CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pon Paź 15, 2018 5:09 pm


Wszystko jedno, wszystko jedno.
Bierz go, jedz go, kiedy leży jak drewno.
Niechaj wejdzie wewnątrz, wpuść go wewnątrz.
Prosto w krew, serce i sedno.
Wszystko jedno.

EMIL KAMIŃSKI|22 LATA|STUDENT WYDZIAŁU WZORNICTWA NA ASP|PRACOWNIK BUTIKU|KOREPETYTOR

ALEKSANDER "OLEK/SIWY" MALINOWSKI|22 LATA|DRES|MECHANIK SAMOCHODOWY
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pon Paź 15, 2018 7:53 pm

Warszawska Praga była urokliwa jak rozjechany kot. Ani mniej, ani więcej. Szczególnie, kiedy robiło się szaro, a dotychczasowe, normalne życie gdzieś zamierało, przywołując wysyp zombie w ortalionie, zbyt ciekawskich na każdym kroku, łakomi odpowiedzi na pytanie o to, co masz w kieszeniach, w którym kierunku spoglądasz i czy masz jakiś odwieczny problem, który chcieliby za wszelką cenę rozwikłać. Surowe, brutalne budynki stawały się jeszcze mniej przyjacielskie, stali bywalcy podrzędnych, osiedlowych pubów dalej tkwili na swoich miejscach, jakby wrośli tam na stałe. Pan Zenek jak każdego dnia, pytał co słychać i czy da radę poratować piątką, wszystkim znany Andrzej palił śmierdzącego peta, przyparty o zimny mur obdartego bloku. Grupki kibiców radośnie przekrzykiwały się wymyślnymi obelgami, a alarmy samochodów hucznie wypełniały ciszę, splątane dźwiękiem przejeżdzających aut.
Emil mieszkał tu od urodzenia. Zdążył przywyknąć do specyfiki tego miejsca i zasad tu panujących, co nie oznaczało, że zawsze je całkowicie akceptował. Przebywał tu przez zasiedzenie; jak człowiek z syndromem sztokholmskim, który nie może rozstać się z oprawcą. Po pierwsze, było tu tanio - przy drobnej pomocy rodziny, wynagrodzeniu za pracę i drobne zapłaty za korepetycję, mógł wynajmować małe, dość obskurne mieszkanie dwa bloki dalej od rodziców. W dalszych planach miał nawet poszukanie współlokatora, ale powiedzmy sobie szczerze: kto normalny chciałby mieszkać na głębokiej Pradze, w budynku, gdzie po wejściu uderzała gościa masa wlepek z krzykliwymi napisami. Jebać Wisłę. Na ten przykład.
Nawet, jeśli czynsz był o połowę mniejszy, niż na normalnych dzielnicach.
Sam Emil był dość osobliwy. Jego ciotka swojego czasu miała kota Perskiego o imieniu Emil. Do tej pory nie odważył się spytać rodziców, czy owe zwierze dało inspirację dla jego imienia. Miał dwadzieścia dwa lata i studiował wzornictwo, chcąc zostać projektantem. Kiedyś. Był gejem, co wyrażał chyba całą cząstką siebie, lub po prostu wysyłał odruchowo taki sygnał. Ubierał się swobodnie, modnie, czasami pedalsko, jak to zazwyczaj określali "koledzy" z osiedla. A koledzy z osiedla, bardzo nie lubili pedałów. Bardzo.
Nie tolerowali też niczego, co w jakikolwiek sposób odbiegałoby od ich hermetycznego otoczenia, od gromady ubranych w dresy młodziaków, którzy za wszelka cenę chcieli obić komuś mordę dla rozrywki. Na tym podole zniszczenia i wzajemnej destrukcji, zbyt kobiece rysy twarzy, ambicje większe niż skończenie zawodówki czy, broń Panie Boże, inna orientacja, działała jak płachta na byka.
Kamiński dostawał ostry wpierdol. Dość często, chociaż na tyle rzadko, by ciągle nie chodził z rozbita wargą czy sinym policzkiem. Nie potrafił się bić - mierzył metr siedemdziesiąt w kapeluszu, był chudej postury i za bardzo dbał o wygląd swoich kostek, by próbować sił z osiłkami z dzielnicy. Nie skarżył się. Znosił zaczepki z dumą, niestety często pyskując i prowokując swoich rozmówców. Szczególnie jednego z nich, który to utrudniał mu życie odkąd tylko pamiętał.
Troche weszło mu to w codzienność. Ot, zupełnie jakby sytuacja przyparcia do muru i uderzenia w twarz wpisywała się w kalendarz jego dnia. Było to do przeżycia, a on ewidentnie nie chciał zniżać się do ich poziomu.
Kiedyś, może za rok albo dwa, zdoła uzbierać wystarczająco dużo pieniędzy, by się stąd wynieść. Ale jeszcze nie teraz. Teraz walczył o swoją godność, nie pozwalając się stłamsić.
Tego wieczoru było przepięknie. Jesień dopisywała, było ciepło i nawet po zajściu słońca, Emil pozwolił sobie na zdjęcie płaszcza, by nie zapocić się na amen. Wracał z pracy, pod pachą trzymając projekty na uczelnię, po drodze wstępując do sklepu po drobne zakupy typowego studenta. Ubierał się też ekstrawagancko. Jasne kolory, dziwne kroje, często niemal damskie, jak te dziwne fatałaszki z Paryskich domów mody.
Szybka odpowiedź na wiszące w powietrzu pytanie: Nie. Nie wtapiał się w tłum.
Skręcił w uliczkę, będąc na ostatniej prostej do swojego bloku.
- No no, wielkie pedalicho! - znany mu głos sprawił, że Emil zwolnił, chociaż nie zatrzymał się. Misiek, Michał, Mały, nie pamiętał dokładnie. Wiedział tylko, że zaraz dołączy reszta jego grupki, snująca się po osiedlu bez większego celu. Świadczyło to też o tym, że w telewizji nie leciał żaden mecz. Dni meczy, były dla Kamińskiego dniami świętego spokoju.
- Co tam masz? Sukieneczki? Hehehe - drugi z chłopaków zrównał z nim krok, trzymając peta między wargami. - Ej, Siwy! Twój kolega! - rzucił jeszcze, popychając Emila na pobliską ścianę i wyrywając mu siatkę z dłoni. Pierwszym odruchem przyszłego projektanta było mocniejsze ściśnięcie teczki jak jakiegoś skarbu. Drugim natomiast było ciężkie, zmęczone westchnięcie. Poprawił okulary, spoglądając na trójkę chłopaków. Misiek, Michał czy tam Mały, ten drugi od peta i Siwy. Na tym ostatnim zawiesił wzrok dłużej, chłodny i zaciekawiony. W końcu co nowego mogli wymyślić? Już nawet zdołali wgnieść gumy do żucia w jego włosy, czego efektem było ścięcie długich, lśniących pukli.
- Jesteście strasznie zabawni. Malinowski, od kiedy działasz w kabarecie? - Emil uniósł brwi.
Któryś z nich gwizdnął, kolejny plunął mu tuż obok stóp.
- Ale dzisiaj zarobisz w beret. Siwy nie ma dzisiaj dobrego dnia - Misiek, Michał czy tam Mały zatarł tylko ręce, przystępując z nogi na nogę.
- On nigdy nie ma dobrego dnia, Sherlocku - burknął tylko Emil, zapominając ugryźć się w język.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pon Paź 15, 2018 10:34 pm

Trzypokojowe mieszkanie w Praskiej kamienicy przy ulicy Brzeskiej było domem dla rodziny Malinowskich od prawie trzech pokoleń. Wychował się w nim Stefan Malinowski, Wiesław Malinowski, a także i Aleksander Malinowski, syn Wiesława i wnuk Stefana. Więc kogo jak kogo, ale Malinowskich znali wszyscy. Kiedyś do jego dziadka przychodziło się na najlepszy bimber na Pradze. Odbywały się tam głośne libacje, zbierała się towarzyska śmietanka. Ta tradycja przetrwała nawet po śmierci seniora. Jego syn przejął po nim schedę, wobec tego mieszkanie Malinowskich wciąż pełne było żulerii, która za kilka groszy mogła kupić buteleczkę samogonu, albo po prostu napić się z Wieśkiem. Aleksander wychowywał się więc w otoczeniu wesołej patologii, ale nie znał innego życia i właściwie, nawet za nim nie gonił. To znał, to było jego, własne, choć czasem ciężkie i brudne. Dzięki niemu, Aleksander nie wyrósł na pizdę, a to było najważniejsze. Bo wśród chłopaków z dzielnicy inność była tępiona gorzej niż karaluchy. Wyrósł więc na chłopaka z dzielni, co nosi trzy paski, słucha rapu, skończył zawodówkę i jest prawowitym obywatelem Polski.
Był na osiedlu znany i traktowany z respektem. Oczywiście nikt nie pamiętał, że Aleksander ma na imię Aleksander, on nawet sam o tym zapominał i przypominał sobie jedynie, gdy musiał podpisać jakiś dokument, co zdarzało się rzadko. Był Olkiem dla siebie oraz rodziny i Siwym dla ziomów. Tak więc Siwy był swój chłop. Kibicował Legii, obijał mordy za krzywe spojrzenie i nie robił ziomków w chuja. Ale najbardziej Siwy słynął nie ze swojego całkiem oględnego ryja, na który leciały loszki, czy też stalowych jaj i twardej pieści, która zostawiała fioletowe lima na twarzach. Nie, Siwy słynął z nienawiści do pedałów. Tępił cioty co dzień i od święta, żadnemu nie przepuszczał. Jak tylko trafiał na jednego, to już więcej taki nie pokazywał się na Brzeskiej. Miał doskonały powód żeby pałać nienawiścią do ciot - był jedną z nich. Oczywiście o tym nie wiedział nikt. Siwy dobrze się krył, właściwie, kryjąc się nawet przed sobą, tak bardzo kłamiąc sobie w żywe oczy, że był w stanie się do tego przekonać. Bicie pedałów było jedynie środkiem zaradczym, który pomagał mu utrzymać poziom nienawiści na takim pułapie, by nawet mu do głowy nie przyszło zbliżyć się do cioty po coś innego niż spuszczenie wpierdolu. Co więcej, miał swoją dupę, Kingę Nowak, Kinię, jak nazywały ją psiapsiółki; niebrzydką szatynką, nieco głupawą i naiwną, ale lubiła anal, a to było niezbędnym kryterium, by zadowolić Siwego. Wobec tego Siwy brał swoje loszki od tyłu, rzadko bawił się cyckami, ale loszki miał, z loszkami się woził i loszki wyrywał, a to wystarczyło, by nikt nie nabrał podejrzeń. I tak to życie się toczyło na tej pięknej, Warszawskiej Pradze. Swoim tempem, nieśpiesznie, czasem nawet nudno, nic więc dziwnego, że dresy szukały zaczepki.
Tego wieczora, zjebany po robocie Olek, wyszedł z domu żeby zapalić z ziomkami w bramie. Obskurna, śmierdząca moczem, a jednak znajoma i jakby własna, była ulubionym miejscem spotkań.
- Ale chujowo - odezwał się Misiek, barczysty łysol ze szramą na policzku, który był z ich trójki najwyższy. - Nudzę się jak chuj. Poruchałby. Może byśmy skoczyli do Paradajsu, wyrwali jakieś dupy?
- No poszedł by, ale wyjebałem się z kasy - rzucił smętnie szczurowaty chłopak, wdzięcznie nazywany Łysym. Teraz jego dumną łysinę zasłaniał kaptur białej bluzy.
- Nigdzie nie idę, jutro mam robotę. - Siwy burknął, zaciągając się szlugiem. Może nawet by poszedł, ale nie miał ochoty skakać wokół jakiejś świni i wypierdalać kasy na piwo, żeby dała się bzyknąć. Poza tym, nie miał chęci na ruchanie, a na pewno nie z jakąś nieznajomą loszką.
- Ale chujowo - powtórzył Misiek, opierając się plecami o ścianę bramy. Westchnął ciężko, zrezygnowany. I gdy zdawało się, że tego wieczora nie wydarzy się nic ciekawego, do bramy wszedł Kamiński z tym swoim pedalskim wyglądem, prosząc się o wpierdol samym istnieniem.
Malinowski nie zauważył go w pierwszej chwili, i dopiero zakrzyknięcie Miśka, skupiło jego uwagę na niewielkiej postaci dawnego kolegi. A i owszem, znali się z Emilem od małego, ale kolegami to nie byli już od dawna. Czasy, kiedy wymieniali się resorakami w piaskownicy i siedzieli razem w ławce, minęły bezpowrotnie. Może, gdyby Emil nie obnosił się tak ze swoim pedalstwem wszystko byłoby inaczej, ale w pewnej chwili z równego ziomka zmienił się w kompletną ciotę. I za nic miał przypominanie mu, że już do Brzeskiej nie pasuje.
Olek wciąż dziwił się, dlaczego ten głupi pedał się stąd nie wyniesie. Był jak karaczan. Ile by go nie prali po mordzie, on otrzepywał się i szedł dalej. I wracał, zawsze wracał. Po tym jak rozeszli się do innych średnich szkół, Olek myślał, że Emil wyniesie się z Pragi, ale on został nawet po pójściu na studia.
Przypomniała mu się rozmowa ze starą, po ostatnim razie, kiedy spuścił wpierdol Kamińskiemu.
- Znów pobiłeś Emila... Jego matka mi się skarży. Przecież przyjaźniliście się w gimnazjum.
- Pedał jest, niech wypierdala.
Skonsternowana matka załamała ręce, bo niby pedał, studiuje sobie te pedalskie rzeczy i swoją matkę martwi, ale nic nikomu złego nie robi, zupełnie inaczej niż jej własny syn.
- Ale to dom jego jest. Jak twój. Może on te Pragę kocha?
- Pewnie w dupę, bo jest pedał.
- Olek!
- No co? No jest, a ty dobrze wiesz, że tu nie ma miejsca dla takich jak on. Jakbym ci powiedział, że jestem pedał, to byś mnie na zbity pysk nie wywaliła? Ja się dziwię, że jego stara go trzyma. On się powinien wynieść dla jej i swojego dobra.
Matka nic nie powiedziała, popatrzyła jedynie smętnie za okno, bo gdyby okazało się, że jej Oluś woli facetów, to przecież byłby koniec świata. I choć bardziej zaczęła współczuć Grażce, matce Kamińskiego, to jednak pomyślała też, że może jej Oluś to tak ten wpierdol spuszcza z dobroci serca? Coby się biedny Emilek nauczył i męczyć dalej nie musiał? Jednak wpierdol, to nie z dobroci serca był spuszczany, a ze strachu i niechęci, ale o tym mamusia nie musiała wiedzieć.
Olek spojrzał na Kamińskiego spod byka i zaciągnął się mocno, niemal przypalając filtr szluga, którego trzymał między kciukiem i środkowym palcem. W półmroku bramy, papieros rozżarzył się jak węgielek w ognisku. Siwy wypuścił dym i uśmiechnął się okrutnie, z wprawą strzelając niedopałkiem w Kamińskiego. Papieros uderzył w pierś mężczyzny i rozsypał się iskierkami zanim spadł pod jego stopy i zgasł zupełnie w plwocinie jednego z ziomków.
- Co się, kurwa, lampisz? - warknął. Zmrużył oczy, wciskając ręce w kieszenie bluzy. - Dawno wpierdol nie dostałeś, że tak pyszczysz, pedale? - Znał go, widział tysiące razy, a jednak im starsi byli, tym bardziej Kamiński wydawał się Olkowi dumny, i tą swoją butą strasznie go wkurwiał. Patrzył mu w twarz jakby się nie bał, jakby chciał dowieść, że ma prawo, że to tak samo jego brama jak i ziomków.
Takiego wała.
Tymczasem Łysy wcisnął łapę w siatkę i grzebiąc w niej chwilę, wyciągnął zapakowaną w sklepowy papier, kiełbasę. Zarechotał, obierając ją z papierka.
- Ciota kupiła sobie kutasa do zabawy! - Zamachał kiełbachą, wywołując śmiech Miśka i Siwego, który poniósł się echem w trzewiach bramy. Łysy zbliżył się do Kamińskiego i poklepał go wędliną po policzku. - Lubisz to. Lubisz dostawać kutasem po mordzie, co, cioto? - Uderzał go raz po raz, rechocząc i najwyraźniej doskonale się bawiąc.
Siwy wyciągnął rękę i gwałtownym, szybkim ruchem wyrwał Emilowi teczkę z pod pachy.
- A tu ma pewnie pedalskie porno - wyszczerzył się złośliwie, wyciągając zawartość.


Ostatnio zmieniony przez Lost dnia Wto Paź 16, 2018 11:15 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Wto Paź 16, 2018 7:56 am

Faktycznie, Olka znał długo. Pamiętał go jeszcze z czasów, kiedy dłubał w nosie siedząc w piaskownicy, a wszystko co wykopał wpychał do gęby, łącznie z piaskiem. Ich rodzice mieli dobry kontakt, jak typowi osadnicy Brzeskiej, kiszący się we własnym sosie. Matki zsynchronizowane jak w szwajcarskim zegarku, tłukły w niedziele schabowe, w tygodniu zaś plotkując pod klatką schodową lub na herbacianych popołudniach, zazwyczaj u Grażyny w domu. Ojcowie natomiast przekrzykiwali się o to, który rocznik Passata jest lepszy, dlaczego drużyna piłkarska jest tego roku tak słaba lub, że jebać Pis - tych złodziei pierdolonych, w międzyczasie opychając przepyszny bimberek Malinowskiego.
Mieszkanie Kamińskich, stare, jeszcze w klimacie typowo PRLowskim, gdzie ktoś jakby przypadkiem wstawił nową pralkę czy telewizor, było miejscem spokojniejszym. Z tego powodu to tam kobiety grzały dupy przy cieście, kiedy ich wspaniali mężowie, głowy rodziny, upadlali się u Malinowskich, po drugiej stronie ulicy, dokładnie klatka w klatkę.
Emil z okna swojego pokoju widział salon Malinowskich, nawet za gówniarza tworząc z Aleksandrem coś w rodzaju tandetnego, słabego łącza z kawałka grubego sznurka, który przerzucili przez ulicę. No, który probowali przerzucić. Pomysł przyświecał im genialny, ale wykonanie nie przeszło. Sznurek nie doleciał nawet do połowy ulicy, uderzając w dach nadjeżdżającego samochodu.
Relacje ich rodzin, w żaden sposób nie rzutowały na kontakty ich dzieci. Jeszcze te kilka lat temu, kiedy siedzieli w jednej ławce, dość często odrabiali razem zadania z Przyry i ganiali po podwórku, będąc jeszcze pokoleniem, które więcej frajdy miało na trzepaku, niż z nosa w ekranie telefonu.
Gdyby ktoś spytał Emila, co dokładnie się spierdoliło, pewnie nie znałby odpowiedzi. W pewnej chwili dopadł go bunt dorastania, zaczynał dojrzewać, a razem z tym ukształtowały mu się poglądy i seksualna świadomość. Nie ulegał wpływom łatwo, toteż zamiast czapeczki z daszkiem, tej z najnowszej, dresiarskiej kolekcji, on wolał na święta książki. Książki, filmy, pierwszą maszynę do szycia, nowe ubrania z sieciówek, koniecznie te w fiolecie, bo fiolet akurat był modny i do tego konkretnie w tym odcieniu.
Matka była załamana, ojciec wkurwiony. Rodzeństwa nie miał, więc cała uwaga zawsze spoczywała na nim.
- Nie wiem, o co chodzi Emilowi. Taki czas, wiesz. Zobaczy, że chłopaki ubierają się inaczej, to sam tez zacznie. Jak nie, pasem dostanie i się skończy dzień dziecka - podsłuchał kiedyś Henryka, kiedy to wołał coś przez okno do swojego kumpla, jednego z miliona o tych samych twarzach.
Emil nie zaczął, a co więcej, nawet pas nie był w stanie go złamać. Brzeska nie rodziła ciot, nie wydalała z siebie takich chłopców. Bo tacy chłopcy to był wstyd przed sąsiadami, przed rodziną, a nawet przed ekspedientką w sklepie. Syn pedał był gorszy od zarazy, od trądu, więc trzeba było pasem go ozdrowić lub zamknąć w pokoju, aż nie zmądrzeje.
Matka więc płakała, szlochała, błagała, by się zmienił. Synku, otrząśnij się. Proszę. Bądź jak normalni chłopcy. Nie takiego Cię urodziłam. Ojciec bezzmiennie chodził podkurwiony, wygrażając, że wyrzuci go z domu za pedalstwo. Bo pedalstwa, mój drogi, w tym domu nie będzie. Koniec, kropka!
Odciął się od znajomych z podwórka, odnajdując lepsze towarzystwo w kobiecym gronie. Zmieniał kolor włosów, przyprawiając matkę o zawał, raz nawet pokazał się w kiecce, którą sam uszył. Bo on nie zamierzał być jak inni chłopcy. Za nic w świecie nie chciał upodobnić się do bezmózgich, szarych człowieczków, do tej zwierzęcej rasy, która nie miała sobą do reprezentowania nic, prócz brutalnej siły.
I po prostu - wolał mężczyzn. Pociągali go, kręcili, mamili. Okłamywanie samego siebie nie wchodziło w grę, żadne młode damy z bram, o wymalowanych za mocno ustach nie wywoływały w nim tego, co przystojny mężczyzna przechodzący obok.
Po skończeniu liceum, rodzice bardzo kulturalnie wyjebali do z chaty. Kochali go, w końcu jedynak. W dodatku zdolny, chociaż trochę dziwak. Szkołę ukończył z wyróżnieniem, same piątki i szóstki, nawet na to swoje wzornictwo się dostał, a Grażyna wiedziała, że na tą całą sztukę to jednak ciężko się dostać. Może też w swoim małym, ograniczonym mózgu ogarnęła, że gdzieś tam w Warszawie są chłopcy tacy jak on.
Wolała myśleć o tych studiach, jak o ośrodku specjalnym.
Dorzucali mu czterysta złotych na czynsz, resztę miał opłacić sam. Emil był zaradny, nie narzekał, a nawet cieszył się, że w końcu morda ojca zejdzie mu z oczu. Szybko znalazł pracę dorywczą, wystawił ogłoszenie o korepetycjach z francuskiego. Chętnych nie zabrakło, więc mieszkał sobie spokojnie, te dwa bloki dalej, rodziców odwiedzając co tydzień w sobotę. Matka chorowała, a matkę miało się tylko jedną.
I tak, jak za czasów mieszkania z rodzicami, gang Olka względnie powstrzymywał się od rozbojów na jego osobę, tak po przeprowadzce wszystko wzmogło na sile.
Patrzył na Olka ze zmęczeniem i lekką irytacją. Pal licho te zakupy, ich odebranie nie zrobiło na nim wrażenia, chociaż cały dzień marzył o dobrej jajecznicy na kiełbasie i cebuli.
Obrócił twarz, gdy aromatyczny wyrób masarski dotknął jego policzka, kiedy to Łysy docisnął mu ją do twarzy.
- Najwyraźniej wiesz lepiej, do czego służy kiełbasa. Może powiesz kolegom, jak prosiłeś, żebym zerżnął Cię w dupę? - Emil prychnął, wywołując w Łysym całą gamę emocji. Jakiś rozpierdol psychiczny, kiedy jego trybiki zaczęły szybciej pracować i Kamiński mógłby przysiąc, że słyszy charakterystyczny dla tego dźwięk.
- Ty chuju, pierdolony! - wrzasnął w końcu, dopadając Emila i przypierając go siłą do muru. Docisnął przedramię do jego szyi, aż zabrakło mu tchu.
- Mnie nazywasz pedałem, Ty kurwo, Ty?! Mnie?! Zasrany ciotarzu?! - krzyczał, a kropelki śliny opadały na twarz Emila jak mżawka. Oddech mu śmierdział tanimi petami i równie tanim piwem.
- Dojedź go! Siwy, słyszałeś? Łysy lubi w dupę, hehehe - Misiek zarechotał ze znana mu chrypką.
Pierwsze uderzenie padło nieoczekiwanie. Łysy, tylko podjudzony przez ziomeczka, nie mógł już kontrolować swojego gniewu. Pięć więc wylądowała na twarzy Emila, wyciskając z niego jęk bólu. Drugie uderzenie zrzuciło jego okulary na ziemię. Drogie okulary, jedna z dwóch najdroższych rzeczy jakie posiadał, nie licząc laptopa, którego otrzymał w ramach stypendium.
- Ej, Łysy! Bo się popłacze! Patrz, jaka farba mu z nosa poszła - Misiek odciągał kumpla za ortalion, krotko rozglądając się w koło, czy przypadkiem psiarnia się nie kręci.
Kamiński oddychał szybko. Twarz bolała go niemiłosiernie, a w ustach czuł metaliczny posmak własnej krwi. Drżał, cieszył się więc, że za plecami miał mur, o który mógł się wesprzeć. Gdyby chociaż potrafił siedzieć cicho, może nie raz udałoby mu się uniknąć konfrontacji. Ale nie. On masochistycznie musiał podkładać się najgorszej, osiedlowej grupie wsparcia.
- Skurwiel. Dobrze mu tak, niech wypierdala! Siwy, kura, ja nie lubię w dupę, serio - Łysy zaprzeczał szybko, mieląc jeszcze garść przekleństw w mordzie. Absurdalność całej sytuacji sięgała już zenitu.
Uderzenie jeszcze zniósł. Okej, morda nie szklanka, mówiąc ulicznym żargonem. Jednak kiedy Olek wyrwał mu teczkę, aż się poderwał, robiąc krok w kierunku chłopaka.
- Zostaw - warknął wściekle, tracąc resztki cierpliwości. Kolejny krok przerwał mu Misiek, łapiąc go za ramię.
- Oddaj. To ważne. Spuść mi łomot, jak chcesz, ale oddaj teczkę - głos, chociaż bardzo tego nie chciał, zabrzmiał desperacko, a to najwyraźniej było zapalnikiem do dalszych zabaw Łysego. Wyrwał teczkę Siwemu, rozrywając ją z łatwością.
- Co to za gówno? - rzucił, przeglądając projekty, jakieś fragmenty materiałów, kilkanaście stron mozolnie wypisanych kartek.
- Porno? - Misiek wychylił się zza Emila, dalej go trzymając.
- Nie. Jakieś śmieci. Chuj wie w sumie. Chyba się na to spuszcza - Łysy pogrzebał w kieszeni, wyciągając zapalniczkę. Emil oczami wyobraźni widział, jak jego perspektywa zdania jutrzejszego egzaminu, właśnie zamienia się w popiół.
- Proszę, nie. Zostaw to! Kurwa, zostaw! - krzyknął, szamocząc się energicznie. Łysy wzruszył ramionami, zerkając na Siwego. Nawet się nie zastanawiał, po prostu podpalił kilka kartek, czekając, aż reszta zajmie się ogniem.
- No, masz - rzucił palące się karki pod nogi Kamińskiego. Misiek złapał go za włosy, szarpiąc głowę w tył.
- Płaczesz? Dobrze. Pamiętaj, chuju, że nie ma tu miejsca dla takich jak Ty, co nie, Siwy? - Łysy plunął prosto w twarz Emila, zerkając zaraz na Olka.
- No, popraw mu i idziemy. Piwa bym się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Wto Paź 16, 2018 2:55 pm

Kiedy ziomeczki dogryzają sobie w swojej paczce, wyzywają od pedałów i ciot, jest spoko. Ale kiedy prawdziwy pedał wyzywa ziomeczka od cioty, sprawa jest wyższej wagi i zawsze kończy się rękoczynem. To jasne jak słońce i pewniejsze niż to, że po nocy wstaje dzień.
Siwy parsknął i po prostu patrzył jak Łysy w całej swojej okazałości jakichś siedemdziesięciu kilo, przypiera Kamińskiego do ściany, a ten, pała, jak zawsze stoi i przyjmuje ciosy zamiast się postawić. Znaczy, no, i tak nie miałby szans. Był jeden przeciwko trójce, ale może gdyby choć raz porządnie się wkurwił, chłopaki z dzielni nie gnębiliby go tak bardzo. Najlepiej gdyby Kamiński założył dres, wyparł się przy wszystkich pedalstwa i wypił z ziomkami piwo pod klatką. Może wtedy zyskałby trochę respektu, a tak, znów ma wpierdol.
Olek zarechotał razem z Miśkiem, radośnie kpiąc z tego, że ciota pojechała Łysemu, który, bardzo słusznie, wkurwił się nie na żarty. O honor swojej ciasnej dupy trzeba było dbać. Nikt bezkarnie nie mógł insynuować takich rzeczy.
Siwy nie ruszył się z miejsca nawet kiedy Misiek odciągnął Łysego od ofiary. Parsknął tylko, słysząc zapewnienia Łysego. Nie miało znaczenia, czy faktycznie brał w dupę czy nie, najważniejsze było czy Siwy mu wierzy, czy czasem nie zdecyduje się przez te plotkę, obić mordę ziomeczkowi. Ale ziomek ziomeczkowi zawsze wierzył. Słowo ziomka w porównaniu do słowa pedała, było świętością.
- Co się spinasz, Łysy? - zarechotał do niego. - Nie pluj się tak. Pierdol, co mówi ciota. Wyjeb mu i po sprawie.
Siwy nie cofnął się, kiedy Emil wyrwał się do przodu. Nie zareagował, choć nie codziennie widziało się w oczach Kamińskiego taki wkurw.
- Co się rzucasz? Porno jest nielegalne, robimy ci przysługę żeby cię suki nie dojechały. - Wyszczerzył się złośliwie i już miał spojrzeć na wyciągnięte z teczki kartki, ale Łysy, ten pojeb, wyrwał mu je z rąk.
- Ej, kurwa! - warknął - gdzie z tymi łapami? - Uderzył go w ramię, ale Łysy odskoczył w bok, szczerząc się głupkowato.
Podpalenie kartek, które oczywiście, nie były żadnym porno, a pewnie jakimś szajsem na te Emilowe pedalskie studia, wydało się Olkowi świetnym pomysłem. Skoro ból obitej gęby nie trafiał do cioty, to może świadomość zniszczonej pracy bardziej do niego przemówi?
Widząc jak Łysy na niego zerka, Siwy uśmiechnął się szeroko.
- Podpalaj to gówno. Zrobimy tu sobie małe ognisko - rzucił, kompletnie ignorując desperackie błagania Emila.
Półmrok bramy rozjaśnił jaskrawy płomień, który odbijał się w oczach oprawców jedynie podkreślając widoczne w nich okrucieństwo i bezmyślność. Ale to była chwila. Większość kartek szybko zgasła albo obróciła się w pył. Marne pozostałości legły na ziemi, u stóp ich właściciela.
Olek znów wetknął ręce w kieszenie bluzy i przygarbił się lekko, łypiąc spod byka na oplutego, zalanego krwią Kamińskiego.
I po co ci to było, debilu?
Jednak słowa Łysego sprawiły, że odwrócił wzrok od ofiary, a co więcej zmarszczył brwi i nabzdyczył się jak wkurwiony kogut.
- Spierdalaj, Łysy. Nie będziesz mi mówił co mam robić - fuknął i żeby nie wyjść na pizdę, odtrącił chłopaka na bok. Zaraz też złapał Kamińskiego za przód koszuli sprawiając, że szwy zatrzeszczały w proteście. Pomimo swoich wcześniejszych słów, kolanem sprzedał mu solidnego kopa w brzuch, a kiedy Emil zgiął się w pół, Olek nachylił się nad nim i groźnym szeptem warknął mu w ucho.
- Spierdalaj stąd. Brzeska to nie miejsce dla ciebie, cioto.
Misiek puścił pedała i popchnął go na wciąż tlące się kartki. Potem z godnością obciągnął swoją bluzę i plując obok Kamińskiego ruszył w kierunku podwórka. Łysy, dzisiaj wyjątkowo zaperzony, prawdopodobnie przez obelgę pod jego adresem, kopnął Emila gdzie tam trafił, zapewne wyciskając ze zmaltretowanego ciała kolejny jęk. Siwy, objął ziomka za kark i pociągnął w stronę podwórka.
- Ty weź, pojebie, bo go za mocno uszkodzisz i będziemy mieć psiarnie na łbie.
- Nie będzie mi się panoszył!
- Nie będzie - przytaknął Siwy, choć właściwie, był zupełnie innego zdania. Za dobrze znał Emila, by wierzyć, że ten w końcu sobie odpuści i wyprowadzi się z Brzeskiej. - Chodźcie, pójdziemy na jednego. - Wskazał kciukiem drzwi do swojej klatki, a potem puścił Łysego, naciągnął na głowę kaptur i odwrócił się, pozostawiając dawnego kolegę na zimnym bruku.
Nie miał wyrzutów sumienia. Emil był w mniejszości i jego zasranym obowiązkiem było się dostosować. Jeśli nie chciał, to musiał być gotowy na wpierdol. Jesteś z nami albo przeciw nam, takie były zasady.

Dni toczyły się rutyną. Z drzew opadło już większość liści, zrobiło się zimno i szaro. Brzeska ze swoimi odrapanymi kamienicami, wieczorami straszyła przechodniów jeszcze bardziej. Ziomeczki rzadziej wychylały nosy z melin, a i Olka dopadła jesienna melancholia. Chodził jakiś struty i wcale nie dlatego, że zerwał z Kinią, co według jego matki było powodem. Olek po prostu od dawna nie wpierdolił żadnemu pedałowi. Nawet nie trafiał ostatnio na Kamińskiego, a to już w ogóle było czymś niezwykłym. Czyżby ciota wyprowadziła się z Pragi? A choć to początkowo rodziło w Olku jakiś rodzaj dumy, to ostatecznie wprawiało go w trudny do określenia stan jednoczesnego wkurwienia i smutku. Ale co miał zrobić? Starał się żyć jak zwykle, poprawiając sobie humor okresowymi wypadami do Paradajsu.
Czas płynął. Niby do stycznia był jeszcze miesiąc, ale Ala, jego siostra, która w tym roku poszła do technikum, z francuza przynosiła same pały, więc widmo pały na półrocze ciążyło nad nią jak kat z toporem. Olka w ogóle to nie interesowało. Jego siostra, smarkula, zgrywała bystrzachę i wkurzała go niemiłosiernie chujową muzyką, którą puszczała. Jakimś metalem czy innym szajsem. Rosła na odszczepieńca, ale była ładna dupa z twarzy, już teraz urosły jej spore cycki, no i była jego siostrą, więc była nietykalna. Ale Olek wiedział, że ona na Brzeskiej nie zostanie. Tm bardziej więc nie wnikał w jej życie. Niby mieszkali razem, a jednak osobno. Dlatego kiedy matka zagadała do niego przed obiadem, nie wiedział, że zostanie wpakowany w jakieś gówno. Akurat siedziała w kuchni na taborecie i obierała ziemniaki do niedzielnych schabowych. Gdy Olek wszedł do kuchni zrobić sobie herbatę, odezwała się łagodnie.
- Oluś, wiesz, że Aleczce za dobrze w szkole nie idzie?
- No. - Olek nawet nie odwrócił się do matki. Wrzucał torebkę Sagi do szklanki.
- Więc z Grażką uznałyśmy, że jak ona ten francuski tak zawala, to jej Emil pomoże.
- No.
- Więc przyjdzie w poniedziałek po szkole do niej.
Olek zmarszczył brwi nagle zdając sobie sprawę z tego, co też matka w ogóle do niego mówi. Odwrócił się, marszcząc brwi.
- Zaraz, co? Ten pedał będzie mi się po chacie kręcić?
- Olek, to że on pedał, nie znaczy, ze nie umie uczyć. Podobno jest dobry z tego francuskiego. Opanuj się trochę, dla siostry.
- A ty się nie boisz, że on ją tym pedalstwem zarazi?
Matka zawahała się chwilę, aż na moment przerwała obieranie ziemniaków. Podniosła spojrzenie na syna.
- Ty w domu będziesz przecież, to go przypilnujesz.
- A jak mnie zarazi?
Matka pokręciła głową, uśmiechając się dobrotliwie, aż jej się kurze łapki przy oczach pogłębiły.
Więc gdy poniedziałkowego popołudnia ktoś zapukał do drzwi, Olek wiedział już kogo niesie. Otworzył, a jakże, pierwszy raz od wielu lat zamierzając wpuścić Emila do swojego domu, choć nie tak chętnie jak przed laty. Kiedyś bywali u siebie często. Można było powiedzieć, że nawet się przyjaźnili. Ale tamte szczeniackie czasy minęły bezpowrotnie, bo Olek nie bratał się z pedałami.
Otworzył drzwi szerzej, obrzucając sylwetkę Kamińskiego niechętnym spojrzeniem. Samym strojem go wkurwiał. Po cholerę zakłada na siebie tyle tego fikuśnego badziewia? Chłop był czy baba?
Olek miał na sobie białą koszulkę i szare dresowe spodnie. Nic nadzwyczajnego. Obcięte po męsku włosy w kolorze jasnego blondu, od których dostał ksywę, były w prawdziwym, męskim nieładzie, a nie przylizane jak u jakiejś pizdeczki.
- Właź - sapnął - Alki jeszcze nie ma, gówniara gdzieś się pewnie szlaja... - I patrzył jak Kamiński odwiesza płaszcz i zdejmuje buty. Rzadko miał okazję oglądać go w innych okolicznościach niż gdy spuszczał mu wpierdol, więc chcąc nie chcąc, gapił się. A gdy wzrok spoczął mu na zgrabnym tyłku opiętym pedalskimi jeansami, skrzywił się brzydko. - Do salonu - burknął, wyprzedzając chłopaka.
Dziwnie mu było patrzeć na Emila, dorosłego, siedzącego na starej kanapie w salonie (pełniącym też pokoju rodziców), na której kiedyś wygłupiali się razem, budowali forty z koców i poduszek i po prostu cieszyli dzieciństwem. To przywoływało stare wspomnienia, a szczególnie jedno, żenujące cholernie, kiedy podczas jednego ze szczeniackich, przyjacielskich sparingów, próbował go na niej pocałować.  
Sentymentalność nie przystawała takim jak on, dlatego żeby odgonić niechciane myśli, sięgnął po paczkę papierosów i zapalił jednego. Szare smużki unoszące się znad szluga, miały kolor jego oczu. Rozparł się na krześle, opierając kostkę prawej nogi o kolano lewej. Wydmuchując dym, łypnął na Emila spod byka, lustrując go nieprzychylnym, oceniającym spojrzeniem. Pozostałość po ciosie Łysego zbledła, ale wciąż była odrobinę widoczna.
Przez chwile siedzieli w milczeniu. Noga Olka zaczęła drgać w typowym, nerwowym geście, a oczy zmrużyły się bardziej.
- Ty to jesteś jakimś pojebanym masochistą, co? - wydmuchnął kolejną porcję dymu. - Po co się tu pchasz? Chcesz zgrywać dobrego pedzia? Moja głupia siostra i tak ma to w dupie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sro Paź 17, 2018 9:33 am

Bolało. Dopiero teraz, kiedy tamci powoli odchodzili, czuł jak pulsuje mu policzek i warga, a mdłości po uderzeniu w brzuch tylko się nasilają. Krew starł rękawem aksamitnej koszuli, spisując ją na ewidentne straty i ostatecznie ocierając też resztki śliny Łysego. W uszach huczały słowa Olka, nie do końca jednak wiedział, czy była to przestroga, czy może dobra rada pełna litości nad jego kiepskim położeniem.
Cofnął się. Krok, dwa, aż do momentu w którym nie poczuł za plecami ściany. Była mile chłodna i dawała swojego rodzaju opokę, więc zsunął się po niej wolno, dopiero gdy ucichły kroki ziomeczków, mogąc odetchnąć i pozwolić sobie na pokazanie słabości.
Zgarnął pęknięte okulary i niechętnie spojrzał na dwa tygodnie ciężkiej pracy, spalone na popiół, leżące kilka centymetrów dalej. Miał ochotę krzyczeć głośniej niż kiedykolwiek. Wydłubać oczy Olkowi za brak rozumu, za zniszczenie jego starań, jego zarwanych nocy, kiedy to ślęczał nad projektami wspomagany litrami mocnej kawy i mentolowymi papierosami, podczas kiedy oni po prostu żyli, starali się przetrwać, nie mając nadziei na nic więcej, niż wypicie parszywego browara w bramie.
Teraz natomiast on stracił chęci, nawet na podniesienie się z ziemi. Wygrzebał więc paczkę fajek i wsunął jednego pomiędzy wargi, nawet go nie odpalając. Zamiast tego roześmiał się głucho, histerycznie.
Nie zabrał ze sobą zapalniczki.

Siniaki powoli mijały, podobnie jak jesienne dni na Pradze. Emil wyciągnął z szafy cieplejszy płaszcz, chowając swoje ulubiony, lżejszy, w kolorze butelkowej zieleni. Podkręcił też kaloryfery, najpierw je odpowietrzając, bo żeberkowy grzejnik za nic nie chciał odpalić za pierwszym razem.
Nie spotykał ani Olka, ani Miśka, ani też Łysego. Nosa z chałupy nie wyściubiał, chyba, że musiał iść do pracy, a to z kolei odbywało się na tyle wcześnie, że szanse spotkania kogokolwiek były zerowe. Wypracowywał nadgodziny, jednocześnie starając się napisać jeszcze raz pracę na zaliczenie, która kilka dni temu, w widowiskowy sposób spłonęła jak Warszawska tęcza. Wracał więc późno, trochę naokoło, powoli odrzucając w niepamięć przykry incydent. Wykreślił ze wspomnień swoich oprawców, wracając do typowej dla siebie obojętności, jakiegoś magicznego środka, na spokojne życie na Pradze.
W dni bardziej deszczowe i spowite zółtą otoczką liści, bywał senny i rozleniwiony. Długie godziny przesiadywał pod kocem, z kubkiem herbaty, czytając albo po prostu wegetując i pozwalając odpłynąć myślom, w otoczeniu centymetrów krawieckich, ściętych beli materiału i niezliczonej ilości szpulek nici, które walały się po podłodze, a którymi bawił się kot przybłęda, którego Emil wdzięcznie nazywał po prostu Kotem.
Był zły i sfrustrowany, ale ani złość, ani frustracja nie brała się przez pogodę. Za każdym razem kiedy w głowie pojawiał mu się obraz Olka, szlag go trafiał i krew zalewała. Niby kolejny, masochistyczny epizod na Brzeskiej już zamknął, to jednak dalej nie przyswoił danej mu lekcji, chociaż owa dumna Brzeska z całych sił waliła go linijką po paluchach, dając surowe reprymendy.
- Matka chce z Tobą porozmawiać - usłyszał chłodny, mało zainteresowany głos ojca, w telefonie podczas jednego z szarych i burych piątków. Mówił tak, jakby dopiero przypomniał sobie o synu, którego posiada, będąc jednocześnie lekko zdziwionym, że tamten w ogóle telefon raczył odebrać. - I przyjdź jutro. Rozchorowała się. Ale mielone robi. Dobre, lubisz - dodał. Młody Kamiński słyszał w tle głośny dźwięk telewizora, jakiś mecz, gdzie komentator z ekscytacją opisywał toczącą się piłkę.
- Myhym - przytaknął, bo i rozwodzić się nad odpowiedzią nie zamierzał. Był kochającym synem, i miłość do swojej matki posiadał, poza tym, w soboty zawsze ich odwiedzał, chociaż ten detal mógł umknąć ojcu, wiecznie siedzącemu w salonowym fotelu z browarem w łapie, jak ten Kiepski, tylko, że nie z Wrocławia, a z Warszawy. Usłyszał tez szum, kiedy stary oddawał telefon, jakiś zgrzyt, aż w końcu zachrypnięty od fajek głos mamy.
- Synku, Emilku - zaczęła. Chyba zaciągała się papierosem, bo przez chwilę zapadło milczenie. - Malinowska u mnie była, wiesz, od Olka, pamiętasz. Ciocia Jadzia - dodała, zupełnie jakby Kamiński miał jakieś problemu z pamięcią. Emil na ostatnie słowa wykrzywił wargi w karykaturze uśmiechu. Cioci Jadzi nie nazywał ciocią już od lat, ale faktycznie miało to miejsce za dzieciaka, kiedy jadał pomidorówkę w kuchni Malinowskich po szkole.
- No i wiesz, że ona ma córkę, Alunię. W gastronomiku siedzi. Jadzia wspominała, że ma problemu z Francuskiego, a Ty przecież taki poliglota, dobrze mówisz, prawda, Syneczku? - oczami wyobraźni widział uśmiech Grażynki. Bo gdyby nie ojciec i te sąsiadki, to i pewnie zrozumiałaby dlaczego jej syn jest lekko inny. Przecież nie raz naprawiał jej sukienkę, jak się spruła. Na święta zrobił taki płaszcz, że ta Wieśka spod piątki, aż jej zazdrościła. Dumna była, ale zastraszona. A bólu i ciężkiej ręki męża się bardzo się bała.
- No tak. Znam Alkę - przytaknął Emil, podpierając telefon policzkiem do ramienia, by wolnymi dłońmi przerzucać poły materiału, ułożonego na kuchennym stole. Było to dużo powiedziane - Alka była odrobinę młodsza, przez brak kontaktu z Olkiem raczej nie mieli wieku sposobności do rozmów. Ale witali się podczas mijania na ulicy, wysyłając sobie lekki, porozumiewawczy uśmiech. Oboje tu nie pasowali, ale tkwili tu i płynęli z prądem. Jej uśmiech przypominał jej uśmiech Olka, kiedy był młodszy i kiedy jego twarz wyrażała o wiele więcej, niż ogólne wkurwienie.
- Spytała, czy może być nie pomógł, to powiedziałam, że pomożesz. Dobry chłopak jesteś. Alka same pały przynosi, no nie umie. To co, Emilku? Kilka godzin, może coś załapie. To dobra dziewczyna, mądra jest. A z Olkiem od Jadźki się trzymałeś dobrze - powiedziała to na takim wydechu, że Emil myślał, że się zapowietrzy. Albo ona, albo on.
- Mamo...- zaczął, ale Grazyna przerwała mu. Szum, zgrzyt, gasiła papie rosa w popielniczce.
- Ja wiem, że teraz już się nie kolegujecie. Trochę się różnicie, ale Alka nic nie zrobiła. Ciocię Jadzię lubisz. Też nie mają tyle pieniędzy, to może za połowę ceny?
Wyprostował się i potarł twarz dłonią, bezwdzięcznie wzdychając. Chyba ten sentyment do starych czasów, fakt, że Jadźka, chociaż z lekka fałszywa, to jednak zawsze starała się być dla niego miła sprawił, że zgodził się dość niechętnie. Na własne, jebane życzenie, wpychał się z butami do paszczy lwa.
- Jutro robię mielone, przyjdź.
- Przyjdę.

W poniedziałkowy poranek czuł się tak, jakby ktoś znowu przywalił mu pięścią w brzuch. Uświadomił sobie, że jest duże prawdopodobieństwo spotkania Olka, nawet, jeśli to nie do niego konkretnie szedł z wizytą. Łudził się jednak, że może znowu będzie gdzieś z kumplami, lub po prostu zaszyje się w swoim pokoju, nie racząc nawet wystawić głowy.
Przygotował potrzebne materiały, jakieś wydrukowane strony podręczników do francuskiego, zestaw ćwiczeń dla początkujących, łapiąc się na tym, jak bardzo przeciąga w czasie swoje czyny. Dawno nie było go w domu Malinowskich i chyba ten fakt przerażał go bardziej, niż ewentualne spotkanie młodego Malinowskiego.
Strój wybrał raczej bezpieczny; oprócz przesadnie obcisłych spodni, zdecydował się na jasną koszulę, szary płaszcz i szalik. Na nosie miał posklejane starannie okulary, które zamierzał wymienić gdy tylko otrzyma kolejną wypłatę. Jasne, dłuższe kosmyki włosów, nawet jeśli uczesane, pod wpływem jesiennego wiatru rozwiały się w nieładzie, otulając zaróżowione policzki.
Stał pod ich drzwiami długo, aż w końcu zdecydował się by zapukać. Widok Olka nawet nie przeraził go specjalnie mocno, chociaż czuł pewien rodzaj zawodu, szczególnie dostrzegając jego niechętny, mało przyjazny wzrok. Był chwilę wcześniej, więc na informację o braku obecności Alki, tylko skinął głową, wchodząc do znanego sobie przedpokoju, który chyba nie zmienił swojego wyglądu, odkąd Malinowscy tu zamieszkali.
Zdjął buty i płaszcz, szalik wciskając w rękaw, podążając do salonu, by usiąść na kanapie. Właśnie tego trochę się bał. Konfrontacji z przeszłością, uderzenia o realia, jakie teraz trwały. Kto by pomyślał, że siedzący na przeciwko siebie młodzi mężczyźni, różniący się absolutnie wszystkim, kiedyś przepychali się na kanapie, nie widząc między nimi barier. Olek barier widział najmniej, szczególnie pewnego popołudnia, kiedy zbliżył się zdecydowanie za bardzo.
Incydent był jednokrotny. Głupie, szczeniackie sparingi, pod nawałem poduszek i koców, usta Olka blisko jego własnych, jego własne uczucie, które pojawiło się po raz pierwszy, jakiś rodzaj fascynacji i niecierpliwości na coś, co nigdy nie nastąpiło. I możliwe, że gdyby był trochę starszy, gdyby wtedy nie spanikował i nie uciekł, wiele rzeczy mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej.
Ale to było kiedyś, dawno, zanim Olek nie zdefiniował samego siebie. Nie był już chłopcem, którego lubił przyjacielsko przytulać. Nie był już dla niego nikim.
Nie patrzył na Olka, rozglądając się jedynie po pomieszczeniu. Stare zdjęcia na komodzie, które jeszcze pamiętał za gówniarza, teraz jakby wyblakły, chociaż ani jedna ramka się nie zmieniła. Okna wymagały umycia, a kanapa na której siedział miała to samo obicie co kilka lat temu. Czul na sobie wzrok Aleksandra, więc wolno, chociaż mało chętnie, również utkwił w nim wzrok, zaciskając wargi.
- Nie przyszedłem tutaj do Ciebie - powiedział w końcu ze zmęczeniem, ale o dziwo spokojnie i bez prowokacji w głosie. - Jak dla mnie, mogłoby Cię piekło pochłonąć. Wyświadczam przysługę Twojej matce, to wszystko - wyjaśnił, krzyżując ręce na ramionach w obronnym, butnym geście.
- Nie mam ochoty na Twoje towarzystwo i widok Twojej gęby. Bierze mnie obrzydzenie na myśl o tym, kim jesteś. Na myśl, że jesteś tak bardzo zacofany w swoim myśleniu, że ciężko Ci przyjąć do wiadomości fakt, że może nie chodzić tutaj o Ciebie - zsunął z nosa okulary i pomasował lekkie odciski po ich noskach.
- To Ty jesteś skurwielem, nie Twoja matka, czy siostra - ponownie uniósł na niego wzrok, patrząc w szare, zimne oczy. Jego własne też z biegiem lat straciły dziecięcy błysk, chociaż zachowały ładny, niebieski odcień, przepełniony chłodną kalkulacją.
- Powinieneś być z siebie dumny, Aleks - zmrużył powieki. Aleksem dawno go nie nazywał, nie nazywał go wcale od wielu, wielu lat. - Praca, którą spaliliście przekreśliła moje szanse na kolejne stypendium. Zniszczyliście moja ciężką pracę, tylko dlatego, że sami macie gówno do zaoferowania. Boli Cie to, że mam odwagę być sobą, w przeciwieństwie do Ciebie, Olku, przywódco gangu, osiedlowy oprychu, którego jedynym osiągnięciem jest ruchani Kariny? - prychnął. Odetchnął i pokręcił lekko głową, chyba nawet oczekując na cios albo napadł złości ze strony drugiego. Szczerze, miał to już gdzieś. I jego, i jego pięści i jego wyzwiska. Przynajmniej będzie miał pretekst, żeby stąd spierdolić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sro Paź 17, 2018 11:34 am

To, że Emil przyszedł tu dla Alki, nie dla niego, było oczywiste. Dlatego Olek obdarzył go pełnym kpiny spojrzeniem, mówiącym coś w stylu "wiem, idioto". Jednak najwyraźniej, to nie wypomnienie tego było zamiarem Emila, a wylanie jakiegoś morza żalu, którego Olek kompletnie się nie spodziewał. Oczywiście to, że Kamiński był pyskaty, wiedzieli wszyscy na dzieli, ale to, że pyszczył nawet będąc w domu tego Siwego, było jakimś kolejnym levelem pyskatości.
Zaciągnął się ostatni raz i zgasił niedopałek w popielniczce, skupiając się w całości na nie swoim gościu.
- Co ty pierdolisz? Gdyby chodziło o mnie, to byś tu nie przychodził - zauważył, jakże roztropnie. Wydawało mu się, ze tak powinno być. Emil powinien unikać wpierdolu, a nie się po niego pchać.
- No raczej, że nie są skurwielami. Co ty tu ćwiczysz, Kamiński, co? - burknął, czując jak skacze mu ciśnienie, ale to nie niechęć Kamińskiego ubodła go najbardziej.
Obco brzmiące imię, a jednak jego własne, wymawiane znajomo brzmiącym głosem, choć nieznajomym tonem. Przedziwne to było uczucie. Olek skrzywił się i już po drugim zdaniu, wszedł mu w słowo.
- Bo jesteś uparty pojeb. Gdybyś się po obiciu mordy nauczył, że nie masz czego szukać na...
Każde kolejne słowo sprawiało, że Olek tracił wątek, a jego twarz tężała w gniewie.
Styl życia, który prowadził, wżarł mu się w mózg wystarczająco, żeby jego pierwszą myślą, było "zajebie mu". To było lekarstwo na wszystko. Wbić pięść w twarz, uciszyć, nawet nie takiego pedała, a własne poczucie winy. Ale nie był teraz wśród ziomków. Był w swoim własnym domu, sam na przeciw koszmaru przeszłości. I poczuł się słaby.
Narósł w nim protest, coś chciało krzyknąć, usprawiedliwić, że był sobą, że Kamiński się mylił! Że gówno wiedział o tym, jak to jest nie pasować, być nierozumianym. Ale Olek uciszył powarkiwania buty. Uciszył tylko dlatego, że był świadom przeszłości i teraźniejszości. Pamiętał siebie z przed lat, pamiętał swoje ambicje, pragnienia, do których w pełni nigdy się nie przyznał. Nie usprawiedliwił się więc. Nie mógł. Nie musiał. Nie był szczeniakiem, który przejmuje się zdaniem pedała, obelgą pedała... A jednak wszystkie słowa trafiały dokładnie tam, gdzie ich nie chciał. Wbijały się w dumę, wgryzały w światopogląd.
Zacisnął zęby, wykrzywił twarz w pogardliwym wyrazie i wstał i podszedł do niego, jednym sprawnym gestem, chwytając go za przód koszuli.
Uciszyć.
Zwijając dłoń w pięść, syczał jakąś obelgę. Górował nad nim, miał przewagę, jak zawsze, bo Emil się nie bronił.
Ale... cios nie nadszedł. Były tylko zimne, szare oczy wpatrzone w hardy błękit. Rozpędzone adrenaliną oddechy mieszały się ze sobą, tak samo jak mieszał się żal. Być może obustronny.
- Pierdol się - wycedził tylko, bo było to jedyne, na co mógł się zebrać.
Tymczasem w zamku zachrobotał klucz, drzwi skrzypnęły.
Alka wróciła do domu.
Olek rozluźnił uścisk i odsunął się, przeczesując palcami włosy w niewątpliwie nerwowym geście. Wbił wzrok w okno, za którym właśnie zaczął padać deszcz. Natomiast atmosfera w pokoju gęsta była od hamowanej złości i gdy tylko Ala przekroczyła jego próg, od razu to wyczuła. Z niepokojem strzeliła oczami na boki, oceniając i brata i gościa.
- Cześć, przepraszam za spóźnienie - ostrożnie zwróciła się do Emila, kładąc plecak na jedno z krzeseł. - Mój brat idiota ci się naprzykrzał?
- Zamknij pysk, gówniaro! - Olek zagrzmiał ostrzej niż zwykle, oszołomiony napływem emocji, które zawsze wypierał, którym nie pozwalał dochodzić do głosu.
Alka, zupełnie nieprzejęta, palcami zaczesała włosy ku tyłowi z wyraźnym zamiarem ich związania. Ignorowała jego gniew, najwyraźniej będąc przyzwyczajoną do powarkiwań i niechęci.
- Weź Olek, nie rób z siebie większego debila niż jesteś. Idź stąd. - Frotką z nadgarstka zebrała blond fale w kuc i jak gdyby nigdy nic, uśmiechnęła się do Kamińskiego. - Nie miałam okazji ci podziękować. Mam nadzieję, że nie będę uciążliwym uczniem, ale przyznaję się bez bicia, że jestem debilką z tego francuskiego - Zaśmiała się ciepło, kpiąc ze własnej ułomności.
Olek natomiast, łypiąc na dwójkę złym wzrokiem, pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna... poczuł się w mniejszości. Nienawidził tego uczucia. W normalnych okolicznościach zajebałby im obojgu, tak dla zasady i podkarmienia swojego ego, ale... to była jego siostra. Głupia smarkula, wkurwiająca jak cholera, ale jednak siostra. No i Emil, w jego domu... Jak kiedyś, choć zupełnie nie tak samo.
Sfrustrowany, zacisnął zęby.
- Oboje możecie zdechnąć - warknął, porywając ze stołu paczkę fajek. Ruszył przez salon, potrącił ramieniem Alkę, która syknęła i odwracając się uderzyła go w plecy otwartą dłonią. Olek nie zatrzymał się.
Po chwili trzasnęły drzwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sro Paź 17, 2018 5:06 pm

Emil nie wiedział, czego spodziewał się po tym całym swoim pyskowaniu. Na pewno wpierdolu, w końcu jakby do tego właśnie był stworzony. Takie mieli rolę w tym zjebanym życiu. Tak też było od zawsze. Kamiński miał niewyparzony język, a Malinowski zbyt ognisty temperament, by móc puścić to mimo uszu. Jakby obu stronom ta zabawa sprawiała masochistyczną i sadystyczną przyjemność. Dlatego też gdy tylko tamten do niego podszedł, bezwolnie spiął się w sobie i jakby skulił wewnątrz, czekając na uderzenie, siłą zbliżony do sylwetki gospodarza. Przez chwilę patrzył na niego zza szkieł połamanych okularów, z jakąś dziwną przykrością i niesprecyzowaną obojętnością. Powoli było tego za dużo dla Emila, tej całej gromadzonej nienawiści i niechęci, tych przepychanek i bolących żeber. Zastanawiał się, jak do tego doszło, że stali właśnie tu, w tym miejscu i w tej sekundzie, rzucając się na siebie jak pies z kotem, skoro kiedyś tak bardzo się lubili. Kiedyś Emil był w stanie skoczyć za nim w ogień, a przecież teraz Olek był niczym więcej jak oprawcą, jak bolącym zębem, którego jak najszybciej chciał się pozbyć.
Nawet się nie opierał. Wstrzymał jedynie oddech, czekając na silny cios i posmak krwi w ustach.
Ku jego szczeremu zdumieniu, nic takiego nie nastąpiło. I pewnie gdyby nie pojawienie się Alki, może i brnąłby w to dalej, może podjudziłby go jeszcze bardziej, byle tylko ten cholerny cios poczuć i wrócić do ich chorej normalności, która była może i nieprzyjemna, ale dobrze mu znana. Była też jakąkolwiek interakcją z Olkiem.
Puścił go, a Emil rozluźnił się szybko, dopiero wtedy wypuszczając ciężko powietrze. Złapał się na tym, że ściskał palce na przyniesionej teczce tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Przez kilka kolejnych sekund widział jeszcze szarość oczu Olka, nim całą resztą sił, skupił się na młodej Malinowskiej.
- Nic nie szkodzi. Nie jestem tu długo - powiedział, posyłając jej lekki, uprzejmy uśmiech. Uśmiech, którego nigdy nie posłałby Aleksandrowi.
- Wszystko w porządku, nic się nie stało - dodał jeszcze w krótkiej odpowiedzi na jej pytanie, przyjmując prostą strategię ignorowania jej brata.
- Przepraszam za niego - Alka padła ciężko na kanapę, tuż obok Emila, zerkając na niego niepewnie. - To idiota, nie przejmuj się nim - dodała, gdy drzwi do Olkowego pokoju głośno trzasnęły. Emil zerknął tylko w kierunku, gdzie gospodarz zniknął, po czym wrócił do rzeczywistości, obracając się do swojej uczennicy.
- Przyniosłem kilka materiałów. Zobaczymy na jakim jesteś poziomie. Bez tego ciężko mi będzie zacząć. Na pewno nie jest tak źle jak mówisz - pocieszył ją. - No już, pokaż co potrafisz - dodał, podsuwając jej długopis i kilka ćwiczeń. I gdy tak pisała, Emil z całych sił próbował opanować nadal mocno bijące serce i wspomnienie stalowych oczu.

Alka faktycznie nie była głupia. Jej francuski brzmiał jak jakiś połamany afrykański dialekt, ale była rozumna. Wykonywała wszystkie zadane przez niego prace, chętnie dopytywała o resztę, jakby winą złej znajomości języka była po prostu niechęć do nieprofesjonalnej nauczycielski w szkole. Spotykali się dwa razy w tygodniu - poniedziałki i piątki. Emil lubił te spotkania; Malinowska okazała się być bardzo sympatyczna i rozmowna, o wiele bardziej tolerancyjna od swojego brata i przede wszystkim, miała ambicje. Pomimo różnicy wieku, mieli wiele wspólnego, co rzutowało na owocną współpracę, ku zadowoleniu jej matki. Kiedy przychodził, Olek siedział najczęściej u siebie w pokoju, lub nie było go wcale. Ignorowali się, przyjmując najbezpieczniejsza taktykę, więc po kilku kolejnych spotkaniach, Emil przestał stresować się wizytą. Często się śmiali, żartowali, Kamiński pokazał jej nawet kilka swoich projektów, która ta w połowie skrytykowała. Po prostu, nie jej styl. Ona natomiast dała mu kilka płyt do przesłuchania i tym razem to Emil musiał przyznać, że ciężkie brzmienia nie do końca odpowiadają jego charakterowi.
Im dłużej się spotykali, tym częściej Alka przynosiła dobre oceny. Najpierw trójki, kilka czwórek, raz nawet piątkę. W zestawieniu z wieloma pałami, może wynik nie wychodził wybitnie idealny, ale był dobry, lepszy niż z gegry czy historii. Czuł więc ogromną satysfakcję i starał się jeszcze bardziej, często nawet poza ustalonymi dniami, przyjacielsko pomagając jej w zadaniach domowych, jeśli któreś były dla niej mniej zrozumiałe.
Nie wiedział kiedy, ale od kilku spotkań, Olek po prostu przychodził. Nie tak, żeby się narzucać, czy sypać obelgami. Siadał gdzieś z boku, niby od niechcenia, z tym swoim luzackim wyjebaniem. I już. Siedział, milczał, czasami obojętnie im się przypatrywał. I chociaż najpierw Emil poczuł się nieswojo, a głos odrobinę mu zadrżał gdy tłumaczył zdanie, tak po kilku minutach wrócił do siebie, zaczynając traktować go jak powietrze. Podobnie robiła Alka, od czasu do czasu obrzucając brata mało sympatycznym i karcącym spojrzeniem.
I chociaż Emil miał wiele chęci, to niestety czasu o wiele, wiele mniej. Szczególnie od kilku dni.
- Jak to? - Alka przechyliła głowę i zmarszczyła mocno brwi, aż na jej czole wyskoczyła jedna zmarszczka. - Tylko jedno spotkanie? - mruknęła z obawą. Kamiński uśmiechnął się smutno, poprawiając palcem zsuwające się okulary.
- Wybacz. Radzisz sobie świetnie, naprawdę. I chętnie dalej spotykałbym się z Tobą dwa dni w tygodniu, ale musiałem znaleźć dodatkowy etat - mruknął. Olek znowu siedział jak cień gdzieś z boku. Czuł jego spojrzenie, pod którym ciężko było odpowiadać na lawinę pytań z ust Malinowskiej.
- Kolejny? Zaharujesz się. Dlaczego?
- Nie przyznali mi stypendium - wyjaśnił, wzruszając ramionami. Dla zajęcia się czymkolwiek, zgarnął zapisane przez nią kartki, sunąc po nim spojrzeniem. - Muszę utrzymać jakoś mieszkanie do czasu, aż nie znajdę współlokatora. Poradzisz sobie. Najwyżej trochę przedłużymy korki - zaproponował, na co Alka uśmiechnęła się tylko lekko.

Spędzał więc w domu Malinowskich o wiele mniej czasu, chodząc powoli jak cień samego siebie. Z uczelni biegł do pracy, z pracy do domu, w domu wykonywał projekty na uczelnię, weekendy dorabiał w księgarni niedaleko Brzeskiej, a w poniedziałki uczył Alkę. Sypiał mało, ciągle gdzieś biegał, szukanie kogokolwiek do mieszkania na Pradze graniczyło z cudem. Co prawda chciał kogoś znaleźć dopiero za kilka miesięcy, jednak sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Cholerne spalone projekty. Gdyby nie to, wszystko dalej toczyłoby się swoim torem.
Plus był taki, że dalej nigdzie nie widział swoich ulubionych kolegów. Jakby zapadli się pod ziemię na większość jesieni. Nie narzekał i nie tęsknił. Jedynie Siwy od czasu do czasu siadał w tym swoim fotelu, ale nie rozmawiali wcale. Przewijał się tylko jak duch.
Dopiero w jedną z deszczowych niedziel, kiedy wracał od rodziców po długiej nieobecności, drogę zaszedł mu Łysy. Emil sądził, że ujrzy z nim znajomych kompanów, jednak tym razem twarze towarzyszy były dla niego zupełnie obce. Odruchowo rozejrzał się za Olkiem, który najczęściej wszystkim dyrygował.
- Patrzcie, patrzcie, kogo tu przyniosło - zawołał, plując obrzydliwie w bok. - Mała, Praska kurwa. Zgubiłeś się? Jeszcze nie spierdoliłeś, hę? - zbliżył się do Emila, który cofnął się o kilka kroków, napotykając w końcu opór w postaci rosłego koleżki Łysego. Nie zdążył się nawet obrócić - poczuł uderzenie w zgięciu kolan i upadł od razu na ziemię. Syknął, gdy Łysy kopnął go w brzuch. Przez sekundę nie mógł złapać tchu.
- To ten pedał, o którym wam mówiłem! Patrzcie jak on wygląda, co za ciota! - Marek, bo tak naprawdę brzmiało imię Łysego, złapał Emila za włosy i szarpnął nim mocno. Ktoś się zaśmiał.
- Koledzy z innego miasta przyjechali. Kontrolnie. Zaraz pokażą Ci, jak takie rzeczy załatwia się w Krakowie. - rzucił wesoło. Nie wiedząc czemu, Kamiński po raz pierwszy spanikował. Poczuł w żołądu lodowaty sopel, z gardła wydobył się jęk bólu, kiedy na ciało spadł grad kopnięć i uderzeń pięści. Za długo było spokojnie, pomyślał. Zdecydowanie za długo.

- Emil? - Alka domyśliła się, że zadała głupie pytanie. Był poniedziałek, późne popołudnie, ich standardowy czas na naukę. Ale kiedy parzyła tak na swojego korepetytora, stojącego w drzwiach, nie mogła opanować wyrazu twarzy pełnego zaniepokojenia.
Krótko mówiąc nie wyglądał najlepiej. Łysy i koledzy, owszem, dość dobitnie pokazali mu fakturę płyty chodnikowej. Wargę miał mocno pokiereszowaną, brew zaklejoną plastrem, a na policzku spore rozcięcie. Żebra i plecy miał sine, na szyi i dłoniach widniało kilka małych ran, najwyraźniej od gaszenia papierosów na jego skórze. Stał jednak prosto, osobiście nie wyglądając, jakby zaraz miał tu paść i się rozpłakać.
Wpuściła go do mieszkania i poprowadziła do salonu, szybko biegnąc do kuchni, by zrobić herbatę.
- To znowu on, tak? Znowu ten mój cholerny brat?! To on Cię tak urządził? - jęknęła, kręcąc się w kółko, zapominając już o wstawionej na herbatę wodzie. Kamiński pokręcił tylko głową.
- Nie, skąd. To nie Aleks - powiedział zgodnie z prawdą. - To nic takiego, Alu. Naprawdę. Siadaj już - dodał, rzucając jej ten swój uśmiech, jakby nic się nie stało. Zupełnie, jakby oddech nie sprawiał mu problemu, jakby warga nie piekła, a dłonie nie paliły. Po prostu się uśmiechnął. Ładnie, bez roztrząsania całej sprawy. Robiąc swoje. Ignorując całą resztę. I probując przekonać samego siebie, że atak na jego osobę, faktycznie nie miał nic wspólnego z nieobecnym wtedy Olkiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sro Paź 17, 2018 11:06 pm

Słowa dawnego kumpla wryły mu się w banie. Nigdy nie przejmował się docinkami ludzi, a już na pewno miał w dupie obelgi pedałów, ale też... nigdy nie miał okazji usłyszeć ich we własnym domu, będąc z takim sam na sam. Tamtego popołudnia dotarło do niego coś, co zawsze od siebie odsuwał dla własnego bezpieczeństwa i psychicznego komfortu. Dotarło do niego, że jest zwykłym kutasem. Właściwie, to nie tak, że o tym nie wiedział. Nie był debilem, choć przyjemnie było poddawać się bezmyślności i brutalności razem z ziomkami. Wśród nich miał swoje miejsce, a to było ważniejsze niż krzywe spojrzenia i niechęć kilku ciot. Ale wciąż jednak był na tyle inteligentny, by doszczętnie nie uciszać podszeptów sumienia. A to ostatnio brzęczało mu nad uchem gorzej niż upierdliwa mucha podczas gorącego, letniego popołudnia. Dlatego unikał Kamińskiego. Bo to przecież wszystko przez niego. Tego głupiego pedała, co to zgrywał ważnego i mądrego, a tak naprawdę był debil jakich mało i upartością sprowadzał na siebie nieszczęścia.
Któregoś dnia będąc w domu w tym samym momencie, kiedy był w nim i Emil i Alka, słysząc francuski bełkot, po prostu przystanął przy uchylonych drzwiach do salonu i słuchał. Nawet nie zastanowił się dlaczego. Być może przez ciekawość?
- Co się tak czaisz, Oluś? - Matka, wychynęła z kuchni jak duch, strasząc go, aż podskoczył i zaklął soczyście.
- Zawału dostanę!
- To się tak nie czaj. Masz, herbatkę zrobiłam. Zanieś im.
Skrzywił się, ale wziął tacę z herbatą i maślanymi ciastkami z Lidla. Pchnął nogą drzwi i unikając spoglądania na uczącą się dwójkę, postawił w ich okolicy przygotowaną przez matkę wałówkę. Ale zamiast wycofać się od razu po tym, klapnął na kanapę i już tam został, bawiąc się telefonem albo paląc, pozornie nie zwracając uwagi na Alę i Emila.
Na początku tłumaczył się przed sobą, że to dla Alki przesiaduje z nimi całe te korki, coby jej Kamiński nie spedalił. Ale prawda była taka, że w jakiś dziwny sposób słuchanie języka, którego za nic nie rozumiał, wprawiało go w dobry humor.
Z tego, że to nie język, że nie dla Ali, zdał sobie sprawę wtedy, gdy Emil zaczął pojawiać się rzadziej. Wtedy złapał się, że szuka wymówek, by nie zostać dłużej w pracy, by jednak zdążyć na to jedno spotkanie, choć na nim nie zamieniali ze sobą słowa, choć patrzyli na siebie z niechęcią. Stały się jednak rutyną, czymś, co nagle urosło do... istotnej części tygodnia.
Wtedy też pierwszy raz poczuł jak bardzo jego bezmyślność wobec Emila, rzutowała na jego własne życie. Gdyby nie ta nieszczęsna praca i to nieszczęsne stypendium, czy naprawdę mógłby widywać go częściej?
Unikał odpowiadania sobie na to pytanie. W ogóle unikał myślenia o Kamińskim poza chwilami, kiedy do nich przychodził. Myślenie o nim przywoływało w pamięci jego obraz. Spychało myśli na tory wspomnień, a te wzbudzały dawne emocje do tego stopnia, że którejś nocy, jak kiedyś za szczeniaka, zwalił sobie mając przed oczami jego zgrabny tyłek w pedalskich rurkach.
Żenujące.
Dni były zimniejsze, spadły pierwsze śniegi, więc z ziomeczkami widywał się rzadziej, ale nawet gdy się widywał, nie miał chęci łazić z nimi do klubu, ani też bezmyślnie wystawać w bramie. O Kamińskim nie wspominał w ogóle. Nawet, kiedy Misiek któregoś dnia zdziwił się, że ostatnio go nie widują, Olek jedynie wzruszył ramionami. Był drażliwy jeśli chodziło o temat Brzeskiej Cioty, ale na całe szczęście ziomeczkowie nie byli tak empatyczni, by w ogóle to dostrzec.

Pewnego grudniowego popołudnia wywabiły go z pokoju oszczerstwa pod jego adresem. Wzburzona Alka powarkiwała, obwiniając go o coś, czego ewidentnie nie zrobił. Wylazł więc, naburmuszony, gotowy zgnoić gówniarę za rzucanie fałszywych oskarżeń. Wszedł do salonu akurat wtedy, gdy Emil zaprzeczał. Ale Olek nic nie powiedział, nie poparł jego słów własnymi. Jedynie łypnął na niego, siedzącego przy stole na zwyczajowym miejscu, oświetlonego blaskiem kolorowych światełek ubranej choinki. Wiele razy widział pobitego Kamińskiego. Nie raz sam był sprawcą jego siniaków i rozcięć na wardze, ale pierwszy raz widział go tak porządnie spranego. Musiał naprawdę pyszczyć, skoro ktoś nie bał się uszkodzić go w takim stopniu. Głupia rzecz, ale ten niecodzienny widok zwyczajnie go wkurwił. Nie ucieszył się ani trochę, choć kiedyś pewnie rzuciłby coś w stylu "dobrze ci tak, pedale". Teraz, zamiast tego, zmarszczył brwi, nabzdyczając się. Ktoś go nieźle urządził bez jego wiedzy. Niby dobrze, że ziomeczki dbają o renomę Brzeskiej, bijąc pedałów nawet gdy jego nie było w pobliżu, ale... dlaczego to musiał być akurat Kamiński? Naszła go irracjonalna myśl z serii "Najebali mojemu pedałowi. Tylko ja mogę najebywać mojego pedała", co momentalnie spowodowało wewnętrzną reakcję obronną. Jaki on tam jego? Pedał jest pedał, a pedała trzeba bić. Nie ma to tamto. Ale odkąd Emil bywał w jego domu tak często, odkąd miał okazję przyglądać się mu tak wiele razy, słuchać jego głosu, studiować gestykulację... przywykł i dopadało go coś, czego zawsze się wypierał - zrozumienie. Może nie w takim stopniu w jakim oczekiwało się od normalnych członków społeczeństwa, ale wystarczający, by skłaniał do dalszych refleksji. Olek bał się dalszych refleksji. Bał się wszystkiego, co pchało go na ścieżkę dawnego toku myślenia, kiedy nie dostrzegał podziałów między ludźmi, ani niczego złego w pragnieniu rzeczy, których nie pragnęli inni.
Nic nie powiedział, tak jak zwykle nic nie mówił. Po prostu siadł na kanapie i wyciągnął telefon, ale właściwie jedynie obracał go w palcach, bo bardziej niż migające pierdoły na ekranie, interesowała go zmaltretowana sylwetka Emila. Z chwili na chwilę coraz lepiej widział, że wszystko go bolało i męczył się okrutnie. Musiał dostać ostry wpierdol.
Westchnął ciężko, a gdy Alka spojrzała na niego, mrużąc w złości oczy, że śmiał swoim wzdychaniem im przeszkadzać, pojął jak głośne to było westchnięcie. Skrzyżował więc ramiona na piersi i napuszył się bardziej. Czekał. Dzisiaj wyraźnie widać było, że na coś czeka. Niecierpliwił się, dlatego gdy tylko Emil skończył z Alką, Olek odezwał się tak nagle, że dziewczyna dosłownie podskoczyła na krześle.
- Te, Kamiński, masz kopsnąć fajkę? - Wstał, podchodząc do niego, a gdy chłopak niechętnie poczęstował go swoim cienkim mentolem, Olek bez kręcenia nosem wziął jednego i wskazał kciukiem na balkon. - Cho, zapalimy. - Nieduża wysepka, szumnie nazywana balkonem była do połowy zasypana świeżym śniegiem. Pizgało jak diabli, ale Olek wyszedł w samej bluzie i skarpetkach, strącił warstewkę białego puchu z barierki i oparł się o nią przedramionami. Poczekał na Emila, a gdy tamten do niego dołączył, pozornie nie zwracając na niego uwagi, odpalił w końcu i zaciągnął się. Zdarzało mu się palić mentolowe. Wiele z jego dziewczyn takie paliło, więc przyzwyczajony do ich smaku, nie krzywił się i nie rzucał złośliwościami, że pizdowate. Choć były w jego odczuciu. W końcu tylko baby takie paliły. I pedały.
- Nie zmęczyłeś się jeszcze? - zapytał po chwili, patrząc na kamienice na przeciwko, a dokładniej w okna mieszkania Kamińskich. Brzeską przejechał jakiś samochód, ale przechodniów było mało. Ostatnie śnieżyce i nagłe obniżenie temperatury, skutecznie utrzymywały ludzi wewnątrz ciepłych mieszkań. Więc choć wieczór nie był późny i tak wymuszał zniżenie głosu, by nie niósł się echem po pustej ulicy.
- Po co jesteś taki uparty, co? - Obrócił twarz ku niemu, pierwszy raz od dawna patrząc mu w oczy z tak bliska, bez zamiaru rozkwaszenia mu nosa za chwilę po tym. - Co ci to da? Skończysz z kosą w bebechach jak się stąd nie wyniesiesz - kontynuował przyciszonym głosem. Być może pierwszy raz Emil miał okazję usłyszeć dorosłego Olka, który mówi... normalnie. Olka, który nie wykrzywia ust w pogardzie, nie pała złością i odrazą. - Myślisz, że twoja odwaga kogokolwiek tu obchodzi? - Uśmiechnął się krzywo, odrobinę kpiąco. - Chcesz cierpieć za miliony? Tutaj wszyscy mają w dupie twoje poświęcenie. Idź gdzieś, gdzie ludzie to docenią. - Chwilowe zmarszczenie brwi, jakby zdał sobie z czegoś sprawę, a potem odwrócenie wzroku i nerwowy uśmiech mógł podpowiedzieć Emilowi, że to, co właśnie zobaczył na twarzy swego oprawcy, było zakłopotaniem. Olek bardziej pochylił się w przód, opierając same nadgarstki na barierce i na chwilę zwiesił głowę. Gdy się wyprostował, wciąż uśmiechał się niepewnie i nie próbował już łapać spojrzenia towarzysza. Krótko zaciągnął się fajką i dmuchnął w niebo, patrząc jak pasy szarego dymu rozpływają się w powietrzu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sro Paź 17, 2018 11:57 pm

Alka była zła. Nie mogła się skupić, kreśliła nerwowo zapisane kartki, raz po raz spoglądając niepewnie na Emila, który siedział na przeciwko niej, sprawdzając poprzednie zadania. Wzrok miał utkwiony w kartkę, był mniej rozmowny i raczej nieskory do żartów, chociaż kiedy pytała go o coś, chętnie odpowiadał, a nawet silił się na uśmiech. Olka ignorował jak zawsze. Ani go ziębił, ani grzał, po prostu siedział nie robiąc absolutnie nic. I chyba własnie to nic tak bardzo uderzyło w Kamińskiego. Bo gdyby zaprzeczył oskarżeniom, gdyby chociaż na jego twarzy zauważył cień zdumienia, może uwierzyłby, że faktycznie nie miał nic wspólnego z jego pobiciem. Trwał więc na swoim miejscu, wbity mocno w krzesło, mechanicznie bazgrząc coś na kartkach, automatycznie poprawiając Alkę, kiedy zrobiła błąd w wypowiedzianym po francusku zdaniu.
Chciał, żeby ta godzina już się skończyła, bo o niczym bardziej nie marzył jak o ciepłym łóżku i kilku godzinach solidnego snu.
Początkowo, krótko po pobiciu, chciał odwołać korepetycje. Głównie dlatego, że czuł się fatalnie, a i pokazywanie się z obitą mordą na pewno nie wpłynęłoby pozytywnie na morale. W końcu jednak, po ciężkiej nocy i jeszcze gorszym poranku, uznał, że chowanie się jest beznadziejnym lekiem na kiepskie samopoczucie. Im więcej robił i pracował, tym autentycznie czuł się lepiej. Nawet, kiedy wyglądał jak gówno.
Sam, podobnie jak Alka, na dźwięk głosu Olka, lekko się spiął. Spojrzał na niego zdziwiony, unosząc lekko brew. Na swojej twarzy czuł wzrok młodej Malinowskiej, która chyba tylko czekała, aż jej brat odstawi jakąś szopkę. Z Siwym nigdy nie było nic wiadomo. Tak mówili na dzielni i Emil podejrzewał, że w domu panuje ta sama, uliczna zasada.
- Myhym - wygrzebał paczkę fajek, częstując go wolno papierosem. Czekał na kwaśna uwagę, kpinę, albo przytyk, ale nic takiego nie nastąpiło. Tylko jeszcze większe zaskoczenie, gdy Olek zaproponował mu wspólne spalenie używki na ich małym, obskurnym balkoniku.
Malinowski się odwrócił, a Emil zerknął na Alkę, która wzruszyła tylko ramionami. I ona była zdezorientowana. Chociaż hej, nie jej cyrk, nie jej małpy. Zgarnęła jedynie notatki i pożegnała się z Emilem, bo za trzydzieści minut, już była umówiona z kumpelą pod blokiem. Podziękowała też. Zawsze to robiła, ostatnio nawet cmokając Kamińskiego luźno w polik.
Zebrał się więc powoli i ostrożnie, czując jak te najmniejsze ruchy powodują, że wstrzymuje oddech i stara się nie marudzić z bólu. Nim dołączył do Olka, wyszedł po buty, by nie pomoczyć kolorowych skarpetek.
Zimno uderzyło go od razu, jak nieprzyjemny pejcz. Żałował, że nie zgarnął też płaszcza, ale cofanie się po niego tylko przedłużyłoby jego konieczność przebywania w domu Malinowskich. Zawahał się, nim sam odpalił papierosa, stając tuż obok Siwego, wyliczając najbezpieczniejsza odległość na miniaturowym balkonie.
Słuchał go. Jego pytań, dziwacznych rad, które brzmiały abstrakcyjnie w ustach kogoś, kto zniża się do zastraszania innych. Chociaż jego głos nie był agresywny jak zazwyczaj, a nawet miękki i miły dla ucha, to Emil dalej był w stosunku do niego nieufny, rozeźlony i traktował go z tym samym dystansem co zawsze.
Zaciągnął się, wypuszczając dym spomiędzy ładnych ust. I zmarszczył brwi, jakby jego rozmówca znowu powiedział coś obraźliwego.
- Gówno Cię obchodzi, co się ze mną stanie - stwierdził chłodno, o barierkę opierając się bokiem, by moc obserwować profil Olka. Przystojny profil, o ostrych rysach i ładnym łuku nosa.
- Kazałeś Łysemu dobrać mi się do skóry. I jego kolegom z Krakowa też, hm? Doskonale wiem, jak skończę, Aleks - prychnął, coraz bardziej rozeźlony. Nie, nie miał dowodów na to, by w jakikolwiek sposób Olek stał za jego pobiciem, jednak jego mały mózg przyswajał zupełnie inne informacje. Z góry skazywał Malinowskiego, obwiniał go o wszystko. Nawet o zgaszone na jego skórze pety, jeden po drugim.
Potrząsnął głową, kiedy kilka płatków śniegu z balkonu wyżej, opadło mu na twarz.
- Dlaczego zawsze sprowadzasz to wszystko do siebie? Do was? Tej waszej obrzydliwej grupy? Dlaczego ubzdurałeś sobie, że to WAM chcę coś udowodnić. Tobie, udowodnić - wziął głębszy wdech czując, jak nieświadomie podnosi głos coraz bardziej. Jak drży, bo zimno przeszywało go na wylot, i jak drży, bo nieznany mu dotąd ton głosu Olka był dziwnie kojący i łapiący za serce.
Odwrócił spojrzenie. W porównaniu z Malinowskim, on oparł się o barierkę plecami, wpatrując się w salonowe okno. Zacisnął w palcach peta, nawet nie mając ochoty go dopalić.
- Ja tu mieszkam, rozumiesz? Tutaj się urodziłem. Tutaj się wychowałem. Mam tu rodzinę, mam tu wszystko. Tak jak Ty. A wy chcecie to wszystko przekreślić, chcecie mnie usunąć, wygnać na zbity pysk, tylko dlatego, że wolę facetów, że nie napierdalam innych bez powodu? Ja tego nie rozumiem i nie zrozumiem - obrócił głowę, by znowu utkwić wzrok w swoim rozmówcy. Tym razem na dłużej, dostrzegając to chwilowe zakłopotanie, ten uśmiech, który nie wróżył niczego złego. Nie wywoływał fali strachu, ale bolał i zostawiał niemiłe uczucie niezrozumienia dla całej tej sytuacji. Znowu z niego kpi, znowu bawi się w cholerne gierki jego kosztem.
- Po co chcesz ze mną rozmawiać, co? Nagle przestałeś się bać, że się zarazisz? Po chuj odpierdalasz jakieś szopki. Masz to gdzieś. Mnie, konkretniej. Dla Ciebie mogę sczeznąć w rynsztoku, przynajmniej jednego pedała mniej - przybliżył się do niego nagle. Tak blisko, że niemal czuł bijące z drugiego ciała ciepło.
- Zostaw mnie w spokoju. Rozmawiaj z kimś, kto faktycznie to doceni - warknął, odrobinę przekształcając jego własne słowa, dając mu do zrozumienia, jak beznadziejnie zabrzmiały. Nawet, jeśli miał dobre intencje.
- I tak. Jestem zajebiście zmęczony. Zmęczony Tobą i Twoim egoistycznym, zafajdanym zachowaniem. Tą dziecinadą, która się tutaj odbywa. Tu i teraz, na tym balkonie. W co ty, kurwa grasz? Pojebany jesteś - nawet nie zauważył, jak rzuca przekleństwami, tak do niego niepodobnymi. Był wściekły, zmęczony i naprawdę, ostatnim na co miał ochotę, to podchody, w które teraz ewidentnie chciał bawić się Olek.
Otworzył usta by coś powiedzieć, jednak żaden, nawet najmniejszy dźwięk nie wydobył się z jego ust. Wyrzucił papierosa prosto na ulicę i potarł zmarźnięte, obolałe dłonie.
- Aleks...Ty po prostu już nigdy więcej się do mnie nie odzywaj, dobra? Nie podchodź do mnie. Wystarczająco zniszczyłeś mi życie. Wystarczająco w nim namieszałeś - powiedział cicho, spoglądając na czubki swoich butów, czując się dziwnie mały i skulony, totalnie odrealniony od tego wszystkiego.
- Co ja Ci takiego zrobiłem, że mnie tak traktujesz? No co?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Czw Paź 18, 2018 1:25 pm

Pierwsze słowa były jak policzek. Czy gdyby naprawdę go nie obchodziło, stałby teraz tu i zniżał się do strzępienia sobie jęzora na mrozie? Uśmiech szybko spełzł mu z twarzy pozostawiając chłód większy niż grudniowy poranek przy minus dwudziestu. Nie skomentował, bo i nie było czego. Ale to jedno zdanie z przerażającą łatwością podkopało całą pewność Olka co do tej przedziwnej... rozmowy. Drugie zdanie zaś, nie mogło pozostać bez odzewu. Chłopak odwrócił się w całości do Emila i warknął. W jego głos znów wkradła się zwyczajowa, agresywna nuta.
- Chyba cię pojebało. Jak komuś obijam mordę to nie wyręczam się innymi. Nie jestem pizdą. - Wypierdzielił za barierkę niedopalonego szluga, bo wiedział, że ta rozmowa kończy się właśnie teraz. Bez względu na to, co Kamiński chciał jeszcze powiedzieć, Olek wcale nie chciał go dalej słuchać. Nie chciał, ale słowa wypływały z ust Emila nieprzerwaną falą wyrzutów i użalania się nad sobą. Nie chciał, ale jego drżąca w gniewie sylwetka, zmuszała, by patrzył i przyjmował na klatę wszystkie żale.
Dlaczego wszystko sprowadzał do siebie, do Brzeskiej? Bo to był, kurwa, jego dom. Jego mały świat. Nie znał innego. Tak został wychowany, w nienawiści do pedałów, w strachu przed innością. W strachu przed okazywaniem słabości. Więc tak, zawsze chodziło tu o niego, o niego i jego niechęć, strach, żal do świata i siebie.
I naszła go jakaś żenująca, cholernie smutna myśl, że... chciałby żeby mu udowodnił. Chciałby, żeby pokazał mu swoją siłę. Ze to nie w nadstawianiu drugiego policzka ona tkwi, a w umiejętności pogodzenia wszystkiego, odkrycia złotego środka, byciu w dwóch światach jednocześnie na tych samych zasadach. Ale nie. Emil nie chciał nikomu nic udowadniać. Olek dostrzegł to teraz. Emil był po prostu idiotą. Marnym człowieczkiem, który pogodził się z tym, że zasługuje na wpierdol, bo jest inny. Marnym człowieczkiem, który nie był wystarczająco silny, by uczynić swoje życie lepszym. A choć Olek również nie potrafił, to i tak zrzucił winę na niego. Bo Emil, kiedyś, wydawał mu się taki... taki silny. I w tym nagłym przypływie żalu, podniósł głos, tym razem rozedrgany w emocjach, choć... może po prostu było mu zimno? Zimno wewnątrz, jakby przebiło go tysiąc przeraźliwie lodowatych sopli.
- A komu? Komu chcesz coś udowadniać, zostając tutaj gdzie cię nie chcą?! - Jezu, dlaczego w ogóle wdawał się z nim w dyskusję? Dlaczego po prostu nie wyjebał mu i nie skończył tej szopki? Dlaczego wciąż pozwalał mu mówić? Dlaczego sam mówił? - Albo jesteś z nami albo przeciw nam, do kurwy. Tu się wychowałeś, ale masz w dupie zasady, ty mieszkańcu Brzeskiej, od siedmiu boleści! Gdybyś nie obnosił się z tym swoim pedalstwem, wszystko byłoby...! - Zacisnął szczęki, nie dokańczając. Wiedział, że w głos wkradła mu się desperacja, jakieś nieznajoma, żenująca nuta. Zamknął pysk, ze złością wbijając ręce w kieszenie bluzy i tym razem krzywiąc się w gniewie, odwarknął:
- No właśnie nie wiem. Nie wiem, kurwa, po co z tobą gadam!
Kolejne gorzkie słowa wlewały się w niego, wypełniały go po same brzegi, aż w końcu przelały żal i rozpaliły go gniewem. Nie chciał tego słuchać. Nie chciał słuchać, że pierwszy raz odkąd zdecydował się cokolwiek między nimi zmienić, został nazwany egoistą, a jego próby porównane do dziecinnych zagrywek. Nawet, niech to wszystko będzie prawdą, nawet pomimo tych wszystkich krzywd, których był sprawcą, ale... wyciągnął rękę. Wyciągnął i dostał po niej wystarczająco porządnie, by jedyną reakcją na to było wyszczerzenie kłów.
- Ja pierdole! - Chwycił go za fraki, przybliżając jego twarz do swojej. W półmroku, błysnęły agresją stalowe oczy. - Tą swoją pyskówką właśnie sprawiłeś, że żałuję całej tej szopki. Och jak żałuję - cedził, kręcąc głową. - I ty się dziwisz, że dostajesz wpierdol? Teraz nie za to, że wolisz w dupę, bym ci zajebał - Odepchnął go i wskazał palcem drzwi. - Wypierdalaj. I nie pokazuj mi się na oczy, bo będziesz z tęsknotą wspominał wpierdol od Łysego po tym, co ja ci zrobię.
Wiedział, że był winny wielu krzywd Kamińskiego, ale w tej chwili na balkonie poczuł się dokładnie tak jak za szczeniaka. Emil utwierdził go w przekonaniu, że jakakolwiek próba zbliżenia się do niego, kończy się zawsze tym samym - zawodem. Tak było wcześniej, tak jest teraz. Więc przykazał sobie, nigdy, przenigdy więcej nie pozwalać sobie myśleć o nim jak o równym sobie. Nie był tego wart. Jak każdy pedał, miał nierówno pod deklem. To pedalstwo wyraźnie rzucało się na mózg i naprawdę poczuł się zarażony, po tym jak zdał sobie sprawę, że to przecież przez wpływ Emila zdecydował się w ogóle na tę próbę rozmowy. Że, o boże! zaczął mu współczuć i czuć się winnym!
Słysząc ostatnie słowa, ostatnie oskarżenia, pokręcił tylko głową i wyszedł, trzaskając drzwiami od balkonu, aż zadźwięczały okienne szyby.
Co mi zrobiłeś? Nigdy nie byłeś wystarczająco blisko...

Od tamtego wieczoru na balkonie, w głowie Olka się przejaśniło. Pielęgnował w sobie złość i niechęć, wrócił do bycia sobą. Alkoholem, przygodnym pieprzeniem i bójkami zagłuszał smutek po tym, jak dowiedział się, że Emil więcej się u nich nie pokaże. Wszystko zdawało się wrócić na dawne tory. Nawet pochwalił Łysego za piękne obicie mordy Brzeskiemu Pedałowi. Wszystko po staremu, prócz jednej rzeczy - Olek jak ognia unikał Kamińskiego. Unikał go do tego stopnia, że gdy któregoś styczniowego wieczoru, stojąc z ziomeczkami w bramie, dostrzegł go idącego ulicą, usilnie starał się, by Misiek i Łysy go nie zauważyli. I udało mu się. Potem w podobnych okolicznościach za każdym razem robił to samo. A im dłużej go unikał, tym większa rosła w nim frustracja. Bo zawsze byli razem. Najpierw jako przyjaciele, potem jako wrogowie, ale wciąż krzyżowali swoje ścieżki. Teraz rozeszły się, jakby nigdy wcześniej nic między nimi nie było. To bolało. I gdy Olek zdał sobie z tego sprawę, robił wszystko, by ból zagłuszyć.
Była chłodna marcowa noc. Pomimo ledwie dziesięciu stopni na plusie, koty darły się jakby je ktoś ze skóry obdzierał i tymi swoim potępieńczymi krzykami przeganiały ciszę z uśpionej Brzeskiej. Olek nie zwracał uwagi na koty, ani też na to, że jakoś idzie tak krzywo... Ani nawet na to, że jest mu zimno. Bezmyślnie parł na przód prezentując sobą obraz młodocianego menela. W podartej, zakrwawionej podkoszulce, z rozkwaszonym nosem i podbitym okiem, które zdążyło już napuchnąć, wyglądał okropnie. Ale fizycznie cierpienie go nie ruszało, prawdopodobnie przez alkohol, który wciąż grając w żyłach, uśmierzał ból. W dupie miał też swój wygląd. Właściwie wszystko było mu obojętne.
Jakiś kocur, prychając wybiegł z klatki obok, sprawiając, że Olek niemal się o niego potknął. Zwierzę sycząc, uciekło pod najbliższe auto, a Olek niewiele myśląc (znów prawie się przewracając) zdjął but i cisnął za kotem, który czmychnął przez ulicę i zniknął w jakiejś bramie.
- Skurwysyn! - warknął za nim i oparł się bokiem o ścianę kamienicy. Przez chwilę stał po prostu, jak debil, w jednym bucie, bezmyślnie patrząc w mrok. Przez mgłę bólu i pijaństwa dotarło do niego gdzie był. Do domu już niedaleko, jakieś parę metrów, bo za dwa kroki spożywczak. A to znaczyło, że...
Zadarł głowę, spoglądając na fasadę budynku, a potem równie bezmyślnie jak zachowywał się całego tego wieczora, zniknął w trzewiach zatęchłej klatki schodowej i przy wtórze skrzywienia starych, drewnianych schodów, wspiął się na czwarte piętro. Dysząc głośno, dotarł do jedynych tam drzwi i wspierając się o nie przedramieniem, na którym oparł głowę, uderzył w nie pięścią. Huk rozniósł się po klatce sprawiając, że jakiś burek w mieszkaniu niżej zaczął głośno ujadać. Olek uderzył w drzwi raz jeszcze.
- Wychodź, Kamiński... - wymamrotał pod nosem. - Gdzie się szlajasz... Pewnie ktoś cię w dupę zapina, ty pedale jeden - bełkotał dalej, ale jakby w pół śnie, bez przekonania, po prostu, by cokolwiek pleść. Głowa bolała go okrutnie... a może to już początki kaca? Nieważne.
Zapukał trzeci raz, ale tym razem słabiej, jakby był już bardzo zmęczony całym tym dniem, pijaństwem, bólem i wspinaczką na czwarte piętro.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Czw Paź 18, 2018 2:59 pm

W momencie, kiedy Olek się do niego zbliżył, gdy niemal przyparł go do cholernej barierki, Emil zrozumiał, jak bardzo przegiął. Rozpoczął długi, bolesny potok słów, którego chciał uniknąć, utracił prawdopodobnie jedyną okazję by po długim czasie, móc porozmawiać z Malinowskim prawie jak kiedyś. Bez zgryźliwości, przepychanek słownych i gróźb. Odtrącił jego wyciągniętą dłoń, zdeptał j butem i jeszcze na nią napluł. Budował jeszcze większy mur w koło własnej osoby, w koło swojej duszy, za każdym razem, gdy Olek pokracznie chciał przez niego przeskoczyć.
Dziwne, ale przez chwilę, zupełnie absurdalnie pożałował własnych słów. Rozwścieczył go, znowu wsadził palce w bolące rany, przywracając wszystko na typowy dla nich tor. Bo właśnie tak powinno to wyglądać, ich relacja nigdy nie powinna być lepsza, bo jeśli taka się stanie, Emil po prostu nie będzie mógł utrzymać na wodzy swoich myśli i uczuć, tej masochistycznej tęsknoty za nim, tych nocnych fantazji, które czasami go nawiedzały.
Pozwolił więc szarpnąć sobą i przysunąć się bliżej, wpatrując się w błyszczące złością tęczówki, w wykrzywioną nienawiścią twarz. Wrócili do punktu wyjścia. Olek wyrzygiwał mu pedalstwo, on słuchał, nienawidząc go z każdym słowem bardziej. Tej jego bezpodstawnej agresji, braku kultury, miotania się na wszystkie strony. Obrzydzało go w nim wszystko i to wszystko było też powodem, dla którego trwał w tym wszystkim tak długo.
- Byłoby, co? - warknął jedynie, wychwytując słabość w głosie rozmówcy, moment, w którym będzie mógł wcisnąć kolejne swoje trzy grosze. Chciał wiedzieć. Chciał wiedzieć co by było, gdyby nie obnosił się ze swoim pedalstwem. Byliby najlepszymi kumplami? Chodziliby razem na piwo? Dobre sobie.
- Pierdol się. Malinowski. Ty i te Twoje zjebane zasady. Ty i ta Twoja chujowa gęba. To nie ja jestem słaby - powiedział stanowczo, ze znanym sobie uporem, wyszarpując się tylko z kolejnego uchwytu. Odtrącił jego dłoń, nie zaszczycając go już spojrzeniem.
- Może czekam na jebany wpierdol od Ciebie,wiesz? Bo może tylko w momencie, kiedy mnie napierdalasz...- urwał. Zawahał się, ale nie powiedział nic więcej. Basta. Koniec tego dobrego, raz na zawsze. Koniec z Olkiem, koniec z jego głupimi tekstami, tą chorą walką.
- Jesteś zwykłym kutasem, Aleks. Kutasem, który odtrącił swojego najlepszego przyjaciela tylko dlatego, że sam cholernie się bał - wysyczał, wparowując do ciepłego wnętrza mieszkania. Nawet się nie odwrócił, nawet zapominając już o towarzyszącym mu bólu, który promieniował i naprzemiennie pulsował, wywołując szum w skroniach.
Dawno nie czuł się tak zły i bezsilny. Zły głównie na siebie, za to całe gówniarskie zachowanie. Za to, że nie mógł zrozumieć Olka, nie mógł się do niego zbliżyć, bo za każdym razem kończyło się to solidną klęską.
Trzask drzwi obwieścił, że Kamiński opuścił mieszkanie Malinowskich. Gdy stanął przed klatką, dopadło go uczucie, którego bardzo dawno u siebie nie zaznał. Najzwyczajniej w świecie zachciało mu się płakać.

Paradoksalnie, im dłużej nie widział Olka, tym częściej o nim myślał. Nie tyle o jego gburowatej, chamskiej postawie, co o jego oczach, uśmiechu, tym szczerym i lekko zakłopotanym, o wargach, trzymających papierosa. Nie tęsknił za biciem, zatęsknił jednak za jego obecnością i świadomością, że przecież niedługo poniedziałek, a on znowu usiądzie na kanapie, milczący i uważny, od czasu do czasu zerkając w kierunku jego i Alki.
Złość na siebie wcale mu nie przeszła. Był jak zagubiony dzieciak, cholernie nerwowy i zdecydowanie mniej towarzyski niż zazwyczaj. Nawet Alka jakby wyczuła jego nastrój, bo nie próbowała ciągać go za język, grzecznie wykonując zadania w jego zagraconym materiałami salonie. Raz czy dwa napomknęła o swoim bracie, że pił, ruchał jakieś młode dupy, wdawał się w bójki częściej niż zazwyczaj. Emil, chociaż twarz miał nieruchomą i obojętną, poczuł ukłucie zazdrości na wzmiankę o dziewczynach Malinowskiego. Wyraźnie jednak dawał sobie radę.
Nie spotykał go nigdzie. Ani na ulicy, ani w ciemnych zaułkach, ani w spożywczaku za rogiem. Wydawać by się mogło, że spełniło się jego wypowiedziane w gniewie życzenie. Olek dał mu spokój, a wraz z nim reszta jego kumpli, którzy też jakby zapadli się pod ziemię.
Plusem tego wszystkiego było wykurowanie się Kamińskiego. Siniaki i zadrapania z ładnej twarzy zeszły, żebra przestały boleć i jedynie kilka ledwo widocznych blizn świadczyła jeszcze o jakimś incydencie z papierosami. Rzucił się w wir pracy i nauki, znalazł nawet współlokatora, który miał się wprowadzić z początkiem nowego miesiąca. Chłopak z uczelni, rok starszy, miał na imię Janek i lubił seks. Emil o tym wiedział, bo wylądował w jego łóżku, zaraz po imprezie integracyjnej dla wszystkich roczników. Nie wyglądał jednak na pedała, więc Kamiński podejrzewał, że na Brzeskiej będzie miał więcej spokoju niż on, kolorowy ptak z niewyparzoną gębą.
Sobotę spędził u rodziców, wracając dopiero wieczorem. Pierwszy wolny od długiego czasu weekend, postanowił spędzić w najbardziej żenujący sposób, czyli najzwyczajniej. Pod kołdrą. Na zewnątrz było zimno i nieprzyjemnie, nawet Kot zdecydował się na niewychylanie nosa zza połów ciepłego koca.
I tak jak zaległ, tak przysnął, wybudzony dopiero nocą, kiedy dźwięk walenia w drzwi stał się niemal nie do zniesienia.
Zerwał się jak oparzony, nie bardzo pojmując o co w pierwszej chwili chodzi. Serce podeszło mu do gardła. Na Boga, był środek nocy, nikt nie przychodzi w odwiedziny w środku nocy.
Sięgnął szybko po aksamitny, cienki szlafrok, który narzucił na niemal nagie ciało. Kot zeskoczył z niego, miaucząc z niezadowoleniem, maszerując szybko w jakiś kąt.
Malinowski.
Emil myślał, że mu się przesłyszało, ale kiedy kolejny raz usłyszał jego głos, w dodatku jakże przyjacielski, nie miał już najmniejszych wątpliwości. Jedynym gestem, jaki najpierw zrobił, było poprawienie włosów.
Kurwa, Emil. Nienaganny wygląd to na pewno to, czym musisz się teraz przejmować, idioto.
Stojąc po drugiej stronie drzwi, zawahał się. W końcu, by nie budzić sąsiadów, którzy mogliby zadzwonić na policję, otworzył gwałtownie drzwi, niemal przewracając Olka, który się na nich opierał. Malinowski wtoczył się więc do małego przedpokoju, zmuszając Emila do cofnięcia się o parę kroków.
- Sąsiadów pobudzisz. Na głowę upadłeś? - syknął, zatrzaskując drzwi i spoglądając pytająco na niezapowiedzianego gościa.
- Czego chcesz? - spytał, dopiero teraz uważniej przyglądając się jego obitej, zapijaczonej twarzy. - Też mnie w dupę zapiąć, co? - zakpił. Po chwili jednak tylko westchnął. Westchnął ciężko i ulegle, tracąc bojowość w nastawieniu.
- Nie powinieneś tu przychodzić. Doskonale o tym wiesz. Szczególnie w takim stanie - zbliżył się do niego i chwycił go za przedramię, jakby chciał pomóc mu utrzymać równowagę. Niebieskie oczy, chociaż chłodne, miały w sobie jakąś ukrytą troskę i obawę.
Malinowski pojawił się tak nagle, że Emil nawet nie zdążył zarzucić dresów. Stał więc tak, blisko niego, w samych gaciach i jebanym szlafroku, oczekując może obelg, może uderzeń, a może czegoś zupełnie innego, bliżej niezdefiniowanego.
Chciał go tutaj. Chciał go w mieszkaniu. Przecież tak bardzo chciał go znowu zobaczyć, więc dlaczego teraz nie mógł zrobić niczego więcej, prócz trzymania go za to przedramię i zaciskania smukłych palców na podartym i brudnym ubraniu.
- Aleks...- zaczął, bo tamten albo zbierał na coś siły, albo też zastanawiał się nad tym samym. Cóż za chora siła przygnała go aż tutaj, do mieszkania pedała?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Czw Paź 18, 2018 11:26 pm

Olek, kompletnie nieprzygotowany na to, że drzwi staną otworem, wpadł do widnego przedpokoju, z trudem łapiąc równowagę. Ostatecznie jednak nie wyrżnął, bo jakimś cudem przytrzymał się ściany.
- Cicho, cicho... - wymamrotał pijackim szeptem, słysząc marudzenie Kamińskiego. Nie był przygotowany ani na to, ze tamten mu otworzy, ani też na to, że zapyta o powód wizyty, choć logicznie myśląc to było pierwsze pytanie jakie zadaje się nieproszonemu gościowi. Z logiką jednak, w takim stanie, Olek miał spore problemy. Mimo ogromnych trudności ze skupieniem, namyślił się, a jakże! Uśmiechał się przy tym głupkowato, co w zestawieniu z jego menelowym wyglądem wyglądało bardzo karykaturalnie.
Czego chciał? Zamrugał z wolna, bo właściwie nie był pewien czego chciał. Podniósł na Emila mętne spojrzenie i zmarszczył brwi. Chciał go zobaczyć, chyba. Chyba o to chodziło. Więc jakby nie patrzeć, zobaczył go. W dziwnym stroju, jakby...
- A co ty... co to jest? - szarpnął lekko za połę szlafroka, przeciągając palcami po śliskim materiale. W fakturze przypominało mu te koszulki nocne, co to Kinia lubiła zakładać do łóżka. Konieczne czarne. Chciał zapytać Kamińskiego czy był baba, że takie nosi, ale złośliwe pytanie zbiło go z tropu. W dupę? Zapiąć? Co, kurwa?!
Wypracowanym przez lata gestem, chwycił w garść tę jego podomkę. Jak na stan, w którym się znajdował, był niezwykle sprawny, musiał więc działać na jakichś odruchach, przydatnych kiedy było się nawalonym w trzy dupy, a trzeba było komuś najebać. Ale zamiast przypierdolić Kamińskiemu jak należało, zatoczył się na niego. Przecenił swoje możliwości. Chciał mu przypieprzyć, a nie przyciskać go sobą do ściany przedpokoju, ale przycisnął, prawie uderzając czołem w jego czoło. Kręciło mu się w głowie i nie był pewien czy od alkoholu czy od tego, że dzisiaj dostał w nią zdecydowanie zbyt wiele razy.
- Weź mnie nie wkurwiaj... - wymamrotał wyraźniej, ale żaden cios nie nadszedł. Olek, kompletnie jak nie on, rozluźnił uścisk dłoni, które zawisły smętnie po bokach jego ciała. Westchnął ciężko, z bólem, i podparł się czołem o ścianę nad ramieniem Emila. - Ty pyskaty dupku...
Oddychał płytko, ale gdy w nozdrza uderzył go przyjemny zapach rozgrzanej skóry, bezmyślnie odetchnął głębiej. Może zwróciłby większą uwagę na to, że piersią przyciska się do jego, zupełnie nagiej, bo szarpnięciem rozchełstał mu ten głupi szlafrok. Może w ogóle zastanowiłby się nad sobą gdyby nie był tak pijany i tak obezwładniony bólem.
Dał się odsunąć i przytrzymać za ramię, próbując wrócić do pionu i utrzymać go za wszelką cenę. Trzeźwiejszym spojrzeniem obrzucił sylwetkę swojego dawnego kolegi. Jego półnagie ciało, zaniepokojoną, rozespaną twarz. Powinien mu zajebać. Obiecał mu, że zajebie go jak tylko go spotka. Tylko, że to... nie było takie spotkanie. Sam tu przylazł, cholera wie po co. Chyba już do reszty się tym pedalstwem zaraził. Bił się jak ciota, chlał jak ciota i przyłaził do domu Kamińskiego. Ewidentnie pedalstwo i pizdowatość. Lecz zamiast być na siebie wściekłym, po prostu zrobiło mu się przeraźliwie smutno.
Zacisnął zęby, tłumiąc szloch, krzywiąc się jakby miał się poryczeć, a potem zupełnie nagle chwycił Emila za ramiona i przycisnął go do siebie. Zamiast wpierdolu, podarował mu silny, pijacko-niedźwiedzi uścisk. Nawet poklepał go po plecach, zupełnie jakby witał starego druha, którego nie widziała całe lata. Wtulając zakrwawioną twarz w jego szyję, szeptał z bólem, że go nienawidzi, co było typowym przykładem wylewania pijackich smutków. Ale dzięki temu, gdy w końcu się odsunął, był jakiś taki spokojniejszy, nawet jeśli na jego pobrudzonych krwią policzkach, widniały wilgotne ścieżki łez.
Powoli oparł się plecami o zamknięte drzwi, przyciskając nadgarstek do czoła. Płytki oddech wyrywał się z jego spierzchniętych ust. Znów się skrzywił, ale tym razem grymas ten był odpowiedzią na nieznośne dzwonienie w uszach.
- Łeb mnie napieprza... - Zakomunikował słabo. Zsunął się po drzwiach na ziemię i usiadł, zwieszając głowę. Prezentował sobą obraz kompletnego nieszczęścia i całe to nieszczęście zaległo w przedpokoju Kamińskiego, chyba nie mając zamiaru się ruszyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pią Paź 19, 2018 10:15 am

Jak się nad tym głębiej zastanowić, Emil jeszcze nigdy nie widział Olka w takim stanie. Oczywiście, widział go zionącego wódą i podchmielonego, ale z pewnością nie zalanego w trupa. I nie pobitego. Przecież to Malinowski! To on spuszczał wpierdol, on woził się po dzielni i budził postrach. To zawsze Emil był na jego miejscu, podczas gdy tamten wymierzał ciosy. A teraz, ten jego koszmar, Oluś o ładnych oczach i jeszcze ładniejszych ustach, wyglądał jak siedem nieszczęść, powodując, że Kamiński, pomimo późnej pory, pomimo całej, nagromadzonej nienawiści i tego psychicznego zmęczenia, nie mógł być na niego zły. Chociaż chciał, naprawdę chciał wyrzucić go za drzwi, nazwać chujem i zagrozić, że wezwie policję.
Patrzył więc na niego w milczeniu, słysząc jak kot niecierpliwie się kręci, pomiaukując pod mokrym noskiem ze zdezorientowaniem.
Dlatego też, gdy Malinowski głupio spytał o narzutę na jego ciele, wzruszył tylko ramionami, jakby odpowiadał na pytanie o stan pogodowy na najbliższe kilka dni.
- Szlafrok. Kaloryfery nie grzeją za dobrze, zimno jest - mruknął jedynie, poprawiając lekko krzywe okulary na nosie. Przecież nie powie mu, że po prostu lubi dotyk aksamitu na skórze. Materiał ostatecznie nie grzał wcale, ale też przynajmniej chociaż trochę, zgodnie z odpowiedzią, osłaniał ciało przed chłodem docierającym z nieszczelnych okien.
Sapnął głośno, niespodziewanie przyszpilony do ściany. Spodziewał się chyba ciosu, albo wyrzucenia z siebie złości przez Olka, może obicia mordy, która dawno nie nosiła na sobie siniaków. Znowu palnął coś, zanim ugryzł się w język, chociaż teraz, grubo po północy, naprawdę wolał darować sobie kłótnie i niesnaski. Było też jego przysłowie, które lubił Emil: Jak powiedziało się A, trzeba było powiedzieć B, więc szybko pogodził się z tym, że będzie musiał wymienić okulary, kiedy tylko Malinowski znowu go spierze.
Całkiem odruchowo uniósł dłonie, zaciskając je na ramionach niespodziewanego gościa, gotowy by szamotać się z nim, odtrącić go i zrobić jakiś kulawy unik pod tą cholerna ścianą. Był na swoim terytorium, nie na ulicy Brzeskiej, gdzie niezaprzeczalnie brylował Siwy. Wprosił się, wtargnął niezapowiedzianie, zabierając resztki poczucia bezpieczeństwa. Nie zamierzał więc bezczynnie stać.
Ale stał, bo ból nie nadszedł, standardowy scenariusz się nie wydarzył. Olek po prostu przylgnął do niego z całym swoim cieplem, z niemocą i beznadzieją, zupełnie jakby te negatywne emocje właśnie nim zawładnęły, uniemożliwiając świadomy ruch. Emil wstrzymał oddech, w uszach czuł ekspresowe bicie własnego serca. Doskonale widział abstrakcyjność i nierealność tego, co działo się na jego przedpokoju. Gdyby Kot mógłby mówić, na pewno powiedziałby coś z wybitną, kocią ironią.
Rozluźnił palce na jego ramionach, ale dłoni nie odsunął. Westchnął głośno, dość miło, gdy tamten wtulił twarz w szyję, omiatając wrażliwą skórę gorącym, pijackim oddechem. Kąciki ust uniosły się tylko w przyjemnym rozbawieniu, słysząc nazwanie siebie pyskatym dupkiem, ale głosem zupełnie innym, mało agresywnym i zdumiewająco normalnym. Oparł więc dłoń na jego szyję i trwał tak, wspierając policzek o bok jego głowy.
Chciał tak trwać. Była to potrzeba ogromna, taka, która gromadziła się gdzieś przez te wszystkie lata, kiedy najzwyczajniej w świecie za nim tęsknił. Nie pamiętał, kiedy ostatnio byli tak blisko: chyba wtedy, na tej kanapie Malinowskiego, kiedy wszystko zaczęło się pierdolić. Teraz jednak Olek nie przypominał tamtego gówniarza. Szczupłe ciało zamieniło się w bardziej wyrzeźbione, muskularne. Był bardziej męski, górował nad nim nawet teraz, kiedy wtulał się w jego szyję jak dziecko. Wtedy też nie czuł tego, co teraz. Dziwnego ciepła, które ogarnęło jego ciało, dreszczu, jaki przebiegł przez jego kręgosłup, potęgowany niemal palącym oddechem drugiego. Przymknął powieki i westchnął, chyba milionowy już raz tej nocy, na kilka krótkich chwil pozwalając im na zawieszenie broni, na brnięcie w chaotyczną, naglącą bliskość.
Gdy Olek się odsunął, odruchowo Emil chciał go zatrzymać. Tak po prostu. Szybko jednak wrócił do prawdziwych realiów. Malinowski był najebany jak bombka, ledwo utrzymując się na nogach. Kiepski moment na okazywanie sobie dawnych uczuć, szczególnie, że sytuacja była dość niekomfortowa, zapewne dla obydwojga.
- Aleks, dusisz mnie - wyjęczał, chwycony w niespodziewany uścisk, który zaparł mu dech w piersi. Pozwolił mu na to, pozwoliłby pewnie na wiele rzeczy w tym momencie.
Olek płakał, a płaczący, załamany Olek był widokiem łamiącym serce i duszę. Uścisnął go więc mocno, w pełnym otuchy geście, czekając, aż uwolni nadmiar buzujących w nim emocji. Mógł mówić, że go nienawidzi, mógł życzyć mu śmierci i wyzywać od ciot, wszystko jedno. Mówił, bo coś w środku kazało mu to mowić, pomimo faktu, że tulił go teraz, otaczając ciężkimi ramionami. Taki był, tacy byli obaj. Totalnie pojebani.
Błękitne oczy spoczęły na obrazie nędzy i rozpaczy Olka, na smugi krwi, zawilgocone od łez. Nie skomentował. Ładne, pełne wargi tylko zacisnęły się w lekko smutnym grymasie.
Poprawił rozsunięty szlafrok i zbliżył się do siedzącego chłopaka, kucając przed nim wolno. Zerknął na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła druga.  
- Jeśli obiecam, że nie wyjdzie to z tego mieszkania, dasz sobie pomóc? - spytał łagodnie. Malinowski potrzebował lodowatego prysznicu i opatrzenia twarzy. Kamil był już mistrzem we własnoręcznym opatrywaniu ran, a jeśli się spręży, Siwy będzie mógł nawet godzinę przekimać się na jego kanapę, nim będzie musiał wyjść o odpowiednim czasie, by nikt nie przyhaczył go na odwiedzinach w jego domu. Oparł dłoń na jego kolanie, stanowczo, jakby nie chciał słyszeć o jakiejkolwiek odmowie.
- Chodź. Weźmiesz prysznic. Przygotuję Ci dresy. Dasz radę wstać? - uniósł się i wyciągnął w jego stronę dłoń. Podejrzewał, że Malinowski raczej będzie marudził i niechętnie podejdzie do tej całej pomocy. Nie mniej, teraz to on wyciągał do niego dłoń, próbując naprawić swoje poprzednie, beznadziejne zachowanie względem niego. W ten sposób chciał go przeprosić. I poprosić o to, żeby wybaczył mu swój upór.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pią Paź 19, 2018 1:56 pm

Gdyby tylko nie był tak pijany, zapewne dostrzegłby i westchnienia i pragnienie bliskości, którego Kamiński na tę chwilę wcale się nie wstydził, wyrażając je w drobnych gestach i przyspieszonym oddechu. Ale gdyby Olek nie był tak pijany, prawdopodobnie w ogóle by nie przyszedł, a o przytulaniu dawnego przyjaciela nie byłoby nawet mowy. Dostrzegając jakiekolwiek przejawy pedalskiej sympatii, na bank by mu zajebał, wierny przekonaniom, w które w duchu wcale nie wierzył. Ale był pijany, roztrzęsiony, przytłoczony natłokiem niechcianych-chcianych emocji. Trwał więc chwilę dłużej w tej śmiesznej formie przytulenia, nie przejmując się, że nie wypada, że pedał, że wszystko jakieś takie duszne, bardziej intymne... Dopiero właśnie ten splot niechęci i chęci, pragnień i strachu, wylał mu na policzki zawstydzające łzy, a z ust wyrwał słowa, które choć w kształcie były niechęcią, to w znaczeniu wyrażały tęsknotę i niezrozumienie wobec własnych uczuć. I tkwiąc w tym uścisku, on wylał swój żal, choć nie ubrał w go w żadne jasne zdania. Po prostu pozwolił emocjom bezmyślnie przepłynąć, ostatecznie pozostawiając go pustego i czystego. Zupełnie jakby kilka łez miało jakąś boską, sprawczą moc.
Siedząc pod drzwiami i słysząc pytanie, Olek nie pomyślał o tym, że Emil mógłby komukolwiek powiedzieć o tej nocnej wizycie. W tej chwili, dzieląc z nim przestrzeń niewielkiego przedpokoju, było tak, jakby była ich własną, prywatną, do której nie miał wstępu nikt z zewnątrz. Intymną wręcz. Dlatego pomimo okropnego samopoczucia, świadomości swojej żałosności, był spokojny. Alkohol uczynił go rozrzewnionym, widok Emila, bardzo, bardzo smutnym, a nagły emocjonalny wybuch, zwyczajnie zmęczonym.
Po prostu przyjął, że dotarli do tego abstrakcyjnego momentu, w którym chora, nieuzasadniona nienawiść, przestawała się liczyć, bo liczyło się coś zgoła innego. Byli tu. Razem. Dlatego Olek pokiwał głową, zgadzając się bez marudzenia, którego tak spodziewał się Kamiński. Nie miał ani chęci, ani tym bardziej siły, by dalej się szarpać i złościć na coś, co w gruncie rzeczy... było prawdą. Był ciotą. Był nią nie tylko dlatego, że obili mu mordę i w słabości schlał się jak meserszmit, ale też dlatego, że od lat tęsknił za wspólnym przesiadywaniem na kanapie w salonie, za wszystkimi głupotami, które razem robili. Za świadomością, że miał prawdziwego kumpla. Od lat tęsknił za Emilem. Tym samym, którego pragnął kiedyś uczynić kimś więcej.
- Dam... Chyba. - Dźwignął się z ziemi, chwytając wyciągniętą dłoń. Przy wstawaniu, głowa zapulsowała bólem, ale jedynie bardziej się skrzywił. Nie narzekał. Nie chciał się już bardziej upokarzać.
Wsparłszy dłoń na ramieniu Kamińskiego, przeszedł z nim kilka kroków do chłodnej łazienki. Unikał jego spojrzenia, będąc świadom zbyt trzeźwych myśli panoszących się w głowie, jak na swój obecny stan i bał się, ze Emil je dostrzeże. Może nawet już dostrzegł? Przecież jak bardzo by nie chciał, w takiej sytuacji, nie potrafił kontrolować mimiki wystarczająco.
Usiadł ciężko na zamkniętym kiblu i z trudem wyplątał się z podartej koszulki, najwyraźniej nic nie robiąc sobie z tego, że musi zdjąć ją przed pedałem. Właściwie, teraz Emil nie jawił mu się pedałem, nie w takim sensie w jakim był zawsze. Teraz był po prostu starym Kamińskim, może trochę wyższym i bardziej babskim, ale nadal Kamińskim.
Olek z ciężkim westchnieniem nachylił się, by ściągnąć ten jeden jedyny but jaki mu się ostał, marudząc pod nosem jakieś obelgi pod adresem pieprzonego sierściucha. To były jego ulubione adidasy...
- Ej, Emil - zawołał nagle, nie podnosząc głowy. Jego głos był cichy, zmęczony. Po zwyczajnym, agresywnym i bluzgającym Olku nie było śladu. Zamilkł na chwilę, ściągając skarpetki, ale zaraz odezwał się znów, jeszcze ciszej, jakby wstydził się kolejnego, ale jakże wymownego słowa. - Dzięki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pią Paź 19, 2018 5:44 pm

Emil z wyraźną ulga przyjął fakt, że jego niezapowiedziany, nocny gość, bez zbędnych uwag pozwolił sobie pomóc. Ani jeden, ani drugi najwyraźniej nie miał siły na przekomarzanie się i upór, szczególnie, że Malinowski naprawdę potrzebował, by chociaż raz ktoś się nim zajął. Zacisnął więc dłoń na jego dłoni i poprowadził wolno do łazienki, gdzie posadził go na toalecie.
- Poczekaj chwilę - powiedział, ostatni raz obrzucając go uważnym spojrzeniem, jakby obawiał się, że ten może zrobić sobie jakąś krzywdę. W końcu uznał, że Malinowski jest zbyt zajęty rozbieraniem się, by jakkolwiek nawet zauważyć jego brak.
Wyszedł do sypialni, przerzucając w szafie rzeczy. Znalazł jakieś dresy w większym rozmiarze, które nadawałyby się na Olka. Bluza jasne, nadawała się nawet dla osoby dwa razy większe, spodnie niestety prawdopodobnie będą mu sięgały powyżej kostki. Będzie musiał jakoś to przeżyć. Sam też po chwili namysłu narzucił na siebie całkowicie niepasującą do łagodnej twarzy bluzę, bo chociaż teraz i on i Olek zachowywali się jak gdyby nigdy nic, nie był pewien jak zachowa się ten drugi, kiedy tylko lekko wytrzeźwieje. Ostrożnie więc, by nie sprowokować go nieświadomie i jednocześnie by Siwy poczuł się jak jakkolwiek bezpiecznie, postanowił rozważnie myśleć nad kolejnymi swoimi ruchami. Podejrzewał, że i tak będzie miał kaca moralnego, kiedy tylko obudzi się następnego dnia.
Tak więc, ubrany w gacie, szlafrok i bluzę, jakiś przypadkowy zlepek szmat, wrócił do łazienki z naręczem ubrań i czystych ręczników, z kuchni zgarniając jeszcze najpotrzebniejsze do pierwszej pomocy rzeczy. Jakieś waciki, wodę utlenioną, plastry i maść na obtłuczenia.
Odkręcił wodę pod prysznicem, ustawiając na temperaturę wręcz lodowatą, bo lodowata woda chociaż trochę przegoni możliwe nudności i uspokoi trochę szalejące po alkoholu ciało. Majstrował więc przy kurkach, początkowo nawet nie reagując, gdy tamten mu podziękował. Musiało minąć kilka długich sekund, nim dotarło do niego, że tej nocy był Emilem, a nie pedałem czy Kamińskim. Własnego imienia z jego ust nie słyszał dobrych parę lat.
Spojrzał na Olka przez ramię i uśmiechnął się delikatnie.
- Nie ma za co. Nie odmówiłbym Ci pomocy - powiedział szczerze. Chciał dodać, że przecież zrobiłby dla niego to samo, jednak podświadomie wiedział, że raczej by do tego nie doszło.Nie na trzeźwo i nie pod wpływem kolegów z dzielni.
Chyba dawny sentyment popchnął go do tego, że tak łatwo ustąpił, tracąc dotychczasowy upór i wolę walki. Nigdy też specjalnie walczyć z nim nie chciał. Zmusiła go do tego sytuacja, uczucie zagrożenia, strach przed wyjawieniem mu tego, co czuje. A czuł wiele, może nawet zbyt wiele, by moc chociażby marzyć o tym, by swobodnie móc mu o tym powiedzieć bez kolejnego wpierdolu.
Czasami myślał, że gdyby częściej rozmawiali, wiele rzeczy potoczyłoby się inaczej. Gdyby po prostu mówili, ba, gdyby potrafili ze sobą rozmawiać, zamiast fizycznie przekonywać o swoich racjach.
Doszło do tego, że byli dla siebie niemal obcy. Emil nie miał nawet jego numeru telefonu.
Podszedł do Olka, pomagając mu ze spodniami. Odruchowo, nie odmówił sobie możliwości zlustrowania jego nagiego ciała. Śmiał nawet twierdzić, że bez dresiarskich ubrań prezentował się znacznie lepiej. Modlił się, by tamten nie dostrzegł wyrazu zmieszania na jego twarzy, odwrócił więc szybko wzrok, pamiętając o zasadzie, którą nałożył sam na siebie chwilę temu.
- Chodź - znowu wziął go za rękę, pomagając mu wstać na równe nogi. Zaprowadził go pod prysznic, już mniej delikatnie po prostu wpychając go pod strumień zimnej wody, ochlapując przy tym i samego siebie.
- Wytrzymaj chwilę. Zaraz poczujesz się lepiej - mówił, próbując dodać mu otuchy. Wierzył, że doświadczenie nie było przyjemne, dlatego po chwili, widząc jak tamten drży z zimna, ale dalej nie zmienia pozycji, przekręcił kurek puszczając cieplejszą wodę.
Nie mówił wiele. Stał przed prysznicem, na tyle blisko, by pomóc mu się umyć. Obrócił go przodem do siebie, ujmując jego twarz w dłonie, delikatnymi ruchami ocierając krwawe i brudne ślady. Rękawy za dużej bluzy co chwila się zsuwały, podwinął je w końcu, by ułatwić sobie manewrowanie.
Dotykał jego policzków, obitych warg, czoła i szyi, opuszkami palców badając fakturę jego skory, odnajdując w tym coś wielce przyjemnego. Mógłby dotykać go tak dłużej, nabrał nawet ochoty, by odkryć każde wrażliwe miejsce na jego ciele. Myśl jednak odgonił równie szybko jak się pojawiła. Ze strachu, jak zwykle.
- Wszystko w porządku? - spytał kontrolnie, obmywając jego ramiona i klatkę piersiową, obite żebra, przybierające już siny odcień. Pomimo dramatyzmu sytuacji, Olek wyglądał pięknie. Może i określenie było pedalskie, ale myśl nasunęła się od razu, kiedy spojrzał mu w stalowe, smutne oczy, które chwytały za serce i wstrzymywały oddech.
Zakręcił wodę, pozwalając jeszcze by ostatnie krople wody spłynęły po jego ciele. Następnie narzucił duży ręcznik na jego ramiona i wyprowadził go spod prysznica, ponownie sadzając go na toalecie.
- Przyniosłem ubrania. Jak skończę, będziesz mógł się przebrać - uklęknął przed nim, przysuwając sobie waciki i wodę utlenioną. - Zbliż się - poprosił, sięgając ku jego twarzy, by zdezynfekować widoczne tam zadrapania.
- Przepraszam - powiedział w końcu, kiedy zebrał w sobie na tyle odwagi, by przyznać przed samym sobą, że z reguły i on nie zachowywał się w porządku jeśli chodziło o Olka.
- Przepraszam, że Cię prowokowałem. I za to, że ostatnio kiedy się widzieliśmy, uznałem Twoje słowa za atak na moją osobę - pogładził kciukiem jego dolną wargę, może trochę zbyt pewnie. Szybko skupił się na obmyciu wacikiem oblepionych brwi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pią Paź 19, 2018 10:00 pm

Zostając samemu w niewielkiej łazience, powiódł wzrokiem po przestrzeni, po półkach, wannie, umywalce...
- Wyglądam jak gówno... - mruknął do siebie, widząc swoje odbicie w lustrze i nagle zapragnął, żeby Kamiński wcale tu nie wracał, nie widział go w tym stanie, nie musiał się nim zajmować. Nie chciał być mu winny. Przez kilka chwil rozważał, czy po prostu nie podnieść się i nie wyjść, ale Emil uwinął się szybko z tym, z czym miał się uporać. A może po prostu Olek nie ogarniał zbyt dobrze upływu czasu.
Spodnie zaczął więc ściągać dopiero wtedy, kiedy gospodarz otworzył drzwi od łazienki, niosąc naręcze ciuchów, ręcznik i domową apteczkę. Nie poświęcił mu za dużo uwagi, zajmując się przygotowywaniem prysznica, za co Olek był mu wdzięczny.
Choć zwyczajowe "nie ma za co", było tym czego mógł się spodziewać, to już kolejne zdanie wywołało w jego żołądku nieprzyjemny uścisk i nie miało to nic wspólnego ze zbyt dużą dawką alkoholu. Czy Kamiński był szczery w swoich słowach? Olek nie miał pojęcia, ale wiedział, że gdyby to Emil zrobił mu taki wjazd na chatę, pewnie wyjebałby go na zbity ryj. A może... a może nie? Może faktycznie wcale nie był aż tak złym człowiekiem? Jedno wiedział na pewno, Emil był lepszym człowiekiem od niego.
Wstał, a choć był kompletnie nagi, nie było po nim widać ani odrobiny dyskomfortu, tylko ten dziwny smutek i zmęczenie, które jego twarz przybrała po chwilowym wybuchu emocji. Wsparł się na ręce towarzysza i wszedł pod lodowaty strumień wody. Kompletnie nie spodziewał się przeszywającego do szpiku kości, chłodu. Zaklął, cofnął się odruchowo, zapewne oblewając Emila, ale po chwili, przy potoku przekleństw i szczękania zębów, wlazł do wanny w całości. Woda runęła mu na głowę, ochładzając rozpalone bólem ciało, zmywając krew i wyrywając z jego gardła jęki cierpienia. Chłód pomagał na stłuczenia i opuchliznę, ale przynosił ze sobą również okrutny, ciężki do wytrzymania ból. Olek, klęcząc na dnie wanny, wbijał paznokcie w uda, dysząc i pomstując. Doświadczenie było paskudne, ale trzeba było przyznać, że przejaśniło mu się od niego w głowie, dlatego gdy Emil odkręcił cieplejszą wodę i ujął w dłonie jego twarz, napotkał trzeźwe spojrzenie stalowych oczu. Poważne i nadal smutne, ale pozbawione iskierek gniewu. Olek też nic nie mówił, trochę dlatego, że bał się, co mogłoby uciec mu z ust. Wzbierała w nim obawa, a ze strachem u niego zawsze szła w parze agresja - jakiś dziwny odruch stroszenia kolców, jakby tylko to mogło uchronić go przed czyimkolwiek osądem.
Bliskość Kamińskiego, jego zatroskane oblicze, delikatne, niemal kobiece dłonie... Zamknął oczy, starając się unormować oddech, który zdradzał go najbardziej. Krzyczał wręcz, że Malinowski czuje obecność Emila nie tylko w ten najdosadniejszy, fizyczny sposób. Mimo to, wytrzymał łagodne zabiegi, nie cofnął głowy, choć był moment, w którym miał dziką chęć odtrącić delikatne dłonie. Nie dlatego, że były mu niemiłe, a dlatego, że miłe były za bardzo. Jednak gdy Emil przeciągnął dłonią po jego piersi, pokręcił głową i faktycznie, odchylił się.
- Tak, dzięki. Już sobie poradzę - odparł dziwnie zachrypniętym głosem, uciekając wzrokiem w bok. Sam umył się niedbale, a gdy dostał ręcznik, owinął się nim i wyszedł z wanny. Nie oponował, gdy te same, delikatne dłonie, przed którymi uciekł chwilę temu, chwyciły go za ramiona i posadziły na toalecie, ale siedząc zupełnie nago przed właśnie klękającym przed nim Emilem, to... teraz było dla niego zbyt wiele.  Olek ściągnął ręcznik i pierwszy raz odkąd zdjął ciuchy, zainteresował się tym, by przykryć czymś swoje krocze. Wilgotny materiał ręcznika doskonale się do tego nadawał.
- Nie musisz, nic mi nie będzie... - zamarudził, bardziej dlatego, że nie chciał patrzeć Emilowi w twarz z tak bliska, niż dlatego, że faktycznie nie chciał pomocy. Jednak pomimo narzekania, jego opór był jedynie teoretyczny, bo nachylił się wypełniając prośbę. Gdy palce Emila znów dotknęły jego skóry, zadrżał wyraźnie i w pierwszym momencie to mogło wydawać się reakcją na ból, ale ramiona pokryte gęsią skórką podpowiadały zgoła inne rzeczy. Powoli wypuścił przez nos, wstrzymywane zbyt długo powietrze i zamknął oczy. Musiał, bo nie wytrzymałby tej bliskości, gdyby patrzył mu w twarz.
Milczeli obaj, godząc się na ten dziwaczny rytuał zawieszenia broni. Olek tylko od czasu do czasu krzywił się nieznacznie, gdy mocniej go zapiekło. Cisza mu nie przeszkadzała i tak nie wiedziałby, co ma powiedzieć, więc nic dziwnego, że to nie on ją przerwał. Słysząc przeprosiny, otworzył oczy, by ujrzeć przed sobą wpatrzony w siebie błękit, a jego powaga i spokój, paradoksalnie rozpędziły mu w żyłach krew. Tak blisko... Powinien zareagować gwałtownie na czułe, ewidentnie niepotrzebne w opatrywaniu, dotknięcie dolnej wargi, ale zamiast tego, jak w jakimś transie, albo lepiej nawet, w erotycznym śnie ze szczeniackich czasów, rozchylił usta. Wyrwało się spomiędzy nich ciche, rozedrgane westchnienie, a spojrzenie, do tej pory utkwione w oczach, zsunęło się na na usta Emila. Trwało to sekundę, może dwie. Dokładnie tyle ile zabrało Kamińskiemu zdanie sobie sprawy z wymowności własnego gestu i gestu Malinowskiego. Olek odruchowo zwilżył językiem wargi i cofnął głowę przed dalszymi zabiegami. To nie o całowaniu powinien teraz myśleć, a o słowach jakie padły. O przeprosinach, które powinny wypłynąć z jego ust, a nie z ust Kamińskiego. Speszony, spojrzał gdzieś pod kolana towarzysza, na pękniętą płytkę podłogową i w niej utkwił wzrok. Tak było bezpieczniej.
- To był atak... więc... To nie ty powinieneś przepraszać - wymamrotał, bo przyznawanie się do błędu czy słabości zawsze przychodziło mu z trudem. - Ale to nie tak, że mnie nie obchodziło... - wyznał w jakimś naiwnym przypływie szczerości. Może to przez intymność, jaką teraz dzielili, a może przez płynący w żyłach alkohol. - Co się z tobą dzieje... - dokończył szeptem, a potem jego głos podniósł się o ton, może dwa i wkradła się w niego jakaś desperacja poprzetykana obawą. - Słuchaj... sorry za to wtargnięcie. Nie powinienem. Boże... - Chwycił się za głowę i pokręcił nią. - Co ja robię ze swoim życiem? - Istotnie, co robił? Co tu się do cholery działo? Jakim cudem wylądował pobity, pijany i nagi w łazience Kamińskiego, do tego poddając się jego zabiegom jak skarcone dziecko? - Zaraz się zabiorę. - Podniósł głowę, wzrokiem szukając ciuchów i unikając spojrzenia towarzysza. Mógł pójść nawet we własnych spodniach, bez koszulki i butów. Nie miał przecież daleko. - Tylko narzucę coś na tyłek.
Zaniepokojony i zawstydzony Siwy, to był rzadki widok. Prawdopodobnie nikt z ziomków nigdy go takim nie widział. Zapewne gdybym zobaczyli, Olek nie byłby już dla nich żadnym autorytetem. Ale teraz nie był wśród swoich. Na obcym gruncie, wobec nieznajomych-znajomych uczuć jakie żywił do Emila, był bezbronny. Czuł się żałosny i właściwie, był żałosny. Pierwszy raz poczuł się tak, jakby wszedł jedną nogą za nieprzekraczalną wcześniej granicę, która zbliżała go niebezpiecznie do przyznania się przed samym sobą, kim naprawdę był.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Pią Paź 19, 2018 11:23 pm

Emil przypatrywał mu się, kiedy tamten nie patrzył w jego stronę. Lubił na niego patrzeć, szczególnie w tym momencie, kiedy ściągał sztuczną maskę, noszona przy kolegach. Teraz znowu był jego Olkiem, tym chłopakiem, o którym często myślał. Podobał mu się taki. Nie chodziło o smutek, tylko o szczerość jaką emanował, o te krótkie, ciężkie westchnięcia, wydobywające się spomiędzy rozbitych warg, o zakłopotanie, które zastąpiło wcześniejszy, pijański bełkot. Miał ochotę jednocześnie po prostu go przytulić i zaciągnąć do łóżka.
Z całych sił chciał wierzyć, że Malinowski mówi prawdę. Że jednak obchodziło go, co się z nim dzieje, że nie zapomniał i nie skreślił go raz na zawsze. Chciał wierzyć i jednocześnie jakaś okropna jego cząstka podpowiadała mu, że nie może. To tylko alkohol.
Nie mniej, postanowił zachować sobie tę nadzieję, wspomnienie tej nocy, podczas której na kilka chwil miał go znowu blisko.
W odpowiedzi uśmiechnął się delikatnie i miło, sprawiając, że z natury przystojna twarz nabrała uroku. Chyba nigdy się do niego nie uśmiechał, nigdy tamten nie dawał mu ku temu okazji.
- Chyba oboje jesteśmy popierdoleni - skwitował jedynie, kończąc opatrywanie jego twarzy. Pewnie normalnie uparłby się, żeby spojrzeć na jego żebra, które do jutra zdążą przybrać odcień dojrzałej śliwki, jednak uderzyła go okropnie krępująca świadomość, że Malinowski nic na sobie nie ma.
W jednej chwili zrobiło mu się strasznie głupio. Jasne, był nagi pod prysznicem, ale wtedy skoncentrował się bardziej na pomocy, niż na fizycznym wyglądzie Olka. Teraz, klęcząc przed nim, oddzielony od jego krocza jedynie ręcznikiem, poczuł jak fala gorąca uderza w niego z takim impetem, że aż sapnął pod nosem. Był na siebie zły, bo czuł to znajome, nieprzyjemne uczucie palących policzków. Wspomnienie rozchylonych warg Olka i jego ciepłego oddechu na palcach nie ułatwiało mu skupienia, wręcz przeciwnie. Myślał tylko o tym, jak jego usta mogą smakować, a dotyk rozpalić.
Wstał, cofając się, niknąć nagle bardziej w obszernej bluzie. Wytarł dłonie i westchnął lekko, odwracając spojrzenie od Siwego.
- Daj spokój - powiedział na jego słowa, opierając się lekko o pralkę. - Możesz zostać, jeśli masz na to ochotę. Na chwile. Herbatę Ci zrobię - dodał, krzyżując dłonie na klatce piersiowej. Przekonywał i siebie i jego, że chęć pomocy była priorytetem, chociaż Emil doskonale wiedział, że po prostu egoistycznie chce zatrzymać go dłużej.
- Nikt sie nie zorientuje, jeśli chwilę posiedzisz. Poza tym...- zaczął. Przygryzł delikatnie wargę, bawiąc się buteleczką wody utlenionej. - Nic się nie stanie, jak raz po prostu przyjmiesz pomoc od pedała. Nie jesteś dla mnie kłopotem. I w żaden sposób nie uważam, żebyś zrobił coś złego. Raz w życiu po prostu...Zostań. I nie patrz na mnie jak na zboczeńca, który chce zarazić Cię gejostwem.
Kamiński potarł zmęczoną twarz dłonią, zerkając na Olka spomiędzy długich palców. Mała łazienka wydała mu się jeszcze mniejsza i jakby duszna. Była też bezpieczną przystanią, wygłuszająca wszystkie bodźce z zewnątrz. Brzeską, Pragę, Warszawę. Byli oni, trochę zagubieni i zdezorientowani, oraz ich uczucia, emocje i niesprecyzowane pragnienia. I ta dawna sympatia, którą teraz mogli znowu przywrócić. Na chwilę.
Niestety, siłą nie mógł go zatrzymać i po części, jego trzeźwy umysł rozumiał, jak ciężko musiało być teraz Malinowskiemu. Dlatego też wskazał jedynie na przygotowane wcześniej ubrania, których z utęsknieniem szukał Olek. Kamiński dalej stał w tym swoim zlepku ubrań, na gaciach i w aksamitnym szlafroku wystającym spod bluzy.
- Jeśli będziesz chciał wyjść, zrozumiem. Jeśli nie, przyjdź do salonu, przygotuję Ci kanapę i coś do picia. Może jak poleżysz, to poczujesz się lepiej - obrócił się, ruszając do drzwi. Przystanął na chwilę, spoglądając na niego przez ramię.
- Ach, i jeszcze jedno - przechylił lekko głowę. - Pomogłem Ci ze względu na to, że kiedyś byłeś ważną częścią mojego życia. Szczeniackiego, ale zawsze. Nie jesteś mi nic winien  - rzucił, znikając za drzwiami.
Mówił prawdę. Pomógł mu, bo tak podpowiadało mu serce. Tak wypadało. Nie żałował niczego i pewnie gdyby sytuacja się powtórzyła, ponownie wpuściłby go do mieszkania. Wątpił, by rzutowało to na ich dalsze relacje. Będzie jak zawsze; rano wstaną z tą samą nienawiścią do siebie, otrzeźwieni nowym dniem jak solidnym uderzeniem w twarz. Nie mogli znowu zostać przyjaciółmi. Nie mogli dlatego, że musieli podporządkować się życiu tutaj, wbrew temu na co sami mieli ochotę.
Włączył czajnik, uchylił okno w kuchni. Opierając się o parapet, odpalił papierosa, przymykając powieki. Serce wygrywało mu jakiś nierówny rytm, umysł podszeptywał, że właśnie dostał to, czego sobie życzył - Olek sam do niego przyszedł, miał go na wyciągnięcie ręki. Zamiast zrobienia czegokolwiek, Emil nie zrobił nic, w obawie przed spłoszeniem go i urażeniem.
Ostatnim, czego by chciał to zgorszenia Siwego, który i tak ledwo mógł patrzyć w jego kierunku. Przebywanie z pedałem uwłaczało mu. I teraz, stojąc tak w kuchni i wciągając głęboko papierosowy dym w płuca, Emil po raz pierwszy żałował, że jest gejem, który zniszczył ich przyjaźń. Gdyby nosił dresy, ruchał niunie i zadawał się z chłopakami, pewnie wszystko byłoby prostsze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Czw Paź 25, 2018 2:26 pm

Emilowy uśmiech. Głupia rzecz, bo widział go niezliczoną ilość razy za szczeniaka, a i wiele razy gdy uczył Alkę, ale odkąd wszystko się popieprzyło, Emil nigdy nie uśmiechnął się do niego. Nic dziwnego, nie miał powodów. Olek obijał mu twarz za przekonania, był ciemiężycielem, zwykłym skurwielem, a tacy nie zasługują na dobre słowo i uśmiech. Może właśnie dlatego teraz, widząc ten grymas, choć smutny i nadal pełen dystansu, wywołał w jego sercu jakieś poruszenie. Ale zamiast wyszczerzyć się jakoś, odruchowo choćby, odwrócił wzrok, posmutniał bardziej. Byli. Byli popierdoleni. Obaj równie uparci i głupi, choć każdy na swój własny sposób.
Czy więc miał ochotę zostać? Nawet jeśli, to nieracjonalnie, a przez wycie alkoholu w żyłach, przez ból głowy i pragnienie jego ukojenia. Wiedział, że herbata na żadną z tych rzeczy nie pomoże. Zostanie i kimanie na kanapie, może i tak, ale to mógł zrobić u siebie. A jednak chciał zostać, bo nieracjonalnie i naiwnie, ale pomyślał, że może teraz faktycznie mógłby być przy nim sobą? Może jakoś to będzie? Może jebać to wszystko? Bo przecież faktycznie, piekło świata nie pochłonie, nic się nie stanie, ale... jego własny, mały, prywatny świat na Brzeskiej zawali się niechybnie. Może nikt nie będzie widział, ale on będzie wiedział. Kolejne kłamstwo, kolejne poczucie winy.
"Raz w życiu po prostu...Zostań. I nie patrz na mnie jak na zboczeńca, który chce zarazić Cię gejostwem."
Olek podniósł spojrzenie i zmusił się do grymasu, który można było podciągnąć pod uśmiech. A choć w głowie kłębiła mu się myśl, że nikt go nigdy nie musiał zarażać, że taki był pewnie od początku, nie odważył się jej wypowiedzieć. Bo jak to tak? Taka refleksja z ust drecha? Niemożliwe. No i byłaby też przyznaniem się przed cząstką świata, że był... kim był. Nie był na to gotów, pomimo alkoholu, smutku, poczucia winy, bólu i wszystkich tych negatywnych emocji, które dzisiaj rozdzierały mu serducho.
Znów więc odwrócił wzrok, skulił się i pokiwał jedynie głową na wyrozumiałe słowa, które padały z ust Emila. Powinien mu podziękować, ale nawet na to się nie zdobył.
Siedział w łazience kilka bardzo długich chwil po tym jak został sam, aż w końcu zrobiło mu się zimno nie tylko od wewnętrznego chłodu. Wtedy z ociąganiem wstał, sprawdzając swoją równowagę. Była do bani, nadal lekko się chwiał, bo podłoga wciąż falowała, ale założył na siebie Emilową bluzę. Otulił go obcy zapach, który bardzo dosadnie przypominał mu jak chora była ta sytuacja, gdzie się znalazł, z kim, i jakie to miało konsekwencje. Nie powinien przychodzić, a skoro już przyszedł, powinien mu zajebać. Zamiast tego wylądował nagi w jego łazience, jak podlotek ekscytując się dotykiem jego dłoni. Przełykając wstyd, naciągnął na tyłek za krótkie dresy. Podciągnął nogawki powyżej łydki, by przestały się nieprzyjemnie ciągnąć, a potem wyszedł. Nie mógł zostać w łazience przez wieczność, choć teraz naprawdę chciał się gdzieś schować.
Palące się w kuchni światło wylewało się do ciemnego przedpokoju, a z nim przypływał chłodny, wczesnowiosenny wiatr i zapach papierosowego dymu. Olek oparł się o drzwi łazienki i kilka razy uderzył w nie tyłem głowy. Masz, debilu, co chciałeś. Kto teraz był masochistą, pojebie? Ty czy on? Wahał się kilka chwil patrząc na jasną plamę, od której dzieliły go centymetry. Mógł przekroczyć ją idąc do drzwi, wyjść i zapomnieć... Jutro wszystko wróciłoby na dawne tory. On znów otoczyłby się ziomkami, szeleszczącym ortalionem i głupimi dupami, a Kamiński wróciłby do tych swoich pedalskich rzeczy, cokolwiek on tam robił.
Kogo chciał oszukać?
Nie był w stanie zapomnieć, nie był w stanie zagłuszyć poczucia winy. Mógł więc równie dobrze stanąć w świetle i przyznać się do chęci zostania tu dłużej.
Zrobił chwiejny krok w przód. Jego skulona sylwetka, mokre po kąpieli włosy, posiniaczona twarz, cała beznadzieja jaką sobą prezentował, stanęła w świetle. Rzucił krótkie, typowe dla siebie, spojrzenie spod byka, na opartego o parapet Emila, a potem... ruszył do wnętrza kuchni.
Nic nie mówił. I tak nie wiedział, co powinien powiedzieć. Stanął na przeciw chłopaka i wyjął mu z pomiędzy palców papierosa, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie. Potem, oparł się o parapet na wzór Kamińskiego i zaciągnął się głęboko.
- Przychodź do Alki - powiedział po chwili, wydmuchując obłok dymu i oddając mu szluga. Nie patrzył na niego. Błądził wzrokiem gdzieś po kuchennej podłodze, zaciskając dłonie na zimnym parapecie. - Było dobrze jak przychodziłeś. Prawie jak kiedyś... - Lecz nim chłopak zdążył mu odpowiedzieć, Olek pośpiesznie zmienił temat. - Masz aspirynę? Strasznie mnie napierdala. - Na poparcie swoich słów, przycisnął dłoń do głowy. - I ta herbata też będzie ok.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Czw Paź 25, 2018 8:10 pm

Emil nie wiedział, czego się spodziewać. Dla niego bardziej prawdopodobnym byłoby usłyszenie trzaśnięcia drzwi wejściowych, niż pojawienie się Olka w kuchni. Miał jednak nadzieję - tą ukrytą, schowana głęboko, przebijająca się przez pęknięcia w budowanym latami murze, która kazała mu czekać. Czekać, nasłuchiwać, błagać o to, by Malinowski został nawet, jeśli miałoby to być tylko kilka przelotnych chwil.
Był głupi. Sam przed sobą obwiniał się za naiwność i głupotę, za iskierkę rozpalonej nadziei, że a nuż będzie lepiej, a ich relacje zostana magicznie naprawione.
Kogo chciał oszukać? Będzie jak dawniej, nawet gorzej. Możliwe, że tamten mało co będzie pamiętał, a nawet jeśli, wspomnienie tej nocy wyrzuci z pamięci równie szybko, jak wspomnienie jego samego sprzed kilku lat.
Wciągnął głęboko papierosowy dym. Był zmęczony. Tym, że dochodziła prawie trzecia, że było mu zimno w smukłe łydki, tym, że nie mógł wyrazić swoich uczuć, bo każdy przejaw uczuć jakichkolwiek zakończy się solidnym armagedonem. Był zmęczony Olkiem, sobą, Brzeską. Tym całym udawaniem, że ma wszystko w dupie, podczas gdy w środku aż skręcało go, by wykrzyczeć Aleksandrowi wszystko prosto w mordę. Był zmęczony tym, że nie mógł go złapać, nie mógł go już przytulić, bo mógł to zrobić tylko wtedy, na przedpokoju, ale zmarnował swoją szansę. A teraz do tego nie wróci, teraz Olek był bardziej świadom i zdecydowanie był bardziej realny.
Był zmęczony bijącym mocno sercem i fala gorąca, gdy przypomniał sobie jego nagie ciało.
I natłok tego wszystkiego sprawił, że o obecności Olka w kuchni zorientował się niemal sekundę przed tym, jak zabrał mu papierosa.
Spojrzał więc na niego przytomniej, marszcząc krótko brwi, ale papierosa pozwolił sobie zabrać. Po prostu oparł się o niego, stojąc ramię w ramię i westchnął głęboko, też wgapiając się w jakiś bliżej nieokreślony punkt na kuchennej ścianie. Stali tak, obraz nędzy i rozpaczy, dwa ścierwa, ochłapy ziemi, ubrani w zlepki beznadziejnych, niepasujących ciuchów. Jak karykatury ludzi w środku nocy, dzieląc się jednym papierosem, powietrzem i wiszącą ciszą. Przypominało mu to stare czasy, pierwsza zapalona fajka, gdzieś za rogiem spożywczaka. Palili wtedy szybko, czując się, jakby złapali Pana Boga za pięty, rozglądając się szybko i chichocząc szalenie.
I Emil poczuł wyraźną ulgę. Zyskał też poczucie, że nawet jeśli wyglądali beznadziejnie, to było ich miejsce. Tu, w jego kuchni, stojąc obok siebie i paląc mentolowego peta.
Znowu zacisnął ustnik pomiędzy wargami, tym razem spoglądając na swojego rozmówcę. Uniósł brwi, nie ukrywając zdziwienia jego słowami, będąc gotowym na salwę śmiechu lub żartobliwy i sarkastyczny ton. Nic takiego nie uzyskał. Olek mówił szczerze. Chciał go widywać.
Zabrał papierosa z ust, przytrzymując go w palcach. Nawet otworzył usta by coś powiedzieć, jednak Malinowski nie dał mu dojść do głosu, chyba myśląc bardziej racjonalnie niż Emil, który mógłby teraz wyrzygać całą gamę sentymentalnych bzdur.
- Zaraz poszukam. Herbatę już zalałem - powiedział. Już? Wszystko? Tylko tyle masz mu do powiedzenia po tym wszystkim? Że poszukasz mu pieprzonych leków? A gdzie Twoje szczęście, Kamiński? Gdzie entuzjazm, który w sobie skrywasz?
Ty pieprzony nieudaczniku.
Wręczył mu końcówkę papierosa i odepchnął się od parapetu. Poczłapał do jednej z szuflad, otwierając ją i przeszukując zawartość. Kot wparował do kuchni, od razu łasząc się do nóg swojego pana, unosząc wysoko ogon.
- Ala radzi sobie świetnie - powiedział w końcu, biorąc kota pod pachę, drugą dłonią nadal grzebiąc pomiędzy pudełkami leków. - Niedługo nie będzie potrzebowała już mojej pomocy - dodał. Kot miauknął, łasząc się głową do jego pachy. Kamiński z cichym zgrzytem wydobył z opakowania aspirynę. Pupil, znudzony takim noszeniem, wyrwał się i zeskoczył z gracją na ziemię, czmychając do sypialni.
- Proszę. Weź pół, nie wiem ile alkoholu wypiłeś, ale branie jakichkolwiek leków i tak jest dość ryzykowne - mruknął, podchodząc ponownie do Olka i zabierając mu papierosa. Zamiast niego, wsunął mu do ust tabletkę, w dłoń wręczając kubek odrobinę już przestudzonej herbaty. Cofnął się o dwa kroki i podskoczył, przysiadając na starej zabudowie kuchennej. Spojrzał na swoje niemal przesadnie zadbane dłonie, zaciśnięte na kolanach.
- Powinieneś się przespać. Jutro będziesz nie do życia. Chociaż jutro niedziela. W niedziele i tak nie robi się nic ciekawego - mruknął, paplając trzy po trzy, zupełnie nie kontrolując nerwowego monologu o niczym. W końcu uniósł głowę, znowu spoglądając na Olka, tego Olka, co to tyle problemów w życiu mu narobił.
- Tęskniłem za Tobą - powiedział z rozbrajającą szczerością i tak luźno i naturalnie, jakby opowiadał o pogodzie na następny tydzień. - Znaczy...Za Twoja obecnością. Jak dawniej. Bez uczucia Twojej pięści na policzku. To dziwne, że tutaj jesteś. I to dziwne, że w tym momencie, chociaż bardzo bym chciał, to nie czuje do Ciebie żadnej urazy - uśmiechnął się lekko.
- Przygotować Ci kanapę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Sob Paź 27, 2018 10:15 pm

Olek z wolna kiwnął głową, przytrzymując wręczanego mu papierosa. Nie od razu zaciągnął się kolejny raz, patrząc smętnie jak siny dym ulatuje znad żarzącej się końcówki. Ale to Kot, na którego wcześniej nie zwrócił uwagi, zatrzymał jego wzrok na dłużej. Widział drobną sylwetkę pomiędzy pasmami dymu, do bólu kocią, zwyczajną i dosadną jak nocna Brzeska, stara kuchnia i krzątający się po niej Emil w niedopasowanych ciuchach. Wszystko pozornie wydawało się takie... "po prostu". Nic nadzwyczajnego. Dom jak każdy inny, a w nim kot i człowiek, jak każdy inny...
- Ta... - odparł, patrząc za okno na przeciwległą kamienicę, bo co więcej miał powiedzieć? Alka nie potrzebowała pomocy, więc Emil nie będzie przychodził. Proste jak drut. Zrozumiał, nawet jeśli wciąż zamraczał go ból i alkohol, a w serce uderzył zawód. Obecność Kamińskiego była tylko dla Alki, przecież o nią chodziło od początku. Niby wiedział, a jednak było mu smutno. Bo z jakiej racji miałoby chodzić o niego? Przecież z jego strony, Emil nie dostałby nic więcej prócz ciosu w twarz. Kamiński tyle razy powtarzał "tu nie chodzi o ciebie", a jednak to teraz te słowa naprawdę do niego dotarły.
Strapiony, podniósł wzrok, kiedy tamten zabrał mu peta, zamiast niego wciskając między wargi połówkę aspiryny, a do ręki kubek z herbatą. Przełknął i popił, nawet nie marudząc, że przecież mógłby wziąć całą. Było mu smutno, tak zwyczajnie i po ludzku. Jego głupie, pseudo dresiarskie serce, w którym zawsze czaił się jakiś żal, teraz wypełniło się nim po brzegi.
- Dzięki - mruknął, trochę bardziej gburowato niż zamierzał. Objął dłońmi kubek, dopiero teraz, trzymając rozgrzane naczynie, czuł jak zimne ma dłonie. To pewnie dlatego, że wciąż tkwił przy otwartym oknie, ale nie ruszył się stamtąd, jakby się bał, że jeśli ruszy się choćby o krok, to nic nie będzie stało na przeszkodzie zrobić kolejny, a po nim blisko było do drzwi.
- Ta... - potwierdził, jakże elokwentnie, że powinien się przespać, że niedziela, że nic ciekawego. Że kac i ogólne nieszczęście. Kaca się nie bał, będzie jak zawsze. Bardziej bał się końca tej nocy i jutrzejszego poranka. Bał się przyszłości, w której naprawdę nie będzie Kamińskiego. Bał się przyszłości, w której by był. Utkwił w martwym punkcie, obawiając się zrobić cokolwiek. Jego myśli nie chciały podążać wyuczonymi drogami bezpodstawnej nienawiści, a strach przed prawdą, zabraniał im przecierać nowe szlaki. Stał więc jak ten idiota, marznąc przy oknie, próbując ułożyć w głowie chaos podsycanych alkoholem myśli.
"Tęskniłem za tobą."
Drgnął wyraźnie, bo te słowa spadły na niego nieoczekiwanie, niczym kolejna porcja lodowatej wody. Gdy wbił spojrzenie w Emila, jak na dłoni widać było jak bardzo nie spodziewał się takiego wyznania. Ale nie patrzył na niego długo. Nie był w stanie. Poczuł się jednocześnie szczęśliwy i winny. Ciało przeszył mu dreszcz ekscytacji i bólu. Tak mocno zacisnął dłonie na kubku, że zbielały mu palce. Właściwie, nigdy wcześniej, przy nikim innym nie czuł jak niepowstrzymana, pozbawiona logiki euforia ściska trzewia. Żadna z jego byłych nie wywoływała w nim tych śmiesznych objawów zauroczenia, żadna sytuacja również, nic nie miało takiej mocy - tylko bliskość i słowa Kamińskiego. To dlatego Olek chciał go znienawidzić, bo jak mógł nienawidzić siebie? Łatwiej było zrzucić winę za swoją słabość, na niego. W duchu mówił sobie, że to przez Kamińskiego zamiast porządnej kobity w łóżku, wolał faceta. A gdy tamten obwieścił, że jest gejem, Olkowi jeszcze łatwiej było go nienawidzić. Emil zrobił coś, na co on nigdy by się nie zdobył. Stał się więc już nie tylko ucieleśnieniem niedoścignionych pragnień Malinowskiego, ale też kpiącym monumentem jego porażki.
Bardzo chciał mu powiedzieć, że też tęsknił, a jednak zamiast tego, zacisnął usta, wpatrując się w kubek z niedopitą herbatą. Dlaczego miałby powiedzieć teraz? Dlaczego nie lata wcześniej?
Może wtedy, gdy miał te piętnaście lat, zdobył się na odwagę i przyznał się przed sobą i przed nim, teraz byłoby inaczej? Czy gdyby tak się stało, nadal mieszkałby na Brzeskiej?
Odstawił kubek, wzdychając głęboko. Życie przeszłością... jaki miało sens?
- Tak, to dziwne - przyznał cicho, odruchowo chowając dłonie w kieszeniach bluzy, a potem pokręcił głową. - Nie. Będę się zbierał. - dodał, ale pomimo słów, nie ruszył się z miejsca. Przez kilka pełnych napięcia sekund, patrzył na Emila spod zmarszczonych brwi, ujawniając nieświadomie złość i tęsknotę. Złość nie kierowaną ku siedzącemu na kuchennym blacie, blondynowi, a ku sobie. Bezsilną złość, która bolała go bardziej niż obita twarz. I gdy tak na niego patrzył, na tonącą w za dużej bluzie sylwetkę, roztrzepane włosy i zmęczone, smutne oczy za szkłami okularów, coś w końcu w nim pękło.
- Kurwa - syknął zrezygnowany, pocierając palcami czoło. I po tym słowie, jego świat gruchnął o ziemię rozbijając się w ostre fragmenty strachu i niepewności, bo zrobił drugi krok za granicę, która oddzielała świat Emila od jego świata. Krok bardzo wymowny, który nie tylko metaforycznie dzielił go od gorzkiej i niechcianej prawdy, ale ten całkiem realny, który dzielił go od Emila.
Zupełnie nagle i nieoczekiwanie, ramiona Olka zamknęły się wokół jego ramion, a dłonie mocno wczepiły się w materiał za dużej bluzy. Przycisnął go do siebie, zamierzenie zsuwając go z blatu, by stanął przed nim, by mógł każdym centymetrem ciała poczuć jego bliskość.
Wtulił twarz w zagłębienie jego szyi, rozpędzonym, gorącym oddechem parząc mu skórę. I w tej przedziwnej euforii, tej desperacji, nie przyszło mu do głowy, że Kamiński mógłby go odepchnąć. Wcześniej właśnie tego się bał, ale teraz, poddany czy to podszeptom alkoholu czy dawnych, ukrytych pragnień, przycisnął wargi do ciepłej szyi, wytyczając nimi ścieżkę do jego ucha. Szybko, niecierpliwie, jakby sam bał się tego, co robi.
- Emil, przepraszam. Przepraszam, że jestem takim chujem. - Autentyczny żal odbijał się w jego zdławionym głosie. - Przepraszam - powtórzył, niemal miażdżąc go w uścisku przepełnionym tęsknotą i desperacją. Jutro będzie żałował tego przejawu słabości, ale dzisiaj, tej marcowej nocy, o trzeciej, w kuchni jednej ze starych, praskich kamienic, stanął na gruncie, którego zawsze się obawiał. Na obcej ziemi, obnażony, bezbronny, ogłupiały, ale szczery. - Przepraszam... - Jego ramiona powoli zwolniły uścisk, osunęły się i zawisły po bokach, jakby stracił całą siłę. Ciężko było wywnioskować, czy kolejne "przepraszam" odnosiło się do tej samej rzeczy, czy może przepraszał go za to, czego nie zrobił dawno temu.
Odsunął głowę, niezamierzenie, ale z podświadomej chęci bliskości, przesuwając nosem po jego policzku. Pierwszy raz od dawna spojrzał z tak bliska w twarz Kamińskiego. Wiedział, że teraz nie znajdzie w niej nic prócz zaskoczenia, ale nie odwrócił wzroku. Nie cofnął się. Drugi raz w życiu stykając się z nim nosem, czołem... drugi raz oddychając ciepłem jego oddechu - nie uciekł.
Oblicze Olka złagodniało, jego własny oddech zadrżał od nagłego wybuchu emocji. To, co się teraz działo nie było ani trochę racjonalne. Cała ta noc była jakimś chorym eksperymentem, jakby obaj zdecydowali się pograć na własnych uczuciach, by zobaczyć jak bardzo będzie potem bolało. A Olek, choć doskonale wiedział, że będzie bolało jak cholera, że jest pijany, że to się nie uda, że wszystko trafi szlag, i tak poddał się intymnej, dusznej atmosferze i pozwolił sobie czuć. Chciał czuć. Chciał dotyku twardego, męskiego ciała tak innego od miękkości kobiet. Co więcej, chciał dotyku Kamińskiego. Bo może wtedy, gdy przyzna się jemu, w końcu pogodzi się z samym sobą.
Powoli przechylił głowę, rozchylając usta, jawnie pragnąc pocałunku, ale mimo szaleńczej potrzeby, nie sięgnął jego warg. Oddychał płytko, zdradzając podniecenie, ale nie zmusił się do pokonania tych kilku centymetrów. Zamiast tego, pocierał nosem jego nos, oczekując, pożądając... Była w tym jakaś śmieszna nieporadność, może nawet nieśmiałość, ale przede wszystkim, szczerość i odwaga, jeśli tylko wzięło się pod uwagę to, kim Aleksander Malinowski był dla świata.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Nie Paź 28, 2018 8:47 am

W tym nagłym momencie, kiedy zapadła cisza, Emil pożałował swojego wyznania. Może zbyt szybko uznał, że ta noc była tylko ich, hermetycznie zamknięta w jego małym, szczelnym mieszkaniu, zmuszając ich do zwierzeń i zrzucenia z siebie ciężaru, który tak długo zalegał im na sercach. Kamiński poczuł się głupio, jak krotko po tym, kiedy człowiek uświadomi sobie nieodwracalną głupotę. Uderzyło go cisza, która wypełniała całkowicie mieszkanie, uwydatniona irytującym tykaniem zegara i dalekim dźwiękiem kocich pazurów na starej kanapie. Wbrew swoim zapewnieniom o dystansie, o myśleniu nad każdym krokiem, właśnie teraz, w tej chwili, stanął na najkruchszy lód, słysząc jak się pod nim załamuje. A w momencie, kiedy tamten odrzucił propozycję nocowania na kanapie, poczuł jak wpada do lodowatej wody, całkowicie przez nią pochłonięty.
- Myhym - przytaknął tylko, patrząc na te swoje kościste palce, nerwowo zaciskające się na skórze kolan. Oszukiwał się, że odpowiedź była do przewidzenia, w końcu, hej! Zaproponował mu spanie w domu pedała, a gdyby ktoś z ludzi Brzeskiej się o tym dowiedział, Olek zniszczył by swoją reputację i zapewne życie. Skoro więc wiedział jaka będzie odpowiedź, dlaczego poczuł się tak okropnie zawiedziony?
Nie usłyszał kroków. Uniósł więc spojrzenie, natrafiając prosto na wpatrujące się w niego oczy Olka. Piękne, chłodne oczy, pełne emocji, których nie mógł opisać, tęsknoty, choć niewypowiedzianej, to aż namacalnej. Chciał uciec przed tym spojrzeniem, nie mogąc znieść rozbitego jestestwa Malinowskiego, tego głębokiego smutku, jaki krył się za tęczówkami. Pękał po kawałeczku, tonąc pod tym spojrzeniem i nieruchomiejąc.
Spodziewać mógłby się wszystkiego: nagłego lata w niedzielny poranek, wybuchu brutalnej wojny czy tęczowej manifestacji środkiem Pragi. Z pewnością jednak nagłe podejście Olka, jego silny, stanowczy uścisk, był w skali wyżej, był rzeczą, która przekraczała skalę jego rozumowania.
Ciało spięło się wyczuwalnie, w znajomym odruchu, zupełnie jakby skóra przygotowywała się na cios. Wstrzymał gwałtownie powietrze, speszony, zdziczały nagłą bliskością, tym pewnym zsunięciem go z blatu. Nie oponował; miękko stanął na zimnej podłodze, ciasno przylegając do Siwego, czując bijące od niego ciepło, pomimo chłodu dochodzącego z okna, które otulało ich podmuchami wiatru. Emil nie czuł zimna. Czuł gorąco, które jak języki, prześlizgiwało się po jego ciele, kumulując tuż przy sercu i łapiąc za gardło.
Odchylił głowę, krótko i minimalnie, robiąc miejsce dla twarzy Malinowskiego. Rozluźnił się, gdy w magiczny sposób wargi i ciepły oddech tamtego, muskał jego szyję, przyprawiając o niekontrolowany dreszcz.
Przeleciało mu przez głowę, żeby go odsunąć, żeby nie pozwolić na to, co miałoby dalej nastąpić. Tak przecież postąpiliby rozsądni ludzie. Ludzie, którzy do tej pory żyli wykreowanym przez siebie, sztucznym i zakłamanym scenariuszem, w którym byli dla siebie niczym. Byli obojętni, pełni agresji i obojętni, bo tak kazało prawo Brzeskiej, tak kazał im świat. Emil jednak nie chciał popełnić błędu, jaki popełnił w swoim własnym przedpokoju, wypuszczając go z pijackiego uścisku zbyt szybko. Nie chciał teraz w ogóle go wypuszczać. Nie chciał budować znowu w okół siebie muru, kiedy Aleksander właśnie zdołał go zburzyć.
- Olek... - wyszeptał, ignorując drżenie głosu, pełnego przejęcia i drobnego niedowierzania. Ręce, do tej pory opuszczone luźno i wiotko wzdłuż ciała, teraz oplotły Malinowskiego, wczepiły się w niego desperacko, palcami wbijając się w materiał jego bluzy na plecach. Serce biło mu mocno jak w szaleńczym galopie, aż poczuł jak nogi zaczynają się pod nim uginać, jak słabnie w jego uścisku i staje się całkowicie bezbronny. Jakby z wahaniem dotknął jego włosów, pogładził jasne kosmyki, wplótł w nie palce w niemal czułym geście, kiedy Olek przepraszał szczerze, szepcząc raz po raz do jego ucha. Przepraszając za to, za co on sam powinien go przeprosić.
Czuł jego serce, lekkie drżenie w tonie, czuł go teraz tak prawdziwie i jednocześnie nierealnie, że przez te ambiwalentne odczucia miał ochotę krzyczeć. Przypomniał sobie te wszystkie chwile, dawno temu. Kiedy wodził za nim wzrokiem, kiedy tamten nie patrzył. Kiedy uśmiechał się, gdy widział, że Olek uśmiecha się do innych, bo nie było nic piękniejszego niż jego szczery uśmiech i roześmiane oczy Malinowskiego. Umysł podsunął mu wspomnienie tego felernego popołudnia, namiotu z koców i poduszek, jego bliskości, której wtedy nagle się przestraszył. Spłoszył się, odepchnął go i jednocześnie przekreślił wtedy ich dalszą relację. Tą łagodna, przystojna twarz, którą teraz miał przed sobą i która sprawiła, że znowu chciał zobaczyć ten sam uśmiech co kiedyś. Uśmiech skierowany do niego.
Teraz się nie zawahał. Nie spłoszył. Trzymał go dalej, chociaż tamten zdołał rozluźnić uścisk. Był tak blisko, że zapierał mu dech w płucach, zabierał resztki trzeźwego myślenia. Odpowiedział mu na pytanie, które Kamiński zadawał sobie bardzo długo. I już wiedział. Wiedział, że był taki sam jak on, tak samo spaczony, pokręcony w swoich uczuciach i zagubiony. I, że próba pocałunku pod kocem, nie była formą dziecinnej zabawy, a próbą pokazania mu prawdy.
Patrzył mu w oczy, chłonąc tą intymność, ten ich mały świat, drobny sekret. Czuł jednocześnie strach, cholernie szczęście, pożądanie, które miotało jego dusza na wszystkie strony.
- Przepraszam - powiedział cicho, obserwując jasne tęczówki, wargami niemal sunąc po skórze na jego policzkach, omiatając twarz gorącym oddechem. - Przepraszam, że wtedy się odsunąłem. Przepraszam, że uciekłem. Że uciekłem od Ciebie - puścił materiał bluzy, bardzo wolno przenosząc zimne dłonie na jego policzki, ujmując je łagodnie i gładząc koniuszkami palców. Wzrok skakał od znajomych oczu, nosa, kącików ust i do samych warg, warg ładnych i zachęcająco rozchylonych w wyczekującym geście.
- Nie chcę się już odsuwać - wyszeptał prosto w jego usta, delikatnie obracając głowę, by prześlizgnąć się wargami po tych drugich. Raz, delikatnie jak trzepot motylich skrzydeł, jakby w obawie, że zaraz wszystko może runąć, kiedy tylko wykona gwałtowniejszy ruch. Badał go, poznawał górną wargę, dolną i kąciki ust, łapiąc ich złączone, drżące oddechy, opierając czoło o czoło Olka. Przerwał tylko po to, by rozpieścić jego brodę i policzki seria drobnych pocałunków. Przesunął kciukiem po jego wargach, uśmiechając się łagodnie i ciepło, trochę w sposób, jakby sam nie wierzył w to co się działo.
- Pocałuj mnie - poprosił, wracając do utęsknionych warg, przylegając do nich własnymi, czując te tysiące iskier, to mrowienie w okolicy podbrzusza, przysłowiowe motyle, które łechtały jego żołądek. Całował go. Tak po prostu, powolnie, długo, oplatając jego szyję, trzymając go przy sobie mocno, nie chcąc by się odsunął. Przestał myśleć i przestał się zadręczać, skupiając się tylko na tej ulotnej chwili, przyjemnym doznaniu, które rozpierało jego ciało. Wysunął koniuszek języka z delikatnością, rozchylił wargi Olka, by odnaleźć drugi język, spić z niego smak alkoholu i papierosów, przywierając do kuchennego blatu jeszcze bardziej. Nie przejmował się już gorącem na policzkach, tym kiepskim doborem ubrań, niestosownością sytuacji. Przekroczeniem granicy, której oboje tak odważnie pilnowali. Chciał go. Chciał go całego, tutaj, tej nocy, która jak dla niego mogła się nie kończyć.
Pogłębił pocałunek pełen pasji, uczucia, tych buzujących emocji, łapiąc oddech jedynie w krótkich momentach, kiedy odrywali się od siebie by zaraz ponowić pieszczotę. Emil miał wrażenie, jakby Olkowe usta idealnie pasowały do jego własnych ust.
- Nie możemy...- wymamrotał chaotycznie, chociaż wbrew wypowiedzianym słowom, nic nie wskazywało na to, by miał zamiar przestać go całować. Kusząco skubnął zębami jego dolną wargę, zassał ją krótko, a potem cmoknął czule, bawiąc się pocałunkiem i tym, co rodziło się pomiędzy nimi.
W końcu jednak odsunął delikatnie głowę, zarumieniony, oddychając szybko, błyszczącymi oczami obserwując uważnie twarz Malinowskiego. Przerwał, bojąc się uczucia podniecenia, jakie powoli w nim narastało, uczucia, jakie mogło popsuć cały ten kulawy romantyzm o trzeciej nad ranem w wychłodzonej kuchni. Nie puścił go jednak, bo ciepło Olka było tym, czego potrzebował niemal jak powietrza.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Nie Paź 28, 2018 4:17 pm

Decydując się na to wszystko, Olek nie miał planu. Nie zastanawiał się, co będzie, gdy stanie się to, co zainicjował. Trwał więc w tej chwili, pozbawiony racjonalności, chłonąc bliskość, za którą tęsknił od lat. Świat na kilka pięknych chwil przestał mieć znaczenie, nawet upływ czasu zdawał się zwalniać, zawieszając ich pomiędzy przeszłością, a przyszłością w momencie, w którym nie liczyło się nic prócz ich dwójki, desperacko pragnącej nadrobić stracone chwile.
Dłonie na plecach, palce we włosach, duże i silne nawet pomimo delikatności dotyku. Inne. Olek nie przywykł, ale kłamałby, gdyby wyparł się przyjemności płynącej z dotyku Emila. Było inaczej niż z Kinią, niż z jakąkolwiek dziewczyną, ale dopiero tu, teraz, wydawało się właściwe, na przekór wszystkiemu czego go uczono. A choć bał się cholernie, to bardziej jednak pragnął poczuć jak to jest być na właściwym miejscu z właściwym człowiekiem.
Brakowało mu tchu gdy słuchał szeptanych przeprosin, słów, których nigdy nie spodziewał się usłyszeć. Nie miał pojęcia, że Emil nosił w sobie pamięć i żal tego szczeniackiego wygłupu sprzed lat, choć podświadomie wiedział, że on się domyśla, że zdaje sobie sprawę z powodu każdego gniewnego czynu, którego się na nim dopuścił. A skoro obaj wiedzieli, skoro obaj pamiętali i wbrew przeszłości... pragnęli siebie, co stało na przeszkodzie?
Brzeska.
Świat, który nie sprowadzał się tylko do nich, który biegł swoim rytmem, miał swoje zasady i nie zamierzał dostosowywać się do ich życzeń. Ale to jutro. Jutro się z nim zmierzą albo się mu poddadzą, a dzisiaj zapomną na chwilę, że poza starym mieszkaniem jest jeszcze cokolwiek więcej.
Olek poczuł jak ogromny kamień, który ciążył mu na sercu, właśnie rozpada się w pył.
Podniósł spojrzenie i objął dłonie, które chłodziły jego własne rozgrzane policzki. Jego głowa nadal pulsowała bólem, ale szumiało w niej nie tylko od wypitego alkoholu, a od rozpędzonej podnieceniem krwi. Nic nie powiedział, patrząc w twarz Emila z czułością, o którą nikt by go nie posądził. Zresztą, nie musiał nic mówić. Wargi Kamińskiego musnęły jego własne, pieczętując tę chwilę, uciszając słowa, by do głosu mogły dojść czyny. Dłonie Olka osunęły się w dół, opierając się na biodrach kochanka, jeszcze całkiem zachowawczo, pomimo tego, że przecież przyciskali do siebie swoje podbrzusza, dzielili oddechy, dotyk ust... Oddawał pocałunki ostrożnie, jakby w głębi duszy wciąż się wahał, jakby lęk nie pozwalał mu zatracić się zupełnie, zrobić tego, czego tak naprawdę chciał. Dopiero prośba Emila sprawiła, że zacisnął dłonie na bokach jego bluzy, przyciągając go do siebie jeszcze bardziej, jednocześnie mocniej napierając wargami na jego usta. I gdy Emil z delikatnością chciał pogłębić pocałunek, Olek chętnie rozchylił wargi wsuwając język głęboko w ciepłe wnętrze ust Emila, czyniąc pieszczotę pełniejszą, zachłanną wręcz i o wiele bardziej namiętną. Zupełnie, jakby tym zburzył ostatnią barierę, która go ograniczała, a za nią było już tylko i wyłącznie szczere pożądanie.
Podniecenie obejmowało go, zmuszało, by sięgał po więcej, mocniej, bardziej, nie dbając o chaotyczność pieszczoty, o to, że czasem zderzyli się zębami, że kąsają swoje wargi niemal boleśnie, przyciskając się do siebie jakby w ogóle mogli zmniejszyć dystans jeszcze bardziej, choć przecież nie było między nimi nic prócz materiału bluz. Olek nie miał pojęcia kiedy niskie, ciche jęki zaczęły wyrywać się z jego krtani wprost w usta Emila, ale nie dbał o to. Po prostu poddał się czuciu i przyjemności płynącej z bliskości. Nie panował nad dłońmi, które zaborczo zaciskały się na ciele kochanka. Pragnął poczuć ciepło jego skóry, chciał otrzeć się o chętne, twarde ciało bez barier w postaci ubrań. Co z tego, że stali w wychłodzonej kuchni o trzeciej nad ranem? Miejsce się nie liczyło. Mógłby kochać się z nim na zimnym linoleum. Ciepło ciał wystarczy. Mógł... kochać się... z nim.
To, co pomiędzy szaleństwem pocałunków wyrwało się z ust Emila, dotarło do Olka dopiero po chwili. Nie mogli? Emil użył złych słów. Mogli, choć nie powinni. Olek wiedział to aż za dobrze, ale było za późno. Jaki sens miało wycofanie się teraz, kiedy wszystko było jasne? Jeśli mógł mieć chociaż tę parę chwil, nie chciał się odwracać. Nie chciał myśleć o poranku, kiedy wzajemnie mogli ogrzewać się w chłodną, wiosenną noc.
To były śmiałe myśli, zdecydowanie niezbyt trzeźwe, jeśli więzło się poprawkę na przeszłość, ale jakże właściwe się teraz wydawały!
Niecierpliwie szarpnął w górę jego bluzę, wsuwając dłonie na śliski materiał szlafroka, pozornie ignorując słowa i chwilową niepewność Emila. Mruknął, ewidentnie niezadowolony, że babski skrawek materiału uniemożliwiał mu dotknięcie ciepłej skóry. Pewnie znalazłby sposób, by go obejść, choćby i podciągając materiał od samej ziemi. Nawet chwycił go w garść z takim zamiarem, ale usta Kamińskiego uciekły, zmuszając go, by spojrzał na wilgotne od pocałunku wargi, na zaczerwienione policzki i utkwione za szkłem okularów, rozpalone oczy.
Olek oddychał szybko, a w jego spojrzeniu czaiło się jakieś niezadowolenie. Już nie strach, żal czy smutek, a zwyczajna frustracja z powodu przerwanej pieszczoty. Zmarszczył brwi, przez chwilę przypominając znajomego, wkurzonego Olka. Gdyby tylko do podbrzusza Emila nie przyciskał się dowód jego podniecenia, a wargi nie nosiłyby śladów jego śliny, można było sadzić, że znów chce mu zajebać.
- Zamknij się - mruknął i przez krótką chwilę, zanim ich wargi znów się złączyły, Emil mógł dostrzec krzywy, drapieżny uśmiech. Olek wdarł się językiem w jego usta, głęboko, niemal brutalnie, ale oderwał się od nich już po chwili, lecz jedynie po to, by przycisnąć wargi do jego policzka, a potem ucha. - Mówiłeś, że nie chcesz się odsuwać, to tego nie rób, do cholery - wydyszał, drażniąc ucho nie tylko oddechem, ale i pieszczotami śliskiego języka. Tymczasem jego ręce, wciąż niecierpliwie, podciągnęły nieszczęsny szlafrok, a gdy w końcu skóra dłoni zetknęła się ze skórą boków Kamińskiego, usta Olka zsunęły się na jego wrażliwą szyję. Pocałunki jakie na niej zostawił w niczym nie przypominały tych z samego początku. Te były gorące, pełne pociągnięć języka i lekkich szarpnięć zębów, a towarzyszyły im całkiem bezwstydne stęknięcia. Olek mógł nigdy wcześniej nie mieć w łóżku faceta, ale nie czyniło go to nieśmiałym w sprawach seksu. Teraz dawał tego doskonały dowód, naturalnie sięgając po to, czego chciał.
- Weź mi to... - Wymamrotał, podciągając bluzę razem ze szlafrokiem. Przez chwilę siłowali się ze zdjęciem dwóch warstw ciuchów, ale w końcu, po kilku porządniejszych szarpnięciach, legły na ziemi. Olek nie poświecił czasu, by przyjrzeć się niemal nagiej sylwetce Kamińskiego. Zamroczony alkoholem i pożądaniem, chciał ciepła jego ciała. Nie dawał sobie czasu na podziwianie, choć pewnie gdyby się na tym skupił, zamarudziłby coś, że był zbyt chudy, że jakiś taki gładki i... pedalski. Ale zamiast tego, z roztargnieniem przesunął dłonią po jego piersi, a na koniec zacisnął palce na jego karku i szarpnął lekko ku sobie, by znów go pocałować, nie mniej wygłodniałe niż chwilę wcześniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Nie Paź 28, 2018 6:32 pm

Skłamałby mówiąc, że nie wyobrażał sobie tej sytuacji. Nocami zdarzało mu się fantazjować na temat Olka, na temat jego ciała, dotyku, zawsze jednak czegoś mu brakowało, jakiegoś kluczowego elementu. Teraz, szarpany pożądaniem, z wargami mocno przyciśniętymi do tamtych, już wiedział, czego brakowało.
Uczucia.
Przez szorstkie, oschłe podejście Malinowskiego, jego wyobrażenia były pozbawione emocji, mechaniczne i przepełnione agresją. W snach się tylko rżnęli, a sama czynność była wypchana niechęcią i nierealnymi, teatralnymi słowami. W niczym nie przypominało to ich kotłowania w kuchni, niecierpliwych pocałunków, przyśpieszonych bić serc i oddechów, mieszających się ze sobą w histerycznym tańcu.
Oboje tego chcieli. Dłonie gładko odszukiwały kolejne fragmenty ciała, przedzierały się przez materiał ubrań, powodowały drżenie przy zetknięciu z rozpaloną skórą. Emil miał wrażenie, że zwariuje od natłoku podniecenia, od natarczywych i nieeleganckich pocałunków, które zamieniały się w pełne pasji wyzwania, wspólny taniec języków, spijanie kropelek śliny z kącików warg drugiego. Poddał się, mięknąc jeszcze bardziej, porzucając strach i fatalną wizję jutrzejszego poranka. Skupił się tylko na nim, na Olku, przyciśniętym do niego jeszcze bardziej, stanowczo pokazującym wrodzoną pewność i dominację.
- Olek - wyszeptał, po raz kolejny, jakby wypowiadanie jego imienia było formą przyjemnego fetyszu. Mielił jego imię w rozchylonych, zaczerwienionych wargach, smakował go w lubieżnym, pobudzonym tonie.
Czuł go. Twardego, wbijającego się w jego ciało, chętnego i odważnego, jakby przemierzał zwyczajowo Brzeską, a nie był o krok od pieprzenia się z facetem.
Każdy moment zetknięcia się ust Olka z jego szyją, komentował cichym, przedłużonym westchnięciem nieukrywanej przyjemności. Odchylał więc głowę, łaknąc tych pieszczot, nastawiając się na drobne skubanie zębów i delikatne zasysanie się na skórze,podbrzuszem odnajdując to drugie, by w kocim, leniwym geście otrzeć się o nie znacząco.
Mówiłeś, że nie chcesz się odsuwać, to tego nie rób, do cholery
Nie odsunął się. Ani teraz, ani nie miał tego w planach przez najbliższy czas. Dosyć tego, dosyć docierania się i uników. Pragnął go mocniej, niż czegokolwiek na świecie. Tu i teraz. Całego.
Od jego warg odsunął się na chwilę, by zsunąć z siebie irytujący natłok ubrań. Wraz z bluzą i szlafrokiem, na ziemi wylądowały okulary, przekrzywione i kulawe, cholernie przeszkadzające. Nie pozwolił mu dłużej czekać, łącząc ich wargi w pocałunku, wpuszczając w usta jęk rozkoszy. Palce zacisnął na bluzie Olka, pchnął go, by wydostać się z niewygodnego uścisku kuchennej szafki, jaka wbijała mu się w lędźwie.
Szamotali się, jakby od tego zależało ich życie, robiąc nieporadne kroki w tył i przód, odnajdując dłońmi ciała, całując po omacku. Obijali się o szafki i półki, przypierani do przedpokojowej ściany, gdy Emil wyznaczył kierunek. Sypialnia.
- Olek - znowu jego imię, pełne błagalnej prośby, upewnienia się, że dalej tutaj jest i nigdzie się nie wybiera. Zacisnął mocniej dłonie na pożyczonej bluzie, podciągając ją w górę, by i ona udekorowała podłogę, zupełnie nikomu niepotrzebna.
- Chce Cię poczuć - szeptał, zatrzymując dłoń na jego kroczu, zaciskając mocniej palce na wypukłości dresowych spodni. Potarł ją lubieżnie, bezwstydnie, obserwując jego oczy własnymi, przepełnionymi pragnieniem bliskości. Język ześlizgnął się na kącik warg, podbródek i szyję, zostawiając na niej wilgotny ślad. Ugryzł jego ramię, obcałował obojczyk, jednocześnie popychając go w drzwi sypialni.
Jeśli miał być to ich pierwszy i jednocześnie ostatni raz, Emil chciał dać mu wszystko, czego potrzebował. Wszystko, czego nie dałaby mu kobieta. Chciał, by zatęsknił za tym, by wrócił do niego i znowu pojawił się w jego drzwiach. Wtedy nie będzie się wahał, nie popełni tego samego błędu.
Pchnął go na miękkie łóżko, którego wcześniej nie zdążył nawet zaścielić. Legł za nim, trzymany w silnych objęciach, znajdując miejsce na jego udach, rozsiadając się na nich kusząco. Kot prysnął z pokoju, zdumiony tym dziwacznym kotłowaniem, niezadowolony z braku spokoju.
- Kochaj się ze mną - wyszeptał do jego ucha, prężąc się jak kot w za ciasnych majtkach i z jedną skarpetką na stopie, drugą gubiąc gdzieś po drodze. Docisnął pośladki do jego krocza. Raz, drugi, wykonując koliste ruchy, chcąc wywołać w Olku jakiś dźwięk zadowolenia, reakcję na jego poczytania. Zobaczyć zielone światło.
- Chcę wziąć Cię do ust - wymruczał, tracąc gdzieś swoją grzeczność i uległość, pokazując tą stronę Emila, której Malinowski nie mógł znać. Perwersyjny, przesiąknięty lubieżnością ton, pewne ruchy, mocne ukąszenie płatka jego ucha. W niczym nie przypominał Brzeskiej cioty, ubranej w kolorowy płaszcz, biernie dającej się prać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
LostInnocent Uke
avatar

Data przyłączenia : 09/01/2018
Liczba postów : 261


Cytat : I'm not a slut I just love love
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   Wto Paź 30, 2018 11:08 pm

Stało się. Olek wcielił w życie jedną ze swoich najpilniej strzeżonych fantazji. To śmieszne z jaką łatwością mógł po to sięgnąć. Czy gdyby wiedział wcześniej, że Emil również tego chce, sięgnąłby po to lata temu? Teraz, gdy splatali dłonie, wargi i języki, ścierali się ciałami i jęczeli sobie w usta, wszystko wydawało się jasne, proste i klarowne. O ile tylko nie myślało się o poranku, było po prostu zajebiście. Tylko oni dwaj, szczerzy ze sobą, napaleni i gotowi dzielić się rozkoszą.
Na wpół świadomie rejestrował ruch w kierunku sypialni. Upojony bliskością i alkoholem, miotał się, zaborczo przyciskając do siebie chętnego Kamińskiego. Brak swojej bluzy przyjął z ulgą, a ciepło nagich ciał, którym podzielili się tuż po tym, skwitował niskim pomrukiem aprobaty. Jego dłonie były wszędzie, na plecach, ramionach i pośladkach Emila. Zostawiały po sobie blade pociągnięcia po paznokciach albo czerwone plamy po mocnym chwycie. Usta raz po raz znaczyły wargi, szyję i ramiona wilgocią śliny, albo bezwstydną malinką. Olek był rozpalony. Kamiński na pewno nie znał go od tej strony, ale i on nie znał Kamińskiego, który jęczałby jego imię, zdzierał z niego ubranie pchając w kierunku sypialni i zaciskał palce na jego przyrodzeniu. Nie tylko Olek wchodził dzisiaj na nieznajomy grunt, robili to razem, ale brakowało im właściwej zachowawczości. Zupełnie jakby faktycznie od lat czekali na spuszczenie ze smyczy pragnień.
Na śmiałą pieszczotę zareagował spontanicznie, głębszym westchnieniem i chwilowym przerwaniem pocałunków. Uśmiechnął się nieprzytomnie, pozwalając pierwszemu dreszczowi przebrzmieć, a potem oparł czoło o czoło Emila, nie zdolny patrzeć mu w oczy. Nie ze wstydu, a z przyjemności. Pocałował go chwilę po tym, a w kolejnej chwili leżał już w objęciach miękkiej pościeli. Zakręciło mu się w głowie od gwałtownego ruchu, a może od natłoku emocji i rozpędzonej szaleńczo krwi. Nieważne. Pociągnął Emila za sobą, który zwinnie okraczył jego biodra i usadowił się na nich, naciskiem pośladków wyrywając z jego krtani cichy jęk.
"Kochaj się ze mną"
Zabrzmiało to jakoś tak miękko, trochę zbyt babsko w odczuciu Olka, ale jedynie się uśmiechnął. Bo może to właśnie tak było? Że choć Emil był silniejszy niż taka Kinia, twardszy w większości miejsc i trochę kanciasty, to jednak miał w sobie ten babski pierwiastek, który kazał mu nosić kolorowe łaszki i zachowywać się pedalsko? Może był babą w takim związku? Może, ale to nie był czas na roztrząsanie takich kwestii. Olek miał zamiar "kochać się z nim", jakkolwiek by to nazwać. Pragnął mieć go blisko, wylizać każdy skrawek jego ciała, pragnął wbić się w niego, zobaczyć jak wije się w jego ramionach, jak dochodzi...
Emil najlepszy dowód chęci miał pod pośladkami. Bardzo twardy i dosadny dowód. Olek wcale nie krył też przyjemności płynącej z drażnienia go w taki sposób. Niecierpliwie przeciągnął paznokciami po jego udach, a jego biodra falowały lekko, by zwiększyć nacisk, za którym szła przyjemność. Co więcej, patrzył Emilowi w twarz, uśmiechając się łobuzersko.
- Jesteś kurewsko seksowny - wydyszał, zanim tamten nachylił się, by sparzyć mu ucho bezwstydnym wyznaniem. O tak, Olek z przyjemnością zobaczy go między swoimi nogami, ale...
- Poczekaj, zostań tak chwilę. - Lekko pchnął go, zmuszając żeby się wyprostował, a gdy tylko to zrobił, otaksował go pożądliwym spojrzeniem. Może i Kamiński był szczupły, ale gdy patrzył na niego z tej perspektywy, cholernie mu się podobał. Chciał widzieć lubieżny wyraz jego twarzy, chciał widzieć prężące się ciało. Chciał więcej Emila, który był pewny tego czego chciał.
Uniósł się na łokciu, i z nieukrywaną przyjemnością przeciągnął dłonią po jego piersi, aż do bioder, a potem bezceremonialnie szarpnął w dół za brzeg bielizny uwalniając nabrzmiałą męskość. Nigdy nie pieścił faceta, ale Bóg mu świadkiem, że zawsze chciał zobaczyć jak to jest mieć w dłoni twardego kutasa nie będącego jego własnym. Teraz miał okazję i zamierzał z niej skorzystać.
Objął go palcami, nieświadomie oblizując wargi. Nieśpiesznie poruszył dłonią, tak jak zwykle robił zaczynając zabawę. Po chwili powolna pieszczota zyskała jednak odpowiedni rytm, a palce zwiększyły nacisk.
Olek podniósł wzrok, zatrzymując go na twarzy kochanka. Choć przyspieszony oddech wyrywał się z jego ust, tym razem przyglądał się Emilowi badawczo, wyraźnie chcąc ocenić czy czerpie przyjemność z jego dotyku.
- Dobrze? - zapytał, uśmiechem maskując chwilowy napływ zakłopotania, ale zanim tamten zdążył mu odpowiedzieć, w przypływie pijackiego rozrzewnienia, dodał - Emil, jesteś pierwszy. - Nikt by się nie spodziewał! Ale Olek czuł, że powinien to powiedzieć, że chce to powiedzieć. Chciał żeby Kamiński wiedział, że przed nim nie było nikogo i po niem raczej też już nikogo nie będzie. Bo to... jednorazowo. Na pewno. Żeby zobaczyć, spróbować, ale nie dać się ogłupić. Musiał znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla tej sytuacji. Nie mógł pozwolić sobie na myślenie, że poddał się czemuś, przed czym bronił się pół życia. Podświadomie jednak wiedział, że tylko się oszukuje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju   

Powrót do góry Go down
 
Życie to WF, a ja ciągle nie mam stroju
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Dom pogrzebowy "Nowe Życie"
» 1000 letnie Królestwo Isusa... jak będzie ono funkcjonowało
» Cynamon reguluje cukier we krwi
» Wieczne życie na ziemii
» Czy świat to rzeczywiście matrix?

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: