmujący momentalnie pomieszczenie swoją głośną i intensywną prezencją. Każdy z grupy był charakterystyczny, każdy rzucał się w oczy i to, że minęło niemal dziesięć lat od powstania zespołu niczego nie zmieniło w ich sposobie bycia, a co najwyżej dodało więcej pewności siebie. Stanowili energiczną, wybuchową mieszankę różnych podejść do życia, osobowości i stylów, która zwracała uwagę swoją krzykliwością i jednocześnie niesamowitym, niespotykanym wręcz dopasowaniem i zgodnością. Mogli się różnić, mogli się w wielu rzeczach nie zgadzać, a jednak gdy chodziło o muzykę, byli zgodni. I tworzyli magię.
Przywitał pierwszych dwóch członków z szerokim uśmiechem, milcząc - bo nie wiedział, co powinien w zasadzie powiedzieć na takie powitania - ale jednocześnie szczerze się ciesząc, że znów byli obok. To nie było tak, że nie widział całego zespołu przez dwa lata - nie, skądże. Po coś ktoś wymyślił wideokonferencje i pociągi. Najczęściej oczywiście widywał się z Zacharym, ale też kilkukrotnie dał się wciągnąć w słowotoki Sam, podobnie jak wymienił się paroma uwagami z Rufusem. Całkowicie urwał kontakt tylko z wokalistą - czego najwyraźniej ten drugi nie uznał za problematyczne, skoro nigdy specjalnie nie starał się w jakiś sposób wpaść podczas grupowej konferencji. Oczywiście, Gregory nie był całkowicie odizolowany od swojego eks - słyszał o nim historie, widywał na okładkach gazet, niejednokrotnie też słyszał jego głos w radiu czy telewizji. Szybko jednak nauczył się wyłączać w takich momentach emocje, zmieniać kanały, odwracać wzrok i skupiać na innych aspektach rzeczywistości - tej mu bliższej, pozbawionej towarzystwa ukochanego zespołu. Tak było lepiej, po to w ogóle zdecydował się wyjechać. Gdyby chciał raz po raz na nowo przeżywać rozstanie, zostałby na miejscu, uczestnicząc w koncertach, wywiadach, tworzeniu płyty i imprezach.
- Wreszcie jesteś!
Przywitał się z Zackiem mocnym uściskiem, gdzieś w głębi duszy czując się winnym za odrzucenie jego propozycji podwiezienia ze stacji. Potrzebował dostać się do studia samodzielnie, w swoim czasie, bez kogokolwiek u boku, kto chciałby go zagadać, upewnić się, że wszystko w porządku i jeszcze opowiedzieć o tym, co się w ostatnim czasie zmieniło. Nie miał ochoty na plotki, zatroskane spojrzenia czy głośne powitanie na dworcu - dlatego nie podał godziny swojego przyjazdu, co spotkało się z pewnym niezrozumieniem ze strony jego przyjaciela. Oczywiście, Cooper nie robił mu z tego powodu żadnych wyrzutów, ale bez wątpienia poczuł się wtedy odrzucony, co nie było zbyt dobrym początkiem dla ich wznowionej współpracy.
Inną sprawą było to, że Gregory musiał na nowo nauczyć się żyć z tak dużą i intensywną grupą ludzi. Kochał ich całym sobą, uwielbiał ich towarzystwo, ale odzwyczaił się i na nowo wszedł w tą bardziej aspołeczną część siebie.
Wyzwania, wyzwania....
Uścisnął bez słowa dłoń Thomasa, który powitał go wyłącznie krótkim:
- Mam nadzieję, że podróż odbyła się bez przeszkód.
Miły jak zawsze - pomyślał ironicznie, siląc się na potwierdzające skinięcie głową. Za nim akurat nie tęsknił - wciąż nie potrafił mu wybaczyć wbicia ostatniego gwoździa do trumny relacji z Lawrencem. Niezależnie od tego, czy taki zewnętrzny przymus był lepszym rozwiązaniem, czy może menadżer kierował się wyłącznie troską o funkcjonowanie zespołu - dla Gregory'ego to, co zrobił, wciąż było niewybaczalne. Dwa lata przerwy nic w tej kwestii nie zmieniły.
Owszem, było w nim coś z pamiętliwej mendy.
Jako jedyny chyba nie spojrzał na wokalistę aż do chwili, gdy ten się odezwał. Przez ponad pięć lat nie nauczył się obojętności na jego urok - mógł tylko liczyć na to, że dwa lata bez jego towarzystwa coś zmieniły. Że złamane serce coś zmieniło. Podniósł wzrok i powiódł nim po sylwetce Lawa, skanując go krótko, ale na tyle dokładnie, by przyjął do siebie zmiany w jego wyglądzie. I coś niesamowitego się wtedy stało - chłód, który poczuł na dźwięk jego obojętnych słów, nie odszedł. Stojący kilka metrów od niego wokalista był mu obcy. Nie wyglądał jak ten Lawrence, którego pokochał. Nie brzmiał jak on. Mężczyzna, który złamał jego serce, wykorzystał go i wyrzucił, gdy przestał być potrzebny, zniknął. Na jego miejscu pojawił się ktoś inny - bardziej zdystansowany, męski i... nieprzyjemny.
Gregorowi nie zabiło szybciej serce na jego widok, stało się coś zupełnie odmiennego. Poczuł do niego niechęć. Czystą, niesprecyzowaną, podskórną antypatię. Za kogo właściwie się ten człowiek miał? Jak śmiał go traktować w ten sposób? Mógł być wokalistą i marką, ale nie był królem na swoich włościach, żeby tak traktować człowieka, po którego psychice niemal trzy lata wcześniej się przeszedł.
Odsunął głowę do tyłu, uciekając szybko od dłoni Lawa - i dopiero wtedy dotarło do niego, że nie odezwał się jeszcze ani razu. Odwrócił spojrzenie od wokalisty, zamierzając zachować się wreszcie jak człowiek, gdy słowna przepychanka pomiędzy nim a Sam zajęła miejsce powitań.
Całkowicie się odzwyczaił od ciągłego hałasu, który im towarzyszył. 
Poprawił dłonią roztrzepane włosy i wywrócił oczami.
- Spokojnie, książę, nie jesteś centrum świata. Poczekaj na swoją kolei - mruknął, zarzucając z powrotem obie torby na swoje ramion i kiwając głową na Thoma. - Załatwmy najpierw formalności, a potem przywitam się ze wszystkimi tak, jak należy, a nie przelotem. Chcę znów poczuć się pełnoprawnym członkiem Synów. - Wyszczerzył zęby, ignorując kolejne nieprzyjemne poczucie, że zawalił. Pojawia się po dwóch latach i nie potrafi ani zamienić z nimi porządnie kilku zdań, ani nie biegnie od razu na próbę? Na pewno niszczył w ten sposób wszystkie oczekiwania, jakie jego grupa mogła mieć - i będzie musiał im to niedługo zrekompensować.
Póki co jednak... Póki co czuł się nie na miejscu. Nie wiedział, co mówić, jak się zachowywać, reagował na uściśnięcia bardziej machinalnie i starał się unikać spojrzeń kogokolwiek - a już w szczególności tych należących do jego eks oraz do jego przyjaciela. 
Ruszył bez dalszej zwłoki za menadżerem, pozwalając mu na krótki wywód odnośnie zmian, terminów i ostrzeżeń odnośnie bardziej namolnych paparazzi. Gdy usiadł na krześle w jego gabinecie i zabrał się za podpisywanie właściwych dokumentów, usłyszał pytanie, które na chwilę zbiło go z tropu:
- Jesteś pewien, że chcesz wrócić?
Podniósł spojrzenie na mężczyznę, mrugając z niedowierzaniem, znów czując się wręcz personalnie urażony.
- To jest MÓJ zespół. Jasne, że chcę. - Wycedził, wpatrując się w Howellsa tak długo, aż ten odnalazł w sobie na tyle przyzwoitości, by opuścić wzrok i skinąć głową. 
Jak on śmiał?
Uporanie się z papierami zajęło mu dłuższą chwilę - a w międzyczasie próbował podjąć decyzję, czy faktycznie powinien od razu do nich wrócić i zabrać się za grę, czy jednak rozpakować. Z jednej strony... Z jednej strony faktycznie chciał znów z nimi zagrać, poczuć ten dreszcz zadowolenia, odnaleźć swoje miejsce, ale z drugiej... Chciał po prostu zrobić temu pewnemu siebie bucowi na złość i kazać mu jak najdłużej czekać. Bo kim był, by spełniać jego żądania? Nawet, jeśli Law nie był zbyt daleki od prawdy, wciąż nie miał żadnego prawa, by wydawać mu jakiekolwiek polecenia.
Gregory odłożył wszystkie dokumenty na stół wraz z długopisem i wpatrzył się na chwilę w wiszące za plecami zdjęcia własnego zespołu z Thomasem u boku. Tyle nagród, tyle udanych koncertów, tyle śmiechu i łez - a on czuł się w tym momencie obco. Zamiast idealnie wpasować się w lukę, którą za sobą niewątpliwie zostawił, milczał i unikał spojrzeń, jakby był niepewny własnej decyzji. 
Nic dziwnego, że Thomas musiał się upewnić, czy gitarzysta wiedział, co robił. Jak inaczej można było odczytać jego zachowanie?
Spojrzał z powrotem na menadżera i skinął lekko głową, potwierdzając bezgłośnie przekonanie co do słuszności własnego postanowienia. Może dużo rzeczy się zmieniło, może będzie potrzebował czasu, ale nie zamierzał rezygnować z tego, czemu poświęcił spory kawałek własnego życia. 
Nie mógł robić uników wiecznie, musiał kuć żelazo póki gorące.
- Chodźmy, chcę już z nimi zagrać - rzucił, podnosząc się z krzesła energicznie. Musiał dać z siebie wszystko, a nie bawić się w podchody. Po to wrócił. 
Dla muzyki, nie dla Lawa. Law już dla niego nie istniał.
Mam nadzieję, że nie popełniłem błędu - pomyślał, idąc z powrotem za Thomasem - a gdy tylko zgarnęli resztę zespołu, zajął miejsce przy Sam i potarmosił jej włosy w ten sam sposób, którym ona go wcześniej potraktowała.
- No i jak tam maleńka, ilu już przystojniaków się za tobą ugania? Widziałem nagrania z koncertów, wyglądasz kobieto szałowo. - Roześmiał się, obejmując ją lekko jednym ramieniem, w dłoni którego trzymał torbę. - Nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałem bardziej pieprzne historie od ciebie, czy dobrze się czujesz? Czy może się zakochałaś? - spytał, poruszając znacząco brwiami.
Zignorował Zacka, który dalej wpatrywał się w niego z mieszanką niezrozumienia i irytacji. Wiedział, że długo nie będzie mógł przed nim uciekać - ale zdecydował się zacząć ponowne zacieśnianie swoich więzi od najmniej problematycznej i najbardziej perswazyjnej istoty w zespole (no, może nie licząc pewnego konkretnego wokalisty...).
Mężczyzna o dwukolorowych włosach szedł kilka kroków za nim, zrównany z perkusistą, w milczeniu czekając na swoją kolei.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Sro Mar 07, 2018 1:03 am

Musiałby być ślepy żeby nie dostrzec wylewającej się z Grega antypatii, co jedynie utwierdziło go w przekonaniu, że człowiek, który przed nim stał, który nawet podczas głupiego powitania starał się go nie dotykać jakby był trędowaty, był mu zupełnie obcy. Dyskretnie rozejrzał się po reszcie zespołu szukając w ich twarzach konsternacji, którą sam odczuwał, ale wszyscy zdawali się po prostu cieszyć powrotem gitarzysty. Jakby faktycznie rozstali się tydzień, a nie lata temu. Law również chciał zachowywać się w porządku, najbardziej naturalnie jak się dało, ale najwyraźniej jego naturalność nie była dla Grega w cenie.
Złapał spojrzenie gitarzysty, pozbawione znajomej iskry, zimne, odległe i przeznaczone jedynie dla niego. Miał szczerą ochotę skomentować to zachowanie w jakiś złośliwy sposób, ale to nic by w tej chwili nie zmieniło. Poza tym czy naprawdę obchodziły go jego nadąsane miny? Musiał przypominać sobie, że w ich relacji to Greg odgrywał rolę ofiary, w której Law sam go postawił. Po takim czasie łatwo było o tym zapomnieć, ale to nie tak, że czuł się winny. Już nie. Było, minęło. Lawrence sądził, że skoro Gregory zdecydował się wrócić do zespołu, to znaczyło, że również się ze wszystkim uporał. Czyżby się pomylił?
Z premedytacją zignorował chłód i złośliwość słów, uśmiechając się beztrosko w niebywale ujmujący sposób. Jeśli Greg wciąż chciał żyć przeszłością, przecież mu tego nie zabroni, ale nie miał zamiaru dać się wciągnąć w dramat po raz drugi.
- Będę czekał na nią aktywnie. - Wstał i gwiazdorskim gestem założył ciemne okulary, ukrywając za nimi emocje. - Skołuję jakieś piwo i widzimy się na górze. Sam, zadzwoń jak będziecie się zbierać. - Rzucił do dziewczyny i po prostu wyszedł, nie zwracając uwagi na oburzone "nie jestem twoją sekretarką!".
Przemierzając korytarze próbował odpychać od siebie namolne wspomnienia, które postanowiły zaatakować gdy znalazł się sam na sam z własnymi myślami. Wspólne pisanie piosenek, koncerty, noce i poranki, wspólne marzenia i przyrzeczenia, że razem sięgną gwiazd. Greg rysował się obco w sali, ale gdy Law przywoływał w pamięci jego obraz, był znajomy i doskonały. Kiedy ostatni raz tak o nim myślał? Kiedy ostatni raz pozwolił sobie pamiętać?
Nie od razu poszedł do sali prób, choć początkowo miał taki zamiar. Wyszedł na taras żeby zapalić i oczyścić myśli. Próbował wytłumaczyć sobie, że cokolwiek teraz by się nie działo, jak bardzo bolałaby przeszłość, powinni skupić się na zespole. Przecież od zawsze był priorytetem w ich życiu i skoro nie zmieniło się to wtedy, nie zmieni się teraz. Z przykrością stwierdził jednak, że jak bardzo nie starałby się zdystansować, zwyczajnie nie potrafił. Nie w zadowalającym stopniu. Niechęć Grega ubodła go tym bardziej, że brew temu co gitarzysta sądził, nie był jedyną ofiarą. Ale Law przysiągł sobie, że nigdy mu się do tego nie przyzna i zamierzał wytrwać w tym postanowieniu.

Gdy Greg wrócił do zespołu i obwieścił, że jednak ma ochotę z nimi zagrać, nikt nie oponował. Wszyscy zgodnie ruszyli na górę.
- Moja fryzura! - Pisnęła Sam, kiedy palce gitarzysty roztrzepały jej włosy, ale w żadnym wypadku nie była o to zła. Entuzjastycznie przylgnęła do jego boku, gdy ją objął.
- No taka roztrzepana na pewno nie wyglądam szałowo. - Pokazała mu język. - Sugerujesz, że gdybym była zakochana, czułabym się źle? - Parsknęła, trącając go biodrem. - Ale nie, nie mam nikogo, bo to serce, Greg, czeka na prawdziwego mężczyznę. - Wycelowała palcem w swoją pierś, a potem roześmiała się głośno. - A wokół sami chłopcy, więc sam rozumiesz. Oczywiście z chłopcami zabawa jest przednia, więc w kwestii historii cię nie zawiodę. Chodź, opowiem ci po drodze.
Ruszyli korytarzami studia, a potem windą na piętnaste piętro gdzie mieściło się kilka sal prób. Zack musiał czekać na swoją kolej bardzo długo, bo Sam kompletnie przywłaszczyła sobie Grega świergocząc mu o swoich miłosnych podbojach. I pewnie mówiłaby dalej, gdyby nie stanęli przed właściwymi drzwiami. Dobiegał zza nich łagodny dźwięk gitary akustycznej i ciepły, głęboki głos Lawrenca, nucący Don't Forget Me Red Hot Chili Peppers.
Samantha zamilkła w pół opowieści, ale zamiast otworzyć drzwi, obróciła się do chłopaków z zatroskaną miną.
- Miałam zadzwonić...
Spojrzała na Zacka i Rufusa pytająco, jakby dzielili ze sobą jakiś sekret. Perkusista cmoknął zniecierpliwiony.
- Właź, Sam. Nic mu nie będzie.
Ruda wydawała się nieprzekonana, ale nacisnęła klamkę i weszła do środka, przepraszająco uśmiechając się do stojącego przy mikrofonie Lawa. Palce bruneta zatrzymały się na sekundę, gubiąc nutę. Mimo to nie przestał śpiewać.

I'm a dance hall dirty breakbeat
Make the snow fall up from underneath your feet
Not alone, I'll be there
Tell me when you want to go


Przez jedną, krótką chwilę patrzył wprost na Grega, ale w końcu zamknął oczy. Był masochistą. Ta piosenka kojarzyła mu się z nim, z konkretną sceną. Z jego zapachem, przyspieszonym oddechem. Z palcami sunącymi po linii jego szczęki i miękkości ust. Niemal czuł ciepło jego skóry.
Przez chwilę wydawał się spięty, ale równie dobrze mógł być to przypadek. Bowiem gdy śpiewał niknęła gdzieś maska narcystycznego dupka, czyniąc go natchnionym artystą, który bez wstydu poddawał się emocjom. Nie było niczego szczerszego i naturalniejszego od śpiewającego Lawrenca.

I'm a meth lab first rehab
Take it all off
And step inside the running cab
There's a love that knows the way

Reszta zespołu zaczęła krzątać się po sali. Rufus znalazł przyniesione piwo, wręczając otwarte butelki Sam i chłopakom, a potem rozsiadł się na wygodnej, czerwonej kanapie, patrząc na Zacka i klepiąc miejsce obok siebie. Ruda przycupnęła na podłokietniku, z uśmiechem przyglądając się wokaliście. Nikt mu nie przerywał, a gdy skończył, nikt nie skomentował. Atmosfera w sali zdawała się zgęstnieć od niewypowiedzianych słów. Mimo to, Law nie wyglądał na przejętego. Właściwie sprawiał wrażenie najbardziej rozluźnionego ze wszystkich.
Podszedł do stolika i chwycił swoją butelkę. Dostrzegł zatroskane spojrzenie Sam, ale zamiast reprymendy, podarował jej uspokajający uśmiech. Nie miał zamiaru świrować jak kiedyś, bo jak tłumaczył sobie dziś już któryś raz z rzędu - było, minęło.
Upił kilka łyków piwa i spojrzał na nowego-starego gitarzystę. Wizja sprzed chwili wciąż była wyraźna, ale na szczęście nijak nie potrafił dopasować jej do nowego Grega. A może po prostu bardzo się starał, by nie pasowała?
- Niezłe tempo. Myślałem, że dłużej będę musiał czekać na swoją kolej. - Uśmiechnął się zaczepnie, między wierszami mówiąc, że nie spodziewał się i nie chciał, by go teraz słyszeli, szczególnie on. Potem zdjął z ramienia gitarę i wyciągnął ją w jego kierunku. To było niemal jak pakt pokoju. Law nigdy nie przepadał za dzieleniem się swoim sprzętem. - Zagraj coś, niech znów cię poczuję. - Nawet w jego własnych uszach zabrzmiało to nieco zbyt miękko i uwodzicielsko, ale słowa po prostu uciekły mu z ust, być może podyktowane dusznym nastrojem piosenki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Czw Mar 08, 2018 10:15 pm

Sam jak zawsze go nie zawiodła. Zawsze chętna do poplotkowania, opowiedzenia najnowszych nowinek z dziedziny... w zasadzie każdej, jaka tylko przyszła jej do głowy. Nie dało się jej nie lubić, co - jak podejrzewał zawsze Gregory - miało związek z jej urokiem i energią, którą zawsze emanowała. Być może nie dzielił się z nią każdym swoim problemem, ale wiedział, że gdyby tylko zaszła taka potrzeba, dziewczyna chętnie by wysłuchała i doradziła, a nawet nad wyraz entuzjastycznie podjęła się próby zmiany sytuacji, nawet jeśli była typową, patową, pozbawioną dobrego wyjścia. W pewnym sensie gitarzysta właśnie to podziwiał w pannie Benner - zaangażowanie i czynne wpływanie na rzeczywistość.
I może też brak nieśmiałości. Była zawsze pewna siebie, zawsze pozbawiona wątpliwości, twardo stąpająca po ziemi i jednocześnie ślepa na rzeczy, które nie pasowały do jej wizji świata. Wszystko, czego brakowało Clermontowi, znajdowało się w tej uroczej, rudowłosej istocie. Tak podobnej do Lawrenca, a jednocześnie tak odmiennej - bo Greg nigdy się w niej nie zakochał, ani nigdy jej nie znienawidził.
Słuchając Samanthy i unikając Zacharego próbował znów znaleźć swoje miejsce w zespole, który przez osiem lat był całym jego życiem.
Muzyka, znajomy głos i równie znajoma piosenka dotarły do niego i wywołały ucisk w piersi zanim zdążył pojąć, co słyszy. Najpierw emocje, dopiero za nimi podążył rozum. Rozsądek nie miał szans z uczuciami, które zdążyły opanować Gregory'ego na tyle, że odruchowo zbliżył się do drzwi, chcąc usłyszeć więcej, wyraźniej, lepiej. Instynktownie próbując uchwycić wspomnienia, które zakopał pod bólem i zawodem. Zatrzymał się w pół ruchu, słysząc głos dziewczyny, przywracający go do rzeczywistości i uniemożliwiający powrót do tych chwil z przeszłości, które były wypełnione szczęściem i... głupotą.
Opuścił głowę, zamykając na chwilę oczy, próbując skupić myśli na czymś - czymkolwiek - co mogłoby mu pomóc powrócić do tamtej chłodnej antypatii sprzed kilku chwil. Law był w zamkniętym rozdziale. Człowiek, którego spotkał, był kimś zupełnie innym - kimś, z kim gitarzysta nie chciał mieć kontaktu, do kogo nie żywił żadnych pozytywnych uczuć, kto był mu całkowicie obcy. Jego głos jednak... Jego głos był wspaniały. Jedyny w swoim rodzaju. A gdy dodać do tego piosenkę, którą Gregory znał, która była mu bliska i którą niejednokrotnie słyszał właśnie w takiej aranżacji... Musiałby chyba całkowicie pozbawić się serca - i słuchu - by niczego nie poczuć.
Przez krótką chwilę miał jednocześnie nadzieję, że Sam naciśnie klamkę i pozwoli im wejść... ale też, że każe im się wycofać. Był rozdarty. Stęskniony. Zraniony. Spragniony. Przestraszony.
Decyzja zapadła bez jego udziału - co z jednej strony go ucieszyło, a z drugiej... Wcale nie.
Wszedł do studia jako ostatni, z dłońmi w kieszeniach i wzrokiem wbitym w podłogę. Cicho, unikając spojrzenia w stronę wokalisty, próbując opanować serce, które nagle zaczęło szybciej bić. Dźwięk nie był już przytłumiony, wyraźnie słyszał każde słowo, każdą nutę, a one trafiały dokładnie tam, gdzie ich nie chciał. Przywołały wreszcie wspomnienia, zlepek scen, uśmiechów, przyspieszonych i parzących oddechów, piekącej od śladów po paznokciach i zębach skóry, chłodnej pościeli i nieprzespanych nocach. Nie potrafił dokładnie umieścić tych momentów w czasie, ale wiedział, że były prawdziwe. Wszystko, czego się wyparł, wróciło do niego z podwójną siłą, powodując delikatne dreszcze i z trudem ukryty za włosami rumieniec. To, czego jego rozsądek odmawiał, ciało zdradziło natychmiast, bez zawahania.
Wiedział, że nie pozna mężczyzny, który przez ostatnie dwa lata się zmienił i stał się dla niego uosobieniem wszystkiego, czym pogardzał - ale jednocześnie nie potrafił odciąć się od jego głosu i w końcu podniósł spojrzenie, wbijając je w Lawrence'a, pochłoniętego muzyką i emanującego... Uczuciami.
Gregory nie potrafił inaczej nazwać tego, co widział. Czy może był zaślepiony własnymi emocjami i szukał potwierdzenia podobnych wrażeń u wokalisty?
Zamknął oczy, poddając się melodii ostatniej zwrotki, opierając plecami o ścianę, ignorując ciążące mu na ramionach torby. Tak długo był nieszczęśliwy, że zapomniał, jakie to uczucie być szczęśliwym. Nie dlatego, że w tym konkretnym momencie poczuł radość - ale przypomniał sobie te wszystkie chwile, które wypełniała tylko naiwna nadzieja, że on i jego ukochany będą już zawsze razem. Oni dwaj, komponujący, zasypiający i budzący się obok siebie, w chwilach absolutnego szczęścia, ale też zmęczenia i przygnębienia.
Pamiętał tamtego Lawrenca - wpatrzonego w niego, stęsknionego i chętnego. Ukrywającego się z nim po kątach, jakby byli dwójką szczeniaków podczas pierwszej miłości, niedoświadczonych i głupich, spragnionych każdej wspólnej chwili.
Był najpiękniejszą i najbardziej idealną rzeczą, jaka trafiła się Gregorowi w przeciągu jego całego dotychczasowego życia.
Brakowało mu go.
Uniósł powieki po dłuższej chwili, gdy cisza zaczęła mu ciążyć. Powiódł spojrzeniem po sali, szybko odnajdując resztę zespołu i... wokalistę, który zmierzał w jego stronę. Przekrzywił głowę w pytającym geście, a słysząc jego słowa, wywrócił oczami. Mógł coś odpowiedzieć - ale jeszcze nie był w stanie, wciąż częściowo pod wpływem uroku, zaczarowany brzmieniem głosu mężczyzny, poza którym kiedyś nie widział świata. Miękko wypowiedziana propozycja zaskoczyła go do tego stopnia, że wyciągnął ręce odruchowo, ignorując fakt, że własny sprzęt wciąż miał narzucony na ramię. Palce Gregory'ego same zamknęły się na gitarze... A przynajmniej jednej z dłoni, bo druga znalazła się, niezależnie od jego woli, na tej należącej do Vegi, trzymającej za gryf. Brunet znieruchomiał, zaskoczony dotykiem, który sam zainicjował. Zamrugał, czując jak jego policzki czerwienieją. Głupia, instynktowna reakcja. Kolejna. Gdzie się podział rozsądek, gdzie zniknęły dwa lata przerwy - i pół roku po zerwaniu?
Chrząknął cicho, przesuwając rękę wyżej, chwytając pewniej gitarę i uśmiechając się wąsko, odrobinę sztywnie - nie jednak dlatego, że nie docenił gestu, a dlatego, że próbował nad sobą zapanować.
Co się z nim działo? Lawrence, który stał naprzeciwko niego, był mu obcy. Budził w nim niechęć. A jednak... Od chwili, gdy usłyszał znów jego głos, wiążący słowa tej konkretnej piosenki, wszystko się zmieniło. Clermont nie potrafił nazwać uczuć, które się w nim kotłowały - żadnych, oprócz jednego: zagubienia.
Skinął lekko głową, pozwalając włosom zsunąć się bardziej na twarz i ukryć niewątpliwe zakłopotanie, które musiało być u niego widoczne.
- Co tylko sobie książę zażyczy - mruknął, próbując zamaskować wszystko, co się z nim w tym momencie działo, chłodem. Bezskutecznie, oczywiście. Riposta nie była cięta ani złośliwa, chociaż taki był ewidentny zamiar - stała się raczej cichym, uległym przytaknięciem.
Ruszył w stronę sceny, próbując pozornie spokojnie i obojętnie uciec od swojego eks. Po drodze dopiero zdał sobie sprawę, że wciąż dźwiga torby - dlatego odłożył je po drodze, na jedyne wolne krzesło, a potem stanął przed mikrofonem znajdującym się po prawej stronie pomieszczenia, ugiął lekko nogi... I zsunął się na ziemię, siadając po turecku, z gitarą na nogach, sunąc po niej palcami, jakby oswajał dzikie zwierzę - ostrożnie, delikatnie, sprawdzając reakcje w skupieniu, ignorując tymczasowo resztę zespołu.
Znowu.
Zack przy pierwszej okazji powie mu, co o nim myśli.
Sięgnął do znajdującego się w kieszeni telefonu, przesunął kilkakrotnie palcami po ekranie, szukając właściwego utworu, a potem wsunął jedną słuchawką w ucho, przymykając oczy w skupieniu. Nie wybrał żadnej piosenki z nowego albumu, zresztą - z poprzedniego również nie. Wrócił do ich pierwszych utworów, które grali najdłużej, z którymi wiązało się najwięcej wspomnień. Do pierwszego singla, energicznego, ale nie tak ostrego, będącego głównie efektem jego pracy, który niejednokrotnie sam śpiewał - aż do chwili, gdy kompleksy całkiem go pożarły i nie pozwoliły na żadne uniesienie głosu inne niż w roli elementu chórku.
Otworzył po chwili oczy, uniósł się lekko i odkręcił trzymającą mikrofon w górze śrubę, a potem opuścił go niemal do ziemi, ustawiając w odpowiedniej odległości od gitary. Wyciągnął z ucha słuchawkę, przygryzając wargę w skupieniu - co było jedyną oznaką głębszego skupienia. Już nie odtwarzał znanych nut w znany sposób - ale modyfikował. Może nawet komponował.
Nie widział nikogo, w skupieniu poruszając palcami na strunach, odrobinę zmieniając dźwięki, utrzymując znane tempo, ale jednocześnie szukając innych brzmień. Sunąc w stronę ballady, stukając rytmicznie w pudło rezonansowe, raz samymi palcami, a raz - delikatniej - pierścieniami. Uśmiech sam wpłynął na jego usta.
Może jednak mógł odnaleźć znów swoje miejsce? Milczący, odrobinę z boku reszty zespołu, obserwowany, nadający tempo, mówiący muzyką, a wręcz oddychający muzyką.
Znów podniósł wzrok - który natychmiast spoczął na Lawie. Nie musiał go szukać, nie musiał wodzić spojrzeniem po sali, wiedział gdzie był. Czuł. Skinął głową, zachęcając i zgadzając się zarazem, by do niego dołączył. To nie Clermont był gwiazdą, w którą wszyscy mieli się wpatrywać. Mógł stworzyć zespół od podstaw, ale nie pragnął nigdy być w jego centrum. Chciał widzieć jak żyje, jak ożywa na jego oczach, w jego uszach, jak świat wypełniają kolory, a w słuchaczach rodzą się nowe emocje.
Nie potrafił poznać swojego ukochanego w stojącym niedaleko mężczyźnie - ale pamiętał jego głos i właśnie jego mu brakowało najbardziej.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pią Mar 09, 2018 4:05 pm

Spodziewał się wszystkiego. Chłodnej odmowy, obojętnego potwierdzenia, niechęci, złości... Wszystko to przełknąłby, może nie bez odrobiny sarkazmu, ale ze zrozumieniem. Właściwie, to nawet na to liczył. Jakby zależało mu na utwierdzeniu się w pierwszym wrażeniu, że Greg nie był tą samą osobą, którą kiedyś znał. Tymczasem zamiast oczekiwanej niechęci dostał piekielnie znajomy obraz.
Uśmiech maskujący zakłopotanie, rumieniec i próba odzyskania równowagi zbyt dosadna, jedynie podkreślająca onieśmielenie. Doskonale to znał, zbyt wiele razy to widział, by nie zrozumieć. Lekko zmrużył oczy uśmiechając się nieznacznie, podświadomie odczuwając satysfakcję. Przewrotną, bo przecież wcale nie zależało mu, by wzbudzić w Gregu dawne uczucia. Ale widząc jak silne emocje w nim wywołuje nawet po takim czasie, po tym wszystkim, co się stało... Nie mógł pozostać obojętny. Obudzone przyzwyczajenia ułożyły usta Vegi w swojski, pełen pewności i kokieterii uśmiech, którym zwykł darzyć go w podobnych chwilach. Dotknął jego dłoni po tym jak przeniósł ją na gryf, ale w przeciwieństwie do Grega zrobił to umyślnie. Puszczając instrument, dosłownie przez chwilę opierał palce na wierzchu jego dłoni jakby chciał asekurować swoją cenną gitarę, a przecież wcale nie o to chodziło. Boże, nie powinien z nim flirtować. Dlaczego zawsze najpierw działał, a potem myślał?
- Co tylko sobie zażyczę, huh? - Nim się spostrzegł już szczerzył się przekornie. - Będę miał to na uwadze.
Jakby wrócili do początków, kiedy słowne przekomarzanie i niewerbalne sygnały były jedynymi na jakie sobie pozwalali, zbyt niepewni, by głośno przyznać się do uczuć. Przez chwilę poczuł się z tym... dobrze. Wydawało mu się, że nie tęskni za przeszłością, ale gdy jej duch wypełnił salę, poczuł się spokojniejszy.
Wyczuł na plecach palący wzrok Sam, a gdy spojrzał w jej stronę, tak jak się spodziewał, oczy rudej błyszczały jak u kota, który zobaczył wyjątkowo tłustą mysz. Nikt w sali nie był ślepy i nieczuły na powstałą atmosferę, ale tylko Sam szczerze się z niej cieszyła. Rufus z enigmatycznym uśmiechem popijał piwo, zdając się zainteresowany sytuacją w niewielkim, bardzo uprzejmym stopniu, a zmartwiony Zack próbował wtórować mu w tej uprzejmości. Law natomiast miał mieszane uczucia. Nie mógł odeprzeć dziwnej lekkości, która objęła go i próbowała omamić, szepcząc, że od teraz wszystko jakość się ułoży. To nie mogło być takie proste, nigdy nie było. Więc nie mógł też pozbyć się wrażenia, że znów pakuje się w bagno.
Ignorując Sam, wrócił spojrzeniem do siadającego Grega. Normalnie rzuciłby do niego jakąś kąśliwą uwagę odnośnie takiego wyboru pozycji do grania, ale zamiast tego upił kilka kolejnych łyków piwa. Gitarzysta nie wyglądał teraz jak ktoś, kto ma chęć na słowne przepychanki. Law więc przyglądał mu się w milczeniu, podobnie jak reszta zespołu. I gdy zaczął grać, jedynie Sam pisnęła uradowana, głośno wymawiając tytuł piosenki, choć przecież wszyscy doskonale go znali.
Lawrence natomiast zdawał się jej nie słyszeć. Wodził spojrzeniem za płynnym ruchem palców. Pieściły struny wydobywając z nich doskonałe, harmonijne dźwięki. Ten obrazek widział wiele razy - palce Grega sunące po gryfie jego gitary, sprawne, pewne, wykonujące chwyty z nadludzką dokładnością... Palce Grega sunące po jego piersi, łagodne, czasem nieśmiałe... Zaciskające się na jego włosach, drapiące plecy, wczepione w jego ramiona gdy dochodził...
O tak, teraz czuję cię doskonale ty cholerny, podstępny... Jezu, skup się. Po co w ogóle dawałeś mu swoją gitarę?
Odchylił głowę ukrywając krzywy, jednoznaczny uśmiech. Próbował wsłuchać się, skupić myśli wokół muzyki. Wbrew pozorom wcale nie było to takie trudne, nawet gdy głowę wypełniły mu śmiałe obrazy. Gregory potrafił doskonale grać nie tylko na gitarze, ale też na zmysłach Lawa. Wokalista poczuł się jak idiota, że w ogóle dopuścił do siebie myśl o niezgraniu po latach. Wszystko było w jak najlepszym porządku, a raczej było w porządku dopiero teraz. Walter jakkolwiek był spoko, nie miał talentu Grega, a może po prostu... zwyczajnie nie był tą konkretną osobą? Gdy Gregory odszedł Synowie stracili połowę swojej duszy i nikt nie mógł jej zastąpić. A drugą połową wcale nie był przecież Law. On jedynie nadawał formę marzeniom dwójki starych przyjaciół. Był narzędziem w ich rękach.
Uśmiechnął się cynicznie do sufitu i nim jeszcze złapał spojrzenie gitarzysty, nim pojawiło się jego nieme przyzwolenie, odpowiedział głosem na dźwięki gitary intonując znajomą melodię. Bez słów, łapiąc przekształcone dźwięki, improwizując, bawiąc się. Dopiero po chwili zaśpiewał wszystkim znane słowa idealnie dopasowując je do nowego brzmienia. Nie przerywając ruszył do drugiego mikrofonu, objął go dłońmi i popłynął, kompletnie poddając się muzyce.
Nie kontrolował uśmiechu ani w trakcie utworu ani też gdy wybrzmiała ostatnia nuta. Wyglądał jak wyjątkowo zadowolony kocur, który właśnie zjadł tłustą mysz i do tego wyleżał się przy kominku.
- O tak, teraz wszystko jest na swoim miejscu. - Powiedział po prostu, kompletnie szczerze, wcale nie zważając na to, że być może był ostatnią osobą, od której Gregory chciał usłyszeć te słowa.
- To co, jedziemy z czymś ostrzejszym, nie?
Grupa przytaknęła zbierając się z kanapy, by nastroić sprzęt i zająć swoje zwyczajowe miejsca. Law podszedł do Grega i wyciągnął do niego dłoń, pomagając mu wstać. Odebrał swoją gitarę, a gdy się odezwał, zniżył głos, lekko nachylając się w jego kierunku.
- Zespół tego potrzebował. Bez twojej gitary... sam wiesz. - Uśmiechnął się. Poklepał go po ramieniu, ale nie cofnął ręki od razu. Greg mógł go nienawidzić, miał do tego prawo. Law jednak czuł się w obowiązku (szczególnie po tym jak wytwórnia uczyniła z niego przywódce grupy) by zapewnić Grega, że zespół potrzebował go zawsze i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Kiedyś nigdy nie zdobyłby się na podobny gest, ale... przecież czas nie płynął jedynie dla Clermonta. - Nie ma prawdziwego Northern Sons bez pełnego składu, Greg. Bez ciebie. Dobrze, że jesteś. - Zapewnił, lekko ścisnąwszy jego ramię i cofnął się, odwracając do zespołu. Powaga zniknęła z jego oblicza tak szybko, jakby nigdy jej tam nie było, ale szczerość słów była prawdziwa.
- Zagramy parę szlagierów, potem dwie ostatnie płyty żeby zobaczyć jak Greg sobie z nimi radzi. Zaczniemy od Sleepless Dreamer. - Instruował tonem naturalnego przywódcy i nikt nie oponował, wszyscy działali jak jeden zdrowy organizm.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pią Mar 09, 2018 11:06 pm

Lawrence jak zawsze najpierw działał, a dopiero później analizował swoje postępowanie. Dokładnie tego nauczył się od niego Gregory, który tylko w towarzystwie wokalisty zachowywał się bardziej lekkomyślnie, pozwalał działać odruchom, gdzie prym wiodły niepoukładane emocje. Bezmyślnie nawiązał kontakt fizyczny, pozwolił ciepłu obcej - a jednak znajomej - dłoni rozejść się po jego ciele, jednocześnie dając towarzyszowi pretekst do flirtu. Pokazując jak na tacy swoje słabości, które wcale nie zniknęły pomimo dwuletniej przerwy.
Część jego osoby promowała zwyzywanie własnej głupoty, ale druga, która aktualnie była tą dominującą, skłaniała się raczej ku rumieńcom, zakłopotaniu i uciskowi w piersi. W takim stanie nie mógł przeklinać, nie mógł złośliwie odpowiadać, nie mógł nawet zbytnio skupić myśli. Poddawał się chwili i urokowi lidera, wszystkie wysiłki skupiając na zachowaniu resztki neutralności na twarzy i w ruchach. Nie zareagował na prowokacyjne słowa - bo i nie wiedział, co mógłby powiedzieć, skoro sam się podłożył. Musiał przecierpieć łatwość, z jaką Vega kokietował, ponieważ obaj dobrze wiedzieli, że młodszy mężczyzna inaczej nie potrafił. To nie czyniło jednak porażki łatwiejszej do przełknięcia, a wręcz przeciwnie, tylko zwiększało konsternację, jaką odczuwał Greg.
Muzyka jednak pomogła mu odnaleźć równowagę. Własne miejsce. Nadała znów sens, ułożyła jego chaotyczne myśli w ciąg znośnych, miejscami nawet przyjemnych, emocji. Uspokoił się, w momencie w którym dosłyszał melodyjne nucenie Lawrence'a nawet uśmiechnął. Wszystko było dokładnie takie, jak było kiedyś, jakie być powinno, mimo że przez tyle czasu wszystko było nie tak. Znów był tam, gdzie powinien. Pieścił struny gitary wokalisty wręcz czule, rytmicznie, ale bez obecnego u niektórych, wręcz histerycznego, zapału. On był niczym morskie fale, opływające brzeg, ale nie niszczące niczego na swojej drodze. Bardzo rzadko zdarzało mu się urwać strunę, brakowało w nim porywów destrukcji, które były obecne tylko w jednej części jego życia, tej już dawno zapomnianej i zakopanej, związanej z łóżkiem i pewnym konkretnym wokalistą.
Gregory delikatnie, niemal niewidocznie, kołysał się do rytmu, układając palce w odpowiednich, wymyślonych właśnie miejscach bez żadnego wysiłku, uśmiechając się wąsko i poddając melodii tak dobrze znanej, że wręcz wyrytej w jego duszy.
To, jak wokalista dołączył do niego, było małym cudem samym w sobie. Jakby naprawdę nic się nie zmieniło pomiędzy nimi dwoma, jakby znów byli na początku swojej wspólnej drogi, do której dostępu reszta zespołu nie miała.
Gdy znów zapanowała cisza, skołowane emocje Clermonta ponownie zaczęły wieść prym. Nie wiedział, w którym momencie wbił spojrzenie w wokalistę, ale odnalazł się zdecydowanie za późno, wpatrzony w niego, przyjemnie rozluźniony, przywykły do obserwowania go z najróżniejszych pozycji. Niezależnie od tego, jak bardzo nie odnajdywał w dobrze zbudowanym, przystojnym i znacznie dojrzalszym mężczyźnie swojego byłego, jego głos był mu znany lepiej niż własny. Każda głoska, każdy pomruk, każde westchnienie, ukryty uśmiech czy lekkie zachrypnięcie, poznawał natychmiast. Nie potrzebował widzieć jego twarzy, by wiedzieć, jaką ma minę. Potrafił wyczuć moment, w którym oczy wokalisty same się zamykały, w którym chciał, by powtórzyć refren - i wypełniał to niewypowiedziane życzenie natychmiast, bez żadnego zawahania.
Zamknął oczy na chwilę, słysząc oświadczenie Vegi. Tak, dokładnie tak było. Na swoim miejscu.
Uśmiechnął się, przyjmując podaną dłoń bez protestu, unosząc się i oddając gitarę Lawowi. Kolejne słowa go zaskoczyły - do tego stopnia, że nie tylko nie zaprotestował na dotyk, ale też wyłącznie rozchylił usta, chcąc... Sam nie wiedział co zrobić. Podziękować? Zapewnić, że nigdzie się już nie wybiera? Przeprosić?
Po wspólnej grze, odnalezieniu własnego miejsca i właściwego tempa, nie potrafił przypomnieć sobie, dlaczego w ogóle kiedykolwiek sądził, że przerwa od zespołu była dobrym pomysłem. Mógł cierpieć po zerwaniu, ale wciąż to muzyka była dla niego najważniejsza. Zespół był dla niego najważniejszy. Dlaczego odszedł...?
Idąc po swoją gitarę, trzepnął Vegę w tył głowy, mówiąc:
- Co to znaczy, jak sobie z nimi radzę? Pewnie pamiętam je lepiej, niż ty. Nie miałem w końcu na głowie tłumów dekoncentrujących fanów i fanek. - Parsknął cicho, wyciągając sprzęt z futerału i wracając na swoje miejsce. - Bezczelny jak zawsze.
Tym razem w jego słowach nie było kąśliwości, a pewnego rodzaju... rozczulenie? Rozbawienie? Niewątpliwy, wyraźny uśmiech.
Znów przesunął palcami po strunach, poprawiając ustawienie tych, których brzmienie go nie usatysfakcjonowało. Spojrzał najpierw na bok, a potem za siebie, obserwując z czymś podobnym do ciekawości rozstawianie się reszty zespołu. Dwa lata nie widział ich w akcji. Dwa lata - dla nich mogło to być niczym tydzień, ale dla niego... On czuł wszystko od nowa. Z jednej strony znów był tam, gdzie powinien, wszystko było znajome i właściwe, zaś z drugiej... Każdy jeden ruch, uśmiech, nuta, były zupełnie nowe i fascynujące.
Tego też mu cholernie brakowało.
Powtórki z płyt, w których tworzeniu Gregory sam uczestniczył, szły mu bez problemu. Pierwsze utwory jako pełen zespół zagrali bez kłopotu, idealnie, zupełnie tak, jakby nic nigdy się pomiędzy nimi nie zmieniło. Żadna przerwa, żaden zastępca - to wszystko było tylko wspomnieniem, odległym, niemal nierealnym, zakrytym nowymi, wspaniałymi chwilami wypełnionymi harmonią.
Wszystko znów było idealne. Energia, muzyka i głosy składały się na kolejne utwory, dokładnie takie, jakie powinny być. Upajały, przyspieszały bicie serca, wypełniały intensywnymi uczuciami, gwarantowały niesamowitą i jedyną w swoim rodzaju wspaniałość. To, jak każda nuta pasowała, jak składała się na idealną piosenkę... To była najprawdziwsza magia. To, jak na każdy dźwięk gitary Gregory'ego odpowiadał głos Lawrence'a, jak wtórowali sobie, reagując na siebie przez cały czas, pomimo lat wyćwiczenia wciąż z poczuciem nowości, jakby za każdym razem odkrywali mechanizmy rządzące światem. Piękno. Równowaga. Siła. Niesamowitość.
Gdy padło polecenie, by zabrali się za najnowszą płytę - tą, której Gregory ze swoim zespołem jeszcze nigdy wcześniej nie zagrał - wszystko wskazywało na to, że pójdzie im wspaniale. Zaczęli piosenkę.
I nagle cała magia zniknęła.
Brunet znał oczywiście nuty - znał też słowa, a nawet dwie wersje w innej aranżacji. Był wprowadzony w temat niemal tak, jakby faktycznie uczestniczył podczas tworzenia. Tak jednak nie było. Utwór był inny. Obcy. Niedopasowany? Nie umiał tego dokładnie sprecyzować - jedynie czuł, że coś było nie tak. Niesamowite, wręcz nieludzkie dopasowanie, prysło jak bańka mydlana, pozostawiając gitarzystę zagubionego znów we własnych odczuciach, których nie potrafił nazwać, które utrudniały skupienie się na dźwiękach, przez które dwa razy zgubił się w utworze nim dotarli do połowy. Przy następnym potknięciu po prostu odsunął się od mikrofonu, odłożył gitarę na krzesło, wyjął z kieszeni paczkę papierosów i z cichym "potrzebuję przerwy" wyszedł, w zasadzie nie czekając na reakcję swojego zespołu.
Zachary przestał grać, westchnął ciężko, rzucił zrezygnowane spojrzenie Rufusowi i uniósł dłoń do góry.
- Zaraz to ogarnę - mruknął uspokajająco, odkładając własny sprzęt na stojak i przemierzając pomieszczenie za długowłosym. - Pomyślałby kto, że nasza naczelna diwa i palacz w jednym nagle się rozdwoiła. - Zażartował, by odrobinę rozluźnić atmosferę, która - siłą rzeczy - musiała się zmienić po tak nagłym przerwaniu tak dobrej passy.
To jego rolą było zażegnywanie konfliktów, tak jak kierowanie rolą Lawrence'a - jednak związek wokalisty z głównym gitarzystą zepsuł wcześniej idealnie działający mechanizm. Zack nie mógł pomóc wtedy, gdy jego przyjaciel miał złamane serce, bo to nie jego potrzebował i już nie z nim Greg był najbliżej - i miał poczucie, że tym razem będzie podobnie. Szedł, próbując zaradzić już przegranej sprawie, pomimo że tym razem nie mógł pozwolić ich gitarzyście odejść. Potrzebowali go.
On ich potrzebował.

Clermont stał na tarasie wytwórni, części przeznaczonej wyłącznie dla palaczy, wdychając dym nerwowymi haustami powietrza, próbując opanować zdenerwowanie, które opanowało go tuż po tym, jak zatrzasnął za sobą pierwsze drzwi. Obiecał, że nic się nie zmieni. Był tego pewien. Mógł wrócić wcześniej - ale zdecydował się dopiero w tym momencie. Wysłuchał nowej płyty tyle razy, że znał ją niemal równie dobrze, co poprzednie dwie. Dlaczego więc coś nie wyszło? Dlaczego czuł się znów nie na miejscu? Cała magia i połączenie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pozostawiając tylko pustkę i nieprzyjemny ucisk w piersi.
Oparł się łokciami o balustradę, pochylił głowę, zaraz wolną dłonią odgarniając włosy, zaciskając na nich spazmatycznie palce. Co poszło nie tak?
- Greg...
Znajomy głos przerwał jego ciszę. Jego najlepszy przyjaciel był ostatnią osobą, z którą w tym momencie chciał rozmawiać. Potrzebował ciszy. Czasu do namysłu. Szansy na odnalezienie się. Konwersacja wypełniona pretensjami i jednocześnie zapewnieniami, że wszystko się uda, nie była tym, czego chciał i co pomogłoby mu w... czymkolwiek w zasadzie.
- Nie teraz - niemal jęknął, próbując unieść papierosa do ust - co poskutkowało nie zaciągnięciem się dymem, a wyślizgnięciem się niewypalonej połowy i jej lotem w dół, prosto na niczego nieświadomych przechodniów.
Gregory zaklął, sięgając do spodni i wyciągając znów pudełko oraz zapalniczkę.
Zack stanął kilka kroków za nim, nie zamierzając nigdzie odejść, czekając na to, aż Gregory pogodzi się z nieuniknionym.
Brunet po dłuższej chwili walki z wiatrem zapalił wreszcie papierosa i wsunął do ust. Dopiero w momencie, gdy ponownie chował cały ekwipunek, skojarzył że nikt inny jak Law palił dokładnie ten sam rodzaj. Innego na dworcu nie mieli - szczerze mówiąc, wtedy gitarzyście nawet ten zbieg okoliczności nie przyszedł do głowy. W tym momencie jednak... Wszystko znów przypominało mu o bólu. O dwóch latach przerwy. O straconym czasie, straconym zaufaniu, straconym zespole.
Zamknął oczy.
Jak to było możliwe, że w jednej chwili dopasowywali się tak idealnie, odpowiadali na siebie, grali tak, jakby byli jednym organizmem, a nagle to wszystko znikało i pozostawała tylko gorzkość? Złość? Ból? Dlaczego przez chwilę wydawało mu się, jakby znów było przed tymi nieszczęsnymi wydarzeniami, jakby znów miał szansę na szczęście...?
Właśnie w tym momencie coś sobie uświadomił.
Ich związek coś zmienił. Pogłębił więź, która zawsze pomiędzy nimi była. Zrozumienie własnej muzyki. Dopóki Gregory nadawał tempo, a Lawrence odpowiadał, dopóki Lawrence przy nim komponował, śpiewał, robił głosem cuda, które powodowały, że gitarzysta świata poza nim nie widział, dopóty mogła istnieć magia. W momencie kiedy docierało do któregoś z nich zranienie... W momencie, gdy się przed sobą zaczęli zamykać... Wszystko trafiał szlag.
Nowa płyta była tego najwyraźniejszym i najdosadniejszym symbolem. Tyle utworów, przy których tworzeniu Clermont nie uczestniczył. Tyle duszy zespołu, która była dla niego obca. Tyle cierpienia w międzyczasie, rozłąki, tęsknoty...
- Przepraszam - mruknął wreszcie, wkładając niedopałek do stojącej obok popielniczki. - Przepraszam. Zaraz wezmę się w garść i... jakoś to naprawię.
Jeszcze nie wiedział jak, ale... Jakoś musiał. Nie odejdzie drugi raz.

Nie odejdzie drugi raz.
Zachary podszedł do bruneta i położył dłoń na jego ramieniu w geście wsparcia.
- Nie musisz przepraszać. Każdemu się zdarza - mruknął uspokajająco, stając obok niego, opierając się wolną ręką o balustradę. - To dopiero pierwszy dzień. Mamy czas znów się zgrać - a zgubienie nuty zdarza się nawet najlepszym. - Poklepał go lekko po plecach.
Obaj dobrze wiedzieli, że to nie to było problemem.
- Zmienił się - powiedział nagle, cicho, ale wyraźnie. - Wszyscy się zmieniliśmy. Daj nam szansę znów się zgrać. - Poprosił.
- Przepraszam - powtórzył Gregor.

Nie wiedział, jak długo tak stali, czekając na cud. Na moment, w którym brunet da radę się przemóc, obrócić na pięcie i wrócić do sali - a potem przeprosić resztę zespołu. Wszystkich, nie tylko Zacharego. A po przeprosinach... Odnaleźć się w muzyce, która była dla niego obca, z mężczyzną u boku, który był dla niego obcy.
Czasami w duchu przyznawał rację Thomasowi. Związek między członkami zespołu nie był nigdy dobry. W końcu... Prawie udało im się zniszczyć Synów.
Im, ha.
Jemu.
- Naprawdę cię przepraszam. Wychodzę znowu na kretyna.
- On naprawdę się...
- Mam kogoś.
Kłamstwo, które wypłynęło z jego ust samo, bez udziału mózgu. Głupie, bezsensowne, nie na miejscu.
A jednak... Niezbędne, by się zdystansować. Nie wiedział o tym aż do chwili, gdy brzmienie wypowiedzianych bezmyślnie słów nie dotarło do niego - i nagle ułatwiło oddychanie.
- Chodźmy już.

Tym razem to Zachary nie potrafił nic powiedzieć.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Sob Mar 10, 2018 5:55 pm

- Gdzie mi tu... wiesz ile kosztowała ta fryzura? - mruknął, burząc się na żarty. Cisnęło mu się na usta kilka złośliwości, jak choćby "zazdrościsz", albo "to zawsze ty zapominałeś o urodzinach najlepszego kumpla" czy "gdybyś nie wyfrunął na dwa lata nic nie trzeba by było sprawdzać", ale w porę się opanował. - Przekonajmy się - powiedział jedynie i poprawił włosy. Nie kontrolował ciepłego uśmiechu, który wypłynął mu na usta po usłyszeniu znajomego tonu. Nareszcie, westchnął w duchu. Nareszcie wszystko zaczęło przypominać zespół, który kiedyś tworzyli. To wrażenie spotęgowało późniejsze zgranie. Z łatwością odtwarzali stare utwory ciesząc się nimi jak kiedyś. Żadnych potknięć, żadnych ukradkowych, pełnych niechęci spojrzeń. Jedynie śmiechy i szczerość. Byli niepowstrzymani. Doskonali. Do czasu.
Upojony muzyką, poczuciem równowagi, której nie czuł od dawna, Law bardziej odczuł fałszywe nuty. Pojawiły się nieoczekiwanie, jak rysa na idealnej tafli szkła. Strapił się, ale nim w ogóle zdążył zapytać, skonfrontować swoje przypuszczenia z gitarzystą, on spięty i zrezygnowany odkładał instrument. A przecież nie stało się nic złego. Właśnie dlatego teraz ćwiczyli. Wszystko można było wypracować. I choć wydawało się to oczywiste, Greg zareagował impulsywnie, a Law... Law go rozumiał.
Skonsternowany popatrzył na plecy wychodzącego Grega. Naturalnie zrobił nawet krok w przód, w krtani urosło mu zawołanie, ale Zack powstrzymał go swoją reakcją. Może to i lepiej, pomyślał po chwili, próbując przywołać się do porządku.
- Powinieneś za nim iść - mruknęła Sam, siadając na kanapie, jakby przeczuwając, że Greg nie wróci zbyt szybko.
Law spojrzał na nią chłodno.
- Nie bądź głupia. Jestem ostatnią osoba, którą chce oglądać.  
- Ale kiedy tu chodzi o ciebie.
Wywrócił oczami. Nawet jeśli było w tym trochę prawdy, to nie miała znaczenia. Na pewno nie teraz.
- To zamknięty rozdział, przestań kłapać dziobem - westchnął, ruszając w kierunku stolika i pozostawionej na nim butelki.
- To idź tam nie jako Law, a jako głowa zespołu. Wytłumacz mu, że to nic...
- Zack poszedł, da sobie radę. Daj mi spokój. - Pociągnął z butelki. Wyglądało na to, że w końcu uciął rozmowę, ale Samantha nie dawała za wygraną, burmusząc się jak dziecko. Patrzyła na niego spod byka jakby był idiotycznie uparty, jakby dla niej cała sytuacja była śmiesznie prosta i wymagała jedynie wymiany kilku uprzejmości. Law starał się ją ignorować.
- Ej, mała, odpuść. - Rufus urósł za perkusją i powolnym krokiem ruszył do kanapy. Po drodze przeciągnął się leniwie. Jako jedyny nie wyglądał na specjalnie przejętego zachowaniem Grega.
- Ale oni muszą sobie wszystko wytłumaczyć.
- To może pozwól im samym to ogarnąć. - Legł obok rudej, rozmasowując sobie kark. - W swoim czasie pewnie to zrobią.
- Ale wtedy znów wszystko spieprzą - jęknęła z pretensją - kompletnie nie potrafią się dogadać! Jeśli będą czekać dłużej, to wyjdzie jak zwykle.
Law nie winił jej za to, że się martwiła. On też się martwił, tylko nie był w swoim zmartwieniu tak irytujący. Nigdy nie należał do ludzi przesadnie cierpliwych, a dzisiejszy dzień był wystarczająco stresujący żeby ruda z łatwością wyprowadziła go z równowagi. W końcu nie wytrzymał i warknął
- Odpieprz się, Sam. Czasem bywasz wkurwiającą pindą.
Wyglądała na urażoną ostrością jego słów i Law faktycznie poczuł, że trochę przesadził. Sam nie robiła dram na siłę, przejmowała się naprawdę, ale dzisiaj nie miał w sobie zwyczajowej wyrozumiałości, by spokojnie tłumaczyć jej, że nie musi się przejmować.
- Taka prawda, Law - burknęła już bardziej po to, by utrzeć mu nosa niż z chęci naprawienia jego relacji z Gregiem - spieprzyłeś po całości. Chociaż byś się przyznał.
Tak jakby nie przyznawał się nigdy.
- Ja? - Wycelował palcem w swoją pierś nachylając się do niej. Kompletnie stracił cierpliwość. - No pewnie. Pewnie, że tak. Jestem waszym kozłem ofiarnym - wycedził - tak. Zjebałem. A teraz przymknij paszczę. Dość mam słuchania jakim jestem chujem, szczególnie po tylu latach. Weź się ogarnij i przymknij choć raz, bo nawet nie masz pojęcia o czym mówisz.
- Wiem aż...
Urwała w pół zdania, bo Rufus ostentacyjnie zatkał jej usta dłonią.
- Nie zaperzaj się tak. Złość piękności szkodzi.
Odepchnęła jego rękę i naburmuszyła się, ale nie powiedziała nic więcej. Law odwrócił się ze złością, wypił piwo do końca i rozpoczął nerwową wędrówkę po sali. Krążył po niej jak zwierzę w klatce, raz po raz przeczesując włosy aż z misternej fryzury został smutny kołtun. Wszystko musiało jebnąć akurat wtedy, gdy myślał, że będzie jak dawniej. Oczywiście "stare, dobre czasy" okazały się "starym, grząskim bagnem".
Gdy dwójka zagubionych w końcu wróciła, zastała resztę zespołu w podłych nastrojach. Samantha wyglądała na przybitą, Rufus na zrezygnowanego, a Law na cholernie zirytowanego. Cała trójka spojrzała na przybyłych próbując ukryć prawdziwe emocje za sztucznymi uśmiechami. I jeszcze zanim Greg zdążył cokolwiek powiedzieć, Law odezwał się pierwszy.
- Zbierajcie rzeczy, spadamy. Wrócimy jutro, a dzisiaj chodźmy się zabawić. - Zdobył się na uśmiech i ruszył po swoją gitarę, choć wcale nie miał ochoty ani na uśmiech ani na zabawę.
Atmosfera w zespole poprawiała się z każdym kolejnym piętrem w dół, jakby potrzebowali większej przestrzeni niż sala prób do pomieszczenia swoich ego. Gdy znaleźli się na parkingu i pakowali rzeczy do busa, Sam nieśmiało znów żartowała z Lawem, a Rufus nie wyglądał na tak spiętego. Wszyscy też zgodnie zapewniali Grega, że nie stało się nic złego i że za nic nie musi przepraszać. Wyglądało jednak na to, że po prostu zamiatali pod dywan swoje prawdziwe opinie, zapewne zasłaniając się dobrem ogółu. Cóż, na razie musiało im to wystarczyć.
Podczas drogi do domu Law milczał, udając, że musi być skupiony na drodze bardziej niż zwykle, choć przecież pokonywał ją tak wiele razy, że mógłby prowadzić z zamkniętymi oczami. Sam znów świergotała wesoło opowiadając o wszystkich udogodnieniach jakie zapewnia im apartament i o tym jak będzie za nim tęsknić podczas podróży. Atmosfera zdawała się oczyszczać i tylko Law wydawał się bardziej mrukliwy niż zwykle. Nietypowo, nie dawał się wciągnąć w rozmowę odpowiadając lakonicznie i niechętnie. Nawet gdy dotarli na miejsce nie rozluźnił się. Próbował dojść ze sobą do porozumienia. Jakaś jego część chciała, by wszystko wyjaśnił, spróbował naprawić na tyle na ile się dało, ale druga część zmuszała do milczenia i pozostawienia sprawy własnemu biegowi. Ostatecznie więc nie podejmował żadnych działań.
Dwupoziomowe mieszkanie mieściło się na dwudziestym piętrze ogromnego apartamentowca i miało wszystko o czym mówiła Samantha. Dostęp do basenu i siłowni, ogromne przestrzenie, piękny widok na rzekę, duży taras i luksusowe wyposażenie. Z powodzeniem cały zespół mógł mijać się w nim jeśli nie chcieli się widzieć.
Law odłożył gitarę na przesadnie wielką kanapę w salonie i zabrał ze stołu paczkę papierosów, którą zostawił na nim rano. Wyszedł na taras wprost w sierpniowe słońce, odpalił fajkę, zaciągnął się mocno i oparł się o balustradę, stając do niej tyłem. Odchylił głowę. Odcinał się, przynajmniej jeszcze chwilę. Potem będzie starał się być taki jak zawsze. Miał ochotę się upić i to porządnie, może nawet wyskoczy gdzieś żeby się odstresować. Ale nim to, potrzebna była mu chwila spokoju.
Sam towarzyszyła Gregowi, pokazując mu wszystkie zakamarki mieszkania. Po obejrzeniu salonu, bawialni, biblioteki, jadalni, kuchni, wspólnej łazienki, przyszedł czas na ostatni punkt, czyli sypialnie. Mieściły się na piętrze, więc wspięli się po szerokich, podwieszanych schodach.
- Ta pierwsza jest Lawa, potem jest Zacka, moja, a ta Rufiego. - Wskazywała na poszczególne drzwi. - Możesz wybrać z dwóch ostatnich. - Zatrzymała się między drzwiami do pustych sypialni. - Ale nie masz się co przyzwyczajać na razie, za tydzień zaczynamy tournee i skończą się wygody. - Westchnęła ciężko, ale szybko się rozpogodziła. - To co, rozgość się, a potem zejdź do nas na dół. - Ruszyła do schodów, ale zatrzymała się w pół kroku i odwróciła. - Może zamówimy chińszczyznę, wypijemy coś mocniejszego, posiedzimy razem, tak wiesz, jak dawniej? - Brzmiała na dziwnie przybitą, gdy to mówiła. - To wprawdzie nie przypomina w niczym mieszkanka Zacka, ale przecież nie chodzi o miejsce, a o ludzi, nie? - Mrugnęła do niego porozumiewawczo i uśmiechnęła się ciepło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Nie Mar 11, 2018 6:48 pm

Mam kogoś. Tak, to właśnie było rozwiązanie. Może nie idealne, może nawet niewłaściwe, ale dające mu szansę na skręcenie w inną stronę. Pójście drogą, w której to nie Lawrence mu towarzyszył, która nie istniała tylko i wyłącznie dla wokalisty. Brunet go kochał - wiedział o tym, zdawał sobie sprawę z tej smutnej prawdy w momentach, gdy jego zaangażowanie emocjonalne było mniejsze i pozwalało na chwilę obiektywizmu i racjonalności. Niezależnie od tego, jak bardzo się zranili, jak bardzo ich związek był popieprzony, serce Gregory'ego należało do czarującego i przystojnego dwudziestosiedmiolatka. Ani nie potrafił spojrzeć na kogoś innego z podobnymi uczuciami, gotowy na wiele - bardzo, bardzo wiele - chwil zapomnienia i poświęcenia. Nie chciał nikogo innego. Wszyscy poprzedni, jak i wszyscy następni, byli w oczach Clermonta już tylko miernymi namiastkami, nie potrafiącymi zaoferować tak wiele, jak pewien szczególny wokalista. Nikt go nie rozumiał tak dobrze, nikt nie prowokował go tak wspaniale, nikt nie uzupełniał go tak perfekcyjnie. Nie chodziło o to, że brunet nie potrafił już nikomu do tego stopnia zaufać - nie, po prostu nie istnieli bardziej właściwi ludzie.
Law był jedyny w swoim rodzaju, zarazem perfekcyjny i pełen wad. Gitarzysta nie mógł oddać swojego serca nikomu innemu - i czekało go przez to życie w samotności lub nieidealnym związku, będącym marnym zamiennikiem prawdziwej więzi.
Jedyne, co mogło mu dać szczęście, było zespołem. Wspólną grą z przyjaciółmi i... swoim byłym. Nie mógł z tego zrezygnować - ale musiał znaleźć sposób, by uczynić ból wynikający z utraty tamtej więzi akceptowalnym. Pozór partnera, który dałby mu szansę na poczucie, że jednak ma też inne życie... Ba, który pokazałby innym, że nie jest tak beznadziejnym romantykiem, który po utracie jednej miłości stracił jedyny sens swojej egzystencji. Tak, kłamstwo wydawało się idealnym rozwiązaniem, gwarantującym dystans i wewnętrzny spokój. Będący potwierdzeniem, że poradził sobie, że nie potrzebuje już Lawrence'a i że nie ma wobec niego żadnych uczuć - ani tych ciepłych, ani tych chłodnych. Może nawet dzięki temu mogliby znów wrócić do przyjacielskich relacji?
Greg uśmiechnął się i poklepał drugiego gitarzystę po ramieniu.
- Nie przejmuj się. Poradzimy sobie - zapewnił go ciepło, niemal w ten sam sposób, jak dawniej.
Jego miejsce było w zespole, nie z Vegą. Nie pod Vegą.

Clermont wszedł do sali z zamiarem przeprosin, ale nie zdążył nawet otworzyć ust, nim nie padło zarządzenie lidera - będącego w ewidentnie parszywym humorze, należy nadmienić. Gitarzysta widząc to, nie oponował, a jedynie skinął głową, pozbierał swoje rzeczy i ruszył razem z resztą zespołu do ich środka lokomocji. Dopiero gdy się zapakowali, zdecydował się przeprosić i żadne zapewnienia go nie przekonały o własnej niewinności, co podkreślił kilkukrotnie. Może to, że jego związek z Vegą szlag trafił było winą wokalisty - oraz menedżera - ale problemy w zespole po tej intensywnej relacji, dwuletnia przerwa i tak nieudany powrót były konsekwencją wyłącznie głupich posunięć Gregory'ego - i on nie zamierzał zgadzać się na taryfę ulgową w kwestii traktowania siebie i swoich błędów. Dopiero po odpowiedniej kombinacji słów "przepraszam" i "poprawię się", powtórzonej kilkukrotnie w różnych kontekstach, pozwolił sobie na zamilknięcie i śledzenie miejskiego krajobrazu przepływającego za oknem oraz słuchanie żartów i przepychanek Sam, Zacka i - sporadycznie - Rufusa oraz Lawrence'a. To, że czuł wyraźnie zmianę w zachowaniu wokalisty, w sobie stłumił. Nie mógł niczego zrobić, to raz, a dwa, że wcale nie powinien czuć potrzeby wyjaśnienia z nim czegokolwiek. Law był dorosły, jeśli miał jakiś problem, mógł albo o nim powiedzieć na głos, albo zwrócić się z nim do tej osoby z zespołu, do której chciał. Zachary, który zażegnywanie konfliktów zawsze brał na siebie, też mógł poczynić jakieś kroki w naprawieniu nastroju kolegi. Skoro jednak nikt nie podjął dosłownie żadnego działania, świadczyło najwidoczniej o tym, że należało Lawa zostawić w spokoju i poczekać na polepszenie sytuacji.
Coś wewnątrz Clermonta protestowało na tę obojętność, dlatego zmusił się do skupienia na słownych prztykach, włączył w konwersację i udał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Kiedy z przyjaciół, którzy mówili sobie wszystko, zmienili się w ostrożnych i unikających mówienia sobie prawdy dyplomatów?

Gdy dotarli do mieszkania, a Gregory udał się na wycieczkę poznawczą, Zachary podążył za perkusistą do części kuchennej, oparł się bokiem o jedne drzwi lodówki i - wyciągając przekąski i podając je Rufusowi - spojrzał na niego poważniej.
- Poszło chyba gorzej, niż się spodziewaliśmy - mruknął, rozpoczynając konwersację niezobowiązująco, wpatrując się w swojego mężczyznę z wzrokiem pełnym rozdarcia. - Liczyłem, że ta przerwa im pomoże, a nie... - Westchnął ciężko, zdmuchując wpadającą mu do oka białą grzywkę. - I powiedział, że kogoś ma. Jak może być w związku i patrzeć na Lance'a w ten sposób? W co on się znowu wpakował... - Zacmokał z irytacją, rozglądając się po pomieszczeniu, by upewnić, że nie ma w pobliżu nikogo, kto mógł usłyszeć fragment tej rozmowy. - Myślisz, że powinniśmy mu powiedzieć? Wiem, że to mieszanie się, ale... Dla dobra zespołu, skoro między nimi już nie ma szans na związek? - Pochylił się bardziej w stronę mężczyzny, łapiąc go za ramię. - Czy za dużo się przejmuję i bredzę? - spytał ciszej, uśmiechając się z delikatnym, wręcz nieśmiałym, rozbawieniem. Potem wychylił się do przodu i szybko pocałował Rufusa, odruchowo szukając w nim wsparcia. Czy może raczej... pewności? Siły? Zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, podsunięcia odpowiedniego wyjścia z sytuacji? Zachary rzadko kiedy znajdował się w sytuacjach konfliktowych, w których nie potrafił swoim uśmiechem i łagodnością wszystkiego ułagodzić. Przyjaciel i lider ich zespołu wystawiali go na ciężką próbę swoimi problemami sercowymi.
- Głupio mi, że musimy się tak kryć - powiedział po chwili, kręcąc głową, odsuwając dłoń od mężczyzny i otwierając drugie drzwi, wyjmując dwie zgrzewki piwa. - Sorry.

Apartament też był dla Grega czymś kompletnie nowym. Rozglądał się po nim z ciekawością, z jednej strony zdziwiony wielkością i luksusem, z drugiej zaskoczony panującym w nim porządkiem. Gdy rozpoczynali swoją karierę, burdel towarzyszył im niemal zawsze - w pierwszej kolejności byli artystami, szukającymi drogi ekspresji i właściwej muzyki, a dopiero w drugiej dorosłymi ludźmi z obowiązkami. Gdy zawarła się pomiędzy nimi prawdziwa, przyjacielska więź, większość z nich zerwała z dodatkowymi pracami i zarobkami, skupiając się w całości na karierze - na czym wyszli dobrze, ale co wcale nie pomogło im stać się typowymi, bezproblemowymi członkami społeczeństwa.
Innymi słowy - porządek i cisza nigdy nie towarzyszył im zbyt długo.
Widocznie jednak Zack mówił prawdę i coś się w ciągu tych dwóch lat (i ogromu sukcesów) zmieniło. Albo... Mieli odpowiednio dużą grupę sprzątaczek.
- Dzięki Sam, zaraz zejdę - mruknął, kiwając głową - kolejne słowa dziewczyny zatrzymały jednak jego podążanie ku ostatnim drzwiom. Obrócił się, odłożył torbę na ziemię i podszedł do dziewczyny, obejmując ją mocno. - Jasne. Dzięki. Wiesz, że cię uwielbiam, prawda? - spytał, całując ją w czubek głowy. - Nie przejmuj się tyle, jestem dorosły, do tego starszy od ciebie, poradzę sobie. Wszyscy sobie poradzimy, w końcu po coś wróciłem, prawda? - Zaśmiał się cicho, odsuwając ją od siebie na długość ramion. Puścił do dziewczyny oko, jeszcze raz ją pocałował - tym razem w czoło - i obrócił się na pięcie, idąc do swojego nowego pokoju.
Tak jak obiecał, nie spędził w nim dużo czasu - szybko się rozpakował, otworzył okno, by przewietrzyć, zmienił koszulkę na prosty, czarny t-shirt i skierował się w stronę salonu, gdzie kończono właśnie przygotowania do imprezy. I faktycznie, było niemal jak dawniej - niezdrowe jedzenie, przekąski, alkohol, puszczona w tle komedia i niezobowiązujące gry karciane. Greg unikał bezpośrednich konfrontacji z Lawrencem, korzystając z dużego pomieszczenia i głośnych rozmów, bawiąc się... Dokładnie tak, jak mu brakowało. Całe poczucie niedopasowania, ponownie zniknęło, pozostawiając świetnie naoliwiony mechanizm wypełniony żartami, nawiązaniami i ploteczkami, które bawiły każdego, które dostarczały rozrywki i nie wymagały żadnych tłumaczeń. Byli u siebie, wśród swoich, a wszystko było dokładnie takie, jak być powinno.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Nie Mar 11, 2018 11:11 pm

Rufus Uniósł brwi w pytającym geście, najwyraźniej nie mając pojęcia czego dotyczy rozmowa, ale po kolejnych słowach Zacka, uśmiechnął się pobłażliwie. Odłożył na blat talerz i oparł się przedramieniem o lodówkę, skupiając uwagę na wyraźnie przybitym partnerze. Cała sprawa z powrotem Grega i dziwnym zachowaniem Lawa jakoś nie szczególnie ruszała Rufusa. Bardziej męczyło go zachowanie Sam i Zacka, którzy uznali, że będą gruchać nad nimi jak nad nieporadnymi dziećmi.
- Greg mu powie, jak będzie chciał - odparł lekko, wzruszywszy szerokimi barkami. - Jest dużym chłopcem.
Miał wrażenie, że cokolwiek by mówił, i tak nie trafi to ani do rudej ani do basisty, ale wciąż próbował. Z uporem i cierpliwością osła, tłumaczył, że najlepiej jest pozostawić sprawy własnemu biegowi. Jakoś wierzył, że Synowie i tak wyjdą z tego obronną ręką, cokolwiek by się działo.
Uśmiechnął się półgębkiem gdy dostał całusa. Bo szczerze dostawał szału od ciągłego pilnowania się, by czasem przypadkowo nie dotknąć Zacka, bo Greg mógłby sobie coś pomyśleć. A to dopiero pierwszy dzień! Męczyło go to okrutnie i tylko świadomość, że mógłby swoim uporem zranić Zacka, powodowała, że starał się dostosować do prośby. To nie było łatwe, ani przyjemne.
- Bredzisz - przyznał z westchnieniem - wy wszyscy za bardzo się nimi przejmujecie. - Chwycił go za nadgarstek i przyciągnął do siebie, tłumiąc możliwe protesty swoimi ustami. Skradł mu pocałunek, ale dużo mniej niewinny niż łagodny cmok, który dostał przed chwilą. Potem objął go w pasie, korzystając z tego, że Zack miał zajęte dłonie i nie mógł się bronić.
- Więc nie kryjmy się - zamruczał - to idiotyczne. Kłamstwo wyda się szybciej niż sądzisz i będzie ci głupio.
I znów go pocałował, mając kompletnie gdzieś to, że ktoś może wleźć do kuchni.

Tymczasem Sam momentalnie przylgnęła do Grega, mocno zaciskając ręce na jego koszulce. Starała się nie okazywać zdenerwowania, nie chciała go martwić swoim zmartwieniem, ale martwiła się, cholernie.
- Wiem, ja ciebie też - szepnęła, przez chwilę brzmiąc uroczo niewinnie, kiedy jak mała dziewczynka chowała mu twarz w pierś. Zapewnienia, że wszystko będzie dobrze skwitowała kwaśnym uśmiechem, ale pokiwała głową. Co innego mogła zrobić? - Kto, jak nie ja ma się martwić? - zawołała za nim, tonem mamy-kwoki, a gdy zniknął za drzwiami, uśmiechnęła się do siebie. Zawsze uważała Grega za tego bardziej rozważnego, przynajmniej w zestawieniu z Lawem i bardzo chciała wierzyć, że faktycznie wszystko będzie dobrze. Niestety niewiele więcej mogła zrobić.

Law wypalił do końca i zebrał się z tarasu wprost do swojego pokoju. Po drodze doszedł do wniosku, że nigdzie się dzisiaj nie wybiera. Wprawdzie mógłby wyciągnąć towarzystwo na jakąś popijawę, ale tak jak z Sam i resztą mogli balować i wiedział, że może na nich liczyć, tak odnośnie Grega nie był już taki pewien. A że kompletnie nie miał chęci na wszelkie konfrontacje po tym, co powiedziała Sam, toteż odpuścił wszystko na rzecz leniwego, domowego wieczoru, który... właściwie nie miał okazać się taki nudny.
Spotkał Samanthę w połowie schodów, uśmiechniętą jakby przydarzyło się jej coś miłego. Spojrzał na nią pytająco, a ona wzruszyła ramionami szczerząc się radośnie.
- Robimy domówkę - oznajmiła pogodnie - rusz tyłek i pomóż.
- Tak, tak... - wymamrotał właściwie do siebie, bo Sam nie czekała na jego odpowiedź, tylko niczym sarenka zeskoczyła po schodach, a potem szybko zniknęła w kuchni.
Pomógł im poznosić do salonu jedzenie, a nawet skoczył na dół po coś mocniejszego. I gdy wszyscy w końcu usiedli w salonie przy wtórze śmiechów, dyskutując o nadchodzących koncertach, ale i tak normalnie, o życiu, Law poczuł się... lepiej. Wprawdzie widział doskonale jak Greg usilnie próbuje unikać kontaktu wzrokowego czy nawiązywania jakiejś konwersacji jedynie między nimi, ale... tak już chyba musiało być. Lepsze to niż otwarta wrogość. Grał więc w tę grę, robił do niej dobrą minę, a z każdym kolejnym drinkiem było mu łatwiej. Albo raczej, było mu coraz bardziej obojętne czy ktokolwiek się na niego złości, czy on się na kogoś złości. Obojętnie. Wszystko.
W końcu niezręczność ustąpiła na tyle, by jakże lekko zwrócił się do samego Grega.
- Idziesz na fajkę? - rzucił, podnosząc się z kanapy. Wygrzebał z kieszeni paczkę i gdy gitarzysta podniósł się, wyciągnął ją w jego kierunku. Potem obaj wyszli na taras. Wieczór był ciepły i na tyle cichy, na ile może być w sercu dużego miasta. W dole światłami błyskały budynki i samochody, a Saskatchewan Północny wił się leniwą, ciemną wstęgą. Law czuł już przyjemne szumienie w głowie, charakterystyczne odrętwienie i poczucie, że świat wcale nie jest takim paskudnym miejscem.
Odpalił fajkę i zaciągnął się, puszczając w ciemność kłąb szarego dymu. Uśmiechnął się leniwie do panoramy Edmonton.
- Popływałbym - stwierdził nagle, podchodząc do balustrady. - W ogóle, zrobiłbym coś. Cokolwiek. Wyszedł na miasto, zabawił się... - Westchnął ciężko. - Myślałem, że sława jest mniej do dupy. - Strącił popiół w ciemność za balustradą. - A to uciążliwe gówno. - Uśmiechnął się krzywo, spoglądając na Grega jakby oceniał jego przydatność do... czegokolwiek. - A ty, jesteś gotowy zmierzyć się z tym na nowo? Ze stadem piszczących fanek i paparazzi podglądających cię na kiblu? - Zaciągnął się.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Czw Mar 15, 2018 8:44 pm

Zack oczywiście wiedział - no, może niekoniecznie wiedział, ale przypuszczał - że perkusista ma rację. Rufus był w ich zespole osobą najrozsądniejszą i nie mieszającą się do jakichkolwiek sporów, co dobrze wyrównywało dwie drama queen pod postacią Sam i Lawa. To, jak dobrze sobie radził w unikaniu konfliktów, było zdolnością godną pozazdroszczenia, dzięki której niejedna kłótnia umierała już w zarodku, zanim zdołała rozpętać trzecią wojnę światową. Zachary uwielbiał w nim ten spokój i opanowanie, które czyniło z najstarszego członka zespołu osobę najbardziej godną zaufania w sytuacjach kryzysowych. Basista nie potrafił zliczyć wszystkich sytuacji, w których szukał w nim wsparcia i racjonalnej analizy, podobnie jak momentów, w których po prostu szukał oparcia i spokoju. Wydawało się wręcz dziwne, że ich związek był dopiero na samym początku, wciąż jeszcze świeży i niepewny, wymagający uwagi i dopieszczenia oraz wypełniony ukradkowymi uśmiechami i przyciąganiem tak silnym, że ciężko było im bez swojej bliskości wytrzymać nawet kilkanaście minut. Przyjaźnili się całe lata, podczas których ani razu przez myśl współzałożyciela Synów nie przyszło do głowy jakiekolwiek seksualne zainteresowanie perkusistą. Aż nagle... Wszystko uległo zmianie.
Rozchylił wargi automatycznie, zapraszając do swoich gorących ust język kochanka, odpowiadając chętnie na ten mniej grzeczny pocałunek, który zainicjował Rufus. Uwielbiał jego siłę i poddawał się jej odruchowo, łaknąc każdego rodzaju zbliżenia, które partner miał mu do zaoferowania. Był w jego rękach niczym masło, rozpływający się pod wpływem najmniejszej nawet pieszczoty, garnący się do bliskości i spijający każdy pomruk, każde słowo, prosto z jego ust.
Westchnął cicho, spoglądając lekko błyszczącymi od emocji oczami prosto w te należące do kochanka. Słowa dotarły do niego z opóźnieniem i... cóż, mogły być prawdziwe, ale nie musiały mu się podobać. Nie wiedział, co powinien zrobić, a nierobienie niczego zdecydowanie mu nie odpowiadało.
Westchnął ciężko, próbując wyswobodzić się z uścisku przez moment, aż do chwili kolejnego, płomiennego połączenia ich warg. Zamruczał cicho, znów zdradzony przez swoje ciało, chętne i stęsknione za przystojnym, wytatuowanym mężczyzną. Zamknął oczy, poddając się na chwilę przyjemności, ciepłu i stabilności, które otoczyły go i działały na jego zmysły niczym najlepsze afrodyzjaki, dekoncentrując i niszcząc wszelkie obawy oraz poczucie obowiązku na całkiem długą chwilę.
Tylko dzięki łutowi szczęścia nikt ich nie nakrył.
- Rufus - mruknął, a bardziej miauknął, spoglądając na kochanka z dołu z pewnym wyrzutem. - Wiesz, że to nie jest takie proste. Gdyby było, powiedziałbym mu jeszcze przed przyjazdem. - Wywrócił oczami, przyciskając alkohol do piersi kochanka i jednocześnie intensywniej próbując się odsunąć. - On wciąż ma pretensje do Thoma o tamto. Jak miałbym niby wyjaśnić mu nagłą zmianę w polityce związków w zespole? - Uniósł brew wysoko i pokręcił przecząco głową. [b]- Niech się zaaklimatyzuje chociaż trochę, nie chcemy przecież, żeby znowu się wycofał. - [/b]Jęknął, spoglądając żałośnie na kochanka. - Puść. Mamy imprezę do rozkręcenia - poprosił, niezdolny - i, szczerze mówiąc, niezbyt chętny - do wyszarpnięcia się z uścisku.
Gdy tylko żelazny chwyt został rozluźniony, zabrał się pospiesznie do rozkładania reszty potrzebnych do konsumpcji elementów.

Impreza szła im sprawnie i bezproblemowo. Alkohol lał się w odpowiednich ilościach, rozluźniając, ułatwiając konwersacje i umożliwiając większy dystans do wszystkich wydarzeń, które związane były z dwuletnią przerwą Grega. Część rozmów skupiała się oczywiście dookoła tego czasu i sytuacji, które ominęły gitarzystę, ten jednak słuchał ich z zainteresowaniem, bez nieprzyjemnego żalu, chętny do nadrobienia wszystkich zaległości, wewnętrznych żartów i historii z koncertów. Gdzieś w tle ktoś puścił kilka playlist, z których część utworów była klasykami, część najnowszymi hitami, a część ich własnymi singlami - nikt jednak nie skupiał się zbytnio na tym, co akurat szło z głośników, gdy rozmowa płynęła znacznie głośniej i energiczniej.
Gregory cały czas się pilnował - ale wiedział, że było to kwestią czasu, aż alkohol i znajome otoczenie znów całkowicie go rozluźnią. Nie mógł wiecznie kontrolować tego, co i do kogo mówił - to szybko popsułoby relacje w zespole, a tego, ponad wszelką wątpliwość, pragnął uniknąć. Nie wrócił do nich po to, by znów znaleźli się w nieciekawej sytuacji, w której on sam, współzałożyciel, który poświęcił Synom dobry kawałek swojego życia, dla którego tworzenie piosenek i gra na scenie były niczym oddychanie, zepsuł coś tak wspaniałego. Dlatego odszedł wtedy, dlatego znowu wrócił. Nie zamierzał pozwalać sobie na więcej niewypałów.
Dlatego, gdy lider się do niego odezwał, przytaknął i ruszył za nim na taras. Fakt, że mężczyzna wyglądał inaczej niż dawny ukochany gitarzysty, ułatwiał niemyślenie o ich wspólnej przeszłości, ale jednocześnie utrudniał normalną relację. Clermont nie radził sobie najlepiej z ludźmi, którzy byli dla niego obcy - a dodatkowo jego były wywoływał w nim zdecydowaną i wyjątkowo silną niechęć. Alkohol tylko trochę osłabił siłę tych uczuć, nie całkiem racjonalnych, ale prawdziwych i szczerych.
Brunet zamknął oczy, wsuwając papierosa do ust i przysuwając do niego zapalniczkę. Zaciągnął się, zatrzymując dwa kroki za piosenkarzem, wpatrując w jego plecy w milczeniu, słuchając wywodu i... instynktownie próbując znaleźć w nim coś, co pasowałoby do tamtego Lawrence'a.
Na szczęście nic takiego nie poczuł.
Niestety.
Wzruszył lekko ramionami, zakładając ręce na piersi.
- Z naszej dwójki to zawsze ty miałeś nadmiar fanów i paparazzi na głowie. Ja nie byłem odpowiednio szalonym i skandalicznym materiałem na artykuł - rzucił lekko, z minimalnym - chociaż nie do końca celowym i świadomym - przekąsem. Z jednej strony, oczywiście mówił prawdę. To charyzmatyczny lider był najpopularniejszy, to do niego biegło najwięcej kobiet z gołym biustem czekającym na autograf, to do jego łóżka najchętniej się pakowały.
Gitarzysta nigdy mu tego nie zazdrościł. Cieszyła go popularność zespołu i możliwość tworzenia czegoś fajnego, nie potrzebował uwielbienia zarezerwowanego wyłącznie dla siebie. Nigdy nie był przesadnie otwarty na ludzi.
- Daliśmy sobie radę przez tyle lat, czemu teraz miałoby być inaczej? - mruknął, zbliżając się do barierki i opierając o nią bokiem, nie zrywając kontaktu wzrokowego z Lawem. - Przecież to było naszym marzeniem, nie gra dla samych siebie w garażu - dodał ciszej, przesuwając spojrzeniem na panoramę miasta i zaciągając się papierosem.
Czy tęsknił za tymi czasami? Nie. Był zadowolony z tego, w jakim miejscu znalazł się jego zespół. Jedynym problemem było to, gdzie on sam dotarł. Zraniony, zawiedziony i samotny.
Westchnął cicho.
- Mnie przez te dwa lata prawie wcale nie nagabywali, więc... da się.
Czy to było smutne, że twarzą jego ukochanego zespołu, najbardziej rozchwytywanym i kojarzonym osobnikiem był nie kto inny, a jego eks? Człowiek, wobec którego Clermont nie potrafił podejść tak, jak dawniej, przed ich związkiem. Do którego nadal miał wiele pretensji, który wciąż wzbudzał w nim wiele sprzecznych emocji - a może nawet więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. Sam nie potrafił stwierdzić, czy tęsknił bardziej za czasami, gdy byli tylko kumplami, czy przeciwnie, za chwilami tego idealnego porozumienia, wręcz magicznej więzi, wypełnionej muzyką, miłością i namiętnym seksem.
Zamrugał, wracając do rzeczywistości.

- Opowiedz mi o naszej nowej płycie. Jest cała napisana przez ciebie? Co cię inspirowało? Na co powinienem zwrócić uwagę? - spytał, zmieniając temat na odrobinę bardziej... może nie neutralny, ale taki, w którym mogli dojść do porozumienia bez żadnych dyskusji. Owszem, powinien był uczestniczyć w tworzeniu "Lust for Love", ale tego nie mogli już zmienić. Mógł za to znów spróbować znaleźć wspólny język z Vegą, tak samo jak kilka godzin wcześniej, gdy wspólnie konstruowali i rekonstruowali dobrze im znaną muzykę.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Mar 19, 2018 10:39 pm

Uwielbiał, kiedy Zack poddawał mu się z rozbrajającą chęcią. Czując jak ciało mężczyzny wiotczeje w jego ramionach, uśmiechnął się z satysfakcją. Było coś szalenie przyjemnego w świadomości jak wielkie zaufanie Zack w nim pokładał.
Całował go długo i bardzo namiętnie, na tyle, by przywołać pożądanie, by sprawić, że partner na chwilę zapomni o wszystkim, co go gryzło. Gdy zakończył pocałunek, sam również oddychał płycej, chętny, by zaszyć się gdzieś, albo najlepiej rozłożyć kochanka na kuchennym blacie i...
Przywoływany do porządku, uśmiechnął się jak kot, który złapał mysz i ani myśli wypuszczać ją z łap. Przez chwilę siłował się z Zackiem z czystej przekory, a gdy w końcu pozwolił mu uciec od swoich ramion, roześmiał się ciepło. Zdawał się kompletnie nie przejmować naburmuszonym tonem basisty.
Dla Rufusa większość rzeczy była bardzo prosta. Nie lubił komplikować sobie życia niepotrzebnymi tajemnicami. Z nim wszystko było jasne. Nie był typem, który stosował niedomówienia i zwodzenia. Jeśli Lawrence przypominał śliskiego węża o złotym języku, Rufus był niedźwiedziem - prostym w obsłudze i statecznym na tyle na ile pozwalało mu życie rockmana.
Chwycił wciśnięte mu w ręce puszki i odstawił na blat.
- Powinien się dowiedzieć. Choćby właśnie dlatego, że polityka się zmieniła - odparł poważniej, a potem objął palcami policzek Zacka, zmuszając, by na niego spojrzał. - Załatw to. Albo ja to załatwię. Nie będę czekał wiecznie, jasne? - Jego niski, lekko mrukliwy ton zabarwiła stanowczość podszyta przekorą. Zmarszczone w przypływie nagłej powagi brwi rozluźniły się, kiedy kciukiem przesunął po wilgotnych wargach kochanka.
Uśmiechnął się chytrze.
- Dzisiaj śpisz u mnie. Nie ma innej opcji - zamruczał. Potem zabrał dłoń, chwycił puszki pod pachę i ruszył. Zanim jednak wyszli z kuchni, duża dłoń Rufusa na chwilę wsunęła się na pośladek basisty i ścisnęła zań lekko. Gdy Zack spojrzał na swojego partnera, ten tylko mrugnął do niego porozumiewawczo, uśmiechając się szeroko.

Law zmienił się na wielu płaszczyznach, prawdopodobnie dlatego Gregory nie widział w nim dawnego kochanka. Mężczyzna był dojrzalszy, albo w końcu przyznał się do tego, że jest dorosły przed samym sobą. Gregory nie mógł wiedzieć za jak wiele rzeczy Law był odpowiedzialny, jak wiele rzeczy robił dla dobra zespołu. I całe szczęście, że nie był tego świadom. Wokalista Synów dbał o swój status flirciarza i kobieciarza, łatwiej bowiem było ukryć za tym wszystkie kłopoty z jakimi się borykał. Lubił sławę i pieniądze, świetnie odnajdywał się na scenie, kochał tworzyć, ale... to nigdy nie było jego definicją szczęścia.
- Ta - mruknął, ale jakoś tak bez przekonania. Chciał przypomnieć mu, że nikt nigdy nic na niego nie miał. Żadnego skandalu, żadnych zszarganych opinii, ale darował sobie. Odwrócił wzrok, opierając się przedramionami o barierkę i spoglądając na panoramę miasta.
Gregory miał rację, że dawali sobie radę przez tyle lat, ale nie o to przecież pytał. Nie chodziło o cały zespół, a o odczucia konkretnej jednostki. To, jak Greg obszedł temat dookoła, dało Lawowi do myślenia. Najwyraźniej nie chciał dzielić się odczuciami, a na pewno nie z nim. Choć w pewien sposób Lawowi zrobiło się przykro, nie mógł mieć pretensji. Mógł je mieć jedynie do siebie, że naiwnie chciał wybadać podejście Grega do skandali.
- Nasze marzenie, huh? - Uśmiechnął się w przestrzeń wyjątkowo cynicznie, może nawet z żalem. - Ale znów mogą zacząć - podjął temat paparazzich po chwili milczenia. - Wróciłeś do zespołu, samo to będzie wystarczające, by się na tobie skupić.
Potem wydawało się, że rozmowa umarła. Obaj wpatrywali się w ciemność przed sobą, pogrążeni we własnych myślach. Milczący i odlegli, choć przecież dzielił ich zaledwie krok. Jeden krok zdający się symbolizować dwa lata rozłąki.
Gdy Greg przerwał ciszę, Law spojrzał na niego kątem oka, uśmiechnął się bardziej jak stary, dobry Law, z wyraźną nonszalancją i szczyptą kokieterii. Zaciągnął się, odwracając spojrzenie i powoli wydmuchując dym. Wyglądał dokładnie tak, jakby jego myśli nawiedziły jakieś sekrety, których nie mógł wyjawić. Albo raczej jakby chciał wyjawić, lecz tylko w konkretnych okolicznościach i konkretnej osobie. Flirtował.
- Nie cała - przyznał po chwili, wciąż uśmiechając się do panoramy miasta. - Część piosenek jest Zacka. Zabujał się, to pisze. Szczególnie o miłości. - Zaciągnął się raz jeszcze. Wypuszczając dym, strącił popiół. Zerknął z ukosa na Grega. - Ale większa część jest moja. - Ostatnie słowa wypowiedział jakby właśnie zdradzał Gregowi sekret, do którego tak się uśmiechał. W rzeczywistości ton bardziej dotyczył myśli niż samych słów, a te oscylowały wokół pytania o inspirację. Przez chwilę Law przyglądał się Gregowi badawczo, sprawdzając czy facet naprawdę nie załapał. Czy nie przyszło mu do głowy, co, czy raczej kto był inspiracją? Że nazwa płyty, większość piosenek dotyczyła realnych uczuć?
Gdy nie dostrzegł na jego twarzy choćby cienia zrozumienia, zaśmiał się cicho, nieumiejętnie kryjąc za śmiechem nostalgię. Nie mógł winić Grega, że nawet nie wziął takiej ewentualności pod uwagę. Law był pewny jego niechęci wobec siebie równie mocno, co tego, że po nocy następuje dzień.
- Dużo alkoholu, jakaś zgrabna dupa i poszło. - odparł w końcu, gasząc papierosa i lekkomyślnie wyrzucając niedopałek za balustradę.  - Nie musisz się jakoś spinać. Muzyka jest moja, załapiesz szybko. Przyzwyczaisz się, ograsz i będziemy śmigać. - W to akurat szczerze wierzył. Nawet nie dopuszczał do siebie innej opcji. Wszystkie koncerty, przyszłość zespołu... to musiało się udać, bez względu na to jaką relację będzie dzielić z Gregiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Sob Mar 31, 2018 1:32 am

Zachary był w rękach swojego partnera niczym płynne masło - i ta uległość była nie tylko wyczuwalna, ale też wyraźnie widoczna. Wpatrywał się w niego z absolutnym uwielbieniem, chętnie poddając każdej pieszczocie, faktycznie ufny, że Rufus nie zrobi niczego głupiego. Nie potrzebował żadnych zapewnień, nie wymagał obietnic - wiedział, że starszemu mężczyźnie zależy na nim i na jego dobru i nie posunie się do niczego, co mogłoby go skrzywdzić. Uwielbiał jego głębokie, mocne pocałunki, podczas których brał w posiadanie usta kolorowowłosego tak, jakby należały wyłącznie do niego. Co, jakby na to nie patrzeć, było prawdą.
- Nie pozwoliłbym ci nigdy czekać - zapewnił go z uśmiechem, który wypełniony był jednocześnie płynnym szczęściem, jak i czystym uwielbieniem. Otarł się nawet lekko o dłoń kompana, a jego oczy zabłysnęły uczuciem, którego nie sposób było przeoczyć. Nie widział świata poza perkusistą i nie było trudnym wyłapać ten maślany wzrok. Nawet, jeśli nie powiedzą prawdy Gregowi, prędzej czy później gitarzysta zauważy prawdę. Bardziej "prędzej" niż "później". Nikt o nawet w miarę sprawnym zmyśle wzroku nie był w stanie zbyt długo pozostać ślepym na uczucia Zacka.
Sam chwycił drugą zgrzewkę, podążając tuż za swoim towarzyszem, zrównując z nim... a potem wybuchnął cichym śmiechem, przytakując lekko głową.
- Nie śmiałbym niczego innego proponować - odparł miękkim, wesołym głosem, nie oburzając się na dłoń, która przez chwilę znalazła swoje miejsce na jego pośladku. Czuł się chciany, kochany i pożądany - wszystko, czemu nie potrafił odmówić żadną siłą. W przeciwieństwie do Lawrence'a i Gregory'ego, oni dwaj odnaleźli się idealnie, bez najmniejszych problemów dogadując praktycznie w każdej kwestii - pomimo ewidentnych różnic zarówno w obyciu, poglądach, jak i podejściu do świata. Byli jak dwie kompletnie różne połówki tego samego, perfekcyjnego owocu.
Zack naprawdę czasami miał problemy z dostrzeżeniem ludzi i problemów, które nie były związane z jego ukochanym - czy zespołem, na którym zależało mu na szczęście (niemal?) równie mocno, co na perkusiście. 

Gregory nigdy by nie posądził piosenkarza o jakiekolwiek uczucia związane z miłością. Szczególnie takie, gdzie to on był ich obiektem. Nie dlatego, że nie wierzył w to, co kiedyś między nimi było. Wiedział, że Lawrence miał do niego słabość, pamiętał chyba wszystkie ich wspólne, nieprzespane noce, gorące uniesienia i romantyczne plany. Oczywiście, w pewnym momencie... to wszystko się kompletnie rozjechało. Straciło sens, jakiekolwiek podstawy i płomienny związek się... nie, nie się, a został zakończony. Zerwanie wstrząsnęło światem gitarzysty, pozostawiło go ze złamanym sercem, niedowierzającego w okrucieństwo ludzi, których uważał za sobie bliskich. Ponieważ przeżył to tak ciężko, spędził wiele, naprawdę wiele czasu rozważając każdy aspekt relacji, którą uważał - przynajmniej przez chwilę - za idealną, był świadom, że coś głębszego musiało połączyć go z Vegą. Ale miłość? Prawdziwa, pozbawiająca oddechu, zmieniająca wszystkie priorytety osób, które ją poczuły? Nie, niemożliwe. Law nie był zdolny do czegoś tak prawdziwego, szczerego i altruistycznego.
Gregory wierzył, że to, co mieli, przez chwilę było realne. Że każdy z nich mówił dokładnie to, co myślał, nie koloryzował, nie udawał, nie kłamał. Wierzył, musiał wierzyć, ale jego wyobraźnia miała pewne granice. Jego wytrzymałość je miała.
Dla własnego dobra musiał być ślepym na milczącą sugestię swojego towarzysza. Zamiast skupiać się na jego aluzjach, flirciarskich uśmiechach i dźwięcznym głosie, skoncentrował myśli na innej kwestii. Sprawie, o której powinien wiedzieć wszystko - a usłyszał po raz pierwszy właśnie w tym momencie.
Od kiedy Zack jest zakochany? W kim?
Był tak daleko od swojego najlepszego przyjaciela, że ten uznał, iż nie poinformuje go o swoim szczęściu? Czy może było to coś innego - na przykład fakt, że odszedł od zespołu ze złamanym sercem? Być może ten człowiek, który był najszczerszą i najprzyjaźniejszą istotą pod słońcem, uznał iż nie będzie przywoływał (niewątpliwie) nieprzyjemnych wspomnień własną radością?
Były to przykre myśli. Takie, których Greg nigdy nie chciał mieć. Wywołane przez bezczelnie szczerzącego się faceta, stojącego w niewielkiej odległości od niego, drażniącego swoją obecnością i kokietującego tak, jakby gitarzysta był kolejną zapatrzoną weń fanką, a nie byłym - odrzuconym! - kochankiem. To był kolejny już raz, gdy jednocześnie poznawał zachowanie Lawrence'a, zupełnie tak, jakby nigdy nie mieli żadnej przerwy, ale z drugiej strony kompletnie nie potrafił dopasować go do kompletnie obcego mężczyzny, stojącego tuż obok i otwarcie flirtującego. Clermont nie znał tego człowieka. Nie czuł wobec niego nic - oprócz może nieprzyjemnej niechęci.
I cichej, bardzo cichej tęsknoty za czymś, do czego żaden z nich nie mógł już wrócić.
- Znam ją na pamięć. Bez żadnego problemu mógłbym zagrać czy zaśpiewać każdy nowy kawałek. - Wzruszył lekko ramionami, obracając głowę i spoglądając z powrotem na miasto. Nie chciał patrzeć na obco-znajomego towarzysza. Nie potrafił wtedy zmusić się do całkowitej obojętności.
- Mógłbym... Tyle, że nie potrafię. - Roześmiał się nagle, nieprzyjemnie szczekliwie, zgniatając palcem niedopałek papierosa na balustradzie. Potem lekko się nachylił, przekrzywił głowę i pstryknięciem wyrzucił go w niebo.
- Nie potrafię, rozumiesz? To brzmi... Arrgh. Niewłaściwie. Obco. Nieprzyjemnie. - Lekko się wzdrygnął, zgrzytając zębami na tyle głośno, iż Law musiał go usłyszeć.
To było śmieszne. Czuł nic poza niechęcią do tego człowieka, nie chciał mieć z nim już nic więcej wspólnego, a jednak... Przyszedł za nim i rozmawiał. Opowiadał o tym, co czuł, chociaż nie potrafił dobrze nazwać żadnej emocji, żadnej myśli, która opanowała jego ciało i umysł. Wziął głęboki wdech, przetarł twarz, odgarnął włosy, a potem postukał pierścionkiem z palca wskazującego o zęby. Odezwał się po nieznośnie długiej chwili, nadal nie patrząc na wokalistę:
- Póki graliśmy stare kawałki, wszystko było dobrze. Byłem na swoim miejscu. Tam, gdzie powinienem. Muzyka grała, nuty się układały, z niczym nie było problemu. A potem... To... To było w zasadzie niewłaściwe. Jakbym miał grać na własnym pogrzebie. - Westchnął głośno. - Nie zrozum mnie źle. To nie są złe kawałki. Przesłuchałem je wszystkie pewnie tyle razy, ile zagraliśmy większość poprzednich singli. Znam je lepiej niż własne mieszkanie. Ale zagrać? Nie, nie ma mowy, facet. - Spojrzał wreszcie na krótko ściętego bruneta, a uśmiech, jakim go obdarzył, należał do człowieka, który stracił jakąś ważną część siebie i nie pozostało mu nic innego, jak wykrzywiać wargi, będąc pustym w środku. - Może to twoja muzyka, ale na pewno nie moja.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Nie Kwi 01, 2018 12:25 am

Nadzieje, marzenia, wszystko umierało z powodu źle podjętych decyzji. Być może Law wcześniej postąpił źle, być może powinien wtedy przewartościować swoje życie i wybrać inaczej, ale.... dokonał wyboru. Nauczył się żyć z jego konsekwencjami nawet nie pragnąc powrotu do przeszłości. Nie musiał. Chciał być twardy, za nich obu. Ktoś musiał to zrobić, ktoś musiał stanąć na wysokości zadania, przełożyć własne pragnienia i potrzeby nad... marzenia. Z perspektywy czasu Law doskonale wiedział jakie błędy popełnił w śmiesznym akcie altruizmu. Wszystko dało się rozegrać inaczej, mniej destrukcyjnie. Teraz to widział, ale teraz było przecież za późno. Było nawet za późno na to, by rozniecać w sobie płomień nadziei, którego iskrę wykrzesał powrót Grega. Gitarzysta właśnie dusił go z premedytacją, stawiając się w roli ofiary. Law nigdy nie dobierał mu tego przywileju. Greg był ofiarą. Był ofiarą jego gier, ale też własnej naiwności, wiary w świat, który nie istniał. Law uważał, że to piękne. Podziwiał w nim tę stronę osobowości. Kochał jego naiwność, ale teraz, dzisiaj... Greg nie był już tą samą osobą. Rozłąka uczyniła go zgorzkniałym, obojętnym egoistą, wszystkim tym czego nie chciał dla niego Law.
A jednak mógł go zrozumieć, gdy mówił o trudzie powrotu, o obcości rzeczy, które powinien współtworzyć. Wyczuł wyraźnie poczucie winy, zagubienie, nerwowość. Widział to wszystko, naprawdę. Zespół stworzył coś nowego w czym gitarzysta nie brał udziału. Na pewno ciężko było mu się odnaleźć. Przez chwilę nawet wczuł się w jego zagubienie, postawił się na jego miejscu, ale gdy padły ostatnie słowa... One przelały czarę goryczy, stały się pieczęcią mówiącą Lawowi jasno, że Greg nie chciał wracać, że zrobił to z jakichś nieracjonalnych pobudek. Tama wstrzymująca złość i rozgoryczenie po prostu pękła wylewając wściekłość. Bez zastanowienia chwycił w garść koszulkę Grega i gwałtownie przyciągnął go do siebie. Oczy błyszczały mu w furii.
- Ty samolubny durniu! - wycedził, patrząc prosto w oczy, których barwę doskonale znał, a których spojrzenie było dla niego teraz zupełnie obce. - Wróciłeś i odcinasz się na własne życzenie!? Niczego się nie nauczyłeś przez ten czas?! Nie wbiłeś sobie do durnego łba, że nie jesteś pępkiem świata?! - I mówił mu to on, Law, któremu wszyscy przyklejali łatkę nieodpowiedzialnego narcyza. - Po to wróciłeś?! Żeby robić Synom problemy?! - Potrząsnął nim. - To nie jest twoja muzyka?! Ale tworzona była dla ciebie, ty bezmyślny idioto! - Odepchnął go i nerwowym gestem przeciągnął dłonią po włosach zdając sobie sprawię, że powiedział o kilka słów za dużo. - Pieprzysz od rzeczy. Nie chce mi się tego słuchać - wymamrotał, chyba bardziej do siebie niż do niego, a potem odwrócił się z zamiarem odejścia. Nie miał ani chęci, ani siły, by się z nim szarpać. Był zły, było mu przykro i czuł, że wszystko, co poświęcił poszło na marne. To było okropne uczucie. Chciał je zagłuszyć, najlepiej kolejną dawką alkoholu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 2:44 am

Gregory nie spodziewał się wybuchu. W jednej chwili całkiem normalnie opowiadał o swoim problemie, starał się być szczery i jednocześnie precyzyjny, tak by na pewno Law go zrozumiał i... no cóż, pomógł mu w tym kłopocie, który dotyczył dobrego funkcjonowania całej grupy, a w drugiej... w drugiej przez myśl mu przeszła realna obawa dostania pięścią w zęby. Zdążył zapomnieć, jak bardzo spontaniczny i gwałtowny bywał wokalista, nie oczekiwał też takiej agresji w sytuacji, gdy rozmawiali o muzyce. Czymś, co zawsze ich łączyło, a nie dzieliło.
Cóż, najwyraźniej i to uległo zmianie.
Każde kolejne słowo, każda kolejna obelga, była jak uderzenie w twarz otwartą dłonią. Policzki gitarzysty stawały się coraz bardziej czerwone, a gardło płonęło pod wpływem słów, które chciał z siebie wyrzucić. Na obronę swojej osoby, w ataku na głupoty, które wygadywał Lawrence. Dlaczego posądzał go o egoizm, gdy... zupełnie nie o to chodziło długowłosemu? Jak śmiał go tak traktować po tym wszystkim, czego on doświadczył? Czego obaj doświadczyli? Nagle to on zachowywał się tak, jakby miał pretensje do sposobu, w jaki zakończyli związek - a to przecież nie miało żadnego sensu. Ba, jakby miał pretensje do tego, jaki był Clermont - a to już wyjątkowo nie spodobało się starszemu mężczyźnie.
Zmrużył oczy, unosząc dłoń, by chwycić za tę trzymającą go - i, na swoje szczęście, Law w tym momencie się wycofał. Chyba nawet zamierzał odejść - ale na to gitarzysta nie zamierzał się tak łatwo zgodzić. Nie mogło być tak, że najpierw Vega wyleje na niego wszystkie swoje żale, a potem odejdzie i pójdzie się gdzieś nawalić w kącie.
To nie wchodziło w grę.
- Chyba coś ci się pomieszało. - Wycedził, nie kryjąc się ze zirytowanym sykiem. - Nigdy nie byłem pępkiem świata, w przeciwieństwie do ciebie. Nigdy też nie musiałem się niczego uczyć. - Wyciągnął dłoń i dźgnął mężczyznę palcem w plecy. - Nie masz prawa rzucać wobec mnie takich oskarżeń w momencie, gdy jestem z tobą szczery. Czego chcesz, żebym powiedział, że wszystko jest wspaniale? Że dokładnie tak sobie wyobrażałem powrót? Że nigdy wcześniej nie słyszałem tak dobrej muzyki i będę zaszczycony, mogąc ją zagrać? Co ty odpierdalasz Law, co? - Nawet nie zauważył momentu, w którym chwycił wokalistę za fraki, jakby chciał się odwdzięczyć za szarpanie sprzed chwili równie intensywnym potrząsaniem. Zmrużył oczy ze złością, szukając w obcej twarzy jakiejś - jakiejkolwiek - znajomej oznaki. Porozumienia, na które liczył chociaż w tej jednej kwestii.
- To jest muzyka, Law, nie pieprzona księgowość. Nie mogę zacisnąć zębów i udawać, że wszystko jest okej i że wiem, co robię. Nie wiem. Rozumiesz, nie wiem! Nie znam tej muzyki, nie czuję jej. Każdy, kto ma jakikolwiek słuch zauważy, że wyłącznie coś odgrywam i że nie jestem szczery w tym, co robię. - Odepchnął od siebie wokalistę, unosząc dłonie do góry. - Nie wierzę, że ze wszystkich ludzi na świecie, muszę to tłumaczyć akurat tobie. Jakbyśmy wcale nie spędzili tylu lat na wspólnej grze. Jakbyś nigdy nie był przy tym, jak tworzyłem. Wszystko wymazałeś z pamięci i zrobiłeś z mojego zespołu maszyny, które mają grać dla dobra... Nie wiem czego, naszych dawnych marzeń? Żebyśmy dalej byli tacy popularni?! - Miał ochotę napluć mu na twarz. Dźgnął go jeszcze raz, tym razem na wysokości serca. - Chodziło zawsze, o, kurwa, uczucia. Szczerość. Chociaż udawaj, że znasz to pojęcie, Vega, skoro "przyzwoitość" jest ci obca.
Nie krzyczał, w przeciwieństwie do krótkowłosego - przynajmniej, nie przez większość swojej wypowiedzi. Jeśli Lawowi było przykro, to Gregor czuł się tak, jakby ktoś wielokrotnie dał mu w twarz. Zmieszany z błotem za to, że potraktował wokalistę, pomimo wewnętrznych obiekcji, jak tego dawnego człowieka, z którym potrafił rozumieć się bez słów. Który potrafił go otworzyć, dodać mu pewności siebie i płomienia energii, gdy sam nie potrafił niczego wykrzesać. Potraktował Lawrence'a jak lidera, którym przecież był, który wysłucha i doradzi... Ale nie, on wolał go opierdolić i pokazać, jaki to sam jest wspaniały i jak bardzo chroni zespół przed kimś takim, jak gitarzysta. Przed człowiekiem, który go stworzył, który wciągnął w swoje dzieło Vegę, który przez całe swoje życie grał wyłącznie z serca i tylko dlatego potrafił pociągnąć za sobą tłumy - nie zaś ze względu na niesamowicie przyciągającą osobowość, którą mógł się pochwalić wyłącznie wokalista.
Gregory kochał grać, kochał śpiewać, ale nie potrafił robić tego dla wyższego dobra. W momencie, w którym stracił serce, wycofał się.
- Odszedłem właśnie po to, by nikomu nie robić problemów. - Wycedził, odsuwając się o kilka kroków od Lance'a. Nie poznawał tego mężczyzny. Nie poznawał jego muzyki. Nawet ta wzmianka o muzyce "dla niego" nie złagodziła ciosu. Czuł się zdradzony, ponownie, w sytuacji w której najmniej się tego spodziewał. Zamiast kłótni i pretensji oczekiwał historii. Przybliżenia mu utworów. Wlania w nie odrobiny prawdziwości, serca, opowiedzenia historii innymi słowami, by wywołała w nim uczucia. Może nawet zanucenia, czy zaśpiewania.
Dodania jakichś, kurwa, wspomnień. Czegoś, czego mógłby się chwycić, próbując je zagrać. Zmniejszenia tego dysonansu i dyskomfortu wynikającego z braku uczestnictwa w procesie tworzenia.
- Nie mogłeś po prostu czegoś powiedzieć, prawda? Nie, musiałeś postawić się w roli obrońcy zespołu, wywyższyć i zrobić ze mnie wroga. - Prychnął z zawodem w spojrzeniu. - Udowodnić, że jesteś lepszy przez ten cały urok, magię głosu, charyzmę, brak uczuć, czy chuj wie co. - Wskazał na niego dłonią, a potem nią machnął. - Bez sensu.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 2:05 pm

- To może powinieneś zacząć! - wszedł mu w słowo, obracając się tuż po tym jak został dźgnięty w plecy. - Nie. Spodziewałem się współpracy, a nie zarzekania się, że nie będziesz grał nowej płyty!
Zacisnął palce na nadgarstku Grega, gotowy oderwać jego dłoń od swojej koszuli. W tej chwili jego oblicze wykrzywiał gniew i niechęć, które podsycał wypity alkohol. Greg nie mógł dostrzec zrozumienia w błyszczących złością oczach wokalisty, był tam jedynie nieskrywany żal i słabo hamowana agresja.
Law wiedział jakie podejście do muzyki ma jego były, znał go doskonale, ale łudził się, że po dwóch latach facet się opamięta i przestanie żyć złudzeniami. Nie było na nie miejsca w show-biznesie. Tymczasem Greg wyrzucał z siebie słowa bez zastanowienia, wylewając morze żalu, obrzydliwie słaby, żałosny w wiecznym przyklaskiwaniu emocjom, które kierowały jego życiem. Kolejny raz stawiał własne emocje i potrzeby nad emocje i potrzeby Lawrenca. Nad potrzeby zespołu.
"Wszystko wymazałeś z pamięci i zrobiłeś z mojego zespołu maszyny, które mają grać dla dobra... Nie wiem czego, naszych dawnych marzeń? Żebyśmy dalej byli tacy popularni?!"
Tego było zbyt wiele. Gregory przesadził. Przecież wszystko rozchodziło się o te pieprzone marzenia! Law chciał je spełnić, chciał spełnić je nawet nie dla siebie, a dla niego. Wcześniej nie żałował, że Greg nie miał pojęcia o jego poświęceniu, ale teraz... teraz miał ochotę wykrzyczeć mu wszystko, udowodnić, że się mylił, bo przecież, czy była szansa na to, że wszystko się jeszcze ułoży? Law nie był pesymistą, ale w tym momencie miał ochotę zrobić tak jak Greg przed laty - rzucić wszystko w pizdu.
Był rozgoryczony i wściekły, dlatego chwycił go za wymięta koszulkę i zamachnął się drugą ręką, ale... cios nie nadszedł. Mężczyzna zamarł w pół ruchu, dysząc ciężko, spięty, gotowy siłą wbić gitarzyście do głowy swoje racje. Zacisnął szczęki, opanowując gniew. Niepotrzebnie dał się ponieść. Niepotrzebnie w ogóle próbował robić cokolwiek, by przemówić Gregowi do rozsądku.
Zacisnął dłoń na koszulce jeszcze mocniej, nachylając się do niego. Gdy się odezwał, jego głos zniżył się do pełnego emocji szeptu.  
- Nie, co ty odpierdalasz? - Syknął, patrząc mu prosto w oczy i tym razem przez agresję przebijała się pasja i coś, czego Greg nie widział w jego obliczu od dawna - czułość. - Jak możesz być takim idiotą? Sądzisz, że ja nic nie czuję? Że jestem pieprzonym robotem? Że nie zabolało mnie jak powiedziałeś, że to nie jest już twoja muzyka? - Pozwolił cierpieniu uwidocznić się. Nie miał siły dłużej go utrzymywać, udawać, że faktycznie jest nieczułym draniem. - To jest twój zespół i powinieneś robić wszystko, żeby zaistniał. - Czuć było, że mówi to, nie wierząc, że Greg w ogóle posłucha. - Ale zawsze przekładałeś swoje uczucia nad wszystko inne. - Puścił go, odwracając wzrok, wolnymi dłońmi szukając w kieszeniach spodni fajek i zapalniczki. Gdy wyciągał paczkę, dłonie drżały mu od natłoku emocji.
"Odszedłem właśnie po to, by nikomu nie robić problemów."
Spojrzał na niego znad trzymanego w ustach papierosa, którego próbował odpalić. Późniejsze, pełne zawodu słowa gitarzysty sprawiły, że wyszarpnął papierosa z ust i razem z zapalniczką cisnął go o ziemię. Nie sądził, że kiedyś konsekwencja własnych wyborów będzie tak bolesna. Sam sprawił, że Greg miał o nim takie zdanie, sam to wszystko spierdolił i żałował. Cholernie żałował.
W jednej chwili pokonał dzielącą ich odległość i jeszcze raz tej nocy, szarpnął za gregową koszulkę, drugą dłoń zaciskając na jego włosach, nie pozwalając mu się cofnąć. Przez chwilę wyglądał tak, jakby miał zamiar go pocałować, nawet przecież przyciągnął go do siebie, niemal złączył ich usta. Gregory mógł poczuć przyspieszony, gorący oddech Lawrenca na swoich wargach. Lecz zamiast pocałunku, padły słowa, dziwnie miękkie w obliczu wszystkich poprzednich.
- Greg... Nie jestem lepszy, nigdy nie byłem. - Oddychał płytko, próbując opanować potrzebę wyrażenia wszystkich emocji nie słowami, a gestami. Dopóki nie dotknął go, dopóki nie poczuł znajomego zapachu mógł myśleć racjonalnie, ale teraz pragnął zamknąć Gregorowi usta, sprawić żeby już nigdy nie miotał się tak strasznie i nie uważał go za skurwiela. Mógłby nawet żyć z tym jego egoizmem, byle tylko miał go dla siebie. Był durniem, większym nawet niż sam Greg. - Nie odebrałem ci zespołu. On zawsze należał do ciebie. Nie jesteś dla mnie wrogiem, po prostu... nie ty jeden źle to zniosłeś, okej?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 3:10 pm

To wszystko było bez sensu. Niby ze sobą zerwali, niby zamknęli tamten rozdział, niby tamte emocje nie były nigdy prawdziwe - albo raczej, były, ale tylko przez krótką chwilę - a jednak wciąż ból istniał, szarpał nimi, przyczyniał się do mniej lub bardziej nieracjonalnych decyzji, kierował ich posunięciami i wyrzucanymi słowami. Zamiast faktycznie skończyć ze wspomnieniami i wyrzutami, tonęli w nich, nie potrafiąc całkowicie wybaczyć - ani sobie, ani dawnemu kochankowi. Im bardziej Lawrence płonął ze złości, tym bardziej zmęczony czuł się Clermont. Nie chciał kłótni. Nie poznawał człowieka, który przed nim stał, z którym się szarpał i wyrzucał z siebie potoki wypełnionych bólem i zawodem słów. Naprawdę liczył, że po tych trzech latach już nic pomiędzy nimi nie będzie. Że wszystko wróci do tego stanu przed, gdy jeszcze tylko się przyjaźnili, nie zawsze rozumieli, ale idealnie dopełniali. Law był zawsze na pierwszym planie, odwracając uwagę innych od gitarzysta, a ten z kolei zapewniał mu tło, na którym mógł błyszczeć. Wokalista śpiewał tak, jakby nie było jutra, a Gregory zawsze był gotów mu towarzyszyć wraz ze swoją muzyką, niezależnie od dnia i godziny, poświęcając się całkowicie zespołowi.
A potem... Potem coś innego stało się dla Gregory'ego ważniejsze. I to był początek końca.
To nie była prawda, że przedkładał swoje uczucia ponad wszystko inne. Próbował być prawdziwy. Szczery. Robić dokładnie to, czego pragnął, a nie udawać dla paru groszy. Chciał pasji, nie sztuczności i bogactwa. Jasne, że marzył o popularności, nie jednak dla pieniędzy, a... Pociągnięcia za sobą większych rzeszy ludzi.
Dlaczego Law już tego nie widział? Czy zawsze dzieliło ich to pragnienie, które gitarzysta uważał za im wspólne?
Vega nie musiał posuwać się do fizycznych ciosów. Gitarzysta czuł prawdziwy ból, pomimo tego, że obrywał wyłącznie słowami. Nagła, znacznie intymniejsza bliskość, zaskoczyła go jednak niesamowicie. Rozchylił usta w zdumieniu, milknąc na dłuższą chwilę, pozwalając mężczyźnie powiedzieć wszystko, co chciał, jednocześnie wpatrując się w jego twarz intensywnie. W jego usta. W jego oczy.
Kiedy ostatnio widział takie spojrzenie? Wypełnione emocjami, szczere i pozbawione tego pozerstwa, w którym Law się zatracał? Takie, które zaglądało aż do wnętrza Clermonta, do jego duszy, nie pozwalając mu odwrócić wzroku, nie pozwalając przerwać niemal magicznego połączenia, które zmuszało do... Sam nie wiedział czego.
Chciał go uderzyć.
Chciał go odepchnąć.
Chciał go pocałować.
Nie wiedział, co powinien zrobić. Tyle sprzecznych emocji, tyle myśli, tyle słów, które obijały się po jego głowie. Początkowo był tylko zły i zdradzony, ale teraz... W momencie, gdy patrzył na mężczyznę, który kiedyś był mu tak bliski, który wreszcie wydawał się bardziej znajomy... Już nie wiedział, co było ważne. Czy ten ból w piersi, który otumaniał, rozrywał i krzywdził, czy raczej ten w znajomym spojrzeniu, w twarzy znajdującej się nie tylko na wyciągnięcie ręki, ale wręcz dłoni.
Mógł zrobić tyle rzeczy. Mógł powiedzieć tyle różnych słów. I nie potrafił się na żadne zdecydować.
- Nigdy nie powiedziałeś, jak to zniosłeś - powiedział wreszcie, jeszcze ciszej, niż wokalista. - Byłeś dokładnie taki, jak robot. Czarujący, flirciarski, jak zawsze wypełniony charyzmą i magią, przez którą nikt nie mógł oderwać od ciebie spojrzenia. W jednej chwili zmieniając się z kogoś, na kim mi zależało, w buca skupionego tylko na sukcesie. - Znowu nie wiedział kiedy, ale uniósł dłoń, tym razem jednak nie z zamiarem szarpnięcia mężczyzną, ani nawet nie w celu uderzenia go - a po to, by chwycić go za policzek i przybliżyć bardziej jego twarz do własnej. Nie po to, by pocałować - nie sądził, by byli na to gotowi. Ani w tym momencie, ani nigdy. Nie, tylko po to, by zetknęli się czołami, wpatrzeni tak bardzo w siebie, że mogli dostrzec wszystko. Wszystko.
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? Na płytach, na koncertach, na poklasku. Dlaczego mój, nasz zespół ma być taki... Taki inny? Ponadjednostkowy? Przecież nie o to mi chodziło, gdy go zakładałem. Ani Zackowi. Myślałem... - Zająknął się, pierwszy raz żałując, że dzieliło ich tylko te kilka centymetrów powietrza. Chciał uciec gdzieś wzrokiem, a nie wiedział gdzie. Chrząknął nerwowo. - Myślałem, że chodziło ci o to samo, Law.
Przesunął niepewnie palcami po jego policzku, zamykając oczy.
On mógł nie poznawać Lawrence'a. Nie czuć jego muzyki. Ale jego ciało pamiętało każdy jeden dotyk. Każdy jeden pocałunek. Miękkość warg, delikatne uśmiechy, całkowite zapomnienie i wszystkie połączenia. Gdy nie patrzył na Vegę, a jedynie czuł, wiedział, że to był on. Mężczyzna, dla którego całkowicie stracił głowę.
Czy to było takie złe, że to wokalista stał się dla niego najważniejszy, ponad zespołem, ponad popularnością, pieniędzmi, sukcesem?

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 4:47 pm

- Widzicie? Wiedziałem, że sami się dogadają. - Zadowolony Rufus splótł na piersi ramiona i uśmiechnął się półgębkiem. - A nawet jakby mieli się pobić, to wyszłoby im to na zdrowie. - Zwrócił się do wciąż nieprzekonanej Sam, która patrzyła przez okno z mieszanką wahania i rozczulenia. Gotowa była tam wpaść żeby ich rozdzielić, ale silne ramię Rufusa przez całą kłótnię trzymało ją w pasie bardzo mocno, by się czasem nie wyrwała i nie zrobiła niczego głupiego.
Cała trójka stała teraz w połowie drogi na taras, zaalarmowana podniesionymi głosami i szarpaniną. Przez ciemność na zewnątrz i jasność w salonie, nie wszystko mogli dostrzec, ale widzieli zarys sylwetek, które teraz sprawiały wrażenie splecionych w intymnym uścisku.
- Chodźcie, zrobię jeszcze po drinku i zagramy partyjkę. Dajmy im trochę czasu. - Odwrócił się, ciągnąc za sobą Sam i obejmując Zacka. Pocałował go w skroń, gdy sadzał go na kanapie. Potem zniknął w kuchni uśmiechając się pobłażliwie.

Nie powiedział, bo nie mógł. Na pewno nie wtedy, gdy na szali stała kariera zespołu. Lecz teraz... teraz na dobrą sprawę to nie było już ważne, bo nie cofną czasu, podjętych decyzji, wszystkich tych gorzkich słów, które ich poróżniły. Mógł się jednak usprawiedliwić, ale to wydawało mu się niewłaściwe. Nie chciał być ofiarą. Przyjął to brzemię świadomie, a potem okazało się, że wszystko, co zrobił, zrobił na marne. Law chciał uszczęśliwić Grega na siłę, uzyskując zupełnie odwrotny efekt. Greg zdolny był zrezygnować z marzeń w imię miłości, Law natomiast chciał ratować marzenia kosztem miłości.
Dotyk dłoni przyjął z ulgą. Westchnął cicho, przyciskając czoło do czoła gitarzysty, patrząc mu w oczy ze smutkiem i widząc odbicie tej emocji w jego spojrzeniu.
Puścił jego koszulkę i objął go jedną ręką, przyciskając do siebie. Pierś do piersi, lędźwie do lędźwi, skracając dystans możliwie najmocniej. Pieszczotliwym gestem przesunął placami po wcześniej ściskanych w garści włosach. Złość zgasła, zastąpiona dziwną ulgą, jakby tą bliskością mogli wszystko naprawić.
- Tak, ja też tak myślałem - wyznał, lekko pocierając nosem o jego nos. Uśmiechnął się ze smutkiem. Boże, przez chwilę było tak jak dawniej. Miał go blisko, czuł go każdym nerwem, znów mógł chronić go przed nim samym, znów mógł uczynić go najważniejszą istotą na świecie. Jak w ogóle mógł z niego zrezygnować? Jak mógł być tak ślepy na siłę jego uczucia?
- Greg... - szepnął, zamykając oczy. Przez chwilę tkwili w ciszy, bo Law nie mógł z łatwością przyznać się do błędu, ale rozpaczliwie pragnął teraz, żeby jego przyjaciel, człowiek, który kiedyś go kochał, i którego i on darzył takim uczuciem, zrozumiał choć część i być może odzyskał dzięki temu spokój ducha.
- Przepraszam. Powinienem powiedzieć to już dawno, ale sądziłem, że tak będzie lepiej. Sądziłem, że będzie nam łatwiej jeśli mnie znienawidzisz. I wiesz co? Nie jest łatwiej. Jest kurewsko paskudnie. - Zaśmiał się cicho, drwiąc z samego siebie. Ale choć śmiał się, jego oczy były poważne, a dłoń, którą wysunął z jego włosów, by odgarnąć mu kosmyki z policzka, wciąż drżała od emocji i nagłej czułości. - Przepraszam, że nie potrafiłem postawić cię wtedy na pierwszym miejscu - szepnął. Jeśli Greg chciał zobaczyć człowieka, w którym się zakochał, to właśnie teraz mógł to zrobić. Lawrence pierwszy raz odkąd napisał ostatnią piosenkę dla Grega, był ze sobą i ze światem tak szczery. Przez kilka uderzeń serca patrzył na gitarzystę tak, jak kiedyś, jakby czas i wydarzenia nie zmieniły jego uczuć. - Myślałem, że gdy osiągniemy sukces i wszystko, co było między nami minie, to zrozumiesz, że... było warto. - Odsunął głowę, powoli uwalniając mężczyznę od swoich ramion, swojej niewygodnej bliskości. Uśmiechnął się krzywo, starając się zdystansować do emocji jakie go ogarniały, do okrutnej potrzeby powiedzenia mu, że teraz wszystko będzie dobrze, że mogą zacząć od początku nie musząc już żyć marzeniami, bo... osiągnęli je. W ten czy inny sposób, ale osiągnęli wszystko, czego pragnęli i od tego momentu nie muszą już udawać.
- Nie da się cofnąć czasu, dlatego przynajmniej spróbujmy cieszyć się tym, co mamy. - Odsunął się od niego zupełnie, choć przez chwilę pozwolił sobie jeszcze obejmować dłońmi jego ramiona, ściskając je w pokrzepiającym geście. - Wróciłeś, więc znów przewódź Synom. Uczyń ich takimi, jakimi chciałeś ich widzieć. - Poklepał go po ramionach i zabrał ręce. Spojrzał w bok na leżącą na ziemi zapalniczkę i połamany papieros. Schylił się by je podnieść, ale też by uciec od niezręczności kolejnego wyznania. - Jeśli ci to pomoże w grze, to "Lust for Love", jest dla ciebie. Każda jedna moja piosenka była pisana z myślą o tobie, więc czy chcesz czy nie, ta płyta jest nawet bardziej twoja niż moja. - Wyprostował się, sięgając do kieszeni spodni, by wyciągnąć kolejnego papierosa i tym razem już go zapalić. Potrzebował tego, choć najbardziej potrzebował po prostu zaciągnąć Grega do swojej sypialni żeby zagłuszyć wszystko gwałtownym wybuchem namiętności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 7:10 pm

Byli razem. Byli blisko. Ponownie, jakby te kilka lat wcale się nie wydarzyło, jakby znów byli na początku swojej wspólnej drogi i miłości. Jeszcze niepewni, trochę zagubieni, odrobinę nieśmiali i gadający od rzeczy, tylko po to, by na pewno jakieś niedopowiedzenie ich nie rozłączyło. Ciepło ciała wokalisty, jego zapach, znajome spojrzenie i smutny uśmiech, były dokładnie takie same, jak kiedyś. Nie było w nim tego donżuana, czarusia kokietującego każdego i ukrywającego się za flirciarskimi półsłówkami. Był ten mężczyzna, w którym Gregory się zakochał i dla którego był gotów zrobić wszystko. Czuł, że miękną mu nogi, a usta wilgotnieją. Większość jego myśli skupiła się na potrzebie posmakowania znów tych znajomych ust i zapomnienia się na kilka namiętnych chwil. Wiedział, że one byłyby dobre. Niezależnie od tego, co było pomiędzy nimi, łóżko... Łóżko było czymś innym. Miejscem, w którym mogli zatonąć w namiętności, bez obaw o ocenę, presję i paparazzich.
Przymknął oczy z przyjemnością, czując zmianę dotyku na włosach z bolesnego i gwałtownego w delikatny i pieszczotliwy. Wargi same się rozsunęły, oczekując na pocałunek... Pocałunek, który nigdy nie nadszedł. Zamiast niego pojawiły się słowa, dużo słów, które układały się w bezsensowne zdania. Zamknął usta, wbił uważniejsze spojrzenie w swojego towarzysza.
Odsunięcie dawnego kochanka przyjął z zawodem, niemal wewnętrznym bólem. Z trudem opanował się przed pochwyceniem go i przyciągnięciem z powrotem ku sobie.
- Nie wiem, czy było warto. Nie było mnie wtedy - mruknął, opuszczając wzrok na ziemię, pozwalając dłoniom zsunąć się z mężczyzny i wkładając je do kieszeni spodni. Czy żałował swojego odejścia? Nie. Nie potrafił poświęcić Synom ani jednej myśli, wykrzesanie z siebie entuzjazmu i pasji było coraz trudniejsze, a żal i tęsknota utrudniały mu spokojny sen. On nie chciał tych marzeń już od dawna. Zapomniał o popularności, zapomniał o tłumach fanów. Niemal przestał postrzegać swój zespół jako grupę przyjaciół, a zaczął utożsamiać z utratą, bólem i zawodem. Niemal.
- Nie... - zaczął cicho, chcąc zaprzeczyć wzmiance o przewodnictwie. On nie był liderem, nigdy. Był obecny aby zapewniać duszę, może serce, tło i dobrą muzykę, ale to Lawrence rządził, nadawał tempo, czarował i tworzył nowe utwory. Miał dar słowa, którego brakowało Clermontowi, ale o który nie był on nigdy zazdrosny. Wolał słuchać, pozostawiając mówienie i rozporządzanie swojemu byłemu, który robił to dokładnie tak, jak należało.
Ale umiejętność operowania pięknymi zwrotami opuściła nagle Lawa, pozostawiając tylko prostą szczerość, której nie mógł w żaden sposób udawać. Ciepło rozlało się po piersi Gregory'ego, napełniając go nieokreślonym rozczuleniem. Nie zauważył, kiedy zmniejszył dzielącą ich odległość, unosząc dłoń z zamiarem pochwycenia towarzysza i przyciągnięcia go z powrotem do siebie. Zatrzymał się w pół kroku, przypominając z trudem o fakcie, iż tamtą relację mieli już za sobą. Nie powinni do niej wracać, bo... minęła.
A jednak gitarzysta czuł przyciąganie do palącego, na jego usta wpłynął samoistnie uśmiech, a ciało delikatnie go swędziało z potrzeby zmniejszenia odległości pomiędzy nim, a Vegą.
Odgarnął włosy ze swojej twarzy, zakładając je za ucho, czując jak delikatny rumieniec wpływa na jego policzki - i żadną siłą nie potrafiąc go powstrzymać.
- Tak. - Przytaknął niedużym ruchem głowy. - Dziękuję.
Greg na powrót wcisnął dłonie do kieszeni, patrząc na niebo ponad ramieniem swojego byłego. Nie wiedział, co powinien jeszcze powiedzieć - zupełnie tak, jakby chwila szczerości wyczerpała cały zasób jego słów. Zmęczony i niechętny do kłótni był już wcześniej, a po tych kilku ciężkich chwilach jeszcze mniej czuł chęć na jakiekolwiek rozmowy. Chciał znów przylgnąć do bruneta, zamknąć oczy i pozwolić ciszy i ciałom powiedzieć wszystko to, czego nie potrafili odpowiednio sformułować we własnych ustach.
Odetchnął ciężko, przesuwając po dłuższej chwili milczenia spojrzenie na Lawrence'a.
- Jesteś stworzony do bycia liderem, wiesz? Nigdy nie uważaj, że jest inaczej. Nie powinienem nazywać Synów "moim" zespołem. Jest nasz, wszystkich, a to, że akurat byłem pierwszy... - Wzruszył lekko ramionami. - To nie powinno mi dawać żadnych praw. To ty wiesz najlepiej, czego zespołowi potrzeba, ja mogę odpowiadać wyłącznie za siebie - a i nie robię tego dobrze, sądząc po tym, co o mnie myślisz. - Uśmiech stał się słabszy, trochę smutniejszy, ale pozbawiony tamtej złości i wyrzutów. - Cieszę się, że tak dobrze ich poprowadziłeś. Ja bym nie potrafił. - Wzruszył lekko ramionami.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Pon Kwi 02, 2018 11:02 pm

Greogory wciąż żywo na niego reagował. Dał temu dowód już w sali prób, a teraz jedynie utwierdzał Lawrenca w przekonaniu, że wciąż tęsknił za jego dotykiem. Przyspieszony oddech, rozchylone kusząco usta proszące niemo, by wziął je w posiadanie... Ledwo się opanował, by tego nie zrobić. Musiał jednak użyć warg i języka do czegoś innego i powiedzieć to, co powinien już dawno. Gdyby pocałowali się na tarasie, a potem wylądowali w łóżku bez wyjaśnienia niektórych kwestii, na pewno skończyłoby się to katastrofą. Dlatego się odsunął, dlatego nie skorzystał z zaproszenia, dlatego okazał się (jak nie on) całkiem odpowiedzialny. Ale wziął sobie do serca gregową słabość. Cieszyła go, znaczyła przecież, że nie był mu zupełnie objęty, nawet jeśli chodziło jedynie o seks.
- Ale jesteś teraz i widzisz czego dokonali Synowie. Mamy wszystko, czego pragnęliśmy. Wszystko o czym marzyliśmy - powiedział cicho, odpalając papierosa. Widząc wyciągniętą nagle dłoń, wahanie oraz uśmiech i cholernie urocze zakłopotanie, przysiągłby, że Greg nieświadomie go kokietował. A może robił to świadomie? Nieważne. Nie mógł powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Nie sądził, że swoim wyznaniem wpędzi Clermonta w zakłopotanie, ale jakże świetnie czuł się mogąc je zobaczyć. Normalnie powiedziałby na głos, że je widzi, podroczyłby się z nim, ale miał wrażenie, że próby odgrywania wszystkiego tak, jakby nic się nie zmieniło, dawały odmienny od zamierzonego skutek.
Z naturalną nonszalancją oparł się więc o ścianę, krzyżując nogi. Udawał, że nic nie zauważył. Podparł dłonią łokieć ręki, w której trzymał papierosa i uśmiechnął się z zadowoleniem, słysząc komplement. Lubił świadomość, że ludzie na nim polegali, dobrze czuł się w roli przywódcy. Wiedział, że potrafi się nimi zaopiekować nawet pomimo niektórych szczeniackich wyskoków i wszystkich łatek, które mu przyklejano. Ale najbardziej pragnął, by to właśnie Greg na nim polegał, by dał się poprowadzić, ufając jego osądom. Dlatego tak bardzo docenił jego komplement, znaczył bowiem, że pomimo wszystkich przykrości jakie ich podzieliły, nie spadł w jego oczach na samo dno.
Zaciągnął się i już miał coś powiedzieć, ale Greg konstytuował, sprawiając, że serce Lawa zaczęło rosnąć z każdym kolejnym słyszanym słowem, i dławiło go, zmuszając do milczenia. Być może nieświadomie, ale nagle gitarzysta powiedział to, co zawsze Law chciał usłyszeć. Że postąpił dobrze, że jego poświęcenie miało jakiś sens, że odwalił kawał dobrej roboty, i że dzięki niemu zespół rozkwitł. W głębi duszy chciał, żeby Gregory go docenił i... zrobił to w najmniej spodziewanym momencie. To, że mówiąc o tym miał ponurą minę, nie miało żadnego znaczenia.
Oczy Lawrenca rozszerzyły się, usta rozchyliły w zdumieniu, a po chwili wybuchnął szczerym, nieskrępowanym śmiechem radości, który poniósł się echem w ciemność nocnego nieba. Rzucił niedopałek na ziemię, przygniótł go butem i nie zrywając kontaktu wzrokowego z gitarzystą, pokonał dzielący ich dystans. Wciąż się uśmiechając, ale tym razem w ten specyficzny, sugestywny sposób, świadczący jasno o zamiarach, lekko się nachylił. I nim Greg zdążył porządnie zaprotestować, albo nawet się speszyć, Law chwycił go za kark, przyciągnął do siebie, a potem zrobił coś, czego nie robił od kilku lat - pocałował go. Dopóki tego nie zrobił, nie zdawał sobie sprawy jak ogromnie za tym tęsknił, za wargami stworzonymi tylko dla niego, za ich smakiem i miękkością. Ale tak naprawdę tęsknił za całym Gregorym, nie ważne czy miał włosy długie czy krótkie, czy nienawidził go czy kochał - tęsknił za nim.
Nie potrzebował teraz słów. Słowami nie oddałby tego, co chciał wyrazić. Mógł to zrobić jedynie na dwa sposoby, muzyką lub seksem, a nie miał pod ręką gitary. Więc jeśli Greg nie oponował, Law przechylił głowę i językiem rozsunął jego wilgotne wargi, pogłębiając pocałunek, czyniąc go obrazem uczuć i wyrazem pragnień. Po chwili kompletnie zatracił się w znajomych uczuciach, całując gitarzystę coraz żarliwiej i coraz zachłanniej nie zważając na to, że przecież teoretycznie wszystko było między nimi skończone.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Wto Kwi 03, 2018 1:16 am

Lawrence był... Jedyny w swoim rodzaju. On o tym wiedział, Gregory o tym wiedział, wszyscy o tym wiedzieli. Czarował sobą z nieprzyzwoitą wbrew wprawą, tysiące straciły głowy dla jego flirciarskiego i znaczącego uśmiechu, a blask w jego oczach sprawiał, że wszystko płonęło. Każdy poszedłby dla tego spojrzenia w ogień - i Clermont nie był wyjątkiem. Nie potrafił cieszyć się z tego, że stracił Lawa na rzecz zespołu, ale musiał mężczyźnie oddać to, iż zaopiekował się zespołem - nie całym, bo nie utrzymał przy sobie gitarzysty, ale jego większością. To, że zrobił to z wyższych pobudek... Cóż, nie było całkowicie zrozumiałe dla Grega, ale miało pewien sens. No i przede wszystkim, było dokonane z premedytacją. Mężczyzna wiedział co robi, przeanalizował za i przeciw, a nie odrzucił partnera dlatego, że ten mu się znudził, bądź związek nie był mu na rękę. Wokalista nie został też solistą, spędził kolejne trzy lata w zespole, walcząc o nich, tworząc i poświęcając swój czas oraz energię. Gitarzysta nie mógł mu tego odebrać, nie mógł pozostać obojętnym wobec tej jednej prawdy, której nie chciał dostrzec wcześniej - że Law nie patrzył tylko i wyłącznie na siebie i swój sukces.
Ta głębia i prawdziwość czyniła z niego nie tylko człowieka, ale też kogoś, wobec kogo Clermont mógł dalej mieć słabość. To, że zamknęli pewien rozdział za sobą, było jednym - to zaś, iż nie wyobrażał on sobie nikogo innego na miejscu miłości swojego życia... cóż, to była zupełnie inna kwestia. Nie potrafił nic poradzić na siłę swoich uczuć i ich stałość. Jedyne, co osiągnął przez tą trzyletnią przerwę, to pewnego rodzaju wewnętrzny spokój. Zgorzkniałość i ból przycichły z czasem, pozostawiając tylko smutek, tęsknotę i ranę, której nikt nie mógł zabliźnić, pustkę, której nie dało się zapełnić. Żaden z mężczyzn, na których natrafił w tym czasie Gregory - a bóg mu świadkiem, że próbował odhaczyć naprawdę bardzo wielu, by zamazać wspomnienia swojego byłego - nie oczarował go tak, jak ten przystojny flirciarz. Żaden z nich nie miał tak wspaniałego głosu, tak idealnego ciała, tak wspaniałej mimiki, która kusiła i obiecywała, a przede wszystkim... Po prostu nie był nim.
Jakkolwiek było to smutne i żałosne, wciąż miał słabość do człowieka, który pogruchotał jego serce, uznając dobro grupy za ważniejsze, niż dobro... ich.
To, jak krótko ścięty wokalista na niego spojrzał, jak głośno się roześmiał i ruszył w jego stronę, wywołało w dwudziestoośmiolatku jednocześnie strach i nadzieję. Cofnął się odruchowo o dwa kroki, zbliżając bardziej do balustrady, chcąc uciec przed tym kuszącym i tak bardzo jednoznacznym uśmieszkiem, pełen obaw o to, gdzie też on ich zaprowadzi. Wiedział, że gdy już zetkną się ze sobą ciałami, wszystko go zdradzi. Tak jak kilka chwil wcześniej, gdy Law dociskał go do siebie, a jego usta same rozchylały się w niemej prośbie pocałunku, tak i teraz miało być dokładnie tak samo. A przecież zerwali ze sobą. Przecież nie było już powrotu. Nie mogło go być.
Jęknął cicho, czując dłoń na swoim karku, pewien że jego oczy rozszerzyła delikatna panika, a potem... Wszystko zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Świat znów był do góry nogami. Wszystko, co Clermont uznawał za pewne, niezmienne, jasne i stałe, zniknęło. Były tylko zachłanne, wilgotne wargi wokalisty, jego niecierpliwy i wymagający język i przewiercające na wylot spojrzenie. Chwycił się ramion Vegi, jedynej stałej rzeczy w tym momencie, rozchylając bez żadnych oporów usta i zamykając oczy. Uległ mu odruchowo, bez wahania, z tą samą pewnością, z jaką po dniu nastaje noc, odwzajemniając coraz to bardziej żarliwe pocałunki, wbijając palce w jego ramiona i zmniejszając dzielącą ich odległość całym ciałem. Chciał się z nim zetknąć, poczuć jego bliskość, wyrobione przez intensywne treningi mięśnie, mieszankę perfum, alkoholu i męskiego zapachu, chciał się w nim znowu zatracić, zapomnieć, utonąć i powrócić. Brakowało mu tamtych chwil, wypełnionych zrozumieniem, idealnym dopasowaniem, muzyką i rozkosznymi pieszczotami. Brakowało mu ich więzi i uczucia, które przyćmiewało wszystko inne.
Ale... To była przeszłość.
Położył dłoń na piersi wokalisty, naciskając na nią - najpierw delikatnie, a potem trochę mocniej, by wreszcie, z trudem rozłączyć ich splecione namiętnie wargi. Oczy Grega wypełniała tęsknota, tak wielka, że w pierwszej chwili uniemożliwiła mu odezwanie się, zaciskając żelazną ręką gardło i kusząc kolejnymi przyjemnymi chwilami. Odetchnął ciężko przez nos, oparł się czołem o czoło byłego kochanka i zamknął ponownie oczy, zbierając siły po to, by zwerbalizować swoje myśli. Wszystkie zdania, które tworzył w głowie, brzmiały jednak źle, niewłaściwie, nie odpowiadały temu, co chciał wyrazić - a ta świadomość bolała go jeszcze bardziej. Nie chciał, by Lance źle go zrozumiał, nie po tym wszystkim, gdy wreszcie się znaleźli i odpowiednio porozumieli.
Chciał go znów pocałować i zapomnieć o wątpliwościach, które utrudniały tęskne zbliżenie.
- Lance... - zaczął wreszcie, spontanicznie, nie potrafiąc już dłużej wstrzymywać wszystkiego, co cisnęło mu się na usta. - Lance, ja nie chcę żyć przeszłością. Nic dobrego z tego nie wyniknie, skoro obaj się zmieniliśmy. Nie możemy przecież już wrócić do... - Westchnął znowu, z pewną irytacją dla siebie i słów, które w ogóle nie układały się w to, co powinny. Uniósł obie dłonie, przenosząc je z ramion wokalisty na jego twarz, chwycił go za policzki i wpatrzył się w jego oczy z rezygnacją i beznadzieją. Nie wiedział, co powiedzieć i jak powiedzieć, by został dobrze zrozumiany.
Nic dziwnego, że od dobrych paru lat to Lawrence komponował single, układał słowa i ogólnie zajmował się tą kreatywną stroną, w której łatwo było się potknąć i zostać źle zrozumianym. Od słów był Law, Thomas, czy nawet Zack. Clermont w ogóle sobie z nimi nie radził i gdy się odzywał, wszystko układało się w stosy dziwnych, chaotycznych, oderwanych od siebie i od kontekstu słów. Zupełnie tak samo, jak wcześniej, gdy opowiadał o swoich problemach i spowodował wybuch złości u wokalisty - co przecież bynajmniej nie było jego celem!
Dlatego tym razem go przytrzymywał, nie pozwalając się oddalić, upewniając, że Law wciąż go słucha.
Tyle tylko, że nie wiedział, co powiedzieć. Jak naprawić ten bełkot, który z siebie wyrzucił.
Zamknął oczy i wypuścił drżąco powietrze.
Co powiedzieć?
- Czy mogę... Czy moglibyśmy się od nowa poznać? - spytał cicho, ledwie słyszalnie, z rezygnacją tak dużą, jakby już się pogodził z faktem, że zostanie źle zrozumiany i dostanie w twarz. Bo przecież nie chodziło mu o to, by odepchnąć od siebie wokalistę - a wręcz przeciwnie, chciał, by ten dał im jeszcze jedną szansę. Nieważne, że polityka zespołu, że trzy lata przerwy, że burzliwy związek, że złamane serce - to wszystko było nieistotne, skoro wciąż coś ich łączyło. Długowłosy chciał poznać uczucia Vegi jeszcze raz, lepiej, inaczej, właśnie dzięki zmianom, które w nich zaszły - ale jak mógł dobrze ułożyć taką prośbę? Jak mógł dobrowolnie zaryzykować znowu swoje serce na rzecz tego niepoprawnego flirciarza, za którym szalały tłumy?
To wszystko go przerastało i przytłaczało.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Sro Kwi 04, 2018 3:01 pm

Bez zastanowienia ścisnął dłonią pośladek Grega, przyciągając jego biodra do swoich, wsuwając udo między jego nogi, zmniejszając dystans zachłannie i nieustępliwie. Napierał na niego całym ciałem, całując głęboko, rozkoszując się brakiem oporu, naturalnością i chęcią. O tak, teraz wszystko było na swoim miejscu. Nie potrzebował już niczego innego. Poprzednia złość zniknęła zupełnie, zastąpiona nie mniej gwałtownymi emocjami, ale dużo, dużo przyjemniejszymi. Dlatego, czując nacisk dłoni na piersi, zmuszający, by się cofnął, niechętnie rozłączył ich usta. Greg mógł doskonale zobaczyć to niezadowolenie, patrząc mu prosto w oczy. Law był głodny dotyku, jego spojrzenie było znajomo zaborcze i rozpalone podnieceniem. Jedyne czego teraz chciał, to zerwać z Grega ubranie i rozkoszować się widokiem nagiego ciała, a potem kochać się z nim tak długo aż znów uwierzy w jego uczucia. I tylko dlatego, że Greg popatrzył na niego z przerażającym wręcz smutkiem, powstrzymał się przed przeforsowaniem kolejnego pocałunku i niezaciągnięciem go do sypialni, choćby siłą.
Oblizując wilgotne od śliny wargi, pozwolił mu oprzeć się czołem o jego czoło, ale tylko na chwilę. Usta Lawa zaraz sięgnęły policzka gitarzysty i w delikatnych pocałunkach zaczęły zsuwać się niżej. Greg milczał, więc Law uznał, że po prostu obawiał się o przyszłość, martwił się, czy to, co robią było właściwe, a przecież... było. Po tylu latach nie potrafili trzymać się od siebie z daleka, to o czymś świadczyło i Lance chciał poddać się temu, pójść z prądem, zobaczyć gdzie ich to zaprowadzi. Właśnie dlatego obsypywał pocałunkami jego szyję, niemo zapewniając partnera, że nie musi się już o nic martwić. Że jeśli tylko zdecyduje mu się znów zaufać, to jego cierpienie zostanie wynagrodzone.
Słysząc swoje imię, zamruczał gardłowo, lekko zaciskając zęby na skórze całowanej szyi. Przycisnął Grega do siebie jeszcze mocniej, ale wtedy padły kolejne słowa, odrobinę studząc pragnienia. Jęknął w duchu. Miał ochotę warknąć na niego, że jest psują, że przecież właśnie teraz wszystko było w porządku. Greg miał przecież rację. Po co wracać do przeszłości, skoro mogli zagwarantować sobie świeży start?
Pozwolił się odciągnąć, spoglądając w oczy długowłosego z dziwną mieszanką powagi i dystansu. Czekał na kolejne słowa, na coś, co powiedziałoby mu, że mężczyzna, którego wciąż kochał, nie chce się teraz wycofać. Nie zniósłby tego. Czekał w napięciu, oddychając płytko, gotowy zanegować wszystkie gregowe wątpliwości, które spodziewał się usłyszeć.
I kiedy słowa w końcu padły, Lance po prostu... uśmiechnął się nonszalancko, przechylając na bok głowę. Spodziewał się usłyszeć wszystko, ale rzeczywistość i tak go zaskoczyła. Na szczęście jedynie przyjemnie.
Naparł na Grega, zmuszając go, by wycofał się aż do balustrady. Wtedy oparł dłonie po bokach jego ciała, zabierając sobą całą przestrzeń, ograniczając mu drogę odwrotu.
Nie mógł uciec. Law mu na to nie pozwoli.
Przez chwilę badał wzrokiem jego twarz z pewnością kogoś, kto doskonale zdaje sobie sprawę jakie wrażenie może sprawić, uśmiechając się tak sugestywnie jak teraz. W końcu zatrzymał wzrok na jego ustach i nachylił się, ale nie pocałował go. Zatrzymał się tuż nad wargami, owiewając je ciepłem głębokiego westchnienia.
Uśmiechnął się łobuzersko.
- Jesteś bardzo seksowny, wiesz? - zamruczał niskim, uwodzicielskim głosem. Powoli wzniósł spojrzenie, patrząc mu głęboko w oczy. - Przyglądam ci się od jakiegoś czasu i chciałbym się z tobą umówić, co ty na to? Jestem Lawrence Vega, ale możesz mi mówić Lance. - Mrugnął do niego kokieteryjnie, ale nie mógł być dłużej poważny. W końcu parsknął śmiechem i obejmując dłonią policzek Grega, pocałował go krótko. Potem odsunął się na wyciągnięcie ramienia, oddając mężczyźnie przestrzeń i możliwość oddechu.
Tymi kilkoma niepwenymi słowami, Greg sprawił mu prawdziwą radość, ale też wlał w serce nadzieję, której Law chwycił się bez wahania. Zamierzał wykorzystać szansę.
- Nadal uważam, że najlepsze są randki w łóżku, ale skoro masz chęć na trzymanie się za ręce, nieśmiałe wzdychania i patrzenie w gwiazdy, to mogę się poświęcić. Dla ciebie. - Roześmiał się ciepło, palcami roztrzepując mu włosy. Czuł się lekki, jakby pozbył się w końcu ogromnego ciężaru, jakby pierwszy raz od dawna, odetchnął pełną piersią.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 601


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Sob Kwi 14, 2018 12:36 am

Lawrence był czarujący. Od kiedy Gregory go poznał, miał wokół siebie tą niesamowitą aurę, której nie sposób było się oprzeć. A gdy dodało się do tego fakt, iż był efektem pracy wielu trenerów, twarzą (i nie tylko...) zespołu, człowiek naprawdę mógł przy nim stracić całkowicie głowę. No i jeszcze te gesty, ta zaborczość i pewność, te kuszące i sprowadzające na złą drogę usta, tak znajome gitarzyście, który może nie potrafił wcześniej poznać w Vedze swojego kochanka i przyjaciela, ale jego ciało radziło sobie z tym bez żadnego kłopotu. Nie miał szans. Żadnych. Musiał ulec, rozpłynąć się pod wpływem kojącej, podniecającej bliskości, nadstawić się do pieszczot i odwzajemnić każdą.
Nie, zdecydowanie nie potrafił być obojętnym wobec Lance'a.
Nie chciał być.
Nie potrafił oderwać od niego spojrzenia.
Uśmiechnął się niepewnie, widząc pozytywną reakcję swojego byłego. Może jednak była dla nich nadzieja i niczego nie zepsuł? Nie potrafił zaakceptować nawet cienia ryzyka, że przypadkiem, przez własną głupotę, mógłby odrzucić mężczyznę swojego życia, zmusić go do wycofania się i powrotu do tej sztucznej, zrobotyzowanej formy podrywacza. Był pewien, że to złamałoby mu serce. Ponownie. Nieważnym było, iż obiecał sobie nie popełniać znów tych samych błędów. Że nie potrafił całkowicie, w pełni władz umysłowych, zaufać Lawrence'owi. Że obawiał się, iż kolejne odejście z zespołu będzie dla niego ostatnim. To wszystko było nieistotne, niemal niewarte uwagi. Nie wtedy, gdy Law patrzył na niego w taki sposób. Nie, wtedy był gotów zrobić dla niego wszystko i zapomnieć o wszystkim.
Oblizał nerwowo wargi, cofając się posłusznie do barierki, z wyraźnym świstem wciągając do płuc powietrze, a potem je w nich wstrzymując. Znów minimalnie, zapraszająco otworzył usta, gotów na kolejny pocałunek, wręcz wyczekując tego rodzaju bliskości, jakby już całkowicie zapomniał, jak to jest być przy kimś w taki sposób. Ten jedyny i właściwy.
Zamrugał z zaskoczeniem, gdy oczekiwana pieszczota nie nadeszła - a zamiast niej, z ust (przyszłego?) byłego kochanka wydobyły się słowa. Kuszące, flirciarskie, już całkiem pozbawiające tchu i racjonalności.
To było wręcz śmieszne, jak łatwo Lance mógł poderwać gitarzystę. Spędzili tyle lat jako przyjaciele, tyle lat w odosobnieniu, a jednak Gregory reagował dokładnie tak, jak tego chciał Vega. Nieświadomie odruchowo przytaknął, uśmiechając się do swojego towarzysza, oczarowany nim dokładnie tak samo, jak kiedyś. Jak dawniej.
Ponownie w zdenerwowaniu zwilżył wargi, gdy cała magia została przerwana śmiechem. Odwzajemnił uśmiech nieśmiało, chowając dłonie do kieszeni i uciekając wzrokiem, wbijając go w nawierzchnię tarasu, odrobinę zagubiony w całej sytuacji. Spojrzał na swojego dawnego ukochanego dopiero w momencie, gdy ten przeczesał jego włosy dłonią. Wywrócił oczami, nadal nie potrafiąc zbyt długo utrzymać spojrzenia na Lawrence'u.
- Nie chcę, żebyś się poświęcał. Już za dużo tego było i niewiele dobrego z tego wyszło - odezwał się po chwili ciszy, uśmiechając pod nosem. - I przypomnę ci, że nie jesteś zdolny do nieśmiałości, Law. To zupełnie nie leży w twoich zdolnościach. - Prychnął z lekkim rozbawieniem. Przechylił się zaraz lekko, opierając się brodą na ramieniu piosenkarza, przymykając oczy. Nie przytulał się do niego, nie całował, nie kokietował - ale chłonął jego bliskość, instynktownie jej potrzebując, by upewnić się, że znów mógł to zrobić. By odzyskać pewną stabilność i spokój ducha. Chociaż na chwilę, nim znowu nie wrócą do zespołu, do światła, tłumów i dziennikarzy.
- Powiedz mi, tak naprawdę... Jak ty to widzisz? - spytał cicho, przekrzywiając lekko głowę, kładąc ją bardziej na towarzyszu, zerkając jednocześnie nań, dosyć nieśmiało, ale jednocześnie zdecydowanie. Chciał uzyskać poważną odpowiedź, nie żarty i nie odpowiedzi niejednoznaczne, mające wywołać słabość w kolanach i westchnienia zadowolenia.
U fanek.
On był czymś więcej i mógł mieć do Lawa cholerną słabość, ale potrafił też na chwilę się zdystansować i skupić na rzeczach ważnych. Piosenkarz mógł być miłością jego życia, dla której zrobiłby wszystko - ale jednocześnie, tylko prawie wszystko. Nie z powodu nadwyrężonego zaufania, a dlatego, że po prostu go znał.
A przynajmniej tak sądził. Gdy go czuł. Oczy sugerowały coś zupełnie innego, szczególnie wtedy, gdy Lance przechodził ze swojego naturalnego uroku, do czarowania bliżej nieokreślonej publiki, grając. Ale jednocześnie... otrzymał dopiero co potwierdzenie, że pod tą maska czarusia był mężczyzna, którego kiedyś pokochał i któremu na nim zależało.
Nie mógł tak po prostu z niego zrezygnować - ale musiał się od nowa go nauczyć. I zaufać.
- Jak sobie wyobrażasz, że będziemy razem? Nawet wzdychając do gwiazd. - Wzruszył lekko ramionami, nawiązując do pewnej śliskiej kwestii, przez którą poprzednim razem wszystko trafił przysłowiowy szlag.
Do zakazu związków. Homo. W zespole. Stworzonym przez Toma. I wytwórnię. Do potencjalnej sytuacji, iż znowu będą musieli wybierać pomiędzy szczęściem jednostki, a grupy.
Do kolejnego złamania serca.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 151


Cytat : Lubię placki
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Northern Sons   Czw Kwi 26, 2018 12:58 pm

Lance wiedział jak działa na ludzi, potrafił wykorzystywać swoje atuty perfekcyjnie i grać tak, jak tego od niego oczekiwano, by zdobyć to, co chciał. Ale to widok topniejącego pod jego wzrokiem Grega był najbardziej satysfakcjonujący. Uwielbiał go uwodzić. Uwielbiał rozkoszować się reakcjami jego ciała, ich naiwną szczerością.
Widząc niemal błagające o pocałunek usta, ledwie się powstrzymał. Już od kilku chwil bardzo naginał własną wolę, by nie zadziałać impulsywnie. Świadomość, że mógłby go mieć po takim czasie, teraz, była odurzająca. Dużo łatwiej było, gdy gitarzysta trzymał dystans, gdy karmił go swoim chłodem i niechęcią, bo jak miał teraz opierać się tak chętnemu ciału? Jak miał obojętnie przejść obok, gdy patrzył na niego z wyczekiwaniem i nadzieją?
Nie wiedział, skąd wziął w sobie tyle siły, by się odsunąć i roześmiać, ale w duchu pochwalił się za to. Miał dziwne wrażenie, że nawet jeśli teraz Greg był chętny zasmakować rzeczy, za którymi tęsknił, to później będzie żałował swojej słabości.
Jego zmieszanie i słowa przyjął z nonszalanckim uśmiechem.
- Nie jestem zdolny do nieśmiałości? Za kogo ty mnie masz? - oburzył się na żarty. - I nie, nie odpowiadaj. - Śmiejąc się, pokręcił głową. Spodziewał się usłyszeć bardzo konkretną odpowiedź, która pewnie wcale nie mijałaby się z prawdą.
Nie długo zachowali dystans. Gitarzysta szybko go zmniejszył, pozornie nieważkim gestem. Jednak Law przyjął go jako zaproszenie, więc już po chwili Greg znów mógł poczuć ciało Lance'a dociskające go do barierki, ale też ciepło dużych dłoni nieśpiesznie przesuwające się po plecach, kontrastując z chłodem nadciągającym od rzeki.
- Poza tym ty też potrafisz być bardzo... śmiały - dodał po chwili, umyślnie zniżając głos do mrukliwego szeptu, którym załaskotał go w ucho. Wsunął nos między kosmyki ciemnych włosów, a potem niby przypadkiem zahaczył wargami o wrażliwą małżowinę.
Przyspieszony, gorący oddech Lawa zdradzał rodzące się podniecenie. Przycisnął Grega do siebie, oddychając jego zapachem, rozkoszując się fakturą twardych mięśni pod palcami. Uwielbiał jego plecy, ich widok kiedy prężyły się, gdy brał go od tyłu...
Słysząc pytanie, westchnął ciężko, przywołując się do porządku, a przynajmniej, starając się myśleć racjonalnie. Tracił cierpliwość, ale lekko rozluźnił uścisk ramion i odwrócił głowę, spoglądając przed siebie. Problem w tym, że nie miał pomysłu na to, co powinno ich łączyć. Sądził, że przyjemnie byłoby wrócić do starych czasów, ale nie był przekonany czy to wypali. Całkiem możliwe, że Greg miał rację, mówiąc, że niemożliwym jest powrót do tego, co ich łączyło. Być może powinni stworzyć coś od nowa, ale szczerze mówiąc, Lawrence nigdy nie był w podobnej sytuacji. Zwykle nie zależało mu na ludziach tak bardzo, by po rozstaniu chcieć do do kogoś wracać. Zazwyczaj palił za sobą wszystkie mosty, a teraz przyszło mu odbudowywać taki most ze zgliszczy, a kompletnie nie wiedział jak się do tego zabrać. Musiał zdać się na intuicję. Nie lubił zdawać się na intuicję.
Czuł, że Greg na niego patrzy, ale nie starał się dostrzec wyrazu jego twarzy. Uśmiechnął się leniwie do rozświetlonego w dole miasta.
- Nie wiem - przyznał szczerze po chwili milczenia i to zadziwiająco lekkim tonem, zupełnie jakby nie dbał o przyszłość. - Mieliśmy swój debiut, zaistnieliśmy, mamy mocną pozycję na rynku. Thom przestał się spinać. Czasy też się trochę zmieniły. - Wzruszył ramionami. Nie powiedział wprost, że teraz ich związek mógłby wyjść na jaw nie czyniąc większych problemów zespołowi, ale wyraźnie to zasugerował.
Westchnął i w końcu odsunął się. Musiał spojrzeć Gregowi w twarz, musiał zwiększyć dystans zanim zaprzeczy gestami wszystkim słowom, które zamierzał powiedzieć.
- Słuchaj, ja ci nie zagwarantuję, że będzie po staremu, albo że coś nie pieprznie, bo narobimy głupot. - Zmarszczył brwi, przez to wydając się dużo poważniejszym niż zwykle. Uważne spojrzenie badało twarz gitarzysty, jakby obawiał się przegapić choćby jeden grymas czy uśmiech. - W ogóle nie myślałem o twoim powrocie jako o powrocie do mnie. Nie planowałem tego. Przecież jeszcze przed chwilą chciałem ci zajebać. - Roześmiał się krótko, oblizał wargi i lekko przygryzł dolną. - Ale po prostu przestańmy się spinać, ok? Nie będę naciskał. - Uśmiechnął się krzywo. - Dopiero wróciłeś, zobaczysz jak to teraz wygląda, a gdy będziesz czegoś chciał, po prostu powiedz - mruknął uwodzicielsko, przez co ciężko było wywnioskować, czy jego słowa nie miały przypadkiem ukrytego znaczenia. - A ja zobaczę, co mogę dla ciebie zrobić. - Mrugnął do niego, nieco nieświadomie na dłużej zatrzymując wzrok na jego ustach. Potem przeczesał palcami włosy, kolejny raz wzdychając głęboko, próbując przywołać się do porządku i obejrzał się przez ramię na rozświetlony salon. Nadal miał ochotę się napić, ale teraz już dla czystej przyjemności, a nie po to by zagłuszyć złość i smutek. Czuł się dobrze z podjętymi decyzjami, no i był wystarczająco pewny siebie, by sądzić, że Greg nie da mu długo czekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Northern Sons   

Powrót do góry Go down
 
Northern Sons
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: