CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Bright: utracona potęga

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Bright: utracona potęga   Czw Maj 31, 2018 8:05 pm

realia: świat Bright: urban fantasy/kryminał/akcja.
Los Angeles: alternatywna rzeczywistość.
Rasy prowadzące: elfy, ludzie, orkowie.




agent Kandomere - oficer Departamentu Bezpieczeństwa Ojczyzny

rasa: elf

wiek: utajnione

*przynależność: Magiczna Grupa Zadaniowa

charakter: odpowiedzialny, powściągliwy.

życiorys: utajnione





Armand

rasa:elf

wiek:27

*przynależność: Tarcza

charakter: Typ milczącego, złośliwego buca, który unika zawiązywania relacji z innymi i zawsze oczekuje najgorszego. Niedopuszczenie do zwycięstwa Infernich jest dla niego priorytetem, jedynym celem, dla którego codziennie wstaje z łóżka i działa.

życiorys: Szkolony od najmłodszych lat w magii na przybycie Czarnego Pana, obrócił się przeciwko nim po brutalnym, rytualnym zabójstwie swojej ukochanej. Jeden z członków Tarczy Jasności, biegły w magii, dopiero poznający świat znajdujący się poza elfią dzielnicą. Unika korzystania z magii, tylko raz w życiu kogoś zabił - i było to działanie w ramach zemsty. Jego zadaniem było zdobycie i zabezpieczenie różdżki - niestety o jego misji dowiedzieli się ludzie, zaatakowali go i ukradli magiczny przedmiot.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Czw Maj 31, 2018 11:23 pm

Armand oddychał ciężko, raz po raz kaszląc krwią i krzywiąc się z bólu. Gdyby mógł, przeklinałby tak głośno, że usłyszeliby go po drugiej stronie miasta. Musiał się zamiast tego - niestety - zadowolić wiązankami wypowiadanymi w myślach, powiązanymi bezpośrednio z jego głupotą. Był elfem. Potężnym, inteligentnym, świetlistym. Powinien być nienaruszalny.
Powinien być mądrzejszy.
Zapuszczanie się samotnie w tę część miasta było proszeniem się o kłopoty - a gdy dodało się do tego jego rasę i przedmiot, który dzierżył... który ukradł... naprawdę, powinien był zachować się rozsądniej. Gubienie potencjalnego pościgu w jego głowie wyglądało znacznie lepiej i wcale nie kończyło się nim, umierającym w jakiejś ciemnej, obskurnej alejce, po zaprzepaszczeniu tak istotnej misji. Już z dwojga złego lepiej było, gdy różdżka znajdowała się pod pieczą FBI. Trudno było wymyślić gorsze i mniej strzeżone miejsce do przechowywania potężnego, magicznego artefaktu, niż ulice tej "brudniejszej" części Los Angeles.
Elf był idiotą i zasługiwał na taki koniec. Nawet nie liczył, że ktoś go znajdzie. Miał szczęście, że jakimś cudem przeżył całą tę masakrę, a grupa młodocianych gangsterów, o których nigdy wcześniej nie słyszał, nie była na tyle głupia, by spróbować użyć różdżki od razu. Ciężko było jednak nazwać to dobrym obrotem sprawy. Nieuniknione i tak w końcu musiało nadejść.
Zacharczał, gwałtownie mrugając powiekami, próbując wyostrzyć rozmywający się nagle obraz uliczki. Coraz trudniej było mu odczytać znajdujące się na przeciwległej ścianie graffiti, coraz trudniej nabierał powietrza do płuc, coraz mniej czuł ból z przebitego metalowym prętem boku. Był nabity na zdemolowaną ścianę, pozbawiony zdolności ruchu, przemoknięty, zakrwawiony i wściekły na siebie. Nie było w nim niczego eleganckiego, świetlistego, czy potężnego. W tym momencie był tylko kupą mięsa, kości, krwi i bólu.
Nie chciał jeszcze umierać. Nie w tej sytuacji. Nie wtedy, gdy różdżka mogła dostać się do niepowołanych rąk. Powinien zrobić wszystko, by jej nie oddać. Wszystko - ale nie ginąć. Śmierć przed odniesieniem artefaktu do prawdziwie bezpiecznego miejsca nie tylko nie była rozwiązaniem, ale wszystko komplikowała. Kiedy Tarcza zorientuje się, że jego misja się nie powiodła? Jak wiele czasu da to tym głupim, ludzkim chłystkom na oddalenie się? Kiedy spróbują użyć magii i rozpadną się w proch? Kiedy Inferni odkryją, że dostali niepowtarzalną szansę przez głupotę jednego elfa?
- Pierdoleni... gówniarze - wycedził białowłosy, plując krwią i zaciskając mocniej dłonie na szczątkach budynku. Był o krok od próby podniesienia się - próby, która niewątpliwie zakończyłaby się jego śmiercią. Nie potrafił jednak siedzieć bezczynnie w sytuacji, gdy przyczynił się do klęski czegoś tak dlań istotnego. Misji, która była aktualnie celem jego życia.
Stękając, wzmocnił uchwyt i odrobinę się uniósł - nie więcej, niż trzy-cztery centymetry. Ból niemal rozerwał mu klatkę piersiową. Pociemniało mu przed oczami. Był stracony.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pią Cze 01, 2018 12:29 am

- ...Montehugh, ile razy mam ci powtarzać, że nie można tak po prostu zakuć Świetlistego w kajdanki! - syknął agent Kandomere, trzaskając drzwiami od czarnego, matowego Forda, jakim jeździli w FBI - Do tego potrzeba planu. Rozwagi. Żadnych ,,stój, policja!" i nagonek, bo wystarczy jeden ruch różdżką, i cała okolica wybuchnie!
Człowiek- czarodziej, uniósł jedynie brew. Podpalił papierosa krótkim zaklęciem, podążając za niebieskowłosym elfem wzdłuż ciemnej uliczki.
- No dobra, Kan, nie ciskaj się tak - westchnął funkcjonariusz, po czym zaciągnął dymem - I tak to jest kolejny ślepy zaułek, nie znajdziemy tam teraz ani złodzieja, ani tym bardziej różdżki. Jest późno w cholerę, a ty uparłeś się, żeby przeszukiwać każdą obskurną norę z osobna, i szczerze mówiąc, mam już na dzisiaj dość. - oznajmił, choć dalej szedł z tyłu, z wyraźnym zniechęceniem wypisanym na twarzy - Chcę się napić whiskey, odstawić broń i wyspać przed tym, jak jutro ponownie spróbujesz zamęczyć mnie tym szukaniem na śmierć.
- Magowie. - prychnął elf, idąc zdecydowanym krokiem przed siebie - Mówię ci, że to tu. To tutaj było, jestem tego pewien.
Montehugh wywrócił oczami. Słyszał już to kilka razy wcześniej.
- To może ty się pobaw w ,,to na pewno tu" a ja już wrócę do domu? Strasznie łamie mnie w kościach. Rozumiesz... - zmarszczył brwi, i pokręcił głową - Ach, faktycznie. Nie rozumiesz, bo jesteś elfem, nie męczysz się, nie starzejesz, nie chorujesz i w nosie masz, co do ciebie mówię! Byłbym zapomniał. - Montehugh zrównał się krokiem z towarzyszem i chwycił go za ramię. - Kan. Odpuść. Późno już. Nie zbawisz świata samą determinacją. -
posłał mu poważne spojrzenie - Zrozum. Dziś. Nic. Nie wskóramy.
Kandomere natychmiast odsunął się i wykrzywił wargi w czymś, co mogło być interpretowane jak irytacja z nieco pogardliwą nutą.
- Tak? Dobra! - wycedził do czarodzieja - Wracaj do siebie. Załatwię tą sprawę, choćbym miał spędzić tu całą noc! Dorwę tego zasrańca, który zwinął nam różdżkę z Departamentu i wsadzę go za kratki! Żebyś wiedział, zrobię to.
- Darrenie Kandomere. - rzekł powoli mag - Rozumiem twoją złość, naprawdę. Też uważam, że podwinięcie nam starożytnego, superpotężnego artefaktu z najpilniej strzeżonej siedziby w kraju zakrawa o kuriozum. Ale szukamy złodzieja kolejną godzinę. Bezskutecznie. A ty ciągle twierdzisz, że jesteśmy blisko celu. Nie widzisz w tym pewnego błędu? Więc ja udaję się teraz do domu, a tobie proponuję dokładnie to samo. Okej?
Elfi agent przygładził machinalnie garnitur, słuchając słów przyjaciela. Zdawało się, że odrobinę złagodniał.
- Sprawdzę jeszcze dwie ulice. - powiedział cicho - Dwie ulice. Żadnych przesad. Okej? Po prostu czuję, że była tu różdżka. Może jest gdzieś nadal. Nie zasnę spokojnie, jeśli tego nie zrobię.
Mag przytaknął. Dogasił papierosa.
- No. To do jutra. - Montehugh skinął mu głową na odchodne - Ufam, że w międzyczasie nie będziesz robił żadnych głupich rzeczy.
Kiedy tylko czarodziej zniknął elfowi z oczu, ten wyjął broń.
- Jaasne, że nie. - prychnął pod nosem - Jak tylko wsadzę złodzieja do paki.
*
Dwadzieścia minut później trop był już oczywisty. Darren szedł w cieniu budynku, z bronią w pogotowiu, nasłuchując uważnie każdego dźwięku dobiegającego z okolicy. Ale nie trzeba było wiele wysiłku, by zobaczyć rannego pośród gruzowiska.
- Co do...? - zdążył wymruczeć pod nosem, widząc jednego ze swoich, w stanie półagonalnym. Opuścił broń. Wziął krótkofalówkę. - Centrala? Widzę rannego. Powtarzam: ranny w sektorze A, elf. Potrzebna pomoc! - podszedł szybko, oceniając stan białowłosego elfa - Hej, ty! Słyszysz mnie?
To wyglądało bardzo źle. Jakim cudem żył?
Darren spojrzał na pręt, na obrażenia, w końcu na mężczyznę. I nabrał ostrożności.
- Służby FBI, nie próbuj żadnych sztuczek! - oznajmił ostrzejszym głosem. Ale podszedł. Nie oczekiwał, że tamten się odezwie. Widział tylko, że oddycha. Miał obowiązek mu pomóc. - Pomoc już w drodze, nie ruszaj się, bo pogorszysz sprawę... - powiedział ciszej, bardziej do siebie, niż jego - Jakim cudem się w to wpakowałeś?...
Przeszkolenie ratownicze mówiło jasno - nie wyciągać ciał obcych przed przybyciem karetki ze względu na możliwość szybkiego wykrwawienia. Ale była inna opcja.
Darren wyciągnął z saszetki przy kaburze mały, diodowy laser. Przepalił stalowy pręt i złapał obcego elfa, by położyć go ostrożnie na ziemi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pią Cze 01, 2018 4:58 pm

Jasnowłosy elf nie był wstanie dostrzec agenta, który niesamowitym zbiegiem okoliczności go odnalazł. Dotarł jednak do niego obcy głos, wyłapywał nawet pojedyncze słowa - na tyle dużo, by stwierdzić, że może nie wszystko jeszcze było stracone.
Gdyby mógł, parsknąłby śmiechem na ostrzeżenie, które implikowało zagrożenie z jego strony. Zupełnie tak, jakby mógł w jakiś magiczny sposób nagle się uleczyć, jakby wręcz czekał na przybycie agenta, by złapać go w jakąś pułapkę. Prawda była niestety znacznie bardziej prozaiczna i wiązała się z jego głupotą i krwią sączącą z ust.
Na szczęście agent podjął decyzję o zmniejszeniu pomiędzy nimi dystansu. Śmierć, jeszcze chwilę temu tak mu bliska, nagle zaczęła się oddalać. Dotyk na poranionym ciele Armand przyjął wręcz z ulgą, pomimo towarzyszącego mu bólu. Chwycił za trzymające go ramiona, szukając nagiej skóry - a gdy trafił na nadgarstek, zacisnął na nim palce, zakrwawionymi wargami szepcząc (charcząc?) zaklęcie.
Na co dzień niemal nie korzystał z werbalizowanej magii - lata ćwiczeń zapewniły mu umiejętność oczyszczania umysłu i rzucania czarów bezgłośnie - w tym momencie jednak wykraczało to poza jego możliwości. Przesłanie kilku obrazów z twarzami i znakami charakterystycznymi gangu, który go zaatakował, kosztowało elfa znacznie więcej energii, niż początkowo przypuszczał. Resztki sił natychmiast zaczęły go opuszczać - i gdyby jego niespodziewany wybawca zdecydował się w jakikolwiek sposób go wykorzystać, nie byłby w stanie go powstrzymać. Był kompletnie zdany na jego łaskę i niełaskę. Efekt jednak osiągnął - a i wybrał wspomnienia na tyle precyzyjnie, by nie pokazać nigdzie różdżki. Różdżki, która była powodem, dla którego w ogóle potraktowano go tak brutalnie.
Był skończonym kretynem. Idiotą, którego jedyną nadzieją w tym momencie był agent FBI. Nie mógł mu całkowicie zaufać, nie w tej sytuacji, ale mógł go wykorzystać. Nawet, jeśli agencja zdobędzie różdżkę, artefakt znajdzie się w bezpieczniejszym miejscu niż w tej chwili. A to, że Armand będzie musiał ponownie ją ukraść... cóż, było tylko drobną niedogodnością, jeśli wziąć pod uwagę pozostałe potencjalne konsekwencje jego nierozgarnięcia.
Wreszcie opadł bezwładnie na chodnik, tracąc na chwilę przytomność, zmuszony zaufać nieznajomemu - i niedostrzegalnemu - towarzyszowi. Mógł tylko liczyć na jego poczucie obowiązku.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Sob Cze 02, 2018 12:06 am

Na chwyt na nadgarstku, Darren zareagował idealnym wręcz bezruchem. W stoickim spokoju poczekał na zaklęcie, i zapamiętał dokładnie każdy szczegół wizji. Dopiero, gdy kontakt się urwał, oficer FBI pozwolił sobie na mało taktowne, ale bardzo elfie parsknięcie niedowierzania.
- Ludzkie dzieciaki? Serio? - mruknął z irytacją, po czym przeczesał palcami włosy i odsunął się od nieprzytomnego rannego – Banda szczyli dorywa Świetlistego, no pięknie, będę miał co pisać w aktach. - powiedział z wolna, obchodząc teren i szukając śladu sprawców. Choć gang ludzi wcale nie składał się z dzieciaków, w oczach Kandomere'a i tak nimi byli. Każdy poniżej pięćdziesiątki na karku zaliczał się u niego do grona młodzików.
Przystanął, przechylił głowę. Widział dalszy trop, wyczuwał go- mógłby za nim podążyć, gdyby tylko był sam. Nie bez powodu był najlepszym śledczym wydziału Magii.
- Pięknie cie urządzili, nie ma co. I teraz nie ma różdżki, nie ma sprawców, a ja tracę czas ryzykując, że połowa miasta za moment wybuchnie. - podsumował w absolutnej ciszy. - Szlag by to! - warknął. Nie kontynuował jednak misji. Wyjął z kieszeni telefon i wybrał odpowiedni numer.
- Montehugh, mam sprawcę. Jest nieprzytomny. Czuję na nim energię różdżki, ale różdżki tutaj nie ma. Idź wzdłuż alei jedenastej, znajdź gang Żmii. Nie ma czasu na pytania! Czuję, że masz to sprawdzić. Tak, teraz, już! - rozłączył się, odwracając ku elfowi. Zrobił długi, uspokajający wydech. Powrócił do rannego.
- Nienawidzę używać leczniczych zaklęć, na Jasność! Ale to i tak teraz obojętne. Aeeeh... Dobra... Jak szło z tą pierwszą pomocą? - mówił dalej, cicho i powoli, żeby przełamać własny stres i zebrać myśli - Trzy sylaby, jeden symbol? Nawet, jak się pomylę, i tak lepiej spróbować.
Uniósł dłoń i skupił uwagę na ranie wokół pręta.
- Najpierw tamowanie krwotoku.
Wymruczał zaklęcie, bardzo stabilnym, zdecydowanym głosem. Niski tembr poniósł się po opustoszałej uliczce, zmieniając w mrukliwy, przyjemny dla ucha dźwięk. Światło pojaśniało w jego dłoni i zgasło równie szybko, jak się pojawiło. Darren poczuł zawroty głowy, ale zaraz wrócił do siebie. Krwotok został zatamowany, ale rana nie goiła się sama. Kandomere nie miał takich umiejętności. Był wyszkolony w chwytaniu i unieszkodliwianiu sprawców zbrodni, nie w ich ratowaniu.
- Masz wiele szczęścia, nieznajomy. - powiedział agent, powstając na dźwięk karetki. - Mam nadzieję, że nie więcej, niż rozumu.
Ratownicy medyczni zjawili się przy poszkodowanym w mgnieniu oka. Wystarczająco, by uratować życie białowłosego elfa.
Armand obudził się po kilku godzinach na łóżku szpitalnym. Kandomere nie spuszczał go z oka. Siedział w odległości dziesięciu kroków na prostym, stalowym krześle, i udawał, że czyta gazetę. Czekał z dobrze ukrywaną niecierpliwością zarówno na telefon od Montehugh'a, jak i możliwość przepytania świadka.
- Agent Kandomere, służby FBI - przedstawił się w chwilę po tym, kiedy zobaczył, że Armand rozgląda się po pomieszczeniu. - Leż. Jesteś podejrzany o popełnienie przestępstwa. Odradzam też wszelkie gwałtowne ruchy. Lekarze dopiero co cię zszywali.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Sob Cze 02, 2018 1:35 pm

Wszelkie troski Kandomere'a były jasnowłosemu elfowi obce, gdy lewitował w przyjemnej ciemności, oddalony od bólu i problemów, które niszczyły od środka jego świat. Od bardzo dawna nie czuł tak wielkiego spokoju i rozluźnienia, jak w tym, ciężkim do sprecyzowania, momencie. Jedyne, czego był pewien, to niechęci do powrotu do rzeczywistości. Gdzieś podskórnie, podświadomie, wiedział że pobudka nie będzie zbyt miła.
W końcu jednak otworzył oczy, po dłuższym czasie wypełnionym oczekiwaniem, aż nieprzyjemne pikanie, które przedarło się przez jego spokojny sen, zniknie. Kilkakrotnie zamrugał i poruszył się ostrożnie na łóżku, jak przez mgłę pamiętając ostatnie wydarzenia, bardziej instynktownie uważając na swoje ciało, niż faktycznie pamiętając, iż został poważnie poturbowany przez... grupkę dzieciaków?
Wspomnienia zaczęły do niego powracać. Skrzywił się, unosząc powoli dłoń do twarzy i z irytacją dostrzegając, że jest uwięziony zarówno przez różnego rodzaju przewody, jak i pasy. Westchnął ciężko, zaraz żałując tego posunięcia, stłumił chęć bolesnego jęku i znacznie delikatniej podniósł głowę, wodząc spojrzeniem po pomieszczeniu, w którym został umieszczony. Biało-szare ściany i niemal nieistniejące umeblowanie sugerowały szpital, podobnie jak wyposażenie, do którego elf został podpięty. Siedzący w pewnej odległości od niego osobnik zaprzeczał jednak tej tezie. Armand był niemal pewien, że znajdował się w miejscu znacznie lepiej strzeżonym, niż zwyczajny oddział powypadkowy.
- Armand Larien - odpowiedział gładko, miękkim, wyuczonym głosem. Odkąd pamiętał, posługiwał się właśnie tym nazwiskiem, które chroniło go od wszelkich konotacji z Infernimi. Jeszcze gdy znajdował się pod ich opieką stworzyli dla niego tę tożsamość, zwykłego obywatela wyższych sfer, który nie robił problemów, nie rzucał się w oczy i nie miał żadnych znaczących powiązań z kimkolwiek z poszukiwanej grupy elfów. Był absolutnie pewien, że niespodziewany towarzysz nie będzie o nim wiedział niczego ponad to, co on chciał, by wiedział. Agent FBI czy nie, bogiem nie był.
- To pan znalazł mnie w tamtej uliczce? Dziękuję. Zawdzięczam panu życie. - Skinął lekko głową, zmuszając usta do wąskiego uśmiechu wdzięczności. - Czy chodzi o tę bójkę? Zapewniam, że byłem wyłącznie ofiarą. Te wszystkie środki bezpieczeństwa są całkowicie zbędne. Z radością będę przeciwko nim zeznawał. - Wzruszył lekko ramionami, na tyle, na ile pozwalały mu wszystkie kable.
Jeśli powiązano go z kradzieżą... Cóż, na przyznawanie się do winy miał jeszcze czasu a czasu. Nie musiał od razu wykładać swoich kart na stół - liczył jednak na to, że różdżka została już znaleziona i zabezpieczona, dlatego Kandomere siedział i marnował przy nim swój czas. Gdyby tak nie było... cóż, to byłoby tylko kolejne potwierdzenie, iż FBI wcale nie pracowało tak dobrze, jak próbowali wszystkim dookoła wmówić.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Sob Cze 02, 2018 4:03 pm

Przez dłuższą chwilę słuchać było jedynie monotonne pikanie aparatury. Darren wysilił się na zachowanie wzorowego spokoju i profesjonalną uprzejmość. Ale nie był zachwycony. Odłożył gazetę, wstał i wyjął policyjny notatnik.
- To nie wyglądało dobrze, panie Larien. - powiedział w końcu, zawieszając wzrok na rannym - Ludzie nie atakują naszej rasy w tak brutalny sposób...Nie katują elfów... i nie wbijają ich na części rusztowania...  bez powodu. - uściślił.
Przechylił głowę, obserwując go nad wyraz uważnie. Znowu minęła dłuższa chwila ciszy. Tym razem bardzo chłodnej ciszy.
- Ma pan prawo zachować milczenie. Został pan znaleziony dokładnie na trasie poszukiwań starożytnego magicznego artefaktu, który skradziono parę godzin temu. Zgadza się nam  zarówno odcisk buta, jak i potencjalna waga sprawcy. Zanim jednak przejdziemy do... - Kandomere nie dokończył standardowej policyjnej formułki, bo nagle zadzwonił jego telefon. Elf schował notes. - Przepraszam na moment. Porozmawiamy za chwilę. - powiedział do Armanda, po czym wyszedł z pomieszczenia.
,, - Kandomere, mam dwie wiadomości, dobrą i złą" - odezwał się Montehugh - ,,Namierzyliśmy różdżkę, to ta dobra. Jest jednak problem..."
- Nie wieziesz jej jeszcze do bazy? - zirytował się elf - Czas jest tu na wagę złota, co się znowu dzieje?
- ,,Inferni. Jesteś potrzebny, Kan. Oddział antyterrorystyczny już w drodze, ale to nie wystarczy. Raz, Różdżka jest w jakimś dziwnym bunkrze, wszędzie pełno zabezpieczeń magicznych. Dwa, jakiś Inferni próbował mnie sprzątnąć, może ruszyłbyś swoje szanowne elfie ego i mnie poratował z opresji?"
- Szlag. Mam na oku potencjalnego Świetlistego, głowę dam, że to on zwinął różdżkę, ale nie mam jeszcze dowodów. Ciężko określić jego teraźniejsze zamiary. Nie chcę zostawiać go z cywilami sam na sam. Nie wydaje się być po naszej stronie. Wycofaj się, Montehugh. To śmierdzi jakąś grubą akcją. Czekaj na terrorystycznych. Już do ciebie jadę. - rozłączył się.
Agent schował telefon, po czym wrócił do przesłuchiwanego.
- Dobrze, oszczędźmy sobie ceremoniałów. Panie Larien. Jesteśmy w trakcie wdrażania procedury bezpieczeństwa stanu nadzwyczajnego. Całe miasto jest teraz potencjalnie zagrożone. Z pańskiej winy, lub nie- na to nie mam jeszcze dowodów. Ale możemy założyć, że nie będę chciał szukać dowodów, i możemy założyć, że ma pan informacje, których teraz  potrzebuję. Nie zapytam więc, czy wie pan coś o kradzieży artefaktu, i nie zapytam, z jakiego powodu. Zapytam jednak o coś innego. - Kandomere zniżył głos - Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć, jadąc do siedziby gangu, który pana zaatakował?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Nie Cze 03, 2018 1:52 am

Armand skupił się na tym, by jego mina wyraziła uprzejme zdumienie na słowa policjanta. Nie zamierzał się z nim wykłócać w kwestii własnej niewinności - po pierwsze dlatego, że byłoby to niemal jak przyznanie się, po drugie zaś dlatego, że wcale taki niewinny nie był. Cisza, która zapanowała pomiędzy nimi, jakby dla podkreślenia wagi słów Kandomere'a, nie zrobiła na jasnowłosym żadnego wrażenia. Trzeba było czegoś więcej, by wywołać w nim chociaż zaniepokojenie.
Odcisk buta i waga? - niemal parsknął śmiechem. Doprawdy, spodziewał się czegoś więcej... z drugiej jednak strony, czemu niby agent miałby powiedzieć mu wszystko, co na niego miał? W jakiś sposób w końcu go znalazł, agenci FBI raczej nie trafiają na złodziejów różdżek przypadkowo, wracając do domu przez ciemną uliczkę, akurat zajmując się dokładnie tą sprawą.
Zamknął oczy ze znużeniem w chwili, gdy drzwi zatrzasnęły się za drugim elfem. Wiedział, że powinien wykorzystać tę okazję do ulotnienia się - był niemal pewien, że istniało drugie wyjście z tego pomieszczenia, musiałby tylko go poszukać - ale wiedział też, że próba podniesienia się do pionu faktycznie mogłaby się źle skończyć. Technologia i magia potrafiły zdziałać cuda, ale nawet elfie ciało miało swoje ograniczenia.
Mógł jednak zwiększyć swoje szanse, przy wsparciu niewielkiej porcji mocy... ale nie był pewien, czy aktualna sytuacja była na tyle poważna, by musiał się do tego posuwać.
Z drugiej strony, nie tak dawno temu wyszedł z założenia, że poradzi sobie bez pomocy zaklęć i poskutkowało to znalezieniem się w szpitalnym łóżku, więc może jednak w kwestiach dotyczących różdżki powinien posunąć się do bardziej drastycznych metod? Armand westchnął ciężko, ostatecznie mrucząc zaklęcie osłabiające więzy na jego kończynach, umożliwiające całkiem swobodną zmianę pozycji - no, jeśli nie brać pod uwagę wszystkich kabli i rurek, do których był podłączony, by przypadkiem nie umrzeć. Tego jednak póki co pozbywać się nie zamierzał.
Agent wrócił i przeszedł do konkretniejszych sugestii. Jasnowłosy elf kolejną chwilę milczał, tym razem znacznie dokładniej analizując słowa swojego wybawiciela. Czy mógł mu uwierzyć? Czy mogli już odnaleźć różdżkę, a on próbował w ten niezbyt finezyjny sposób zdobyć potwierdzenie pewnych, niezbyt legalnych, posunięć? Czy powinien w ogóle cokolwiek mu mówić, czy raczej zbyć niebieskowłosego gładkim zapewnieniem, że nie ma o niczym pojęcia, a potem zabrać się za poszukiwania na własną rękę?
Ostrożnie się uniósł, wyciągając dłonie z więzów, układając je na kolanach i przechylając się w stronę agenta w czymś, co mogłoby ujść za całkiem przyjazne uczynienie konwersacji bardziej prywatną.
- Sądzę, że ci ludzie... lub ich towarzysze... mogą okazać się nadmiernie wybuchowi - odparł cicho, pozwalając sobie na delikatną emfazę przy ostatnim słowie. Uśmiechnął się kątem warg, złośliwie i bardzo po elfiemu. - Lub mogą mieć niewielki problem z przemieszczeniem się w pewnych kierunkach. Słyszałem o wielu barierach na ulicach miasta... - Wzruszył lekko ramionami, obserwując uważnie kamienną twarz agenta.
Czy sugerował, że ludzie znajdowali się w posiadaniu różdżki? Czy sugerował, że była ona powiązana z czymś - lub raczej kimś - nie pozwalając na zbyt duże oddalenie od tego czegoś - lub kogoś? Cóż, to wszystko zależało od interpretacji Kandomere'a.
- Skoro wdraża pan stan nadzwyczajny, sądzę, że wolałbym się stąd oddalić. Kto wie, co jeszcze może się tu wydarzyć - a ja ledwo uszedłem z życiem, prawda? - mruknął całkiem nonszalancko, zupełnie tak, jakby nie był głównym podejrzanym w sprawie o kradzież artefaktu - ani tym bardziej nie zamierzał dotrzeć do niego przed FBI i zanieść tam, gdzie już dawno powinien się znaleźć. Nie planował współpracy z agentem, dlatego nie próbował być dla niego nadmiernie przydatnym. Jego postawa była wyłącznie pozornie otwarta i uważny obserwator mógł z łatwością wyłapać wszystkie niewerbalne znaki, iż elf ani trochę nie ufał przedstawicielowi prawa, nawet należącemu do jego rasy, któremu zresztą zawdzięczał swoje życie. Każdy z nich miał swoją misję i wspólny cel był wyłącznie pozorny.
Armand pomógł drugiemu mężczyźnie tylko na tyle, by zwiększyć jego szanse i upewnić we właściwości tropu - na wypadek, gdyby jednak nie udało mu się wystarczająco szybko wydostać ze szpitala i odnaleźć różdżki we własnym zakresie.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Nie Cze 03, 2018 2:46 am

- Mmm. Interesujące. - powiedział Kandomere, słabo już ukrywając irytację w głosie - Przypadkowy przechodzień, zaatakowany przez młodocianych gangsterów, skatowany do nieprzytomności, kończąc z prętem w brzuchu, uważa, że ucieczka ze szpitala trzy godziny później jest najpilniejszą kwestią pod słońcem. Dość nietypowe, nawet jak na maga. Więc powiem coś od siebie, tak tylko między nami. - agent również przechylił się w kierunku elfa - Nie jestem ,,dobrym" gliną. Drażni mnie twoja arogancja. Jestem oficerem śledczym, z wydziału magii, czyli jakoby twojej działki. Osobiście tropiłem energię Różdżki, od momentu jej zniknięcia z magazynu. Całe osiem długich godzin. Krok po kroku. Minuta po minucie. Rozumiesz, mogę być już nerwowy po tym czasie. Szedłem więc za śladem energetycznym, który nadal masz na sobie. Widzę to równie dobrze, jak twoją sztuczną uprzejmość. Potem - ślad artefaktu się urwał. Zabrał ci ją ktoś inny, to dla mnie jest oczywiste. Mamy więc teraz dwie opcje. - dodał spokojniej. Wyprostował się. Przymrużył oczy, siląc się na opanowanie.
Dokładnie domknął drzwi pomieszczenia.
- Albo dalej będziesz kłamał, i zrobię wszystko, żeby wsadzić cię za kratki, albo wykażesz choć odrobinę empatii, i pomożesz mi uratować przyjaciela oraz przynajmniej połowę miasta przed nagłą i tragiczną śmiercią. - powiedział rzeczowo, choć już w zdecydowanie nie obojętny sposób - Wtedy będę skłonny zapomnieć o tym jak wyglądasz, i całym twoim istnieniu. Potrzebuję dokładnych informacji.  
Podszedł do okna i popatrzył na zewnątrz, trzymając dłoń w pobliżu telefonu. Montehugh miał problemy, a on nie mógł nawet dowiedzieć się, ile Infernich przyjdzie im przeszkadzać! Jeśli było ich więcej niż dwóch, jeden oddział antyterrorystyczny to o wiele za mało.
- Ile Infernich może polować na Różdżkę, jaki mają plan i czy wiesz cokolwiek na temat nowych zabezpieczeń, jakie są potencjalnie mogą bronić artefaktu? I bez lania wody, nie ma na to czasu. Mój partner z FBI widział zabezpieczenia, których nie potrafił nazwać. Wnioskuję, że to jakiś nowy typ, pewnie czarnomagiczny.


Ostatnio zmieniony przez Arkash dnia Nie Cze 03, 2018 11:58 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Nie Cze 03, 2018 7:40 pm

Armand nie był bardzo pod wrażeniem posunięć i gróźb agenta. Ani modulacja głosu, ani znacznie mniej subtelne groźby nie wstrząsnęły nim. Osiem godzin spędzonych na poszukiwaniach różdżki też nie było najbardziej wygórowanym poświęceniem - gdyby Kandomere wiedział, ile czasu zajęło jasnowłosemu elfowi zbadanie siedziby FBI, w której znajdowała się różdżka, a potem wyłączenie wszystkich systemów obronnych, zapewne uznałby swoje poszukiwania za mierną przystawkę. Przemieszczanie się po śladzie magii artefaktu nie należało do najbardziej finezyjnych i wyczerpujących metod - chociaż niewątpliwie wymagało pewnego przeszkolenia i umiejętności.
Prawdę mówiąc, młody elf nie obawiał się o swój los. Niezależnie od tego, co miał mu do zarzucenia śledczy, potrzebował dowodów - z każdą kolejną chwilą ślad magii na Armandzie się rozpływał, a sam odcisk buta i waga nie mogły wystarczyć do obciążenia złodzieja żadnymi poważnymi zarzutami. Oczywiście, zupełnie inną kwestią był sam niebieskowłosy, który bez wątpienia nie rzucał słów na wiatr. W jego oczach pobity mężczyzna był winny wszystkich zarzutów i bez dwóch zdań zrobi wszystko, by wrzucić go za kraty.
Lub... niekoniecznie.
Elf rozparł się wygodniej na łóżku, uważając na szwy, ale jednocześnie czyniąc pozycję bardziej znośną. Skoro Kandomere chciał od niego tylu informacji, mieli szansę się dogadać. Różdżka wciąż nie była w posiadaniu aparatu bezpieczeństwa państwa, a zatem Armand był potrzebny starszemu mężczyźnie.
To jednak znaczyło też, że Inferni wciąż mogli zdobyć różdżkę i wykorzystać ją dla swoich potrzeb.
Jak bardzo mógł mu zaufać...? 
- Nowych zabezpieczeń? - powtórzył za towarzyszem, unosząc brew wysoko. Parsknął cichym, kpiącym śmiechem. - A skąd mam to wiedzieć? Jak sam zwróciłeś uwagę, odebrano mi różdżkę. Nikt się nie zatrzymał, by poinformować mnie o miejscu, do którego zamierzali ją zanieść. - Wzruszył lekko ramionami, z jawną bezczelnością. Nie dyskutował już z tym, że był faktycznie tym poszukiwanym złodziejem - ale wraz z rezygnacją z gry w sugestie przyszła rezygnacja również z udawanej grzeczności. - Gdybym je zobaczył, być może mógłbym powiedzieć coś więcej... Zależy, na ile faktycznie są nowe i kto je zakładał. - Zamilkł na dłuższą chwilę, rozważając swoją wypowiedź. Rozważając, czy powinien podzielić się większą ilością informacji, ze szczególnym naciskiem na te, które faktycznie posiadał. No i oczywiście, rozważając na ile obietnice agenta były szczere i faktycznie możliwe do wypełnienia. Jeśli to, co mówił Kandomere, było prawdą, mogli faktycznie współpracować... do czasu, rzecz jasna.
- To zależy. Inferni poszukując różdżki poruszają się zwykle w trójkach... ale mogą też rozdzielić się na dwie trzyosobowe grupy. Wszystko zależy od tego, od jak dawna wiedzą i jak skomplikowane są tamte zabezpieczenia... oraz kogo powinni po drodze zgładzić - powiedział wreszcie. O tym niestety wiedział aż za dobrze - i ponad wszystko wolałby uniknąć spotkania ze swoimi dawnymi kompanami. Nie ze wszystkimi mógłby sobie poradzić, nawet korzystając z pełni własnej mocy i zdolności - a bez różdżki miał małe szanse na pokonanie trójki Infernich.
Fakt, że pokonała go grupa ludzi, gdy był zdolny do zmierzenia się z najpotężniejszymi i najniebezpieczniejszymi elfami, z chwili na chwilę irytował go coraz bardziej. Był skończonym kretynem, że dał się tak łatwo złapać. Niedocenienie przeciwnika było jego największą słabością, za którą przyszło mu bardzo wiele zapłacić.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Nie Cze 03, 2018 11:34 pm

Obserwował Armanda z nieodmienną, bardzo precyzyjną uwagą, jakby próbował w tym czasie dokładnie zapamiętać każdy szczegół jego twarzy i każdą, najdrobniejszą zmianę zachodzącą w oczach. Czy było to przymrużenie powiek, czy drwiący uśmieszek, wszystko to rejestrował w całkowitej i zimnej koncentracji. Ktoś mógłby nawet poczuć się pod takim spojrzeniem niekomfortowo. Ktoś mógłby pomyśleć, że Kandomere szykuje w głowie jakiś paskudny plan. Ale Kandomere, pomimo swej mało przyjaznej aparycji, nie był zły w głębi ducha. Był po prostu uważny. Był skuteczny w działaniu właśnie dzięki uważności, i, również dzięki niej, posiadał nietypową u funkcjonariuszy wrażliwość na krzywdę innych. A może przede wszystkim - na krzywdę innych. I w tym momencie, patrząc na skatowanego elfa, nie widział w nim złoczyńcy. Wcale nie chciał posuwać się do środków szantażu czy przymusu i czuł się z tym faktem po prostu źle. Widział w nim jedynie kolejnego cierpiącego przedstawiciela swojego gatunku. Cierpiącego - przez niewłaściwie działający organ prawa, który najwyraźniej działał ostatnio dużo gorzej, niż powinien w istocie.
Kandomere próbował ochronić każdego, i choć wiedział, że nie jest w stanie, porażki, za które miał również aktualną sytuację, ciągle pozostawiały w nim posmak goryczy.
Inaczej pamiętał świat. Nie od zawsze życie było tak skomplikowane. Nie od zawsze było w nim aż tyle cierpienia elfów.
Darren wysłuchał wszystkiego w ciszy, a potem kiwnął jedynie głową.
- Dziękuję za wszystkie informacje. - powiedział spokojnie, by odsunąć w końcu rękę od telefonu.
Odszedł od łóżka, skłonny opuścić pokój.
Nie sądził, by było jeszcze cokolwiek, o co mógłby zapytać. Ale zatrzymał się. Odwrócił.
- Jeśli sugerowałeś, że mógłbym zabrać cię do Różdżki, cóż, owszem mógłbym, ale nie zrobię tego. - rzekł z westchnieniem - To nic osobistego. Po prostu nie ułatwię ci ucieczki ze szpitala i nie zamierzam przyłożyć ręki do tego, by zaraz ponownie musiano cię zszywać. Dla własnego dobra, lepiej, żebyś został w łóżku. - wyjaśnił, a w jego głosie nie było nawet cienia fałszu - Źle się dzieje, kiedy dobrze urodzony elf zostaje pobity przez bandę młodych ludzi, a jeszcze gorzej, gdy sam ściąga na siebie podobne nieszczęścia. Mam nadzieję, że taki wypadek już się nie ponowi, i dobrze urodzony elf powróci do swojej pięknej posiadłości, by nie bawić się więcej w policjantów i złodziei, oraz, że nie będzie ryzykować pojmaniem swojej osoby przez stróżów prawa. Życzę udanego wieczoru, panie Larien. - pożegnał się Kandomere - Oby był mniej problematyczny od mojego. - dodał ciszej, już bardziej do siebie, niż poszkodowanego.
Zapamiętał go wystarczająco. Wystarczająco jasno widział to, że nie powinni się więcej spotkać. Nie powinna zaintrygować go ta iskra młodzieńczego buntu, i z pewnością nie powinien patrzeć mu dłużej w oczy. To nigdy nie mogło stać się czymś osobistym, po prostu nie.
Chwycił za klamkę, i otworzył drzwi. Obrócił się przez ramię.
- Mówiłem poważnie. Nie próbuj uciekać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pon Cze 04, 2018 12:51 am

To, co niewątpliwie było najgorsze, to fakt, iż obywatele decydowali się na zastępowanie policji w sprawach, które niewątpliwie należały do jej obowiązków. Tarcza składała się przecież z obywateli - magicznych w mniejszym lub większym stopniu, ale cywili, którzy w pewnym momencie uznali, iż różdżki będą bezpieczniejsze w wybranych przez nich miejscach, nie tych pilnowanych przez FBI. Służby mające za zadanie chronić, były - co najmniej - podejrzane i niemile widziane. Szukano po nich podstępu, obdarzano specyficznym rodzajem szacunku, a członkowie Tarczy Jasności nie byli w tym wypadku wyjątkami.
A Armand... Armand nie tego oczekiwał po starszym agencie. Zupełnie nie tego. Zachowanie policjanta nie tylko nie pasowało do jego postawy, ale też nie współgrało z wizją, jaką zdążył sobie stworzyć w głowie jasnowłosy. Po poprzednich groźbach założył, że mężczyzna jest zdecydowany za wszelką cenę i każdym kosztem zdobyć zarówno artefakt, jak i ukarać złodzieja... a nagle wydawać by się mogło, że Kandomere miał co do niego inne plany. A może to była tylko gra? Pozory? Próba zmanipulowania go? Ale... co by przedstawiciel prawa zdobył takim zachowaniem?
Były Inferni, nauczony nie ufać w słowa i obietnice oraz doszukiwać się wszędzie drugiego dna, gubił się w swoich podejrzeniach, obserwując z uwagą ruchy swojego towarzysza. Szukał w nich, w kolejnych krokach i ruchach ust fałszywych nut, czegoś, co mogłoby potwierdzić jego przypuszczenia i umożliwić znalezienie nowych sensów. Myśl, że agentowi mogłoby zwyczajnie zależeć na jego powrocie do zdrowia wydawała się tak obca i nie na miejscu, że Larien niemal parsknął śmiechem, kpiąc z własnej naiwności.
Niestety, najwidoczniej rozmowa faktycznie dobiegała końca... a on nie tylko nic nie wiedział o położeniu różdżki i samym agencie Kandomere, ale wręcz był bardziej zdezorientowany niż przed otworzeniem oczu i przystąpieniem do tego niewielkiego przesłuchania.
- Nie udam się do swojej pięknej posiadłości - powiedział nagle, całkiem spontanicznie, próbując powstrzymać elfa przed opuszczeniem sali i w efekcie wypowiadając jedne z najbardziej bezsensownych zdań w swoim życiu. Westchnął ciężko, wywrócił oczami i przechylił się z powrotem do przodu, zmieniając pozycję z bezczelnej i wyluzowanej na bardziej zamkniętą, ale zarazem mniej... irytującą?
- Nie mam swojej posiadłości, agencie. - Uśmiechnął się, obniżając głos na tyle, by oddalony od niego mężczyzna usłyszał te kilka słów, ale też poczuł, iż jest to wyznanie. - Rozumiem, że nie miałeś zbyt dużo czasu na research mojej osoby, ale takie podstawy powinieneś zdążyć już sprawdzić. Czy może oczywistym jest, że nie należę do Infernich, a do Tarczy Jasności, więc nie postrzegasz mnie jako realnej konkurencji? - Sięgnął dłonią do karku, jakby sprawdzając, czy wygolono niewielki fragment włosów podczas jego nieprzytomności, sprawdzając istnienie jednego, specyficznego tatuażu. Wzruszył delikatnie ramionami.
- Nie jesteśmy magicznymi szaleńcami pozbawionymi rozsądku. W jakiś sposób w końcu dostałem się do najpilniej strzeżonego artefaktu, prawda? - Uniósł brew wysoko, przechylając się trochę bardziej, opierając brodę na dłoni, wpatrując w stojącego Kandomere'a. - Jeśli w pobliżu twojego przyjaciela znajdują się Inferni, potrzebujesz pomocy. Jeśli różdżka jest w miejscu strzeżonym przez nieznane powszechnie, czarnomagiczne zaklęcia, potrzebujesz pomocy. Ludzka policja i technologia to dobre mięso armatnie, ale nie rozwiąże problemów magicznych. Ja mógłbym ci pomóc. - Zawiesił na chwilę głos. - Albo mógłbym oddalić się stąd w pojedynkę, chcąc osiągnąć niemal to samo, co ty.
Czy racjonalne argumenty miały sens? Czy to w ogóle były racjonalne argumenty? Próbował wykorzystać swoje atuty i powody, które przyszły mu do głowy wcześniej - jakby instynktownie starał się wrócić do tego momentu, w którym on był przydatnym złoczyńcą, a niebieskowłosy elf - zdesperowanym przedstawicielem prawa. Jakby to był bezpieczny układ.
Jakby bardziej ludzkie odruchy ze strony Darrena były źródłem niepokoju i troski, nie ulgi i spokoju. Jakby... agent nagle przestał być anonimowym przedstawicielem prawa, a został twarzą, z imieniem, nazwiskiem i własnym charakterem.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pon Cze 04, 2018 3:47 am

Kandomere przymknął drzwi, zaskoczony takim obrotem sprawy.
- Nie powiedziałem, że nie prześwietliłem twojej osoby... - powiedział powoli, ostrożnie dobierając słowa - Nie mówię też, że to zrobiłem, dla jasności. - przesunął spojrzenie z Armanda na miejsce, gdzie mogły być umieszczone kamery - Ale tak. Wiem, że należysz do Tarczy. Sprawdziłem to, kiedy się upewniłem, że nie skonasz na moich rękach; zemdlałeś, przesyłając mi dane o gangu, pamiętasz? Nie pasowała mi ta opowieść. Była bardzo wybrakowana. - westchnął. Docisnął drzwi do framugi i podszedł do okna, próbując ukryć swój niepokój.
Przyjaciel go potrzebował, i to natychmiast. Ale Darren nie mógł jeszcze jechać. Nie mógł ryzykować, że przez nieuwagę lub niedoinformowanie pośle zbyt mało policji, że narazi ich wszystkich na śmierć, i że dotychczasowe narażanie się Montehugh'a pójdzie zupełnie na marne. Ich wygrana musiała być pewna. Z Infernimi nie było żartów. Musieli zostać zgładzeni, w przeciwnym wypadku zabiją wszystkich posłanych funkcjonariuszy.
Inferni nie lubili zostawiać świadków.
- Być może wyraziłem się mało dosadnie. - odwrócił się ku Armandowi i popatrzył w jego kierunku, choć już nie w oczy. Nie chciał stosować nacisku i rozumiał dobrze fakt, że tego typu zagrywki były często odbierane jako nieuprzejmość i naruszenie prywatnej strefy. Szczególnie u jego rasy. - Powiedziałem między słowami, że byłoby... wielkim brakiem rozsądku... choćby prosić o pomoc kogoś, kto tego samego dnia niemal wykrwawił się na śmierć. - powiedział już z większą powagą Kandomere, ale podszedł, znowu nieumiejętnie próbując ukryć narastający niepokój, i zacisnął dłoń na oparciu krzesła - Nawet jeżeli... teoretycznie - mógłbym zorganizować ci przewóz, to nadal nie sprawi, że powinieneś się gdziekolwiek ruszać. Nie będzie tu cudownego ozdrowienia, panie Larien - uściślił - A może członkowie Tarczy posiadli taką umiejętność? - w głosie agenta było powątpiewanie - Jestem doskonale świadom faktu, że trzymasz się dużo lepiej, niż powinieneś. Wiem, że znasz się na magii. Wiem również, że dostałeś się do Różdżki nie przypadkiem, bo przełamanie zaklęć ochronnych wymagało wiele pracy. I nie mam cię za szaleńca. - uniósł na moment spojrzenie, żeby skrzyżować z nim wzrok, i potwierdzić prawdę tego oświadczenia - Nie mogę jednak puścić rannego cywila na samobójczą misję, rozumiesz?...
Tak łatwo przeskakiwał z policyjnych formułek do bezpośredniości... Aż sam się zdziwił. Poufałość nie była jego domeną. Dlaczego był taki prostolinijny? Może dlatego, że nie było przy nim Montehugh'a. W obecności ludzi zawsze pozostawał oschły. A może po prostu jednak uznał to za coś osobistego, i jednak ratowanie komuś życia zostawiało po sobie ślad?
- Mógłbyś oddalić się stąd w pojedynkę, a ja mógłbym znaleźć cię potem skatowanego w jakiejś pustej uliczce, czy uważasz to za właściwe?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pon Cze 04, 2018 10:51 pm

Kandomere wyglądał tak, jakby był szczerze przejęty stanem mężczyzny, który złamał cały szereg systemów ochronnych cholernie potężnego i niebezpiecznego magicznego artefaktu, a potem wykazał się na tyle dużą głupotą, by dać go sobie zabrać przez grupkę młodocianych przestępców. To zachowanie nijak nie pasowało do wizerunku, który przez kilka pierwszych chwil ich małego "przesłuchania" stworzył agent. Po przedstawicielu FBI Larien oczekiwał raczej sztywności, ślepego podążania za regułami i pragnienia uporządkowania wszystkiego w taki sposób, by "ci źli" wylądowali za kratami, a "ci dobrzy" natychmiast zostali uratowani. Prawdę mówiąc, Armand nie spodziewał się, że niebieskowłosy jednak zostanie, by go wysłuchać - a co dopiero wda się w konwersację i wyjaśni swoje motywacje.
To było... Dziwne. Dziwne i niewłaściwe, niepasujące do tej wizji agenta, jaką stworzył sobie w głowie członek Tarczy Jasności. Nie był pewien przez to tego, jak powinien się zachować. Co wypadało w tej sytuacji powiedzieć? Jak zareagować? Czy to była kolejna sugestia, znów nie wprost, czy może przeciwnie, mówił dokładnie to, co chciał powiedzieć, tak, jak myślał? Czy była to jakaś gra, czy przeciwnie, sama szczera prawda?
Larien nie ufał FBI. W zasadzie, nie ufał nikomu. Doszukiwał się w słowach swojego wybawcy drugiego dna, z chwili na chwilę jednak szło mu coraz gorzej. Nie potrafił jednoznacznie zinterpretować słów przemieszczającego się nerwowo po pomieszczeniu mężczyzny. Te dwie kwestie coraz bardziej go irytowały. Najpierw popełnił błąd z ludźmi, a teraz miał też popełnić z przedstawicielem swojej rasy?
Co się z nim działo?
Przetarł twarz dłonią, do której miał przyczepione najmniej kabli. Westchnął ciężko, wzruszając zaraz ramionami.
- Wychodzi więc na to, że nie ma z tej sytuacji żadnego dobrego rozwiązania, panie Kandomere - podsumował głosem, który można był scharakteryzować wyłącznie słowem "zrezygnowany". - Muszę jednak przyznać, z pewnym niesmakiem, iż "skatowano" mnie przez moją własną naiwność. Nie miałem wiele do czynienia z przedstawicielami ludzkiej rasy, mogę więc zostać uznanym za... jak by to ładnie ująć... naiwnego. - W tym miejscu na moment zawiesił głos, wbijając spojrzenie w elfa. Wpatrując się w niego jasnoniebieskimi oczami, z białymi, spływającymi mu po ramionach włosami, przypominał wręcz uosobienie niewinności. Przez krótką chwilę nie było to aktorstwo i pragnienie ukrycia się za jakimś wizerunkiem, a szczere potwierdzenie wypowiedzianych słów. Nie miał doświadczenia w kontaktach z ludźmi. Nie potrafił sobie z nimi radzić. Łatwo było go wyprowadzić w pole.
Ale...
- Znam za to Infernich i jestem przekonany, że bez pomocy przynajmniej jednego, doświadczonego i potężnego maga, pana przyjaciel jest już skazany. Nie mogę powiedzieć, żeby szczególnie zależało mi na jego życiu... - Wzruszył ramionami, a jego wargi znów wykrzywił ten mniej sympatyczny grymas. - Ale z drugiej strony, zawsze będzie to o jednego wyznawcę Czarnego Pana mniej i o krok bliżej do różdżki. A na tej, jak zapewne się domyśliłeś, mi zależy.
Skrzywił się w duchu. Dużo szczerości. Może za dużo?
A może Kandomere uzna, że to była gra?
Armand nie znał się na takich zabawach słowami. Był magiem, przebywał głównie w otoczeniu magii, nie radził sobie zbyt dobrze z ludźmi. Z elfami. Z kimkolwiek. Nie lubił ich z wzajemnością, chociaż jego wygląd bywał złudny i wielu zakładało, iż był najprzyjaźniejszym i subtelniejszym elfem pod słońcem. Szybko przekonywali się, jak błędne były to założenia.
...
Naprawdę wolałby uniknąć spotkania z Infernimi. Różdżka jednak była ważniejsza, niż prywatne problemy. A z drugiej strony, dochodziła jeszcze kwestia wdzięczności - czegoś, z czym jasnowłosy nie radził sobie nigdy zbyt dobrze. Mógł udawać, że ta myśl i to uczucie wcale w nim nie występowały, ale to nie była prawda. Miał wobec agenta dług - mężczyzna mógł go zostawić na śmierć, albo ocucić tylko na tyle, by przesłuchać. A potem zabić. Wielu zapewne by tak zrobiło, nawet tych należących do jego rasy. A może szczególnie tych?
Złodzieje różdżek nie mogli być mile widziani przez służby bezpieczeństwa państwa - a już na pewno niewielu funkcjonariuszy posunęłoby się do zapewnień, że zapomną o jego istnieniu i zależy im na jego życiu.
Miał dług i musiał go spłacić. Uratowanie przyjaciela agenta brzmiało jak idealny sposób - by zaraz potem zdobyć znów artefakt i wypełnić do końca misję Tarczy. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Białowłosy musiał wyłącznie uważać, by nie dać się ponownie zabić.
Co mogło się nie udać?

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Pon Cze 04, 2018 11:55 pm

Wysłuchał go, obserwując w milczeniu jego zachowanie. Chciał odnaleźć fałsz, którego się spodziewał, którym Larien traktował go od samego początku. Lecz nagle elf przestał tak robić, zdawało się. Nie kłamał. Ta zmiana była diametralna. Z początku Kandomere przeprowadzał z nim wywiad, jakoby z przymusu - zastosował czysto książkową taktykę, i taktyka ta nie zadziałała na świadka w odpowiedni sposób. Kiedy zaś odpuścił sobie policyjne gierki, okazało się nagle, że Armand nie tylko potrafi być szczery, ale też, najwyraźniej, skłonny był do współpracy.
Może nawet zbyt skłonny.
- Załóżmy przez chwilę, teoretycznie oczywiście, że pewien agent zabiera pewnego przedstawiciela Tarczy Jasności, który popełnił czyn karalny, na bardzo niebezpieczną misję. Załóżmy, że starają się współpracować i nie próbują stosować wobec siebie nieczystych zagrywek. Możemy nawet przyjąć, że przejęli Różdżkę, zanim zrobiliby to Inferni. Jak sądzisz, co powinno być dalej? - zapytał Darren, po czym założył ręce. - Różdżka powinna trafić na miejsce, a ów przedstawiciel Tarczy powinien być uniewinniony. Ale co stanie się wtedy, gdy przedstawiciel Tarczy pomyśli sobie, że dobrze byłoby pousuwać policjantów i zabrać różdżkę dla siebie? - kontynuował, patrząc Larienowi w oczy, mówiąc tonem ani ostrzegawczym, ani też przesadnie uprzejmym - Wiem, że jest pan uzdolniony magicznie, prawdopodobnie bardziej, niż można wnioskować... - powtórzył agent - Jeśli podpisze pan oświadczenie o dobrej woli i rezygnacji z działań przestępczych, ja mogę zobowiązać się, że po akcji zostanie pan puszczony wolno. W przeciwnym wypadku, pozostanie pan na swoim miejscu, pod okiem funkcjonariuszy prawa. - westchnął - Jeśli mam wybierać pomiędzy mniejszym a większym złem, nie będę wybierać. Znajdę inne wyjście. - dodał bardziej stanowczo -  Większe zło to Inferni. Mniejsze - pan z Różdżką, narażający siebie i okolicznych cywili na uszczerbek na zdrowiu bądź śmierć. Jak już wiemy, nie tylko Inferni próbują zdobyć artefakt. Oba powyższe warianty, jak pan zapewne rozumie, nie są dla służb FBI w żaden sposób akceptowalne.
Dobra, wystarczyło tych przypuszczań i gdybań. Kandomere wrócił do zwykłego tonu.
- Nie chcę szkody ani twojej, ani innych cywili, ani policji, która weźmie udział w akcji; lecz niektórych spraw nie można po prostu przewidzieć. Wchodzisz do paszczy lwa na własną odpowiedzialność. Podpisujesz zobowiązanie, czy wolisz tutaj pozostać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Wto Cze 05, 2018 9:29 pm

- Podpiszę - odparł bez zawahania Armand, nie poświęcając tym razem ani chwili na rozważenie swoich możliwości. Gdy Kandomere zaczął znów czynić sugestie bardziej policyjne, jasno podkreślając, że najważniejszy jest dla niego magiczny artefakt, jasnowłosy poczuł się tak, jakby wrócił mu grunt pod nogi. Wszystko było z powrotem na swoim miejscu. Żadnego traktowania go jak osoby ważnej, żadnego zapewniania, że komukolwiek zależy na jego życiu. Żadnego zdobywania zaufania, żadnej troski. Czysty biznes.
Przez mgnienie oka poczuł żal, że sytuacja się znów zmieniła i różdżka okazała się ważniejsza, niż on. Zaraz jednak stłamsił to uczucie, przypominając sobie o jednej, smutnej prawdzie: nigdy nie było inaczej. Od momentu narodzin jego los był splątany nierozłącznie z tym specyficznym artefaktem i przez dwadzieścia siedem lat jego życia nic się nie zmieniło. Niezależnie od strony, jaką obierał, zawsze różdżka była słowem-kluczem. Nie mógł od tego uciec, choćby nawet chciał - i fakt, iż rozmawiał z funkcjonariuszem prawa, swego rodzaju trzecią stroną w konflikcie, niczego nie zmienił.
Na jego usta wpłynął znów sztuczniejszy uśmiech, spojrzenie stało się bardziej zdystansowane, a postawa - luźniejsza, świadcząca o przekonaniu utrzymującej ją osoby, iż jest silna i niezagrożona. Rozparł się wygodnie na łóżku, spoglądając od niechcenia na przypięte wciąż do niego kable.
- Wezwij pielęgniarkę, niech mnie od tego wszystkiego bezpiecznie uwolni, a potem szybkie podpisy pod oświadczeniem i jedziemy ratować twojego przyjaciela - rzucił, stukając lekko palcami o metalową poręcz. - Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu, nie sądzisz? - spytał, unosząc brew wysoko, pozwalając sobie znów na znacznie bardziej bezczelny i wręcz złośliwy ton głosu. Pospieszał, szarogęsił się i niecierpliwił, chcąc jak najszybciej odzyskać różdżkę i przenieść ją dokładnie tam, gdzie już od dawna powinna się znajdować.
I chcąc spłacić jak najszybciej dług: życie za życie. Nie zamierzał mordować ani Kandomere'a, ani jego partnera - ani w ogóle nikogo. Wymagałoby to od niego użycia magii i wykorzystania otrzymanej szansy w sposób co najmniej niechwalebny. Szczerze wolał tego uniknąć.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Wto Cze 05, 2018 10:38 pm

Kolejna zmiana zachowania Armanda zaowocowała tym, że Darren prychnął w wyraźniej irytacji. Drażniły go te próby obłudy i cwaniactwa, ale i w pewnym sensie mógł je rozumieć. Larien był jeszcze młody. Kandomere w jego wieku również się tak zachowywał. A może nawet zachowywał się jeszcze gorzej. Agent trzymał więc teraz nerwy na wodzy, nie bawiąc się w zbędne - i szczeniackie - dogryzanie.
- Gdybyś od początku mówił mi prawdę, stracilibyśmy dużo mniej czasu. - oznajmił prostolinijnie Kandomere - Poza tym... Dopóki mój partner użera się tylko z jednym Infernim, da sobie radę. To bardzo uzdolniony czarodziej.
Elf podszedł do drzwi i zawołał lekarza. Porozmawiał z nim krótką chwilę. Zawołany medyk przyszedł do Lariena i zaczął uwalniać go z plątaniny kolorowych rurek. Agent w międzyczasie wyjął zza pazuchy odpowiedni dokument i napisał na nim zwięzłą parafkę. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie. Potem Kandomere podsunął Larienowi ów dokument do podpisania, a następnie wyszedł razem z lekarzem, żeby elf mógł się w spokoju ubrać. Nie poplamiony materiał pozostał ten sam, w którym Armand dostał się do Różdżki, ale podziurawione i poplamione krwią ubranie zostało zastąpione nowym.
Agent Służb Bezpieczeństwa skonstruował w tym czasie w myślach kilka potencjalnych planów działania. Na siedem różnych schematów, zaledwie w jednym założył, że Larien faktycznie pozostawi Różdżkę w spokoju. Gdy białowłosy elf wyszedł ze szpitalnego pokoju, Darren rozmawiał już przez krótkofalówkę, wydając polecenia oddziałowi antyterrorystycznemu. Jedynie na moment podniósł wzrok na Armanda - tym razem w możliwie obojętnym wydźwięku.
Zdystansował się; dokładnie tak, jak powinien zrobić oficer FBI. Kwestia moralna wysyłania rannego na ryzykowną misję, została, siłą rzeczy, zepchnięta na dalszy plan.
- On idzie ze mną. - rzucił niebieskowłosy agent do jednego z podchodzących do nich policjantów - Jack! Zwołaj z posterunku najlepszych ludzi. Za dziesięć minut wszyscy mają być na miejscu! - przysunął krótkofalówkę bliżej ust, kontynuując swoje komendy - Reszta do wozów, już, jazda! Obstawić budynek, i nie strzelać bez rozkazu!
Przyspieszył kroku, gdy szli korytarzem. Znowu był w swoim żywiole. Żadnych zbędnych emocji. Tylko taktyka. Tylko chłodny umysł.
- Dobra, Larien. - zwrócił się do Armanda - Plan jest taki. Nie dajesz się zabić.
Wsiedli do wozu Kandomere'a. Elf uruchomił syrenę na dachu czarnego Cadillaca i ruszył z miejsca, a wraz z nim przygazowały też cztery czekające na parkingu policyjne Chevrolety.
*
Zahamowali z piskiem opon. Służby antyterrorystyczne już czekały. Policjanci przegrupowywali się. Kandomere jednak jeszcze nie wysiadał, wyciągając i ładując glocka.
- Potrafisz strzelać? - zapytał oszczędnie Armanda - Mam zapasową broń.
W niczym nie przypominał już tamtego funkcjonariusza, który pokazywał troskę i ludzkie uczucia. Darren znowu był zimny i skoncentrowany na celu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Czw Cze 07, 2018 12:17 am

Armand nie czuł się źle. Nic go nie bolało, głowa mu nie latała, był całkiem przytomny i - gdy w końcu uwolniono go od wszystkich rurek, maszyn i innych medycznych sprzętów, podniósł się na nogi bez większego kłopotu. Oczywiście, wiedział czym to było spowodowane: lekami. W chwili, gdy minie działanie wszystkich przeciwbólowych i przeciwzapalnych, będzie znacznie mniej szczęśliwy i gotowy do walki z wszystkimi magami miasta.
Musieli kuć żelazo póki gorące.
Dokument podpisał bez zawahania, chociaż najpierw dokładnie go przeczytał. Tekstu nie było wiele, ale... ze służbami nigdy nic nie było pewne. To mogła być próba wykorzystania jego słabości i zdobycia podpisu pod oświadczeniem, którego nieoficjalnie nie wypowiedział na głos. Jeśli wszystko dobrze pójdzie... w ogóle nikt nie posądzi go o nawet kontakt z Kandomerem, a co dopiero samą różdżką...
Ubrał się szybko, sprawnie, chociaż ze szczególną ostrożnością, by przypadkiem nie rozerwać sobie świeżych szwów. Przy okazji przyjrzał się swojej sylwetce w lustrze, dochodząc do wniosku, że z tej akcji musi wyjść bez szwanku, inaczej może faktycznie nie dożyć do wschodu słońca. Trzymał się zaskakująco dobrze, biorąc pod uwagę nie tak dawny stan agonalny... ale to wcale nie oznaczało, że wszystko było z nim w porządku. Nie, ani trochę, znaczną część ciała wciąż miał pokrytą sińcami, a głębsze rany wciąż były wyraźne, chociaż całkiem dobrze zasklepione (biorąc pod uwagę czas, jaki miały na zrośnięcie się). Magia i medycyna potrafiły zdziałać cuda - ale, tak jak mówił Kandomere, ich możliwości też były ograniczone.
Jasnowłosy wsadził dłonie do kieszeni, wychodząc z pomieszczenia i rozglądając się uważnie po korytarzu, szybko odnajdując wzrokiem agenta i kierując się w jego stronę. Był jego przepustką - zarówno na wolność, jak i różdżkę.
- Nie będę ponawiać głupich błędów - zapewnił elfa, wywracając odruchowo oczami. Jasne, bo uwierzy, że agentowi zależy na jego życiu. Zapewne najkorzystniejszą dla Kandomere'a opcją było zdobycie artefaktu i kompletnie przypadkowa śmierć cywila, najlepiej z ręki Infernich. Tak, by nie można było go posądzić o zawinienie, a jednocześnie w ten sposób, by pozbył się problematycznego złodziejaszka. Armand nie miał żadnych złudzeń na tym polu - ani w najmniejszym stopniu nie ufał towarzyszowi.
Na całe szczęście, wierzył w jego profesjonalizm. Przynajmniej - chwilowo.

***

- Potrafię. Oszczędziłbym sobie jednak podejrzeń, że zabiłem któregoś z waszych. Przepraszam: z naszych. - Wzruszył ramionami, uśmiechając się wąsko, z ewidentnym przekąsem.
Dawniej należał do Infernich. Potrafił walczyć wszystkim, co mógł znaleźć pod ręką - ze szczególnym naciskiem jednak na magię. To właśnie ją zamierzał wykorzystać, nie broń Kandomere'a. Moc w jego rękach była niesamowicie precyzyjnym narzędziem - i chociaż wolał uniknąć zetknięcia się ze swoimi byłymi kompanami, poczucie obowiązku wygrywało z niechęcią.
- Jaki jest plan? - spytał, opierając się łokciami o kolana i wpatrując z uwagą w siedzącego obok niego mężczyznę. - Gdzie - i czego - mam się trzymać?
Armand instrukcji zamierzał się trzymać - rzecz jasna - tak długo, jak będzie mu to na rękę i ani chwili dłużej, wolał jednak poznać oczekiwania swojego towarzysza, który zarówno był dla niego w tym momencie najistotniejszą osobą. Bez niego nie osiągnie założonych sobie celów. Bez niego może zginąć, zanim zdąży wyjść z pojazdu.
Był potężny, ale nie uczestniczył wcześniej w akcji służb specjalnych - a przynajmniej nie takich. Ciężko uznać Infernich czy Tarczę Jasności za zwykłych przedstawicieli obrony prawa (i obywateli). Każda z tych frakcji działała w zgoła odmienny sposób i Armand był tego aż za bardzo świadom. Jakby tego było mało, wyjątkowo to on był cywilem. Musiał zdać się na dowodzenie kogoś innego - i wolał jak najszybciej i najdokładniej dowiedzieć się tego, czego po nim oczekiwano. Może i nikomu nie ufał, ale póki co był pewien, że Kandomere wie, co robi. Elf niewątpliwie był profesjonalistą, miał doświadczenie i znał się na swojej robocie. Najlepiej było mu w tym nie przeszkadzać - im łatwiej i szybciej dostaną się do różdżki, tym łatwiej i szybciej Larien będzie mógł ją odnieść do bezpiecznego miejsca.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Czw Cze 07, 2018 1:21 am

Na oświadczenie o umiejętności korzystania z broni palnej Kandomere uniósł na Armanda ciężkie do sprecyzowania spojrzenie.
Zdawał się dłuższą chwilę walczyć sam ze sobą, ale bez słowa wyciągnął zapasową broń i dodatkowy magazynek, po czym przesunął je w kierunku cywila.
- Plan jest taki: wszędzie chodzisz ze mną. Trzymasz się z tyłu. Nie atakujesz bez rozkazu i nie podkładasz się Infernim. - uściślił Kandomere, chowając swoją broń na miejsce i w międzyczasie sprawdzając dane z policyjnego tabletu na temat lokalizacji poszczególnych oddziałów. - Najpierw idziemy po Montehugh'a. Jest magiem, jak ty, ale jest też starszym człowiekiem i ma nadal na karku jednego Inferniego. Dyskwalifikujemy tego Inferniego na wstępie. Następnie: namierzamy resztę Infernich, jeżeli są w pobliżu. Naślę na nich antyterrorkę, Montehugh będzie wtedy pilnować tyłów. Wkraczamy do bunkra, jeżeli damy radę. Będziesz, razem z moim partnerem, odpowiedzialny za zdjęcie zabezpieczeń. Ponieważ nie wiem, co spotkamy na dole, pójdzie z nami paru ochotników z policji. - wyjaśnił plan, włączając na prostokątny ekran plan bunkra, i szybko studiując jego korytarze. - A teraz... przejdźmy do bardziej istotnych kwestii. - mruknął, znowu unosząc wzrok, i odchylając się na fotelu. Popatrzył na Lariena, odrywając się na chwilę od chaosu planowania i rozporządzania, by jego przekaz był możliwie jasny i klarowny dla odbiorcy.
- Armandzie. - zaczął bezpośrednio, wolniej dobierając słowa. - Żadnego bohaterstwa. Żadnej osobistej zemsty. Masz się mnie pilnować i nie wychylać nosa, dopóki nie będzie to absolutnie niezbędne - powiedział w bardziej przystępny, i mniej żargonowo policyjny sposób - Jeśli okaże się, że leki przestają działać, masz mi o tym powiedzieć. Jeśli okaże się, że kręci ci się w głowie, lub dzieje coś niepokojącego, masz mi o tym powiedzieć. Jesteś po końskiej dawce środków przeciwbólowych, i może ci się wydawać, że wszystko jest w porządku. Nie jest. - zaznaczył, a jego mina świadczyła dokładnie o tym samym - W przypadku takiego problemu, odprowadzę cię tutaj, pod ochronę policji.
Zacisnął zęby, niemal niezbicie pewien, że Armand go nie posłucha, a przynajmniej go zaraz wyśmieje. Kandomere popatrzył w bok, na szarą ścianę budynku, próbując przegonić sprzed oczu wizję tego, jak kilka godzin wcześniej widział go umierającego.
To wspomnienie bardzo gryzło się z tym, co widział teraz. Kiedy drobne smugi światła dostawały się przez szybę auta, i opadały na włosy Lariena, w jakiś taki subtelnie zmysłowy sposób, którego starszy elf nie mógł teraz zdzierżyć.
Kolejne wspomnienie: z sali szpitalnej, kiedy Armand się przebudził, i kiedy Darren skonstatował niemal w zaniepokojeniu, że nigdy dotąd nie widział równie fascynującego widoku, gdy budził się ktokolwiek, kogo obserwował.
I potem znów wspomnienie z brudnego, ciemnego zaułka. Krew. Dużo krwi. I spryskane nią szczątki zapomnianego budynku.
Agent był pewien jednego. Widząc ten obraz ponownie- na żywo- tym razem do końca przestałby wierzyć w jakąkolwiek dobroć świata.
Znów spojrzał na Lariena. Na moment. Jedynie drobny ułamek sekundy.
Wolał go zapamiętać takim, jak był teraz. Nie wcześniej, i nie później, jeśli miało wydarzyć się coś złego.
- Jeśli nie masz pytań, to możemy już wychodzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Czw Cze 07, 2018 10:12 pm

Dostał broń. Tego się nie spodziewał.
To znaczy, tak, z jednej strony to było całkiem oczywiste, ale z drugiej... Wprost odmówił i zrobił to z pełną świadomością ewentualnych konsekwencji. Wybrał, jak to się mówi, mniejsze zło i nie oczekiwał, że Kandomere zdecyduje się jednak mu zaufać i dać swój zapasowy pistolet. Czy może... To nadal była gra?
Larien wpatrywał się z uwagą w mężczyznę siedzącego obok niego, szukając na jego twarzy jakichkolwiek oznak, świadczących o tym, że mężczyzna go wrabia. Jak dobrym aktorem był agent? Wyglądał na naprawdę skonfliktowanego, dając mu broń... ale może to był trik? Może tylko udawał, by potem móc go wrobić... albo nawet zabić?
Słuchał go z uwagą, już zauważając lukę w planie starszego elfa. Zdecydował się jednak wysłuchać go do końca, tak na wszelki wypadek, by móc potem wytknąć wszystkie błędy, a nie tylko skupić się na jednym, być może nawet najmniej istotnym.
Podniósł palec do góry, gdy mężczyzna skończył z pierwszą częścią wypowiedzi. Przypominał lekko drwiącego uczniaka, który tylko czeka na moment, by przyczepić się do czegoś, czego jego nauczyciel nie przemyśli. Nie dlatego, że traktował Kandomere'a jak idiotę i tylko czekał na jego potknięcia - kierował się raczej wewnętrznym protestem wobec bezsensownych sugestii.
- Czekanie na znak, że mogę coś zrobić, prawie na pewno sprawi, że zginę. Albo ty, albo ktoś z twoich cennych ludzi. Kontrola kontrolą, ale to bez sensu. - Wzruszył lekko ramionami, zakładając dłonie na piersi i spoglądając w twarz mężczyzny bezczelnie.
Słowa dotyczące bezpośrednio jego osoby, skwitował kwaśnym uśmiechem. Nie wierzył mu. Nie wierzył i to było wyraźnie widoczne zarówno w wykrzywieniu warg, chłodnym spojrzeniu i zamkniętej postawie. Nie tylko miał skrzyżowane nogi i ręce, ale też maksymalnie oddalił się od mężczyzny, opierając plecami o przeciwległe drzwi samochodu. Nie wyśmiał mężczyzny - ale tylko i wyłącznie dlatego, że nie sądził, by ten mówił poważnie. Gdyby taka myśl chociaż przeszła mu przez głowę... cóż, wtedy zareagowałby w jeszcze inny sposób.
Nie przywykł do tego, by ktoś szczerze się nim przejmował. Zawsze był tylko potrzebny. Przydatny bardziej żywy, niż martwy. Przydatny w stanie nienaruszonym, wypełniony magią i wolą działania.
Agent mógł tak mówić, ale... Tak naprawdę zapewne nawet by nie spojrzał na niego drugi raz, gdyby zobaczył go trafionego na ziemi.
W to przynajmniej wierzył jasnowłosy.
- Jasne, jak chcesz. Nie mam żadnego personalnego nastawienia do tej sprawy. - Wzruszył lekko ramionami, zaraz się poprawiając. - Pomijam w tym momencie ludzi. I tak nie widziałem, kto konkretnie doprowadził mnie do takiego stanu. - Stwierdził przesadnie lekkim tonem, przez co łatwo można było się domyślić, że wciąż gdzieś tam go boli fakt, iż to właśnie gang niemagicznych sprawił, że niemal zginął. Nie planował jednak bezmyślnie siać zniszczenia. Miał dwa konkretne cele: uratować partnera Kandomere'a i zdobyć różdżkę. Zapowiadały się wystarczająco ciężko, nie potrzebował dodatkowych dystraktorów.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Czw Cze 07, 2018 11:24 pm

- Możesz atakować w samoobronie, ale nie atakuj bez pozwolenia, aby zabić. Takie mamy prawo. - powiedział obojętnie Kandomere - Możesz również podjąć środki zaradcze w przypadku ochronienia innej osoby, nadal nie może to jednak być zabójstwo.
Zbył milczeniem ironiczne uśmiechy elfa, uświadamiając sobie z niechęcią, że było coś, czego nie potrafił, i nie powinien robić: Kandomere nie mógł ratować kogoś na siłę. Niektóre rzeczy po prostu się przydarzały, bo miały się przydarzyć, i nawet najbardziej chwalebne chęci nie sprawiłyby, żeby los potoczył się jakkolwiek inaczej. Tak zresztą zginęło jego dwóch poprzednich policyjnych partnerów.
Typowa elfia buta i ograniczony osąd wpakowały ich w naprawdę paskudną śmierć. I Kandomere to widział. I nie mógł im pomóc w absolutnie żaden sposób.
Darren zmrużył oczy, wyrzucając z głowy resztki wrażliwości.
Były dwa powody, dla których pozostanie obojętnym opłacało mu się bardziej. Po pierwsze: elf nie potrafił zbalansować swojego zawyżonego poczucia obowiązku ze zwyczajnym ludzkim zachowaniem. Nie znał półśrodków, więc albo starał się być wobec kogoś dobry, albo musiał pozostać obojętny, w przeciwnym wypadku wszystko zaczynało się sypać. Psychiatra powtarzał mu już nie raz, że bez równowagi będzie w ciągłym rozdarciu, i choćby uratował wszystkie miasta i wszystkie elfy świata, w żaden sposób nie przywróci mu to stabilizacji. Powiedział też jeszcze jedną mądrą rzecz: nawet, jeżeli będziesz się starał najlepiej jak umiesz, nie jesteś w stanie pomóc każdemu. Po prostu nie, bo to niewykonalne.
Kandomere potrafił być zimny i sarkastyczny. Potrafił idealnie wpasować się w charakter swojej rasy. Ale co z tego, skoro po akcjach dopadał go kac moralny, i jedynym sposobem na nie- myślenie było zapijanie poczucia winy kolejnymi butelkami whiskey.
- Wychodzimy. - zarządził typowo policyjnym tonem, wyjmując krótkofalówkę i pytając o namiary Montehugh'a. Po krótkiej wymianie zdań wydał jeszcze kilka poleceń oddziałowi antyterrorystycznemu i zarządził rozpoczęcie akcji.
Zdawało się, że spasował. Larien nie chciał jego pomocy, i Kandomere przyjął to z absolutnym spokojem. W zasadzie, to całkiem ułatwiało sprawę. Larien nie życzył sobie żadnej dodatkowej ochrony czy uwagi, zaś Darren daleki był od robienia mu na złość.
Ani nie miał na to siły, ani motywacji.
Bo niektóre rzeczy po prostu musiały się zdarzyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Sob Cze 09, 2018 12:24 am

I weszli. Rozpoczęli akcję. Dla Lariena cały proces opanowywania budynku był wręcz fascynujący. Nigdy nie widział służb specjalnych w akcji, a przynajmniej nie od tej strony, gdy był ich częścią i nie miał za zadanie pozbawić ich życia, czy też odpowiednio wywieść w pole. Wszystko wydawało mu się fascynująco… ustrukturyzowane. Kolejni ludzie biegali w równych szykach, porozumiewali się za pomocą okrzyków bądź odpowiednio skomplikowanych znaków dłońmi, nacierając na bunkier dokładnie tak, jakby robili to już setki razy i mieli opanowane wszystkie możliwe rozwiązania.
Oczywiście, elf był świadom, iż jego wrażenie było wyłącznie tym – pozorem, zaobserwowanym przez laika, który w tym konkretnym momencie nazbyt optymistycznie ocenił siły, po których stronie akurat był. Prawda oczywiście wyglądała zupełnie inaczej i wiązała się z ryzykiem, że wszystko w każdym momencie może szlag trafić.
Póki co jednak nie trafiał.
Armand przemieszczał się tuż za Kandomerem bez większych kłopotów, pomimo niedawnych, poważnych obrażeń, nie odczuwając trudu pokonywania kolejnych przeszkód. To również było złudzeniem, stworzonym przez medykamenty, które musiały w końcu przestać działać – póki mógł, korzystał jednak z dobrego samopoczucia, wyprostowany, w odpowiedniej pozycji, z załadowanym pistoletem w dłoniach przemieszczając się za niebieskowłosym niczym jego drugi cień.
Dopóki mógł, dopóty nie korzystał z magii. Nie chciał tego robić. Wiedział rzecz jasna, że większość czarodziejów lubiła używać swoich mocy przy byle okazji, często by się pochwalić, a zwykle dlatego, że po prostu tak było wygodniej. Szybciej. Praktyczniej. Dla niego jednak… magia była czymś bardziej skomplikowanym. Darem, którego nie należało wykorzystywać bez umiaru. Z nadmiaru potęgi były same problemy.
Od momentu odejścia… czy raczej, ucieczki od Infernich, niemal nie używał swoich mocy. Sprawiały, że przypominał sobie o czasach, o których wolał zapomnieć. Wywoływały zbyt wiele wątpliwości.
A on, jak skończony idiota, zaoferował swoje usługi agentowi FBI i zamierzał mu nie tylko pomóc, ale też zetknąć się ze swoimi dawnymi kompanami. Doprawdy, w tym dniu nie podejmował żadnych rozsądnych i sensownych decyzji.
Spojrzał na Kandomere’a, gdy zatrzymali się, dociśnięci plecami do budynku. Starszy mężczyzna szukał wzrokiem swojego partnera – Larien natomiast pozwolił sobie na przesunięcie spojrzeniem po jego sylwetce. Po raz pierwszy w życiu miał obok siebie w pełni uzbrojonego agenta, z którym nie musiał walczyć. Mógł bez obawy o własne życie, czy misję, obejrzeć go sobie, odnotować ostrość chłodnego spojrzenia, umięśnione ramiona, palce trzymające pewnie broń, zaciśnięte w wąską linijkę usta i rozpuszczone luźno włosy. Przez głowę Armanda przebiegło głupie pytanie – czy mężczyźnie nie przeszkadzały w walce te niebieskie pukle?
...Potrząsnął lekko głową, odwracając spojrzenie od towarzysza. O czym on w zasadzie myślał? Sam też miał długie włosy i jakoś nigdy…
Aaa, bez sensu – zirytował się na siebie w duchu, poprawiając uchwyt na pistolecie. Głupie rozważania, kompletnie oderwane od rzeczywistości, do niczego dobrego nie mogły doprowadzić. Wzięły się znikąd i tam też powinny wrócić. Miał ważniejsze sprawy na głowie, niż rozważania o elfie, który niewątpliwie wykorzystał go tylko po to, by osiągnąć swój, zresztą dosyć wygórowany, cel. To, iż ten sam mężczyzna, wcale nie tak dawno temu uratował mu życie, było… nieistotnym szczegółem, na którym nie powinien się skupiać.
- No i gdzie on jest? - spytał na granicy słyszalności, wbijając spojrzenie w okolice prawej kości policzkowej Kandomere’a.
Musiał się skupić na zadaniach. Pomoc w uratowaniu partnera. Odnalezienie różdżki. Ucieczka. Odniesienie artefaktu do bardziej bezpiecznego miejsca. Koniec. Małe, jasno zarysowane cele.
Chciałoby się... – pomyślał z przekąsem.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Wto Cze 12, 2018 2:27 am

- Dobre pytanie. - mruknął w pełnym skupieniu Darren - Powinien już tutaj być, ale chyba coś go... opóźniło. - agent skrzywił się nieznacznie, i sięgnął po krótkofalówkę, by dopytać Montehugha o szczegóły, lecz w tym samym momencie rozległ się huk.
Inferni zorientowali się, że FBI chce dostać różdżkę przed nimi. Kawał sufitu przedarł się na wskutek wstrząsu od zaklęcia, a potem runął w dół. Następnie błysnęły zaklęcia. Tynk, gruz i kurz uniosły się w powietrze, wywołując chaos.
- Cofnąć się! Jazda! - Kandomere zgarnął oddział w tył, celując bronią w miejsce, z którego ktoś miotał klątwami.
Słychać było wrzaski, pojawiła się krew. Bardzo szybko początkowa formacja rozsypała się na pojedyncze osoby, które za wszelką cenę próbowały odeprzeć atak.
Zapowiadało się źle. Infernich było przynajmniej trzech - to znaczy trzech, nie licząc tego, który zajmował Montehugha.
- Przegrupować się! Wróg na czwartej! - warknął Darren, czując już, co się święci.
Inferni przygotowali zasadzkę.
- Armand, strzelaj bez rozkazu. - zarządził szybko, przechodząc do defensywy. - Zrób cokolwiek, byleby nie zwalili na łeb całego budynku, okej? - rzucił przez ramię, odrywając się na moment od strzelaniny, by upewnić się, że Armandowi nic nie jest - No, do roboty!
Poganianie magów nie należało do najbardziej wymaganych zachowań, ale Darren nie miał specjalnego wyboru. Jakkolwiek Larien się nie czuł, w tej sytuacji jedynie połączenie sił mogło dać im jakąś przewagę.
Krótkofalówka milczała zawzięcie, i w którymś momencie, przez zgiełk strzelaniny i dźwięku zaklęć, Kandomerowi przyszło na myśl, że mogła zamilknąć na dobre.
To nie była zwyczajna misja. Choć zapowiadało się nudnym poszukiwaniem złodzieja, niechcący rozwścieczyli gniazdo os. Elf puścił czarodzieja samego. To był pierwszy błąd.
- Grupa C, oczyścić przejście! - zarządził, kiedy ostrzał osłabł - Ruchy!
Drugim błędem było zwlekanie. Może i agent chciał dobrze, ale za bardzo ufał w siły Montehugha. Jakby nie patrzeć, czarodziej był od niego starszy; a lata Darrena już nie liczyły się w dziesiątkach - i pomimo supernowoczesnych eliksirów, sprawność człowieka na pewno nie mogła równać się z pełnym sił Infernim.
Larien pokazywał, na co go stać. Darren chronił go w tym czasie przed ostrzałem Inferniego schowanego w głębi, który tworzył bardzo paskudne klątwy i próbował ciskać nimi w najmniej spodziewanym do tego momencie.
Grupa C rozrzuciła po ziemi stalowe okręgi i wycofała się, kiedy z zaklętych urządzeń wydobyły się strumienie laserów. Dwa błyski czerwonego światła później betonowa ściana, która zawalała przejście, pękła na małe kawałki.
- Naprzód! - zarządził zdeterminowany Kandomere, mając coraz mniej nadziei na odnalezienie starego przyjaciela - Chronić lewą flankę! Zdejmcie tego skurwiela z góry! - wykrzykiwał kolejne komendy, znajdując w bitewnym chaosie niemal zupełny spokój myśli.
Montehugh nie żył. Takie były fakty. Teraz należało ograniczyć straty, odnaleźć różdżkę i odstawić Lariena w bezpieczne miejsce, żeby rządowi nie zamknęli go do końca jego nieśmiertelnego życia w jakiejś obskurnej celi. Kandomere nie zdążył poczuć smutku. Wyrzucił z głowy myśli o Montehughu i skupił się na Armandzie.
Padło dwóch Infernich. I większa część policji.
Darren rozproszył się na chwilę. Białowłosy elf ciskał zaklęciami, sprawiając wrażenie, jakby był to jakiś taniec; nic trudnego, niemal błahostka, nie zaś śmiercionośna walka. Pomimo obrażeń poruszał się z typową ich rasie gracją, ale siła jego zaklęć z pewnością typowa nie była. Jakby w zwolnionym tempie Armand uniósł dłoń, i Kandomere po prostu patrzył w zupełnej ciszy, jak promień światła strzela w trzeciego Inferniego, i przepala go na wskroś. I musiał przyznać, że mu to zaimponowało.
Minęła chwila względnej ciszy.
- Został jeszcze jeden. - powiedział ostrożnie agent, kiedy nagle w jego krótkofalówce rozległ się głos Montehugha - Kan, odbiór! Mam problem! Piętro wyżej, przyłaź tu, do cholery! Długo go już nie utrzymam! - po czym przekaz się urwał, zagłuszony potężnym hukiem dochodzącym z góry.
- Larien, lecimy do niego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 675


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Sob Cze 23, 2018 12:41 am

Otrzymał rozkaz. W zasadzie już kolejny, ale ten uderzył w młodego elfa dosadniej, ponieważ nie tylko dawał mu – niemal – nieograniczoną wolność, ale też został wypowiedziany w momencie, kiedy wciąż jakaś jego część była skupiona na, nie oszukujmy się, podziwianiu agenta w akcji. Armand niemalże mu zasalutował z tego wszystkiego.
Rzeczywistość jednak wymagała uwagi, więc białowłosy w końcu musiał do niej powrócić i zabrać się za dokładnie to, czego robić już od dawna nie chciał, a do czego sam, całkowicie dobrowolnie, się zgłosił.
Korzystając z okazji, wypełnił jednak polecenie dosłownie – zamiast atakować problematycznych Infernich, wzmocnił część fundamentów i ścian budynku, pomagając sobie szeptami i ruchami dłoni, świadom zagrożenia wynikającego z ewentualnej pomyłki, a jednocześnie pozbawiony obaw, iż mógłby sobie z czymś nie poradzić. Był magiem z wyższej półki, który spędził większą część życia na szkoleniach i może był szczeniakiem, ale za to zabójczo niebezpiecznym szczeniakiem. Jeśli Kandomere wcześniej go nie doceniał, to widząc sprawność Armanda w akcji musiał zrewidować swoje poglądy. W końcu, po wzmocnieniu budynku, przyszła kolej na krzywdzenie dawnych współbraci. Elf nie mógł powiedzieć, by go to szczególnie cieszyło, ale nie miał też wiele przeciwko tej sytuacji.
Ostatni Inferni gdzieś zniknął – i na chwilę zapanowała cisza. Larien odgarnął włosy z twarzy, obrócił się na pięcie i spojrzał pytająco na agenta. Co dalej? - pytał bezgłośnie, niechętny do hałasowania w sytuacji, gdy nie był pewien położenia wroga. Powinni jak najszybciej się przemieścić, znaleźć tą cholerną różdżkę i zniknąć, a nie czekać, aż więcej Infernich przybędzie i zmiecie ich z powierzchni ziemi. Armand może i był diabelnie dobry w magii, ale był też już zmęczony, a jego ciało zaczęło sobie przypominać o ostatnich doświadczeniach.
Uniósł brew wysoko, słysząc oświadczenie mężczyzny. Doprawdy? – zdawał się pytać z przekąsem i charakterystyczną dla ich rasy wyniosłą złośliwością, ale wciąż się nie odezwał. Huk zresztą by całkiem go zagłuszył, cokolwiek zdecydowałby się zwerbalizować.
Skinął głową energicznie, natychmiast ruszając do przodu, nie czekając tym razem na agenta, a jedynie licząc, że dotrzyma mu kroku i będzie w stanie odpowiednio go chronić od tyłu. Nie mieli czasu – skoro ludzki mag tak długo utrzymywał w odpowiedniej odległości Inferniego i wciąż go nie zabił, musiał być wyczerpany. Każda sekunda była na wagę złota, jeśli chcieli wyciągnąć go z tego pobojowiska żywego.
Jasnowłosy przeskakiwał nad kolejnymi trupami mniej zwinnie niż poprzednio – wciąż z gracją, ale czegoś w jego ruchach brakowało. A dokładniej, czegoś było w nadmiarze. Bólu. Z chwili na chwilę zszyty bok pulsował coraz mocniej, co znaczyło, iż czas Armanda również był ograniczony. Tym gorzej.
Zacisnął zęby, przyspieszając kroku i – na wszelki wypadek – rzucając kilka zaklęć na boki, ignorując iż zdradza ich pozycję, ale ubezpieczając jednocześnie, że nikt z zaskoczenia nie rąbnie w nich potężną dawką mocy.
Zatrzymał się nagle, obrócił, chwycił Kandomere’a za ramię i wymamrotał przez zęby jakieś zaklęcie, tym razem pomagając sobie wypowiedzianymi słowami, by na pewno ból czegoś nie wypaczył. Od razu zaczęli się unosić do góry, prosto do wyrwy w suficie. Szkoda było czasu na bieganie do schodów.
- Zabezpieczaj - wycedził, nie tracąc więcej oddechu, tworząc z jednej strony dużą, magiczną tarczę – pozostawiając drugi bok w gestii swojego towarzysza i jego pistoletu.
Gdy tylko pod ich nogami znalazł się grunt, opuścił zaklęcie, tylko wzmocnił uścisk na ramieniu mężczyzny i pociągnął go w stronę, skąd doszedł ich wcześniej huk. Montehugh musiał być gdzieś w pobliżu, podobnie jak Inferni. Armand musiał być pewien, że trafi w odpowiedniego – ale też i tego, że nie zostanie uznany za wroga i nie dostanie zaklęciem od mężczyzny, którego powinien uratować. Do tego służyła mu obecność funkcjonariusza FBI.
Dostrzegł wroga w tym samym momencie, w którym został dostrzeżony – nie miał więc okazji na żadne przygotowania. Opuścił momentalnie tarczę, popchnął za siebie Kandomere’a i wykrzyczał zaklęcie, wręcz modląc się, by zdążył. By okazał się szybszy od elfki, którą znał od dzieciństwa i która nauczyła go naprawdę wielu rzeczy związanych z wykorzystywaniem mocy.
Ten dzień naprawdę był koszmarem.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
ArkashDon't Fuck With Me Seme
avatar

Data przyłączenia : 28/10/2017
Liczba postów : 451


Male


PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   Wto Sie 28, 2018 10:24 pm

Larien z pewnością wiedział, co robi. Nie zachowywał się jak młokos, miał doświadczenie w zwalczaniu Infernich. Zaimponował agentowi, nie tylko umiejętnościami, ale i zaradnością. Dobrze się z nim współpracowało. Niemal tak, jakby Armand sam przeszedł policyjne przeszkolenie. Równie dobrze się uzupełniali w walce. Zaskakująco dobrze, przynajmniej tak, jakby była to ich piata czy szósta akcja w terenie, nie zaś pierwsza, jak to było naprawdę.
Cała sytuacja nabrała nagle dużo szybszego tempa, niż agent w ogóle przewidywał. Miał już do czynienia z ciężkimi sytuacjami, widział i śmieć, i wojny aż w przesadnym nadmiarze... Jednak to, co się działo, było zaledwie ułamkami sekund. I trzeba w nich było jeszcze zareagować. Kiedy namierzył w końcu ostatnią Infernią, nie poczuł jednak absolutnie żadnej ulgi; nie pomyślał, że oto będą mieć w końcu zwycięstwo. Przeciwnie- założył, iż ostatni wróg będzie najcięższy do pokonania, skoro tyle czasu udało mu się samodzielnie przeżyć. Nie bagatelizował elfki, która zajęła Montehughowi aż tyle czasu. Kiedy Larien wykrzyczał zaklęcie, Darren wykorzystał okazję jej rozproszenia i rzucił jej pod nogi mały granat elektryczny. Nie mieli czasu na kolejne batalie. Ich siły wyczerpywały się zbyt szybko.
Nastąpił huk i kolejny błysk, a potem Darren przeturlał się za najbliższą osłonę i spróbował namierzyć w chmurze pyłu swojego starego przyjaciela.
Maga nie było niestety nigdzie na horyzoncie nowego pobojowiska. Albo był ranny, i leżał gdzieś na ziemi, albo też bardzo zmyślnie się ukrył, bo nawet elfi wzrok nie potrafił wychwycić jego obecności. Może dlatego w sekundę później Darren postanowił wpakować w Infernią parę kulek z trzymanej w gotowości broni. Montehugh mógł przecież poczekać, skoro i tak Darren nie mógł mu teraz pomóc. Kilka strzałów później elfka leżała w kałuży krwi. Larien dopomógł agentowi, ciskając w nią jakieś zaklęcie, więc można było wstępnie uznać, że nie przeżyła tego ataku.
- Montehugh? - Kandomere wyszedł zza muru i ostrożnie podszedł do ciała, upewniając się, że Infernia nie uzdrowi się nagle, lub nie wybuchnie razem z resztą budynku, w którym byli - Montehugh, odezwij się...
Posłał Armandowi szybkie spojrzenie i skonstatował, że białowłosy elf wyglądał, jakby był na skraju wyczerpania. Musieli się szybko zbierać. Zdawało się, że przynajmniej dwie osoby w tym pomieszczeniu pilnie potrzebowały bliskiego spotkania ze szpitalnym leczeniem.
- Armand, w porządku? - Darren ruszył z miejsca, zaczął przeszukiwać pomieszczenie, zabezpieczając broń - Jak się trzymasz?
Niebieskowłosy elf znalazł w końcu swojego starego druha; czarodziej leżał na ziemi, ogłuszony, zdawało się, jednak nie nieprzytomny - kiedy zauważył Kandomera, wymamrotał pod nosem najpierw coś, co przypominało ,,ała" a potem spróbował podnieść do siadu, trzymając ręką za zranioną głowę.
- Ouuuh, Darren, to była jakaś masakra... - poskarżył się, kiedy elf pomagał mu wstać - Za stary już na to jestem, zdecydowanie... Chyba wezmę wolne... - umilkł, widząc Armanda, i potarł skroń, jakby obawiał się, że ma zwidy - Eee... A ten to kto?
- Pomaga nam. - uciął krótko Darren, wyprowadzając maga poza największe gruzowisko i idąc powoli w kierunku Lariena - Pięknie rozprawia się z Infernimi, ha, może powinniśmy go zatrudnić. - zażartował, i posłał elfowi bardzo szczery i pełen ulgi uśmiech - Montehugh, to jest Armand Larien. - przedstawił go - A teraz, drodzy panowie... Któryś zechce namierzyć Różdżkę, zanim zleci się tutaj cała dzielnica?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Bright: utracona potęga   

Powrót do góry Go down
 
Bright: utracona potęga
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Spin-off-
Skocz do: