CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Za zamkniętymi drzwiami

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Paź 26, 2018 12:26 pm


CHARLES BLACKWOOD|35 lat|GŁÓWNY KSIĘGOWY W KORPORACJI ZAJMUJĄCEJ SIĘ PROJEKTOWANIEM I PRODUKCJĄ ELEKTRONIKI|KAWALER DO WZIĘCIA|CICHA WODArobiloda


EZRA SILVERTON|44 lat|PREZES PRZEDSIĘBIORSTWA ZAJMUJĄCEGO SIĘ TECHNOLOGIĄ I ELEKTRONIKĄ|ŻONATY|NIE POTRAFI TRZYMAC JĘZYKA ZA ZĘBAMI
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Paź 26, 2018 6:05 pm

Pierwszym, co wyczuł po obudzeniu, był znajomy, intensywny zapach perfum. Tych perfum, które tak bardzo urzekły go poprzedniego wieczoru, kiedy to spotkał mężczyznę, tego samego, który teraz leżał obok niego, przy barowym kontuarze. Przez hotelowe zasłony, wpadało jasne, pomarańczowe światło, poświatą padając na twarz Charlesa i zmuszając go do wtulenia twarzy w kark swojego towarzysza.
Przymknął jeszcze na moment powieki, ciasno przylegając do leżącego bokiem bezimiennego mężczyzny, któremu jeszcze kilka godzin temu dedykował swoje pełne pożądania krzyki. Dłonie szukały ciepła, błądząc po miękkiej skórze, badając leniwie każdy zakamarek, każde nawet najmniejsze wgłębienie czy nierówność. Dał sobie jeszcze chwilę, dosłownie odrobinkę czasu na wchłonienie cudownej bliskości, której tak usilnie i desperacko oboje szukali. I którą znaleźli, niewątpliwie, pieprząc się niezliczoną ilośc razy z rzędu,jak pospolite króliki.
Wślizgnął się w okolice pachwin, dokładnie w miejsce, z którego biło największe ciepło. Opuszkami czuł szorstkość włosków, miłe drapanie. Chciał go znowu. Chciał go poczuć znowu, głęboko w sobie, nie zawracając sobie głowy niczym innym.
I może doszłoby do tego, zdołałby wybudzić swojego towarzysza ze snu, gdyby nie natarczywe, ciche pikanie zegarka, oznajmiające o godzinie dziewiątej.
Zamarł więc i westchnął ciężko, niechętnie wracając do szarej, dość ciążącej rzeczywistości, w której zabiera swoje dupsko z hotelowego pokoju. I zapomina o jednej z lepszych nocy, jakie udało mu się przeżyć w swoim trzydziestopięcioletnim życiu.
Odsunął się i opadł na plecy, dla pewności spoglądając na zegarek. Miał kilka godzin na przygotowanie dokumentów i wyjście na konferencję, która była jego głównym powodem przyjazdu do miasta. Doba hotelowa i tak kończyła się o dziesiątej, więc mozolnie wstał, rozglądając się nietrzeźwo po pokoju.
Ubrania walały się po całej podłodze, nawet puste butelki po trunkach leżały niedbale na ziemi, zupełnie jakby ktoś chaotycznie i szybko starał się zrobić miejsce na stoliku.
Ach tak.
Uśmiechnął się pod nosem, pozwalając sobie na urywki wspomnień z ich przybycia do pokoju.
Charles nigdy nie był w związku. Był cholernym pracoholikiem, wywyższając pracę ponad życie rodzinne czy bliskie kontakty z mężczyznami. Nie miał na to czasu, nie był gotowy na poświęcenie się dla jakiegoś uczucia, które bywało przelotne jak jesienne deszcze. Lubił jednak seks i te wszystkie, niezobowiązujące spotkania, jednonocne przygody, które dawały mu bliskość, za jaką momentami po prostu tęsknił. Nigdy nie potrzebował imion i nazwisk, nigdy nie zabierał numerów telefonów, nigdy nie zdradzał szczegółów ze swojego życia prywatnego. Noce rządziły się swoimi prawami, które zamierzał z nabożną świętością szanować.
Dlatego właśnie nie spytał wczoraj mężczyzny o imię, tylko dał się ponieść jego stanowczemu spojrzeniu i silnym dłoniom. Ustom, które zdumiewająco dobrze całowały i oczom, które śledziły każdy jego ruch i gest. Tamten też o nic nie pytał, wyraźnie potrzebując tego samego. Ten samej, gorącej, jednorazowej nocy.
W głowie mu szumiało, a skronie pulsowały nieprzyjemnym bólem, efektem zbyt dużej ilości alkoholu.
Pomaszerował do łazienki, biorąc prysznic, dokładnie obmywając ciało. Przy wyjściu, w lustrzanym odbiciu dojrzał kilka czerwonych punktów, zaraz przy obojczyku. Przesunął po nich palcami, skrycie ciesząc się, że te impulsywne oznaczenia nie zostały zrobione wyżej. Wtedy trudniej byłoby mu to ukryć pod materiałem garnituru.
Umył zęby i przepasał biodra ręcznikiem, w drodze do pokoju zgarniając wszystkie swoje ubrania. Ostatnią rzecz znalazł przy łóżku po stronie swojego kochanka, zrulowaną w kulkę skarpetkę.
Usiadł na brzegu łózka i przyjrzał się twarzy mężczyzny, pochylając się zaraz nad nią.
- Za pół godziny kończy się doba hotelowa - mruknął tuż przy jego wargach, omiatając je ciepłym oddechem. Nawet musnął je przelotnie, ledwo wyczuwalnie, w ostatniej chwili jednak prostując się i po prostu uśmiechając. Co za dużo, to nie zdrowo. I tak powinien zniknąć stąd zaraz po prysznicu. Dłoń jednak zatrzymał na nagiej klatce piersiowej drugiego, z uśmiechem satysfakcji stwierdzając, że skórę pokrywają ślady po jego paznokciach.
- Zostawię połowę gotówki za pokój - rozejrzał się, chcąc ocenić koszt wynajęcia tego miejsca. Nie był to standard w jakim zazwyczaj się zatrzymywał, ale powiedzmy sobie szczerze - szukali czegoś szybko i blisko. Po prawdzie było mu to też obojętne. Ważne, że było łózko. I stolik.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Nie Paź 28, 2018 5:52 pm

Dla Ezry Silvertona przesypianie nocy zawsze stanowiło problem. Przez ciągłe podróże i intensywne prowadzenie firmy jego zegar biologiczny nie działał wcale tak, jak powinien. Nadmiar stresu i stosunkowo częste kłótnie z żoną zaburzały do końca jego funkcjonowanie, nieczęsto doprowadzając do kilku dni pozbawionych możliwości zamknięcia powiek i zrelaksowania się. Przy życiu, jakie prowadził prezes firmy, łykanie tabletek nasennych nie wchodziło w ogóle w grę, a medytacja co najwyżej wywoływała w nim irytację. Jedyne, co zbijało go z nóg i wrzucało do krainy Morfeusza, było zwiększonym wysiłkiem fizycznym w towarzystwie specjalnie do tego wybranym.
Seksem z nieznajomymi mężczyznami.
Ezra nie mógł powiedzieć, by był dumny z tego, iż w ciągu ostatnich kilku lat coraz częściej zdradzał swoją żonę. Niezależnie od tego, jak wiodło im się w domu, nie zasługiwała na takie traktowanie. Wypełniała swoje obowiązki znacznie lepiej, niż mógłby tego od niej wymagać, ale… ich uczucie w pewnym momencie samo zgasło i nie pozostały po nim nawet ciepłe wspomnienia. Być może, gdyby mieli dziecko, wszystko wyglądałoby inaczej. Może Ezra nie zapragnąłby w swoim życiu zmian, nie dał się uwieść jednemu ze stażystów i nie spróbował czegoś, o czym nigdy wcześniej nie myślał i co okazało się być wyjątkowo uzależniającą i mającą zbawienny wpływ na zszargane nerwy, zabawą.
Alkohol, numerek i papieros. Wielka trójca, która nawiedzała po nocach Silvertona, kusząc obietnicą rozkoszy i przespanej spokojnie nocy. Namiastką innego życia, innego świata, innych doświadczeń. Prezes Silverton Electronics, po niemal czterdziestu latach całkowicie heteroseksualnego życia odkrył, iż twarde, męskie ciała, duże usta i niskie okrzyki pociągają go znacznie bardziej, niż własna, jakkolwiek śliczna i rozbudzona seksualnie, żona. Marzył o ciasnych tyłkach i tryskających penisach, czy to pieprząc Vivien, czy to siedząc na obradach rady. Sprawował bezapelacyjnie władzę w życiu publicznym, a w życiu prywatnym krył się po kątach i stosował najbardziej wymyślne uniki, by nie spotkać się z ujawnieniem i szantażem. Stawał na palcach, by pogodzić obowiązki z własnymi, egoistycznymi potrzebami.
A gdy ktoś przyciągał jego uwagę, polował na niego, zdobywał i brał jak swoją własność – ta noc nie była wyjątkiem, ale upragniony sen nie przyszedł natychmiast. Zamiast niego pojawiły się wyrzuty sumienia, a targający Ezrą głód wcale nie ucichł, pomimo kilkunastu namiętnych chwil związanych z każdą, dostępną w niewielkim pokoju hotelowym, powierzchnią. Czterdziestoczteroletni prezes nie potrafiłby zmusić swojego penisa do kolejnego wzwodu nawet, gdyby od tego zależało jego życie, ale mimo to spędził zdecydowanie zbyt dużo czasu ze wzrokiem wbitym w leżącego przy nim kochanka, tak różnego od jego partnerki. Nawet gdy zasnął, wciąż gdzieś na granicy świadomości czuł jego bliskość i miał ochotę poczuć to ciepło na sobie.
Stawał się coraz bardziej spragniony mężczyzn, coraz bardziej ryzykował z jednonocnymi eskapadami, coraz częściej chciał czegoś więcej, niż tylko kilku muśnięć i włożeń.
Wiedział, że będzie musiał znaleźć na to rozwiązanie, dlatego nie mógł zasnąć.
Był ciekaw imienia swojego najnowszego łupu. Tylko tyle, imienia, niczego więcej, niczego mniej. Gdy jednak zdecydował się o nie zapytać, rozpętało się piekło. Dziennikarze wtargnęli do ich wynajętego pokoju, robiąc zdjęcia i wykrzykując kolejne pytania, zapłakana Vivien udzielała wywiadu w telewizji, akcje jego firmy spadły na łeb na szyję, limuzyna czekała pod oknem, by zawieźć go do głównej siedziby i na dywanik do rady, a do tego…
Przyjemne ciepło rozlało się po ciele Silvertona, uciszając koszmar, który wtargnął do jego śpiącego umysłu. Napięte mięśnie pleców i ramion rozluźniły się, a za to uda, brzuch i okolice krocza zacisnęły od przyjemnego napięcia. Całe ciało czekało na kontakt, na dotyk, na inwazję, która przywróci Ezrę do świata żywych i znów ukoi jego nerwy.
To jednak nigdy nie nadeszło. Ciepło znów zniknęło, a na jego miejsce wtargnęły macki lepkiego, ciężkiego snu, pozbawionego tym razem wyraźnych obrazów i dźwięków, ale zapewniającego nieprzyjemny dyskomfort i ciężar na piersi.
Niczym Śpiąca Królewna, Ezra wybudził się ze snu dopiero wtedy, gdy do jego warg docisnęły się cudze, wąskie i duże, kusząco wilgotne. Otworzył oczy i z wysiłkiem zogniskował wzrok na siedzącym nad nim mężczyźnie, w pierwszej chwili czując uderzenie strachu na wspomnienie wydarzeń, które… nigdy nie miały miejsca.
Serce, które gwałtownie przyspieszyło bieg, znów zwolniło, a blondyn uniósł dłoń do twarz i przetarł ją z czymś, co śmiało mogłoby zostać uznane za zmęczenie po niewyspanej nocy – a nie wewnętrzne załamanie nad własną głupotą.
- Wspaniale - mruknął pod nosem, chcąc nie chcąc czując, jak jego ciało znów oplata ciepło, wynikające z kontaktu z drugim mężczyzną, nawet tak prozaicznego, jak dłoń na mostku.
Odsunął dłoń i usiadł, jednym płynnym ruchem wsuwając palce w ciemne włosy towarzysza i przyciągając go ku sobie, by jeszcze raz poczuć te apetyczne usta na swoich własnych. Zbadał ich strukturę bez pośpiechu, dopiero po kilku sekundach wysuwając język i napierając na nie, pragnąc posmakować wszystkiego, co jego kochanek miał do zaoferowania, a nie zadowolić się kolejnym muśnięciem.
Gdy Ezra odsunął się od swojego bezimiennego seksualnego łupu, miał już odrobinę przyspieszony oddech, a na ustach błąkał mu się figlarny uśmiech.
- Pół godziny to dużo czasu… - mruknął, nadal nie odsuwając dłoni od głowy towarzysza, ale przesunął spojrzeniem po wnętrzu pokoju, któremu poprzedniego wieczoru nie miał okazji się zbyt dokładnie przyjrzeć. Odruchowo się skrzywił, w duchu stwierdzając, że naprawdę powinien skończyć z tymi jednonocnymi romansami, bo kończył w coraz bardziej parszywych miejscach, zatracając zdolność racjonalnego rozumowania i ryzykując odkrycie. Dziękował Bogu za to, iż wychodząc na „jednego drinka” zdecydował się zostawić w swoim – prawdziwym – hotelu wszystkie dokumenty tożsamości, obrączkę i karty kredytowe, ponieważ nie planując seksualnego zbliżenia, a kończąc na takim, stawał się poważnie zagrożony przez własne zaślepienie pożądaniem.
- Możemy dopłacić za lekkie przedłużenie wynajęcia pokoju… - dodał, unosząc delikatnie jedną brew, niemo pytając „co ci szkodzi?”. Jego oczy zalśniły wesołością, na którą nie powinien sobie pozwalać, a która odjęła mu dziesięć lat i nadała jego rysom zaskakującej miękkości.
Nigdy nie przedłużał swoich romansów do poranków. Nigdy…
Aż do teraz.
Pragnął czegoś więcej. Czegokolwiek.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Nie Paź 28, 2018 7:39 pm

Nie oponował, kiedy mężczyzna przyciągnął go do siebie, łącząc ich wargi w pocałunku. Wręcz przeciwnie, chętnie odwzajemnił pieszczotę, powolnie i z lubością smakując ponownie jego warg, pozwalając by giętki język wślizgnął się do jego wnętrza, zapraszając jego do wspólnego tańca. Przymknął powieki, dając sobie jeszcze chwilę, drobny moment, póki bezpowrotnie nie zniknie za hotelowymi drzwiami.
Skubał jego wargi, zasysał się na nich z westchnieniem zadowolenia, z dziwnie znajomym ciepłem, jakie ogarnęło jego ciało.
To tylko jednorazowy mężczyzna. Nic dla Ciebie nie znaczy, nie spotkasz go już nigdy w życiu. Skończ z sentymentami.
I chociaż rozum podpowiadał mu, by jak najszybciej się odsunąć, to ciało zostało, przywierając jeszcze bardziej do tego drugiego, łaknąc dalszej bliskości. Żałował więc, kiedy tamten oderwał się od niego, zostawiając to drażniące uczucie niedosytu.
Na słowa kochanka, uśmiechnął się tylko, delikatnie popychając go z powrotem na miękki materac. Nie zważając na zsuwający się z bioder ręcznik, usiadł na nim okrakiem, pochylając się kusząco nad jego twarzą, ciemnymi, ciepłymi tęczówkami obserwując jeszcze zaspaną, przystojna twarz, jakby pragnął zakodować ją sobie w pamięci. Podobał mu się. W całej swojej fizyczności, z tym łobuzerskim uśmiechem i wesołością w oczach, które w nocy wpatrywały się w niego z tak ogromnym pożądaniem.
Właściwie, będąc całkowicie szczerym, ten nieznajomy mężczyzna był bardzo w typie Charlesa. Już wtedy, przy barowym kontuarze, doskonale wiedział jak ich znajomość się skończy. I nie żałował żadnej sekundy. Delikatny ból mięśni, szum w głowie i przyśpieszone bicie serca wyraźnie mówiło, jak dobra była ta noc.
Ujął jego podbródek pomiędzy palce, muskając ponownie jego wargi. Raz, pojedynczo, świadomie kusząc go ewentualną wizją spędzenia z nim jeszcze krótkiego momentu.
- Pół godziny to za mało, gdybym chciał się Tobą nacieszyć - wyszeptał, kołysząc biodrami, pobudzając zarówno swoje przyrodzenie, jak i intymne miejsca mężczyzny. Łasił się jak kot, mruczał i unosił ogon, ale ostatecznie doskonale wiedział, że wybierze własną ścieżkę. Bez niego.
Część Blackwooda chciała zostawić mu numer telefonu. Sprawić, by zadzwonił, by spotkali się ponownie, może w lepszych warunkach. Intrygował go, o ile mógł tak powiedzieć po zaledwie jednej, bardzo przyjemnej nocy. Lubił jego silne dłonie na swoich biodrach, wargi na szyi i wyraz twarzy nieznajomego, gdy dochodził na jego twarz. Z drugiej strony piętno pracy, estetyka życia, tryb wymieniania kochanków był w nim tak silnie zakorzeniony, że niechętnie musiał odrzucić od siebie te chęci. A szkoda.
Naprawdę szkoda.
- Nie mogę - powiedział prosto w zgłębienie jego szyi, omiatając je gorącym oddechem, zostawiając wilgotny ślad ust na skórze. Dłoń przesunęła się po jego torsie, paznokciami poprawiając czerwone znaki. Zsunął się, by pocałunkami rozbudzić resztę ciała, językiem trącając sutek, by potem ześlizgnąć się na klatkę piersiową. Dopiero gdy dotarł do podbrzusza, ucałował to miejsce i zassał się na nim mocno, nim uniósł głowę, by spojrzeć na twarz kochanka.
- Wiesz jak to działa - mruknął jedynie, karcąc się w myślach za oschłość, jaka otuliła ton jego głosu. Przecież wcale nie chciał być palantem. Nie chciał wyjść na tego złego, pozbawionego jakichkolwiek emocji. Przecież chciał znowu poczuć go w sobie, znowu błagać go o więcej. Poznać jego imię, które mógłby wykrzykiwać.
Nie zmieniało to faktu, że właśnie tak to działało. Te jednonocne spotkania, masa przypadkowych twarzy, gwałtowne i szybkie rżnięcie, nie prowadzące do jakichkolwiek uczuć. Tylko do zwierzęcych instynktów, tak mocno zagłębionych w ich duszy. Nie mieli prawa żądać swoich imion, poznawać historii czy po prostu rozmawiać. Tak to działało. Był tylko seks, tylko on się liczył, zapełniał braki w sercach i duszy. A potem, gdy wszystko się kończyło, znowu przychodziła nicość, znowu trzeba było ruszać na polowanie. Każde pozwolenie sobie na słabość było oznaką niedopasowania i braku dyskrecji.
Nie mógł i nie chciał sobie na to pozwolić. Nie chciał pozwolić, by ktokolwiek przekroczył jego prywatność, by sprawił, że stanie się słaby.
- Wybacz - westchnął, całując jeszcze jego pachwiny, nim wrócił na wysokość jego twarzy, pieszczotliwie muskając jego policzek ustami.
- Muszę iść. Noc z Tobą była jedyna w swoim rodzaju. Na pewno długo jej nie zapomnę - przyznał, dość niechętnie i jakby z wahaniem, schodząc z łóżka. Zagryzł wargę, znowu zgarniając swoje rzeczy, powoli narzucając na siebie kolejne warstwy materiału.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pon Paź 29, 2018 12:40 am

Upragniona bliskość nadeszła, otulając Ezrę, pozbawiając go na moment stresu i niepotrzebnych, prowadzących donikąd rozważań. Mógł znów skupić się na mokrych pocałunkach, zwinnych palcach, wreszcie – rozkosznym ciężarze. Miał na sobie mężczyznę, prawdziwego faceta z krwi i kości, chętnego, pociągającego i oferującego sobą tak dużo, iż niejeden zapragnąłby usidlić go na dłużej, niż kilka godzin. Silverton nie wiedział o nim niczego, nie poznał zapewne nawet większości jego upodobań ani wrażliwych miejsc na ciele, ale był absolutnie pewien, że chciałby więcej. Niekoniecznie od razu randek w ukryciu, ślubu i dwójki dzieci, ale… czegoś więcej.
Mogło to być imię.
Mogło to być jeszcze pół godziny pieszczot.
Mogło to być nawet tylko kilka pocałunków.
Prezes bez protestu dał się położyć, odwzajemnił muśnięcie warg i ułożył dłonie tuż nad ręcznikiem, chłonąc ciepło i taniec mięśni pod skórą, odpowiadając na każdy ruch podobnym, dodając im pikanterii i upodabniając ich subtelną pieszczotę do faktycznego zbliżenia. W jakiś niepojęty sposób, ta zabawa, chwila pełna obietnic i kuszenia, była o tysiąckroć bardziej podniecająca, niż cała ich wspólna noc, wypełniona jękami, ugryzieniami, spermą i otarciami. Tak jak te kilka godzin wcześniej rzucili się na siebie niczym wygłodniałe zwierzęta, niemal nie bacząc na otoczenie, popychani ku sobie chorym, nieludzkim pragnieniem spółkowania, tak teraz flirtowali, przypominając bardziej romantycznych kochanków, niż dwóch nieznajomych, których połączyła jedna, prymarna potrzeba.
- A trzy kwadranse? - spytał z ewidentnym flirtem w głosie, kusząc słowami równie sprawnie, co przystojny brunet samymi pocałunkami. Przez głowę Ezry przeszła myśl, że zachowywał się w tym momencie jak desperat, zakochany idiota, który jest gotów zrobić wszystko, byleby spędzić jeszcze kilka chwil w towarzystwie wybranki swojego serca. Zwykle to on narzucał tempo, oczekiwał absolutnego posłuszeństwa i spełniania jego woli oraz zachcianek. Znał się na ludziach i wiedział kiedy i w jaki sposób nacisnąć, by wywołać odpowiednią reakcję.
Tym razem tak nie było. Tym razem to on był zdany na łaskę i niełaskę drugiej osoby, co czyniło go nieznośnie bezbronnym, ale zarazem sprawiało, iż sytuacja, w jakiej się znalazł, była tak podniecająca i wyjątkowa. Silverton zdążył już zapomnieć, jak to jest nie być pewnym intencji swojego rozmówcy, flirtować bez pewności, że spotka się z pozytywną reakcją, chcieć czegoś i nie znać gotowego przepisu.
Chciał więcej.
Gdy spotkał się z odmową, chociaż była ona w pewnym stopniu spodziewana, coś nieprzyjemnie zakuło go w piersi. Wygiął się jednak, przyzwalając ciału zareagować na pieszczotę, nie puszczając kochanka z uścisku, jeszcze rozpaczliwiej niż kilka chwil wcześniej chłonąc bliskość i zapamiętując ciepło, dotyk skóry, częściowo oświetloną przez krzywą zasłonę, przystojną twarz. Uniósł dłonie, przesuwając nimi po bokach mężczyzny, docierając do jego włosów. Chwycił za nie delikatnie, obracając głowę, doprowadzając muśnięcie policzka do przelotnego, ale całkiem jednoznacznego pocałunku.
Chciał więcej, nie mniej.
Pozwolił nieznajomemu mężczyźnie wysunąć się z jego uścisku, a potem opuścił dłonie na pościel, przez krótką chwilę jeszcze pozwalając ciału udawać, że jest dotykane. Z resztek przyjemnego przytępienia wyciągnęło go brutalnie zapewnienie przystojnego kochanka. „Jedyna w swoim rodzaju”. Wyświechtane frazesy, żałośnie puste i standardowe, od dziesiątek lat nie niosące ze sobą żadnego, dosłownie żadnego znaczenia. Jedyne, co przekazały, to nieprzyjemną pewność, iż Ezra nie tylko dał się wykorzystać, ale jeszcze wywarł wrażenie kogoś, kto potrzebuje usłyszeć zapewnienie o wyjątkowości jednej nocy, by złagodzić słowa odrzucenia.
Jakby był słabą, delikatną kobietką, nie zaś prezesem wielkiej firmy, która z roku na rok podbijała kolejne rynki i zgniatała konkurencję jak słoń nadeptujący na mrówkę.
W kilku dokładnie wymierzonych ruchach podniósł się z łóżka, wyminął ubierającego się mężczyznę, by wreszcie zatrzymać się w drzwiach łazienki i – tak jak stał, nagi, brudny, klejących się, z częściowo uniesionym członkiem, prychnął.
- Jasne, ja też - powiedział, nie szczędząc drwiny, która zabarwiła jego głos. Spojrzenie błękitnych oczu, wcześniej przypominających głębiny oceanu, wciągające i fascynujące każdego, kto śmiał w nie spojrzeć, zmieniło się w chłodny lód, emanujący zdystansowaniem i owiewający mrozem każdego, kto odważył się zbytnio zbliżyć.
- Pieniądze zostaw na stoliku - rzucił, wskazując głową na pusty blat, na którym poprzedniego wieczoru robili takie rzeczy, iż Ezra nie zdecydowałby się na nim zjeść nawet, gdyby to był jego ostatni posiłek.
Odsunął się od framugi, chwycił za klamkę i zamknął za sobą drzwi, nie tracąc czasu na ewentualne kolejne pożegnania.
Był głupcem, pozwalając sobie na chwilę nadziei, iż otrzyma coś więcej. Nie mógł sobie nawet na to „więcej” pozwolić – jak wobec tego mógł czegokolwiek od kogokolwiek oczekiwać?
Przekręcił gałkę od gorącej wody i stanął pod natryskiem, nie chcąc czekać na moment, aż temperatura stanie się idealna. Chciał jak najszybciej wyjść z tego hotelu, zapłacić za noc i zniknąć, sdpychając do niepamięci zarówno wspaniałe ciało, namiętność, bezwstydne okrzyki, jak i delikatne pocałunki, nieśmiały flirt i nadzieję na zaspokojenie całkowicie zakazanych i niewłaściwych pragnień.
Najwyższa pora, by skończył z tymi skokami w bok i wrócił do prawdziwego życia, pełnego obowiązków, ukochanej żony i biznesowych konferencji.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pon Paź 29, 2018 12:27 pm

Jakaś część Charliego, ta mała i całkowicie ukryta, cholernie pragnęła by tamten go zatrzymał. By siłą zmusił go do pozostania jeszcze dwa, trzy, może cztery kwadranse, ciesząc się jego bliskością, tymi wspaniałymi dłońmi i niebieskim jak ocean spojrzeniem. Nie był pewien, ale wystarczyłoby mu po prostu leżenie obok, tym dziwniejsza była to chęć, bo nigdy takiej nie odczuwał. Nie w stosunku do przypadkowych nocy i bezimiennych twarzy. Więc gdy tylko mężczyzna wstał, coś w nim pękło, kazało zrobić jak najszybszy odwrót, obrócić zawstydzoną swoją słabością twarz i pozwolić im grać w ten cały, śmieszny teatrzyk na scenie zbudowanej z hotelowego, brudnego pokoju.
Mówił prawdę. Noc, jaką z nim spędził, była wyjątkowa na wiele, pokracznych sposobów. Niby jedna z setek, o scenariuszu zbliżonym do poprzednich spotkań z kochankami. Drink czy dwa, jawny flirt, dyskretne ocieranie się w barze. Zaakceptowana propozycja i finalnie pokój, w którym rzucali się na siebie, pozbywali ubrań energicznie i z pasją, łaknęli swoich ciał, ze świadomością, że to tylko ta chwila, ta godzina i ta noc. Nie mieli drugiej szansy, jeśli chcieli się zaprezentować, musieli zrobić to właśnie teraz.
Teraz było inaczej. O poranku, przed porannym prysznicem, oblepiony nasieniem, śliną i potem, uśmiechał się jak szczyl, jak gówniarz po pierwszym razie, pozwalając sobie na drobne fantazje na temat śpiącego kochanka. Nie czuł do niego tylko tego zwierzęcego pociągu. Chciał jego, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Był go ciekawy, był ciekawy co ma jeszcze do zaoferowania i dlaczego jego własne ciało, reagowało na jego dotyk po tysiąckroć mocniej, niż na dotyk innych mężczyzn. Samo wspomnienie niskiego, zachrypniętego głosu, rozkazującego mu, szepczącego do ucha o całej przyjemności, powodował na jego plecach dreszcz.
Oblizał bezwiednie wargi, odprowadzając spojrzeniem mężczyznę do łazienki, lustrując nagie i mocne ciało. W wyczuwalnym chłodzie kochanka było coś, co strąciło z niego resztki subtelności i miłych fantazji, a gdy tylko spojrzał na niego tak lodowato, mógł zdobyć się jedynie na odwrócenie spojrzenia.
Stał tak, z ociąganiem dopinając guziki pomiętej koszuli. Przeczesał włosy i obszukał kieszenie spodni w poszukiwaniu portfela. Wyciągnął kilka banknotów, kładąc je na stolik, przez chwilę opuszkami palców trzymając jeszcze swoją wizytówkę. Zawahał się i jedynie wsunął ją ponownie do portfela, kręcąc przy tym lekko głową na własną głupotę.
Ogarniając jeszcze wzrokiem pokój, wyszedł po chwili, cicho zamykając za sobą drzwi.


Aston Industries była technologicznym kolosem. Założona przez Bradleya Astona, cieszyła się dużym uznaniem zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym. Konkurencja była spora, jednak nie wszystkie firmy próbowały z nimi rywalizować, a te, które się na to zdecydowały, były poważnymi przeciwnikami na rynku. Charles był głównym księgowym firmy, przez wielu nieoficjalnie nazywany prawą ręką szefa. Chociaż zdecydowanie lepiej czuł się w liczbach, chętnie udzielał rad na życzenie szefa, prywatnie jego dobrego przyjaciela. Dobrze rozeznany i błyskotliwy, potrafił wyciągnąć firmę z poważnych finansowych problemów. Był inteligentny i skrupulatny, niemal pedantycznie podchodząc do swoich obowiązków. Często przesiadywał w biurze do nocy, a po powrocie do domu dalej ślęczał nad tabelkami i wykresami zysków i strat.  Praca korporacyjna była jego pracą, jego życiem i całym światem, trudno mu było pomyśleć, że nagle miałby całkowicie z tego zrezygnować.

- O 18:00 zaczyna się prelekcja. O 19:00 jest ogłoszenie nowych produktów na kolejny rok. Później krótka analiza dotychczasowych sprzedaży, zobaczymy jak wypadliśmy. Trzy prelekcje wykreśliłem. O 21:00 zaczyna się bankiet. Jutro na 15:00 umówiłem kolację z dyrektorami firm, to dobrze wpłynie na nasz PR, jutro też jest czas dla dziennikarzy - Vincent, młody asystent Bradleya, czytał trzymany przed sobą plan, przystępując z nogi na nogę. Weszli właśnie do budynku, w którym odbywała się konferencja. Blackwoodowi mignęło kilka znanych twarzy, skinieniem głowy witając się z częścią.

- Świetnie. Charles? - Aston spojrzał na księgowego, posyłając mu lekki uśmiech. Był mężczyzną starszym, ale niewątpliwie nadal pełnym przystojnego uroku. Jak dla Charliego, był tez bardzo sympatyczny, chociaż twardą ręką zarządzał swoimi akcjami.
Poprawił okulary na nosie i spojrzał w przygotowane dokumenty. Idealnie dopasowany garnitur dobrze podkreślał jego smukłą sylwetkę, nienaganna fryzura w niczym nie przypominała zmierzwionych, roztrzepanych włosów z rana.

- Musimy przeanalizować propozycje pozostałych firm. Jeśli technologicznie będą zbliżone do naszych planów, konieczne będzie wykupienie wyłączności w większych centrach. Tak czy inaczej, nie jest to coś, czym musielibyśmy się teraz martwić - przerzucił kilka kartek, zerkając na zestawienia. 

- Dobrze. Informuj mnie na bieżąco. W razie czego, skontaktuj się z naszymi prawnikami. Niech bedą w gotowości, jeśli uznamy, że trzeba załatwić odpowiednie pisma - Bradley rozejrzał się, w końcu jednak skupiając spojrzenie na przeciwległy koniec sali.

- Silverton? Nie wiedziałem, że pojawi się na konferencji - powiedział ciszej, z wyraźnym wyrzutem spoglądając na młodego asystenta. Ten nerwowo zaczął przebierać kartki.

- Nie dotarła do mnie taka informacja. Przepraszam najmocniej. Nie wiem jak to się stało- wymamrotał. Charles uniósł głowę, pragnąć odszukać przyczynę całej nerwowości. 
I dopiero po długiej chwili natrafił na znajomą twarz, której widok sprawił, że niemal upuścił dokumenty z dłoni. Ta sama twarz, którą rano obcałowywał, te same, ładnie wykrojone wargi i pewne siebie spojrzenie. Poczuł jak traci grunt pod stopami.

- Ezra Silveron? - upewnił się wolno, powolnie spoglądając na wyraźnie niezadowolonego prezesa. Zaparło mu dech w piersi, musiał lekko odchrząknąć, starają się doprowadzić ciało do normalności. I przede wszystkim pozbyć się ogarniającego ciepła.

- Tak. Ten sam - Charles po raz pierwszy widział Bradleya tak niezadowolonego. Niemal czuł płynące z niego poirytowanie.

- Łącza was jakieś relacje? - Blackwood ponownie zerknął w kierunku Ezry. 

- Tak. Niechęć. Idziemy - prezes machnął dłonią, ruszając przed siebie. Asystent podreptał za nim. Charles został jeszcze sekundę na miejscu, mocniej zaciskając dłonie na trzymanych teczkach.
Masz co chciałeś. Teraz przynajmniej znasz jego imię. I wiesz jak wielki błąd popełniłeś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Sro Paź 31, 2018 6:58 pm

Prysznic, który początkowo miał zająć możliwie najmniej czasu, ostatecznie się przedłużył – nie dlatego, że Ezra faktycznie miał taką potrzebę, ale dlatego, że nie chciał spotkać się znowu ze swoim kochankiem. Dał mu wystarczająco dużo czasu, by nie tylko zdążył się przebrać, ale jeszcze nawet zamówić śniadanie i zaczekać chwilę na taksówkę na dole. Gdy blondyn wreszcie wyszedł z łazienki, owinięty w pasie ręcznikiem, zastał go pusty pokój i ewidentne ślady po ich namiętnej nocy. Oraz pieniądze na blacie.
Szczerze mówiąc, Silverton wcale ich nie chciał. Miał przy sobie wystarczająco gotówki, by nie tylko zapłacić za pokój, szkody i taksówkę, ale zjeść po drodze śniadanie i wynająć samochód, gdyby zapragnął poznać uroki prowadzenia auta w tym mieście. Gdy kazał zostawić połowę opłaty na stole, chodziło jednak o coś innego – o zasady. Żaden z nich nie powinien czuć się tak, jakby był coś winien drugiemu. Spotkali się, spędzili kilka przyjemnych chwil, a potem rozeszli w swoje strony.
Myjąc się, Ezra zdusił wszystkie niepotrzebne uczucia, wątpliwości i potrzeby, pozostawiając wyłącznie chłodną ocenę sytuacji. Po pragnieniu przeciągnięcia nocy nie pozostało już nic, podobnie jak ciekawość swojego towarzysza. Był tylko chłód, rozluźnione mięśnie i gotowość do pracy.
Wychodząc z hotelu zadzwonił do pani Silverton, przeszedł dwie przecznice rozmawiając luźno o pogodzie, swoich planach i nowej sukience, której zdjęcie mu wysłała, a potem rozłączył się i zawołał taksówkę. Jego dzień jako prezesa wielkiej korporacji właśnie się zaczynał. Późno bo późno, ale… czasami należało mu się parę godzin spokoju. Właśnie po to przyjechał na konferencję dzień wcześniej.

Od momentu, w którym przekroczył próg centrum, w którym odbywała się konferencja, Silverton nie miał ani sekundy spokoju. Dwójka jego asystentów rozpaczliwie próbowała uzgodnić dwa równoległe plany, dotyczące zarówno kwestii sprzedażowych, jak i PR-owych. Ezra do chwili, w której poznał datę samego wydarzenia wiedział, że chwila odpoczynku wykraczała daleko poza jego możliwości i właśnie dlatego nie wziął ze sobą swojej żony. Jakkolwiek Rachel zawsze prezentowała się olśniewająco na tego typu uroczystościach, tak nie cierpiała przeciągających się w nieskończoność prezentacji, debat i podpisywania umów z setką prawników na karku, którzy starannie omawiali każdy jeden element umowy, by na pewno żadna ze stron nie popełniła błędu.
Dla Ezry to była codzienność, ale na konferencje jeździł z zupełnie innych powodów, stricte związanych z elementami wizerunkowymi. To w czarowaniu ludzi był najlepszy. Uwielbiał sprawiać, że publika jadła z jego ręki, uwielbiał manipulować ludźmi w taki sposób, by zauważali, że zrobili dokładnie to, czego od nich oczekiwał, gdy było już za późno. Kwestii prawnych nie mógł ominąć, nie mógł uśmiechem, komplementem i odpowiednim drinkiem ominąć rzeszy specjalistów, ale z pierwszym wrażeniem i gruntowaniem rzeszy fanów swojej marki radził sobie lepiej niż wspaniale.
- Kiedy mamy pokaz? - spytał, przerywając dyskusję pomiędzy swoimi asystentami, która przestała prowadzić do czegokolwiek i zaczęła niebezpiecznie zbliżać się do granicy argumentów ad personam.
- Punkt dwudziesta - odparli jednocześnie, po raz pierwszy od kilku dni dochodząc do jakiejś zgody.
Silverton uśmiechnął się i pokiwał głową.
- Lista gości?
- Brakuje raptem kilku… - zaczęła dziewczyna, pospiesznie przeglądając dokumenty i szukając odpowiednich nazwisk. Jej szef jednak nie zamierzał czekać wieczności – pstryknął palcami i wyciągnął dłoń, jasno sygnalizując, że chce samodzielnie przyjrzeć się wszystkiemu. Wystarczył rzut okiem by stwierdzić, kogo brakuje. Ezra rzucił okiem na platynowy zegarek i szybko rozejrzał się po sali, szukając odpowiednich ludzi.
- Nikt nie wie, kto będzie prezentował, ani jaki produkt, dlatego nie ma tu wszystkich - wyjaśnił drugi asystent, a zarówno w jego gestach, jak i mimice, wyraźnie było widać zdenerwowanie.
Ludzi, którzy wiedzieli o nowym rozwiązaniu technologicznym, jaki wprowadzał Silverton Electronics, można było policzyć na palcach dwóch rąk. Ścisła klauzula poufności mogłaby zmiażdżyć nawet członków rady, a co dopiero przeciętnego asystenta lub technika. Nikt nie odważył się przeciwstawić prezesowi, ponieważ firma była prezesa i to on najlepiej wiedział, jak ją prowadzić. Biada temu, kto odważyłby się stanąć na jego drodze.
- Załatwię to - powiedział z prostotą, oddając listę swojej ślicznej asystentce, obrócił się na pięcie i ruszył w głąb sali, ignorując fakt, iż wciąż jego najbliższe kilka dni wypakowane było terminami, które na siebie nachodziły. To nie był jego problem, to nie było nawet dlań interesującą kwestią. Liczyło się coś zgoła odmiennego.
Jako pierwszego wypatrzył swojego dobrego znajomego, prezesa EO, tworzącego bezkonkurencyjnie najlepsze oprogramowanie specjalistyczne na rynku. Później wyłowił w tłumie grupę młodych, podjaranych startupowców, którzy zakwitli w Dolinie Krzemowej i z zaskakującą łatwością zdobywali rynek azjatycki dzięki nietypowym rozwiązaniom dla domu i okolic. Krótki small talk i zaproszenie prosto od prezesa Silverton Electronics załatwiły sprawę – a plotki w ich środowisku rozchodziły się bardzo szybko. Ezra nie musiał się martwić poszukiwaniami kolejnych ludzi i informowaniem ich o wydarzeniu – teraz każdy będzie się zabijał o miejsce we wcale nie największej sali konferencyjnej, a ci, którzy zdecydowali się nie pojawić na wydarzeniu, będą sobie pluli w brodę.
I gdy Silverton zmierzał luźnym krokiem w stronę swojej grupy speców od PR i marketingu, poczuł na sobie czyjeś spojrzenie. Obrócił się i przeskanował uważnie całą salę – a jego wzrok wyłapał osobę, która musiała być nadawcą tego niewidzialnego sztyletu wymierzonego prosto w szyję prezesa SE.
Ezra uśmiechnął się z nieprzyjemną satysfakcją i zmienił kierunek, zmierzając prosto w paszczę lwa.
- Bradley! - rzucił na tyle głośno, by nie usłyszał go wyłącznie Aston, ale też kilkanaście osób znajdujących się w pobliżu. Wyciągnął dłoń ku mężczyźnie w powitalnym geście, błysnął śnieżnobiałymi zębami i… niemal potknął się o własne nogi, dostrzegając mężczyznę, który stał po prawicy jego wroga.
To było ostatnie miejsce, w którym oczekiwałby trafić na swojego jednonocnego kochanka. Jak bardzo musiał mieć pecha, by akurat tego dnia trafić na akurat osobę? Zlustrował szybko przystojnego kompana Astona, próbując znaleźć jakiekolwiek dowody na to, iż nie ma do czynienia z mężczyzną, który kilka godzin wcześniej wyszedł z jego łóżka i mówił, iż ich wspólna noc była najlepsza w całym jego życiu.
Obrączka na palcu Ezry zaczęła go palić.
Był oficjalnie w dupie.
Uścisnął dłoń swojego konkurenta, zmuszając się do zachowania opanowania. Nie miał pojęcia, jakie relacje łączyły Astona z tym człowiekiem – i niezależnie od tego, co mógł mu seksowny brunet powiedzieć, Silverton wciąż był prezesem i zamierzał wprowadzić na rynek cholerny cud. Nie da się zmiażdżyć prostym szantażem.
- Cieszę się, że cię widzę! Wielka szkoda, że nie będzie cię na naszej dzisiejszej prezentacji, liczyłem na twoją obecność. Przyciągasz najlepsze rozwiązania technologiczne, jakbyś był amuletem na szczęście, a taki zawsze warto mieć - roześmiał się puszczając do mężczyzny oko. - Ja na waszej w każdym razie na pewno się pojawię, umieram z ciekawości. Masz świetnych speców od reklamy, to trzeba ci przyznać. - Pokiwał głową i zapewne dodałby coś jeszcze, gdyby u jego boku nie pojawiła się znajoma dwójka asystentów. - Wybacz, obowiązki. Mam nadzieję, że trafimy na siebie chociaż podczas bankietu. - Wzruszył lekko ramionami, a potem obrócił się na pięcie, pstryknął palcami na swoich pracowników i tak nagle, jak się pojawił, zniknął w tłumie.
Jestem kurwa skończony.
Na pewno pochwycił przynętę.
Nie poddam się bez walki.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Czw Lis 01, 2018 8:08 am

Po tej krótkiej wymianie zdań prezesów konkurencyjnych firm, Charles nie miał wątpliwości, że pod poważną opanowaną maską Bradleya, kłębi się okrutne zdenerwowanie. Znał go zbyt długo, by podobnie jak jego młody asystent, puścić rozmowę z Silvertonem w niepamięć. Sam starał się zachować naturalną twarz, ignorując wspomnienia nocy i próbując otrzeźwieć na tyle, by nic po sobie nie pokazać.
Też był zły. W dziwny, absurdalny sposób, poczuł irytację na widok błyszczącej obrączki na palcu Ezry, kiedy witał się z jego szefem. Poczuł się źle, bo i złe zdanie miewał o osobach szukających nocnych igraszek z nieznajomymi, podczas gdy w domu czekała na nich żona lub życiowy partner. Sam był wolny, jego wyskoki za nic w świecie nie mogły nikogo zranić ani zrujnować jego życia prywatnego. Natomiast taki mąż, głowa rodziny? Kto wie, czy nie ojciec dzieci? Chociaż znali zasady, poczuł się wykorzystany. Oszukany, a przecież żadne z nich nie chciało poznać sekretów drugiego. Po nadejściu poranka, wracali do swoich obowiązków jak gdyby nigdy nic.
Bydlak.
Nie powinien mieć mu tego za złe, nie miał takiego prawa, ale przez złotą błyskotkę, resztka tej iskrzącej się fascynacji, po prostu uleciała, zastąpiona delikatnym przygnębieniem.
Czego miał się spodziewać? Doprawdy, z wiekiem robił się chyba coraz bardziej sentymentalny.
- Jesteś nieobecny - Charles napotkał uważne spojrzenie Bradleya.- O czym myślisz?
- O konkurencji - odpowiedział całkiem szczerze, poprawiając okulary na nosie. - Prezentacja ich nowego produktu, może pokrzyżować nam szyki. Szczególnie, jeśli zjawił się sam prezes.
Silverton Electronics był ich największym i najbardziej potężnym rywalem. Na rynku nie było dwóch takich samych rekinów, tyranów sprzedaży i nowych technologii. Wyprzedzali się jedynie o głowę, z nierównym wynikiem dla każdego. Tak jak inne, mniejsze firmy w żaden sposób nie mogły im zaszkodzić, tak firma Ezry Silvertona, jednym ruchem mogła zmiażdżyć ich plany i zmniejszyć sprzedaż. Konkurencja była wyczuwalna nie tylko na sklepowych półkach, ale także w relacjach z pracownikami obu firm. Charles widział analizy sprzedaży drugiej firmy i porównywając je z własnymi, musiał szczerze przyznać, że wypadały równie dobrze. Jak nie lepiej.
W swoich przypuszczeniach również się nie pomylił. Prezentacja ich nowego, innowacyjnego produktu sprawiła, że chociaż ich własna otrzymała wiele przychylnych komentarzy, to nadal zostawała daleko w tyle, co jedynie bardziej zaburzyło samopoczucie Bradleya. Asystent nawet nie starał się rozładować napięcia, zerkając to na Astona, to na Charlesa, czując, że odezwanie się mogłoby skutkować nagłym atakiem złości i kto wie, może wyrzuceniem z pracy.
- Najchętniej odpuściłbym ten cały bankiet - mruknął Bradley, poprawiając mankiety koszuli.
- To raczej niemożliwe. Wiesz, że będzie to dobrze wyglądało. Jako prezes Aston Industries, powinieneś wyjść do ludzi. Doprawdy, że też muszę Ci o tym przypominać. Masz swoich ludzi od PR - Blackwood, oddając teczki z dokumentami asystentowi, machnął na niego tylko dłonią w niemym, wiadomym geście.
- Mam też Ciebie. Czasami myśle, że inni pracownicy są mi zbędni - mężczyzna uśmiechnął się. - Chyba będę musiał wysłać Cię na jakiś urlop.
- Nawet o tym nie myśl - Charles zmarszczył brwi i pokręcił głową, absolutnie odrzucając przyjacielska ofertę prezesa. Urlop, chociaż niewątpliwie należał się każdemu, wcale nie był po drodze Blackwoodowi.
- Od jutra zajmę się nowym planem produktów i sprzedaży. Zorientuje się na rynku i zadzwonię do prawników, by wystosowali pismo z prośba o wyłączność. Może...
- Dość - Bradley machnął dłonią, przerywając mu. Rozejrzał się po sali bankietowej, do której weszli. Ludzie stali przy stolikach, krążyli w koło siebie, uśmiechnięci i rozmowni. W tle grała muzyka grana na żywo, kelnerki raz po raz podawały lampki szampana i szklaneczki szkockiej.
- Porozmawiamy o tym jutro rano. Teraz po prostu się uśmiechaj, masz przecież ten ładny uśmiech, pod którym kobietom miękną kolana - zażartował prezes. Charles, chcąc nie chcąc wykrzywił wargi w lekkim uśmiechu.
- No już, przynieś nam...- Bradley rozejrzał się. - A gdzie Vincent?
- Kazałem mu odnieść dokumenty. Sam pójdę po alkohol - Blackwood z rozbawieniem pokręcił głową, lokalizując spojrzeniem ustawione przez kelnerki butelki z innym alkoholem. Wygładził garnitur, ruszając w tamtym kierunku, po drodze witając się z masą znanych mu osobistości, z kilkoma zamieniając nawet kilka zdań. Chociaż usilnie wmawiał sobie, że dyskretne rozglądanie się służy celom zawodowym, doskonale wiedział, kogo chciał znaleźć. Był to odruch tak silny, że kiedy się na tym złapał, zaklął w duchu, w końcu dopadając alkohol i od razu wypijając jedną lampkę szampana.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Czw Lis 01, 2018 2:55 pm

Przyjazd Ezry Silvertona na konferencję nie był zaskoczeniem wyłącznie dla jego największego konkurenta. Prezes niemal do ostatniej chwili sam się wahał, czy przyjechać i przedstawić swój nowy produkt na tym wydarzeniu, czy przeczekać jeszcze kilka miesięcy i zaatakować wtedy, kiedy nikt nie będzie się spodziewał. W przeciwieństwie do Astona, jego zapowiedzi były raczej subtelniejsze i nie zwiastowały żadnych szokujących rozwiązań, które miałyby wstrząsnąć rynkiem. Czasami dobry szok był lepszy, niż nawet najlepsza kampania – szczególnie, jeśli było się tym Silvertonem.
Gdyby nie przyjechał, nie spędziłby nocy z człowiekiem, który okazał się być (po szybkim researchu ze strony jego asystentów) ni mniej ni więcej, a nieoficjalną prawą ręką jego największego konkurenta. Ciężko byłoby trafić gorzej w swoich jednonocnych romansach. Gdyby nie przyjechał, nie stawiałby wszystkiego na jedną kartę. Musiał udowodnić radzie własnej firmy, specjalistom z branży, dziennikarzom i przeciętnym zjadaczom chleba, że jest więcej niż kompetentny w swojej roli. Niezależnie od tego, jak wielka afera się rozpęta po oświadczeniu, iż zdradził swoją żonę z mężczyzną – a takie oświadczenie na pewno pojawi się w mediach, nie był skłonny założyć, że konkurencja nie spróbuje wizerunkowo zmiażdżyć go w ten sposób – najgłośniejszy będzie nowy produkt Silverton Electronics. Dobry przedsiębiorca nie czeka na atak, ale sam rusza do boju i miażdży każdego, kto stanie na jego drodze.
- Mandy, jestem pewien. Będą jedli mi z ręki - przerwał słowotok swojej specjalistki od, ni mniej ni więcej, a wizerunku. Przez ułamek sekundy zastanawiał się, pozwalając całej ekipie poprawiać jego nienaganną fryzurę i czyścić lśniący nowością, czarny garnitur, czy powinien ją ostrzec przed tym, co nieuchronnie nadchodziło. Zawahał się…
I uznał, że im mniej osób o tym wie, tym lepiej. Nie chciał, by afera wybuchła dlatego, że ktoś nieodpowiedni podsłuchał jego prywatną rozmowę. Wolał w całości skupić się na prezentacji, a swoje życie intymne pozostawić na chwilę, gdy wszystko wybuchnie mu w twarz.
Chwycił zalakowane pudełko, w którym czaił się jego cud techniki, wziął podsunięte mu nożyczki i otworzył je bez pośpiechu, kilkoma szybkimi, wypracowanymi ruchami. Wśród artystycznie zmiętej satyny leżał on. Cud techniki.
Uśmiechnął się z satysfakcją, machnięciem dłoni rozganiając większość swoich ludzi.
- Dziesięć sekund - wyszeptał jego asystent, pospiesznie podając mu kilka dokumentów do podpisania.
- Wszyscy są? - spytał Ezra, pozostawiając podpisy we wszystkich wskazanych miejscach.
- Wszyscy. Aston i jego ekipa w pierwszym rzędzie. Ludzie prawie zabijali się o miejsca - potwierdził pospiesznie Richard.
- Świetnie.
- Wchodzisz.
I wszedł. Ezra Silverton, z czarującym uśmiechem, plakietką z konferencji wiszącą na jego piersi, nienagannie ułożonym garniturze, błyszczących blond włosach i najnowszym produktem w dłoni. Przez światła oświetlające scenę nie widział nikogo ze swoich gości, ale znał na pamięć ułożenie większości sali. Wiedział, kto będzie śmiał się z jakich żartów, w którą stronę należy rzucić komplementem dotyczący niesamowitej kampanii reklamowej, a kto podbił rynek zupełnie znikąd i znalazł się w TOP 10 producentów oprogramowania. Z entuzjazmem i wprawą opowiadał o kolejnych funkcjach najnowszego telefonu swojej firmy, czując delikatne napięcie wiszące w powietrzu.
Czemu jest tu osobiście?
Co w tym takiego niezwykłego?
Kiedy nas zaskoczy?
Omawiając obudowę i zamierzając zademonstrować jej wytrzymałość, energicznym krokiem przeszedł z jednej części sceny do drugiej. Wtedy stało się to. Niespodziewany element. Potknięcie.
Pewnie każda para oczu śledziła w spowolnionym tempie spadające urządzenie, uderzające o podłogę i roztrzaskujące się na trzy części. W sali zapanowała dramatyczna cisza.
Ezra roześmiał się, schylając i zbierając z podłogi dwie połówki obudowy oraz niemal przezroczystą część – zapewne ekran.
- Jak widzicie, obudowa jest do dopracowania. Moi technicy nie spisali się najlepiej - powiedział lekkim, żartobliwym tonem, odkładając kolorowe elementy na jeden z piedestałów. - Nie przejmujcie się, zaraz dostanę drugi model i będziemy mogli kontynuować. - Zaśmiał się, puszczając oko do swojej publiki. Stanął, opierając się prawym łokciem o wzniesienie, spoglądając niefrasobliwie w prawą część sceny, gdzie stał jego zespół. Jeden z techników pospiesznie wyszedł w blask reflektorów, podszedł do Silvertona i zaczął coś tłumaczyć szeptem, podczas gdy prezes zakrył dłonią mikrofon, by nikt z obserwującej go setki ludzi nie mógł usłyszeć ich rozmowy.
Skinął głową i machnął ręką, a mężczyzna oddalił się.
- Jeszcze chwila - zwrócił się do publiczności Ezra, płynnie przechodząc do krótkiej anegdotki dotyczącej jego zespołu zajmującego się tworzeniem innowacyjnych rozwiązań. W połowie zdania przerwały mu dźwięki gitary, które rozniosły się po sali cichym rytmem. Blondyn z subtelnym zdumieniem spojrzał na przezroczystą część aparatu, która najwidoczniej wciąż funkcjonowała. Dotknął ekranu…
A przed nim pojawił się prostokątny, kolorowy hologram fragmentu rozmówcy.
- Nie zdążymy przywieźć kolejnego modelu, panie Silverton. Jest pan pewien, że Universe przestał działać? - rozniósł się obcy głos po sali, na tyle głośny, by każdy go usłyszał, lecz jednocześnie wystarczająco cichy, by było jasnym, iż nie wydobywa się z głośników, a z urządzenia trzymanego przez prezentującego.
- Wydaje mi się, że jednak wszystko działa - roześmiał się Ezra, wskazując głową na publiczność przed sobą. Mężczyzna znajdujący się na niewidocznym ekranie rozejrzał się na boki, przesunął coś znajdującego się przed sobą… a potem nerwowo roześmiał, kiwając głową na powitanie wszystkim ludziom, którzy znajdowali się w sali konferencyjnej.
- Dziękuję, Thomas. Możesz wracać do rodziny - powiedział prezes SE, a gdy jego pracownik zniknął, wzruszył ramionami, zwracając się do tłumu. - Technologia. Nawet ja czasami mam z nią problem. - Zażartował, wybierając coś na ekranie telefonu, a następnie… kontynuując prezentację zalet modelu pracując na responsywnym hologramie znajdującym się cały czas nad urządzeniem. Do końca prezentacji zadzwonił jeszcze do jednej osoby, napisał maila, włączył film i piosenkę, a nawet zagrał w Candy Crush Sagę. Dopełnił przedstawienia demonstrując po zgaszeniu świateł, iż unoszący się nad telefonem ekran wcale nie zniknął, zmieniając kilkukrotnie pozycję, by udowodnić, iż nie jest to tylko trik ze zgrabnie zamontowanych świateł, a potem pokazując okulary i słuchawki połączone z modelem, dzięki którym używający mógł przejść na moduł „prywatny” i nikt z otaczających go ludzi nie mógł zobaczyć tego, co on sam widział.
Nowinka technologiczna Silverton Electronics była czymś, co do tego czasu występowało wyłącznie w filmach o tematyce fantastycznej i niewątpliwie potrzebowała czasu, by stać się powszechną – ale jako nowatorskie rozwiązanie dla grupy bogatych i lubiących gadżety była strzałem w dziesiątkę.
Będą o tym produkcie mówić miesiącami.
Silvertona i jego firmy nie zniszczyłby nawet udział w satanistycznej orgii, a co dopiero jeden gejowski seks.

Tak jak Ezra uwielbiał bankiety i zawsze świetnie się na nich odnajdywał, tak tego konkretnego wieczora czuł, że wolałby być zupełnie gdzie indziej. Jego Universe był oczywiście na ustach wszystkich, a szczególnie tych, którzy na prezentację się nie dostali. Każdy chciał zamienić z nim kilka słów, pogratulować, zaproponować taką bądź inną, niezobowiązującą współpracę. Im bardziej ktoś czuł się zagrożony, tym chętniej próbował ukraść kilka minut cennego silvertonowskiego czasu. Czuł się jak główny bohater Pachnidła, zagrożony rozerwaniem na strzępy. Jego uśmiech z minuty na minutę stawał się coraz bardziej sztuczny, a spojrzenie oziębiające.
Dobrze wiedział, z czego to wynikało. Czekał na atak. Był świadom bliskości wroga i tego, że w jednej chwili tłum klejących się doń przyjaciół może zmienić się w zgraję gotową go powiesić na najbliższym słupie. Niezależnie od tego, jak wielu z nich zdradzało swoje żony po kątach z sekretarkami, modelkami, innymi żonami i przyjmowało w swoich łóżkach każdego, kto chciał awansu, byli bandą hipokrytów.
Od napięcia bolały go aż plecy. Z przyjemnego rozluźnienia towarzyszącego prezentacji telefonu nie pozostało już nic.
Przyjął trzecią szklaneczkę whisky i zamknął oczy, popijając ją i udając, że słucha ślicznej żony jednego z najbogatszych ludzi na świecie. Nie tylko nie znała dobrze angielskiego, ale plotła kompletnie od rzeczy. Widać było gołym okiem, za co została zauważona i Ezra mimowolnie zastanawiał się, dlaczego w ogóle ktokolwiek zdecydował się nauczyć ją mówić. Dopóki milczała, mogła chociaż udawać, że myśli.
Za każdym razem, gdy podchodził do niego któryś z asystentów, czekał na informację, że w mediach właśnie rozpętuje się piekło.
Dlaczego tak długo czekają…?

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Czw Lis 01, 2018 5:19 pm

Prezentacja nowego produktu przez Silverton Electrics całkowicie ich zmiażdżyła. Może nie było tego widać po ich twarzach, kiedy obserwowali wszystko z pierwszego rzędu, jednak Charles niemal mógł odczytać myśli swojego szefa. Tego się po prostu nie spodziewali. Zaprezentowana technologia przekraczała ich najśmielsze oczekiwania, zostawiając ich techników - najzdolniejszych ludzi jakich znał - daleko w tyle.
Blackwood nie był głupi. Był na bierząco z informacjami o konkurencji, przestudiował uważnie ich dotychczasową taktykę sprzedaży i powstawania produktów. Znał swojego wroga lepiej niż przyjaciół, a dodatkowo, jak na ironię, z wrogiem przystało mu spać.
Tak czy inaczej, technologia, którą w perfekcyjny sposób zaprezentował Ezra była czymś, czego oni nie byli w stanie stworzyć. Nie na tyle szybko, by móc wypuścić produkt w podobnym terminie.
Wiedział to on, wiedział to też Bradley, który pod osłoną neutralności, krążył poirytowany i zmęczony wśród gości, z uśmiechem na ustach odpowiadając na dość niewygodne pytania.
Charlie upił kolejna lampkę szampana, oblizując wargi. Wrócił pamięcią do prezentacji, do pewnej siebie, wyprostowanej sylwetki Ezry, który zdawał się być w swoim żywiole, doskonale odnajdując się na scenie, łapiąc kontakt z potencjalnymi wspólnikami siedzącymi na sali. W sposobie prezentacji było coś naturalnego, zmuszającego do skupienia na nim całej uwagi i brunet mógłby przysiąc, że podobne odczucie miał poprzedniego wieczoru. Był odpowiednim człowiekiem, na odpowiednim miejscu, nie ulegało to wątpliwości. Tak samo, jak w to, że widząc go na scenie, Charles odruchowo poczuł sunące po jego ciele ciepło.
Boże, co ja najlepszego wyprawiam.
Podczas gdy jego firma najwyraźniej miała poważny problem, on był w stanie skoncentrować się tylko na scenicznym uśmiechu Ezry.
Nie miał pojęcia jak doszło do tego, że go nie poznał. Przecież wielokrotnie widywał go na konferencjach, w telewizji, na zdjęciach w internecie. Czytał artykuły na temat jego osiągnięć, podobnie jak Bradley, starał się przewidzieć jego kolejny krok.
Ciemne spojrzenie przesunęło się po zgromadzonych. Szklaneczka szkockiej da Bradleya obróciła się w jego dłoni i zatrzymała dokładnie wtedy, gdy jego wzrok padł na stojącego po drugiej stronie sali Ezrę. Czy tam bardzo mógłby się pomylić, gdyby chodziło tylko o sam zarost? Teraz, patrząc tak na niego, jedynie tą różnicę dostrzegał pomiędzy stojącym tam, a widniejącym na zdjęciach Silvertonem. I świadomość kim tak naprawdę był.
Nie był uważny. Nic dziwnego, usprawiedliwiał się, kto spodziewałby się flirtowania z szefem konkurencji?
Z rozmyślań wyrwał go widok Bradleya w towarzystwie Vincenta i kilku prezesów mniejszych firm, podchodzących do Ezry. Gdyby mógł, Charles jęknąłby histerycznie, odwracając się na pięcie, jednak stanowisko skutecznie mu to utrudniało.
- Ezra...Gratuluję prezentacji. Jak nic, jesteś dzisiaj na ustach wszystkich - prezes Smith uśmiechnął się, klepiąc Silvertona w ramię. Kilka głów, w tym kulturalnie Bradley, pokiwało głowami.
- W rzeczy samej. Bardzo dobre wystąpienie. I produkt. Będziesz pierwszym na rynku, który opatentuje coś takiego! Jak Ci się to udało? - pulchny mężczyzna wyprostował się, bacznie obserwując Silvertona.
- Jest zdolny. Gdyby nie to, nie uznawałbym go za rywala - Bradley zmusił się do delikatnego uśmiechu, kątem oka dostrzegając zbliżającego się Blackwooda.
- Nawet Charles pomylił się w swoich analizach, a to nie zdarza się nigdy. Prawda? - rzucił, unosząc znacząco brew. Charlie podał mu szklaneczkę whisky, po czym zdawkowym skinieniem głowy przywitał się z pozostałymi mężczyznami.
- Zgadza się. Nienawidzę pomyłek - odpowiedział dobitnie, unosząc kącik ust w drobnym uśmiechu. Zielone oczy obserwowały twarz Ezry przez szkła okularów, prawdopodobnie w swoich słowa wplatając drugie dno.
- Nie przedstawiłem. Charles Blackwood. Mój główny księgowy. A to Vincent Moore, asystent - powiedział Bradley. Charles ponownie skinął głową, nie wyciągając jednak dłoni. Właściwie, zdawać by się mogło, że niespecjalnie ma ochotę wywlekać mały sekret przespania się z Ezrą. Bo i po co? Trzymał się silnie swojej zasady, że to co działo się w hotelowych pokojach, w nich tez zostawało. On, prócz głupoty, nie miał nic na sumieniu, w przeciwieństwie do Silvertona. Dlatego też posłał mu lekki uśmiech, znaczący nie mniej nie więcej, niż grzecznościowy gest.
- Ach, Blackwood. Słyszałem, że mało kto ma równie zdolnego pracownika - krępy mężczyzna pokiwał z uznaniem głową.
- To już przesada. Po prostu lubię tabelki - Charles zaśmiał się. Miło i całkiem szczerze, z wyraźną odrobiną zakłopotania. Nie lubił być w centrum uwagi, dlatego tak bardzo szanował sobie pracę za biurkiem.
- Każdy z nas tak kiedyś mówił - prezes Smith roześmiał się gromko, najwyraźniej po wypiciu o kilka drinków za dużo. Bradley natomiast wdał się w błahą pogadankę o ewentualnych technologiach na rynku Azjatyckim, wyraźając swoje niezadowolenie z coraz bardziej rozwijającej się formy podróbek.
- Charles...- Vincent nachylił się do niego odrobinę. Księgowy przeniósł na niego uważne spojrzenie, starając się nie być przy tym specjalnie niegrzeczny będąc w towarzystwie.
- Gdy zanosiłem dokumenty, dzwonili z działu prawnego. Mieli problem z systemem i prosili o podesłanie dokumentów. Najlepiej najszybciej jak to możliwe - wyjaśnił. Pracował niecały rok i nadal, ku irytacji Charliego, był spłoszony i mało pewny siebie. Też taki był, na samym początku, kiedy jeszcze system pracy go tak bardzo nie zniszczył.
- I mówisz mi o tym dopiero teraz? - Blackwood skarcił go cicho, wzdychając jedynie. - Zajmę się tym - dodał, prostując się i spoglądając na stojących obok mężczyzn.
- Panowie wybaczą. Obowiązki wzywają - skłonił się lekko, rzucając jeszcze znaczące spojrzenie Bradleyowi. - Miłego wieczoru - dodał, poprawiając okulary i ruszając w kierunku wyjścia z sali, by jak najszybciej znaleść się na piętrze mieszczącym jego pokój. Nigdy nie przepadał za tłumami, wiec Vincent, chociaż skarcony, zrobił mu wielką przysługę. Zresztą, każda kolejna chwila z Ezrą sprawiała, że czuł się jeszcze bardziej niezręcznie, podejrzewał też, że i z drugiej strony nie było łatwo.
Winda była przepełniona. Odczekał więc i nacisnął guzik przywoływania kolejnej, lekko rozluźniając krawat pod szyją. Zsunął okulary, zahaczając je o materiał koszuli, wyczekując upragnionego dźwięku nadjeżdżającego dźwigu. Gdy drzwi się otworzyły, wszedł do środka naciskając guzik ostatniego piętra. Oparł się o oszkloną ściankę, wyciągając telefon i sprawnie sprawdzając wiadomości przychodzące.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 1:20 am

Komplementy. Kolejne komplementy, kolejne sztuczne uśmiechy, kolejne pozerstwo. Zwykle Silverton czuł się w nim jak ryba w wodzie – jednak nie tym razem. Tym razem każda kolejna osoba, która do niego podchodziła, wydawała się być wrogiem. Każdy człowiek mógł nieść ze sobą informację, iż życie, które przez tyle lat było dla Ezry codziennością, dobiegło końca. To było jak początki paranoi, ale takiej, która ma faktyczne przyczyny. Z każdą kolejną chwilą na bankiecie prezes SE czuł jak coraz trudniej mu zachować pozory spokoju i opanowania. Powinien być w siódmym niebie, czarować i podbijać nie tylko serca, ale też i portfele – a zamiast tego z trudem zmuszał się do nonszalanckich konwersacji i unikał obietnic oraz oświadczeń, zachowując pozory tajemniczego. Każdy chciał go dotknąć, każdy chciał zobaczyć z bliska Universe, każdy chciał uszczknąć trochę bogactwa dla siebie.
Gdy w jego stronę skierowała się część dowodząca Aston Industries, Ezra przez krótką chwilę miał wrażenie, jakby nogi się pod nim ugięły, a żołądek zacisnął. Przysiągłby, że był o krok od zwymiotowania zarówno trzech kieliszków whisky, jak i paru przekąsek i obiadu sprzed paru godzin. Nic w twarzach jego konkurencji nie zdradzało, jakoby nieśli wieści tak dobre, iż zgnietliby go z tą samą siłą, z jaką on zgniótł ich ofertę. Bradley nigdy nie był dobry w zachowywaniu pokerowej twarzy, przynajmniej nie w oczach swojego największego konkurenta – tym razem jednak Silverton nie potrafił z niej wyczytać niczego, oprócz rozdrażnienia. Zachowywał się dokładnie tak, jak powinien człowiek będący w jego sytuacji – skupiał na pozorach uprzejmości i niewzruszenia, podczas gdy w środku liczył ogrom strat i rozważał, czy mógłby z dnia na dzień stworzyć wynalazek, który przyćmi ten zaprezentowany trochę ponad godzinę wcześniej.
- Moje zdolności to wyłącznie umiejętność otaczania się świetnymi ludźmi - zapewnił z uśmiechem prezes SE, zmuszając się do pozostania w pionie, chociaż klepnięcie w ramię niemal poskładało go jak domek z kart. - Takich jak świetni technicy czy mój brat, który zajął się wizualną częścią projektu. Kreatywni ludzie są najważniejsi w naszej branży.
Był tak cholernie zdenerwowany iż nie wierzył, że coś z tego nie ukazało się w jego postawie. Mógł jedynie liczyć na to, iż jego zachowanie zostanie uznane za wynik zmęczenia i intensywnej pracy, a nie… rzeczywistych powodów.
To, iż Aston niemal wtarł w twarz Silvertona swojego księgowego i zarazem jednonocną wpadkę, było ciosem poniżej pasa. Zaraz za nim pobiegło chłodne oświadczenie i brak uściśnięcia dłoni.
Wszystko świadczyło o rychłym końcu Ezry. Nagle zwątpił w to, iż jego wspaniałe rozwiązanie technologiczne przyćmi aferę, która się rozpęta po ogłoszeniu jego wielkiego sekretu. Firma może była jego dzieckiem, może on był jej twarzą, ale jeśli dojdzie do wizerunkowej katastrofy, rada, udziałowcy i kontrahenci jednogłośnie staną przeciwko niemu. Interesy i pieniądze w perspektywie długoterminowej były znacznie ważniejsze od sympatii czy nawet świadomości konsekwencji. Ludzie nie byli niezastąpieni – nawet on .
- Ezra Silverton - odparł, zupełnie tak, jakby jego osoba wymagała przedstawienia. Uśmiech będący na jego twarzy stał się jeszcze sztuczniejszy, ale nie mógł uciec. Musiał pozostać, z głową uniesioną wysoko, czekając na cios.
Na cios, który… nigdy nie nadszedł.
Blackwood, jak gdyby nigdy nic, oddalił się, a Aston pogrążył całkowicie w rozmowie ze swoim towarzyszem, pozostawiając Ezrę na pastwę drugiego, krępego osobnika, którego prezes Silverton Electronics nie potrafił nazwać, choćby nawet od tego zależało jego życie. Kojarzył jego twarz i był niemal pewien, iż ten człowiek nie został wpuszczony na jego prezentację, ale… kim był? Czego był głową? Ezra nie miał pojęcia. Był zbyt skupiony na innych zmartwieniach, by przegrzebywać w swoich myślach listę mniej-istotnych-gości konferencji.
Wyjął komórkę z kieszeni i (ignorując ciekawskie spojrzenia, ewidentnie liczące na to, iż miał przy sobie Universe) rzucił okiem na ekran. Z ulgą dostrzegł, iż ma kilka nieprzeczytanych wiadomości, uśmiechnął się do swoich towarzyszy wąsko i przeprosił, wymawiając się również obowiązkami.
Umiarkowanie pospiesznym krokiem ruszył w stronę, do której oddalił się księgowy Astona i – z pewnym zaskoczeniem – zauważył go, samotnie wyczekującego windy. Los najwidoczniej chciał, by się spotkali.
Ezra przyspieszył kroku, ignorując wymijanych gości, skoncentrowany tylko na jednym celu – dopadnięciu Blackwooda. Wtargnął do windy w ostatniej chwili, zatrzymując zamykające się niespiesznie drzwi. Oparł się bokiem o ścianę, nie patrząc na swojego towarzysza, czekając bez pośpiechu na to, aż mężczyzna sam zorientuje się, z kim się znalazł na sam na sam. Dopiero, gdy poczuł na sobie jego spojrzenie, obrócił głowę w jego kierunku, wsunął dłonie do kieszeni spodni, zachowując luźną, otwartą postawę, a potem przekrzywił lekko głowę.
- Na co czekacie? - spytał po prostu, wreszcie pozwalając sobie zwerbalizować pytanie, które obijało się po jego głowie przez cały wieczór. Nie powiedział nic więcej, nie tłumaczył, o co mu chodzi, a po prostu wbił opanowane, chłodne spojrzenie w swojego towarzysza, czekając na wyjaśnienie.
Nie atakował, ani się nie bronił. Nie zdradzał zdenerwowania, ani rozbawienia. Po prostu stał niewzruszony, chętny poznać stanowisko swojej konkurencji. Wroga, który nie tak dawno temu jęczał nieskrępowanie w jego ramionach. Wroga, który w tym rozluźnionym krawacie wyglądał jak człowiek, który tylko czekał na pochwycenie, dociśnięcie do ściany i wycałowanie go tak mocno, aż straci nie tylko oddech, ale też resztki spokoju.
Te fantazje były oczywiście wynikiem nadmiaru alkoholu we krwi i zdenerwowania, nie zaś pragnienia spędzenia kolejnej niesamowitej nocy po pozbawieniu go poranka. Po pozbawieniu go rozluźnienia i sprawieniu, że każdy jeden mięsień prezesa SE był napięty do granic możliwości, wysyłając promienie bólu po jego ciele. Do licha, Charles Blackwood był mu coś winien za ostatnie kilka godzin i poranną odmowę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 12:16 pm

Bradley odprowadził Silvertona wzrokiem, czując na sercu dziwny, ogarniający ciężar. Może było to spowodowane nagłym przypływem niepokoju, a może tym krótkim, nic nie znaczącym wspomnieniem młodego Silvertona, który tak bardzo przysłużył się przy stworzeniu ogólnej prezentacji produktu.
Westchnął tylko bezgłośnie, mocząc wargi w trunku i rozglądając się po sali bankietowej. Rozglądając się z cichą nadzieją, że może wśród nieznajomych, sztucznych uśmiechów, dostrzeże niewidzianą od lat twarz, przez którą niechęć do Ezry pogłębił jedynie bardziej, nie ograniczając się jedynie do zwykłej, zawodowej rywalizacji.
Nic. Pomiędzy ciemnymi, eleganckimi garniturami, nie dostrzegł upragnionych kolorów, które mogłyby ożywić tą martwą, przepełniona teatralnymi gestami salę.
Otrząsnął się, jeszcze raz zerkając w stronę oddalającego się Ezry, by zaraz ze znanym sobie uśmiechem na ustach, wrócić do konwersacji o wszystkim i niczym, konwersacji, którą i tak zapomni, bo była równie istotna jak zeszłoroczny śnieg.
Istotna zapewne byłaby dla Charliego, który z każdego słowotoku potrafił wyciągnąć jakieś wnioski, ze swoją wrodzoną bystrością i zdolnością dedukcji. Teraz jednak, Blackwood uparcie wpatrywał się w wyświetlacz telefonu, kasując niepotrzebne wiadomości i modląc się o odrobinę spokoju, w hotelowym i wygodnym pokoju.
Pewnie gdyby nie zapach, jaki poczuł po dołączeniu do winy drugiej osoby, przypadkowe towarzystwo po prostu by zignorował. Zapach jednak, zapach perfum, był mu znany i nie zdołał jeszcze całkowicie ulecieć z jego myśli po poranku. Łechtał nozdrza, sprawiał, że chcąc nie chcąc wspomnienia wracały, jak irytujący, natarczywy bodziec. Uniósł więc spojrzenie znad ekranu, na przelotną sekundę zamierając, gdy mężczyzną obok okazał się nie kto inny jak prezes SE. W wymownym geście uniósł brwi, jednak nim zdołał wykonać chociażby ruch, winda ruszyła, a Ezra zadał pytanie, przez które stracił chwilowy wątek myślowy.
Spojrzenie zamieniło się na spojrzenie szczerze pytające, sunęło po opanowanej twarzy Silvertona, nawet ześlizgnęło się na jego luźna sylwetkę, jakby chciał doszukać się tam jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Na co czekamy? - powtórzył, przechylając lekko głowę w bok, palce mocniej zaciskając na obudowie telefonu.
Zrozumiał. W całej jego pseudo luźnej postawie, w całej dociekliwości, zrozumiał o co mu chodziło.
O ich wspólną noc.
Ezra Silverton. Ten potężny mężczyzna, posiadający wszystko, mogący tak wiele...Bał się. Najzwyczajniej w świecie bał się, że Charles z tupetem ujawni ich jednonocny romans, wzbudzi sensację, rozbije jego ułożone życie. Bał się tak bardzo, że nie bacząc na ewentualnych świadków, wbił się do windy w której jechał jego konkurent, by w końcu otrzymać informację kiedy go zniszczą.
Delikatnie odepchnął się od lustrzanej ścianki i zbliżył się do mężczyzny. Blisko, niemal przylegając do jego ciała, pochylając głowę ku niemu w pełen dyskrecji sposób. Teraz jeszcze mocniej czuł perfumy, powstrzymując się przed odruchem pieszczenia jego szyi, przed pocałowaniem jej i drobnym ukąszeniem.
- Naprawdę uważasz, że zniżyłbym się do tak niskiego poziomu, żeby wywlekać jednonocne, nic nie znaczące pieprzenie tylko dlatego, że jesteśmy konkurencją? - powiedział niemal szeptem, opierając dłoń po jednej stronie jego ciała. Ciepły oddech muskał policzek Ezry, omiatał kącik jego warg, gdy wypowiadał z siebie delikatnie drżące, ale pewne słowa.
- Prezesie - niemal wymruczał, spoglądając mu w oczy, odnajdując znany sobie błękitny chłód. - Ta informacja nie zniszczy jedynie Ciebie. Zniszczy też mnie. Nawet, jeśli nie posiadam żony, podobnie jak pan - powiedział to bardziej oschle niż zamierzał, z jakimś wyczuwalnym wyrzutem, pełen przekonania, że został oszukany. Nie sypiał z głowami rodzin, nie sypiał z ludźmi, którzy nosili na palcu obrączki, znak wierności. Nie sypiał z nimi, nie chcąc rozbijać rodzin.
Chociaż bardzo się starał, bliskość mężczyzny tylko potęgowała w nim rosnące podniecenie. Możliwe, że działo się to tak ponieważ było mu dobrze. Tej nocy, kiedy był w jego objęciach, kiedy pozwalał mu wejść w siebie, było mu dobrze. Wiedział, że dzieliły go milimetry, że jeden ruch wystarczył, by go pocałować, by poczuć jego miękkie, sprawne wargi na swoich. Atmosfera była gęsta, bardzo intymna, chociaż gdzieś z tyłu głowy był gotowy na zatrzymanie się windy, na dołączenie kolejnych ludzi przemierzających piętra.
Opanuj się.
- Nadal pamiętam to uczucie, kiedy dochodziłeś we mnie. I na mnie. Kiedy trzymałem w ustach Twojego kutasa. I nadal twierdzę, że to była udana noc.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 4:14 pm

Silverton nie cofnął się, nie zmienił postawy, gdy naparł na niego księgowy Astona. Tkwił bez ruchu, wpatrzony w niego, z uniesioną delikatnie prawą brwią, jakby temat ich rozmowy nie był szczególnie istotny, ale zdobył zainteresowanie prezesa SE. Nie zamierzał pokazać swojej słabości bardziej, niż już mu się udało. Widział w spojrzeniu Blackwooda, że ten bez większego wysiłku, bezbłędnie zinterpretował wszystkie ukryte znaczenia ukryte za tak niewinnymi, nonszalancko wypowiedzianymi trzema słowami. Ezra wystawił się na cios, ale nie zamierzał dać wrogowi satysfakcji, podkulić ogona i zademonstrować słabości.
I słuchał. Po prostu słuchał, nie przerywając, nie zbijając argumentów, nie dając po sobie poznać, jak bardzo zaskoczyła go nagła bliskość, zainicjowana bez żadnej wyraźnej prowokacji. Zwykle to on był agresorem, uwodzicielem, czarującym prezenterem i miażdżącym konkurencję biznesmenem. Niewielu mogło się pochwalić zdobyciem kontroli – a jeszcze mniejsza ilość osób mogła powiedzieć, by tego nie żałowała.
Po raz pierwszym od wielu lat blondwłosy prezes nie wiedział, jak powinien zareagować na sytuację, w jakiej się znalazł. Czy powinien odpowiedzieć atakiem na atak, czy zastosować inną, bardziej subtelną taktykę.
Dlatego czekał. Słuchał, analizował i czekał na odpowiedni moment.
Prezesie.
Oddech mężczyzny zatrzymał się w gardle. To jedno słowo, wypowiedziane takim tonem, zmieniło jego spojrzenie na całą sytuację o sto osiemdziesiąt stopni. Nagle zupełnie inne myśli objęły dowodzenie. Dostrzegł w postawie, w spojrzeniu Blackwooda pożądanie, niemożliwe do przeoczenia, niemożliwe do odegrania. Podczas gdy opowiadał o konsekwencjach jednej, nieszczęśliwej nocy, jego ciało pragnęło kolejnej. Chciało powtórki, pomimo zagrożenia, jakie niosło za sobą kolejne kilka chwil zapomnienia. Ezra mógł to wykorzystać. Mógł obrócić potencjalny szantaż, zmanipulować księgowego, tak jak zawsze manipulował innymi ludźmi.
Te brudne, wypełnione grzechem słowa, natychmiast przywołały wspomnienia. Lubieżne jęki, lepiące się od potu ciała, całkowite oddanie i nieskrępowany głód bliskości. Czy była to najlepsza noc Silvertona? Nie mógł tego stwierdzić. Czy chciał ją powtórzyć?
Absolutnie.
Strategie mające doprowadzić do zwycięstwa zniknęły na rzecz głodu, który rozpalił błękitne spojrzenie prezesa, zmieniając jego oblicze z opanowanego i zdystansowanego, na maksymalnie skupionego na drugim mężczyźnie. Ktoś, kto raz znalazł się po drugiej stronie tego wzroku, już zawsze będzie chciał, by w ten sposób na niego patrzono. Jakby był jedyną istotą na ziemi, najważniejszą, najbardziej pociągającą, spełnieniem marzeń i idealnym boskim dziełem.
- To jak w końcu, jedyna w swoim rodzaju, nic nie znaczące pieprzenie, czy tylko „udana”? - spytał niskim głosem, chwytając stojącego przed nim księgowego za ramiona i odsuwając go siłą od siebie. - „Ty” czy „Pan”? - Uśmiechnął się z niebezpiecznym rozbawieniem, wzmacniając uchwyt i dwoma płynnymi ruchami zamieniając ich pozycję, spychając Charlesa na ścianę, układając obie dłonie przy jego głowie. Przybliżył się bardziej, szybko przekraczając nie tylko normalny, formalny dystans, ale też ten, niemal nieistniejący, który narzucił chwilę temu Blackwood. Zderzył ich ciała ze sobą, dosłownie miażdżąc niedawnego kochanka, nacierając na jego usta własnymi, bez sekundy ociągania wdzierając się językiem do jego ust i całując go głęboko, intensywnie, zaborczo, wlewając w ten moment całe pożądanie, jakie rozpalił w nim pracownik Aston Industries.
Przez moment nie liczyły się konsekwencje, nie było zagrożenia, nie istniały kamery ani ludzie, którzy w każdej chwili mogli wejść do windy. Była tylko ich dwójka i głód bliskości, który dzielili.
Ezra wiedział, że kiedyś musiało do tego dojść. Musiał w końcu stracić zdrowy rozsądek i rzucić wszystkie konsekwencje w cholerę. Ktoś w końcu go nakrył i miał całą jego przyszłość w garści. Jednym ruchem mógł zniszczyć wszystko, na co Silverton pracował przez całe swoje życie.
A gdy w końcu do tego doszło, zdecydował się… nie, nie zdecydował. Zwyczajnie chciał więcej. Potrzebował posmakować wszystkiego, by móc chociaż uznać, iż było warto. A skoro mógł to zrobić z prawą ręką AI, jego głównej konkurencji? Tym lepiej.
W tym momencie blondyn się nie całował, on pieprzył usta niedawnego (przyszłego?) kochanka, ocierając się o jego krocze własnym, czerpiąc maksimum korzyści z ich podobnego wzrostu. Zsunął się dłońmi wzdłuż ciała Charlesa, docierając wreszcie do jego ud, za które pewnie chwycił i rozsunął, przekraczając kolejne milimetry, które dzieliły ich ciała. Było niemal tak, jakby uprawiali seks, pomimo ubrań i tak publicznego miejsca.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 5:38 pm

Podobało mu się to spojrzenie. Błękitne, przeszywające oczy, pełne pożądania, skupienia, pełnej uwagi na jego własnej twarzy, znajdującej się tak blisko. Spojrzenie, od którego nie mógł uciec, a przede wszystkim nie chciał uciekać, najchętniej pozwalając sobie tonąc w nim dopóki nie zabraknie mu tchu. Miękł pod tym spojrzeniem, przestawał kontrolować swoje całe opanowanie, pragnąć, by ten sam wzrok prześlizgiwał się po jego nagim ciele, wijącym się w spazmach rozkoszy.
Miał wrażenie, że nie może oddychać. Winda nagle robiła się zbyt mała, zbyt ciasna, przesiąknięta zapachem jego perfum i skóry. Zadane pytanie, pewne i strącające resztki jego rozsądku, odbijało się od oszklonych ścian, sprawiając, że Charlie zadrżał, wzdychając tylko z bezsilności i tej emanującej z Erzy zuchwałości.Nagle sytuacja się zmieniła, nie on rozdawał karty, a stery przejął prezes, sprawnym ruchem dociskając go do ściany. Sapnął, wiedząc jak niewiele już zrobi, poddając się chwili, na którą obaj czekali, którą chcieli przedłużyć jeszcze tego poranka. Teraz jednak, sytuacja była inna - nagła, gwałtowna, pełna zniecierpliwienia i strachu, że już zaraz, za parę chwil, ktoś nieświadomie może im przerwać cudowną bliskość drugiego.
Doskonale wiedział jaka była odpowiedź.
Jedyna w swoim rodzaju. Niesamowita, wspaniała.
I może nawet wyartykułowałby cokolwiek spomiędzy swoich warg, gdyby nie zostały brutalnie zaatakowane przez te drugie, złaknione pocałunków i rozkosznie miękkie. Charlie Chwycił od razu garniturowy materiał Ezry, szarpiąc go i przyciągając jeszcze bardziej, pozbawiając pieszczotę czułości i delikatności. Nie mieli na to czasu, wzdychając w rozchylone wargi, siląc się z wiotkimi, wilgotnymi językami, zderzając się zębami, jak dwoje dzieciaków, niewiele jeszcze wiedzących o prawdziwych pocałunkach.
Smakował go chaotycznie, lubieżnie zlizując krople śliny, bezwstydnie jęcząc, gdy krocze tamtego naparło na jego własne, zmuszając go by tylko mocniej przywarł do zimnej, lustrzanej tafli.
Nie myślał. Nie musiał. Miał to, czego chciał od momentu, kiedy zobaczył go na tej pieprzonej konferencji. Wcześniejsze rozterki odsunął głęboko od siebie, biorąc tyle, ile tamten mu dawał, samemu dając mu równie wiele. Dłonie sunęły po ciele, nieprzyjemnie okrytym materiałem. Wyciągnęły koszulę ze spodni, wślizgnęły się pod nią, by mocno zacisnąć palce na ciepłej skórze, wbijając w nią paznokcie.
- Prezesie...- wysapał lubieżnie, podniecająco i drżąco, mieląc w ustach jego stanowisko jak najświętszy komplement. Podniecało go to, fakt wyższej funkcji, jakiejś dziwnej władzy Silvertona, jakiej miał świadomość. Chociaż nie był jego szefem, to był jego prezesem, tajemniczym kochankiem, zaspakajającym jego wygórowane potrzeby. Druga z dłoni powędrowała na idealnie ułożone, jasne kosmyki włosów. Palce chwyciły je, szarpnęły, odchylając głowę, by wargi mogły odnaleźć ukochaną szyję, a język zostawić na jej długości wilgotny ślad.
Nagle zgasły światła. Wszystkie, zostawiając ich w absolutnej ciemności. Winda zatrzymała się gwałtownie, kołysząc złowieszczo, zawieszona gdzieś pomiędzy piętrami. Charles zamarł na krótką chwilę, czując ciepły oddech Ezry, jego energicznie bijące serce, tak bardzo tempem pasujące do jego własnego. Wnętrze ciasnego pomieszczenia wypełniło się czerwienią, światłami awaryjnymi, ironicznie nadając im jeszcze bardziej intymny i erotyczny klimat.
- Ezra...- Blackwood spojrzał na niego z tym nieukrywanym pożądaniem, ściszając głos odrobinę bardziej. Obcałował jego wargi, pojedynczo każdą, wykorzystując sytuację, ten felerny brak prądu, który nieuchronnie przedłuży ich spotkanie.
- Weź mnie - wymamrotał szybko, wsuwając dłoń pomiędzy ich krocza, pocierając intensywnie członek tamtego, jeszcze ukryty za spodniami i bielizną.
- Weź mnie tutaj. Pieprz się ze mną. Chcę Cię znowu poczuć w sobie - druga dłoń dołączyła do tamten, odnajdując sprzączkę paska, by jak najszybciej go rozpiąć. Tylko Bóg jeden wiedział, jak bardzo go teraz pragnął, ponownie tą zwierzęcą rządzą. Różnicą było to, że teraz, mógł raz po raz wypowiadać jego imię, kiedy będzie go brał w tej małej windzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 7:45 pm

Pragnęli tego równie mocno, chociaż było to ni mniej, ni więcej, a absolutne szaleństwo. Nie zachowywali się jak dorośli ludzie, mający daleko za sobą szczenięce wybryki i ataki pożądania, skierowane do osób, których nie powinni pragnąć. Całowali się jak dwójka nastolatków, chaotycznie, mokro, miejscami nawet nieumiejętnie. W tym momencie żadnemu z nich nie chodziło o demonstrację własnej wspaniałości i wyższości, a danie upustu głodu, który rozdzierał ich od środka, palił, przyspieszał bicie serca i pozbawiał tchu. Liczyła się tylko bliskość.
Męskie jęki i twarde, zdecydowanie nie kobiece ciało ogłupiały Ezrę, który jeszcze kilka chwil wcześniej potrafił się skupić wyłącznie na obawie, iż jego życie jako prezesa SE dobiegnie końca. Od kiedy po raz pierwszy posmakował intymnego zbliżenia z osobą jego płci, ciągnęło go do facetów znacznie bardziej, niż do własnej żony. Mógł mieć do siebie o to pretensje, mógł zastanawiać się, czemu tak późno to zauważył, ale nie zmieniało to głodu kontaktu, który wybuchał w takich chwilach. Chciał przestać się kontrolować, zmierzyć z drugim mężczyzną, który był w stanie znieść jego agresję i odpowiedzieć tym samym. Miękkie, kobiece ciało nie mogło mu tego zaoferować, oczekując raczej subtelnej miłości, niż zwierzęcego starcia, pozostawiającego siniaki, ślady po paznokciach i zębach.
- Blackwood - odpowiedział chrapliwie, gdy przez jego ciało przeszedł dreszcz czystego podniecenia. Nie tylko w końcu znał imię i nazwisko swojego kochanka - nigdy wcześniej jego stanowisko nie zostało wypowiedziane w taki sposób, nigdy wcześniej nie wiązało się z tak wielkim zagrożeniem, a jednocześnie obietnicą. Otworzył oczy, które w jakimś momencie musiał zamknąć i mruknął z czymś pomiędzy irytacją i zadowoleniem, gdy odciągnięto jego usta od tych należących do księgowego. To właśnie o to mu chodziło. O partnera, który będzie w stanie nie tylko odbierać, ale też dawać. O kogoś, kto będzie mógł mu się postawić, kto będzie mu równy i poradzi sobie nie tylko z dotrzymaniem mu kroku, ale też nadaniem własnego tempa, do którego to on będzie musiał się dopasować.
Był zmęczony obowiązkami, sztucznym posłuszeństwem i niebezpiecznym, biznesowym stawianiem mu się. Lubił być zawsze na przodzie, demonstrować swoje niesamowite zdolności, ale wolał chwytać ludzi za serca, niż portfele. Miał dosyć poczucia, że wielu ludzi wolałoby odgryźć mu głowę, gdyby tylko mieli okazję.
Jęknął nisko z przyjemności, ocierając się mocniej o kochanka… a potem sapnął z zaskoczeniem. Gdyby nie fakt, iż w tym momencie byli ze sobą tak bardzo splątani kończynami, zapewne cofnąłby się odruchowo – a tak pozostało mu tylko rozejrzenie się z zaalarmowaniem po ciemnym pomieszczeniu. Brak białego światła nagle wydał się drastycznie problematyczny i gdy zapłonęło czerwone, cała atmosfera ponownie się zmieniła. Winda już nie tylko była mała, była… duszna. Było niemal tak, jakby znaleźli się w jednym z tych niewielkich pokoi na ulicy czerwonych świateł. Ich spotkanie nie było już biznesowe, nie było też chwilową namiętnością – było czystym wyuzdaniem.
Czy są tu kamery?
Musiały być.
Czy działają, gdy jest zasilanie awaryjne?
Słysząc prośbę, błaganie, rozkaz, księgowego, Silverton zogniskował na nim wzrok. Ten ułamek sekundy, podczas której wrócił mu rozsądek, rozpłynął się pod wpływem pełnego żądzy spojrzenia. Żaden mężczyzna nie potrafiłby oprzeć się czemuś takiemu. To nie tylko było zaproszenie, to było jak rozłożenie czerwonego dywanu i ustawienie pomiędzy rozłożonymi szeroko nogami dziwki nagrody.
Z tymże, jego dziwką w tym momencie był seksowny, wcale nie tak poukładany, pracownik Aston Industries.
Zderzył się z nim znów ustami i zębami, chaotycznie całując, podczas gdy dłonie z ud przemieściły się pomiędzy ich ciała, z równym zapałem rozpinając spodnie należące do księgowego. Coś trzasnęło, uderzając o podłogę – okulary lub telefon Charlesa? - zaraz jednak o tym zapomnieli. Spodnie i bielizna bruneta zostały zsunięte do połowy łydek, a dalszą część podróży przemierzył samodzielnie, podczas gdy mężczyźni starli się ze sobą nagimi kroczami. Ezra objął członek kochanka, poruszył po nim dłonią kilkukrotnie, napawając się jego twardością i świadomością, iż nie tylko miał przy sobie mężczyznę, ale do tego mężczyznę, który pragnął go tak mocno.
Odsunął usta od jego warg, dysząc namiętnie w miejsce, w które jego głowa sama się zsunęła – i, gdy okazało się, iż jest to ucho, ugryzł je, zagłębił się językiem i zajęczał namiętnie, ocierając się o kochanka.
- Blackwood, prezerwatywa - mruknął niecierpliwie, wypuszczając go z uścisku i, dając raptem kilka sekund na ogarnięcie się, pochwycił go ponownie, dociskając twarzą do szyby, członkiem wciskając się między jego pośladki i pocierając niecierpliwie. - Jesteś jeszcze rozciągnięty po naszej wspólnej nocy? - Zamruczał mu na ucho, plując po chwili na swoją dłoń i wsuwając ją pomiędzy nich, palcami szybko napierając na wejście księgowego. - Mhmmm, wciąż mnie tu pamiętasz. Będziesz krzyczeć z rozkoszy i czuć jeszcze jutro. - Zaśmiał się chrapliwie, poruszając w tym czasie palcami, pospiesznie rozciągając kochanka na tyle, by dał radę się w niego wedrzeć bez rozrywania go w pół.
Chwycił go lewą dłonią za biodro, pociągnął lekko do tyłu, zmuszając do wypięcia się i oparcia dłońmi na szklanej powierzchni, a potem naparł nań członkiem, stabilnym, pewnym tempem biorąc w posiadanie kolejne jego centymetry, wpatrując się w miejsce, gdzie znikało jego przyrodzenie z tak dużym podnieceniem, iż zapewne na jego policzki i szyję wdarły się rumieńce. Z plaśnięciem dotarł do końca i zajęczał lubieżnie, wolną dłoń wsuwając niżej między nogi Blackwooda, pocierając o jego jądra i członek.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3



Ostatnio zmieniony przez Argent dnia Pią Lis 02, 2018 9:54 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 9:19 pm

Charles wygiął się, wypychając mocniej biodra, gdy tylko Ezra ujął jego twardy członek, ewidentny sygnał tego, jak bardzo mężczyzna go podniecał. Mężczyzna i sytuacja, w jakiej się znaleźli, która rozpalała każdą jego cząstkę od środka.
Pozbawiony spodni, z okularami leżącymi gdzieś na podłodze, z rozchełstaną koszula i zaczerwienionymi policzkami, musiał sprawiać wrażenie całkowicie oddanego, w dziwny sposób uległego, co było tylko częściowa prawdą. Blackwood nigdy nie bywał grzecznym chłopcem. Chociaż zawodowo odznaczał się powagą i profesjonalnym podejściem, w sprawach łóżkowych był zupełnie inny. Miał duże wymagania, wielkie rządze, które ciężko było zaspokoić. Uwielbiał drobne fetysze, mocny seks na skraju z brutalnością, dotyk tak mocny, że aż zostawiał ślady na zadbanej skórze. Jego słowa z formalnych i poprawnych, zamieniały się w serię lubieżnych, perwersyjnych zdań, rozkazów i błagań, naprzemiennie wypadających z rozchylonych warg. Pozory myliły, czego księgowy był idealnym przykładem. Cicha woda, z tendencją do uwodzenia prezesów. Kto by pomyślał.
Jednego prezesa.
Tego konkretnego, tutaj, stojącego przed nim i energicznie wpijającego się w jego wargi. To dziwne. Pomimo wielu rzeczy, jakie ich dzielą, tylu elementów, które do siebie nie pasują, on miał w głowie tylko swojego konkurenta. Jego usta, niebieskie oczy i dotyk, od którego płonął.
Nieco kulawo odnalazł prezerwatywę, prawie po omacku wpychając ja w dłoń Ezry. Sapnął, obrócony i przyparty do zimnego lustra, niewątpliwie będącego ochłoda dla jego rozgrzanych policzków.Stanął w większym rozkroku, szukając stabilniejszej pozycji, opierając dłonie na szybie.
- Ezra...Przestań się bawić..- wyjęczał, kręcąc pośladkami, wypinając się tylko bardziej i domagając się w końcu twardego kutasa w swoim tyłku. Nie wątpił, że ich drobny występek zapamięta na długo. Bardzo długo, zważywszy na sytuację w jakiej się znaleźli. Ponad to,  nie wiedział, jak się zachowa, kiedy Silverton zerżnie go równie dobrze jak w nocy. Czy będzie w stanie ignorować ten fakt, odgrodzi się od niego całkowicie i ucieknie, czy może połasi się mocniej, szukając jakiegokolwiek kontaktu z tym człowiekiem. Zaczynając sekretny romans.
Jego słowa go zawstydzały, dłonie przyprawiały o drżenie i coraz głośniejsze jęki, własny oddech, odbijający się od szyby, łechtał go w twarz.
- Zerżnij mnie...Zerżnij mnie mocno. Nie pozwól mi zapomnieć - mruczał, skomlał gdy palce prezesa rozluźniały go, przygotowywały na to, co miało zaraz nastąpić. Charles był niecierpliwy, złakniony porządnego ruchania, ruchania konkretnie z nim. Dlatego też gdy mężczyzna w niego wszedł, wydał z siebie dźwięk pełen ulgi i rozkoszy, odruchowo zaciskając się na twardym członku kochanka, wypychając biodra jeszcze mocniej w tył, nie mogąc już dłużej wytrzymać.
- Mmm... - uśmiechnął się, oblizując zaczerwienione od pocałunków wargi. Spojrzał na ich odbicie, odszukując twarz Ezry, wpatrując się uważnie w błyszczące oczy, które w czerwonawej poświecie światła sprawiały wrażenie jeszcze bardziej drapieżnych. Podobało mu się to co widział.  
Odszukał jego dłoń, delikatnie naprowadzając ją ku swojej twarzy. Nie odrywając ciemnych tęczówek od odbicia twarzy partnera, przesunął językiem po dwóch palcach, wsuwając je sobie zaraz do ust w pełnym perwersji geście. Nie lubił czekać, dlatego biodra poruszyły się niespokojnie, pośladki mocniej nabijały się na członek. Czuł, jak go rozpychał, jak penetrował go głęboko, muskając najwrażliwsze punkty.
Palce, prócz miłego, pobudzającego dodatku, miały jeszcze jedna zaletę - skutecznie uciszały odważne jęki, bezwstydnie wydawane przez Charliego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Lis 02, 2018 10:26 pm

Tym razem nie potrzebowali specjalnych przygotowań, nie potrzebowali się wyczuwać, nie szukali swoich wrażliwszych punktów. W tym momencie nie chodziło nawet o samą rozkosz wynikającą z bliskości, o seks, który pozbawi ich całkowicie rozsądku i popchnie w odmęty przyjemnego snu. Nie, chodziło o szybkie, zwierzęce zbliżenie. Nie mieli czasu ani cierpliwości na żadne podchody, subtelniejsze pieszczoty, kuszenie się i drażnienie. Ezra się nie bawił, nie tracił czasu, robiąc dwie rzeczy naraz, podniecając kochanka werbalnie i fizycznie, dodając pikanterii ich zbliżeniu. W tym momencie nie byli już po dwóch stronach barykady, przynajmniej nie w tym znaczeniu, które narzucały ich stanowiska. Nawet biznesowy status był kolejnym elementem gry, wzmacniając ich żądze i dodając zbliżeniu zakazanego dreszczyku emocji.
Nie tylko byli w miejscu publicznym, które w każdej chwili mogło ukazać ich światu – byli też wrogami.
Ezra faktycznie nie musiał poświęcić dużo uwagi rozluźnianiu kochanka. Jego ciało było chętne, rozciągnięte jeszcze po długiej i namiętnej nocy, gotowe przyjąć znajome przyrodzenie bez słowa sprzeciwu, wręcz rozpaczliwie potrzebując tego uczucia wypełnienia, które wszystko naprawi, które uciszy ten głód i pustkę, które pożerały go od środka. Które pożerały ich od środka. Wystarczyło jedno, długie pchnięcie, by wszystko znalazło się na właściwym miejscu.
Mięśnie Silvertona aż drżały od napięcia, które się w nim kotłowało. Potrzebował kilku sekund na uspokojenie się, zdobycie kontroli nad sobą, by był zdolny zrobić coś więcej, niż tylko dyszeć i wbijać spojrzenie w ciało kochanka, w tym momencie bardziej rozebrane niż ubrane. Podziwiał efekt ich szamotania się, zmięty elegancki garnitur i koszulę, wiszący na jednym ramieniu krawat, a jego umysł mówił to to. To tego potrzebował w swoim życiu, to tego mu brakowało, to przez to nie mógł spać, to dla tego udawał się do podrzędnych, gejowskich barów i szukał w nich kochanków. Potrzebował seksu, przystojnego mężczyzny, walki o władzę i zagrożenia. Potrzebował widzieć męskie ciało, garnitur, roztrzepane włosy i płomienne spojrzenia, słyszeć niskie jęki i zbereźne słowa.
Tak jak rano, tak i teraz nie chciał, by to wszystko dobiegło końca. Chciał przedłużyć ten moment możliwie najbardziej, w nieskończoność, rzucając w cholerę swoją firmę, swoją pozycję, swoje bogactwo, swoją żonę.
Podniósł wzrok i napotkał spojrzenie należące do księgowego. Był piękny. Najseksowniejsza istota, jaką kiedykolwiek dane było Ezrze zobaczyć, a co dopiero wziąć w posiadanie.
Jęknął głośno, lubieżnie, prosto z serca, widząc i czując język na swoich palcach. Nigdy w życiu nie zrobił czegoś tak szalonego, a jednocześnie tak podniecającego. Cała ta sytuacja była kompletnie nierealna, jakby się upił i przyśniła mu się mokra, nierzeczywista fantazja. Jednocześnie wszystko było dwa razy intensywniejsze i prawdziwsze, niż w rzeczywistości. Mokre ciała, usta, namiętne spojrzenia, zaciskające się na nim mięśnie, zapach perfum (wody kolońskiej?), pomruki i jęki zadowolenia, wydobywające się na zmianę z ich ust.
Prezes SE wreszcie poruszył biodrami, cofając się, a potem pchając, zdobywając po raz kolejny kochanka. Wszystko ruszyło do przodu. Już nie potrafił się powstrzymywać, potrzebował kontaktu teraz, natychmiast, w tym momencie. Wzmocnił uchwyt na biodrze, poruszając jednocześnie palcami schowanej dłoni i przyspieszył, raz za razem zanurzając się w kochanku, a potem niemal z niego wychodząc, drażniąc na całej długości zarówno siebie, jak i jego. Nie potrzebował wiele by osiągnąć orgazm – sytuacja, świadomość niebezpieczeństwa, znajomość swojego kochanka, były wystarczającymi bodźcami, by popchnąć go nad krawędź. Jego własne jęki i stłumione pomruki Blackwooda, odbijające się po windzie, drażniły uszy i posyłały dreszcze po całej długości kręgosłupa.
W każdej chwili winda mogła ruszyć. W każdej chwili ktoś mógł ich nakryć. W każdej chwili…
Puścił biodro bruneta i objął dłonią jego członek, palcami skupiając się głównie na pieszczeniu jego główki, drażniąc w chaotyczny, pospieszny sposób. Nie mieli czasu, musieli dojść już, teraz, zaraz, natychmiast, w tej chwili, w tym momencie, dokładnie…
Ciało Silvertona spięło się, gdy ogarnął go orgazm.
- Charles - wyjęczał, pierwszy raz mogąc wypowiedzieć imię swojego męskiego, zakazanego romansu. Świadomość tego nie tylko pozbawiła go tchu, ale też sprawiła, że pociemniało mu przed oczami, a targająca nim ekstaza przedłużyła się.
W końcu. W końcu.
W końcu.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Sob Lis 03, 2018 8:15 am

Charles nie wiedział, co nim kierowało. Jeszcze nigdy żadna jednorazowa noc nie ciągnęła za sobą tej uporczywej tęsknoty za bliskością i ciałem drugiego człowieka. Nawet jeśli, raz czy dwa, zdarzyło się, że gdzieś w oddali dostrzegał jakiegoś swojego kochanka, nie czuł, by zarówno serce i dusza wyrywały się do tej osoby, by jego ciało płonęło i niemal krzyczało o powtórkę. Teraz jednak, całym swoim jestestwem pragnął go, pragnął prezesa SE, nie myśląc o niczym więcej, niż wyraz jego podnieconej twarzy w lustrzanym odbiciu i uczucie twardego, pulsującego członka w ciasnym wnętrzu. Chciał jeszcze. Więcej i mocniej. Nie ważne, jak bardzo nieodpowiednie to było, jak bardzo nieprofesjonalne z jego strony, jak bardzo wlokło to za sobą ewentualną katastrofę.
Brakowało mu tego. Uczucia fascynacji, nierozważności, niechlujności w ruchach i pocałunkach. Momentu, kiedy jego serce biło jak szalone w klatce piersiowej, uświadamiając go, że żyje, a nie tylko wegetuje w czasie pomiędzy tabelkami i wyskokami do przypadkowych, hotelowych pokoi, z których nie wynosił nic, prócz lekkiej satysfakcji.
Uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu, uświadamiając sobie, że Ezra, podczas tych kilku chwil zbliżenia, dał mu więcej, niż sam mógłby oczekiwać. Nie dla nich był szalony, impulsywny seks w windzie, nie dla nich był ten drobny, zwierzęcy romans, na ich stanowiskach wszelkiego rodzaju odskocznia od normy była czymś niemile widzianym i obcym.
Prawda?
Pochłaniał jego palce z dziwną sprawnością, językiem muskając je zręcznie i zasysając się na nich lubieżnie. Zupełnie tak, jak zająłby się jego członkiem, gdyby tylko miał go przy ustach. Wzdychał, nie ukrywając zadowolenia, rozkoszy wynikającej z kolejnych ruchów bioder, kolejnej, głębokiem penetracji, szybkich i mocnych pchnięć do samego końca. Nie zostawał mu dłużny, nawet teraz, przyparty do lustra i mogłoby się zdawać bezbronny; wychodził naprzeciw jego ruchom, nabijając się na członek, kręcąc biodrami, jakby doszukiwał się nowych kątów i nowej przyjemności.
- Jeszcze...Pieprz mnie mocniej - wysapał gorączkowo, doskonale wiedząc, jak blisko są obaj, jak dreszcz strachu i wyczekiwania na nagły przypływ prądy, kumuluje w nich dziwne uczucie spełnienia. Wypiął się bardziej, czując jak drżą mu nogi, skrępowane resztkami spodni, leżącego gdzieś w nieładzie przy jego kostkach. Wypowiadał jego imię. Raz, drugi, trzeci, cały czas na zmianę z bezwstydnym proszeniem, błaganiem o więcej. Światło zamigotało, powodując, że serce Blackwooda na chwilę stanęło w przerażeniu i obawie, że to właśnie teraz, już, będą musieli skończyć. Jednak to tylko krótkie spięcie, drobne problemy w przewodach, nic czym musieliby się przejmować.
Oparł czoło o zimne lustro, z wprawą dziwni obciągając palce mężczyzny, odszukując w tym kolejną, perwersyjną przyjemność. Pochłaniał je, w tempie jaki nadał Ezra. Był idealnym kochankiem, idealnym zajęciem, poznaną przypadkowo szmatą, jego szmatą, bo tylko z nim byłby w stanie robić te wszystkie ocierające się o absurd rzeczy.
Wydał z siebie przeciągły, długi jęk, dochodząc chwile poźniej, przy pomocy dłoni kochanka, czując, jak wypełnia go, jak spina się i dochodzi prosto w jego wnętrzu, pulsując energicznie.
- Ezra...- wysapał, brudząc jego dłoń nasieniem, brudząc lustro spuszczając się potężnie. Zadrżał jeszcze mocniej, napierając na ściankę, jakby szukając stabilnego oparcia. Oddychał szybko, nierówno, obracając głowę od pokrytych własną śliną palców, by sięgnąć po drugą dłoń mężczyzny i przysunąć ja do swoich ust. Wystawił język, zlizując siebie, perliste nasienie znajdujące się na skórze dłoni. Mała wina pachniała całym ich grzechem. Potem, ciałem, perfumami, spermą, nie zostawiając cienia złudzeń.
Znowu to zrobili. Rżnęli się z premedytacją, posiadali własne ciała.
Silverton rozbudził w nim to, czego Charles nie czuł długo.
Chciał jeszcze.
Chciał jego.
Znowu.
Odetchnął drżąco, odsuwając twarz i oblizując wargi. Dał sobie chwilę, nim ponownie odszukał spojrzeniem twarz mężczyzny, zaczerwienioną od wysiłku i błogostanu. Żonaty prezes konkurencyjnej firmy był tym, czego Charles pożądał mocniej, niż mógłby się do tego przyznać na głos.
Przylgnął biodrami do lustra, uciekając od ciała mężczyzny, by moc obrócić się przodem. Ciemne włosy miał w nieładzie, rozchylone usta chłonęły łapczywie powietrze, rozluźniony krawat wisiał krzywo na pogniecionej, białej koszuli. Mocno złapał mężczyznę i przyciągnął go do siebie, wpijając się namiętnie w jego wargi, dając mu posmakować siebie. Długo nie przerywał pieszczoty, jakby w wynagrodzeniu za odrzucenie porannej propozycji. Jeszcze trochę, jeszcze chwilka bliskości, nim ubiorą się i zapomną o całym incydencie.
- Muszę się ubrać - powiedział cicho, kąsając jego dolna wargę. - Proponuję Ci to samo - dodał z uśmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Sob Lis 03, 2018 1:41 pm

Silverton za bardzo się zatracił w swoich uczuciach, w gorącym wnętrzu kochanka, by mógł przerwać. Każde wypowiedzenie jego imienia, każdy jęk, błaganie, prośba i rozkaz, pobudzały go mocniej, przyczyniały się do zwiększenia podniecenia i pikanterii. Robili coś tak skrajnie zakazanego, niebezpiecznego, co mogło zniszczyć wszystko, na co pracowali przez lata, na co pracowały setki i tysiące ludzi, afera, jaka by się rozpętała, gdyby chociaż jedno zdjęcie z ich zbliżenia wydostało się do prasy…
To nie było istotne.
Liczyła się wilgoć na palcach, ciasnota i rytmiczne, desperackie pchnięcia, prowadzące ich nieubłaganie do ekstazy. A gdy szczytowali, pomimo iż to Ezra zaczął, przez krótki, idealny moment, wspólnie byli pogrążeni w ekstazie, idealnie dopasowani do siebie, bliscy jak nigdy wcześniej. Byli kochankami, których przyciągnęło do siebie tak wspaniałe pożądanie, szaleństwo, iż nic nie mogło się temu równać. Byli tylko oni dwaj i to, do czego pomiędzy nimi doszło.
Prezes SE, czując wilgotny język na swojej drugiej dłoni, zdał sobie nagle sprawę, że to było to. Czyste zapomnienie, perwersja i głód, które owinęły go i sprawiły, iż nie tylko był żywy, ale szczęśliwy. To był ich moment, chwila, której nikt nigdy im nie odbierze. Nie wiedział, skąd wzięła się w nim pewność, że Charles niczego nie powie o ich namiętnych schadzkach w liczbie dwóch – ale nagle to do niego dotarło. Wreszcie mógł się całkowicie rozluźnić, zamknąć oczy i przedłużyć przyjemność wynikającą z ich zbliżenia. Zamknął oczy, lekko się nachylając nad wygiętym ciałem towarzysza, opierając się jedną mokrą dłonią o szybę, zostawiając kolejny ślad po ich namiętności. Nic się nie liczyło, gdy jego oddech powoli się normował, serce wracało do zwykłego, stabilnego biegu, a napięte mięśnie topniały.
Było mu tak cholernie dobrze.
Niech to nigdy się nie skończy.
Westchnął cicho, z zaskoczeniem, gdy jego kochanek rozłączył ich ciała. Rozchylił powoli powieki, prostując się i wpatrując w niego z uwagą, przez krótką chwilę po prostu patrząc na Blackwooda i podziwiając to, co z nim zrobił. Był obrazem rozpusty, nagim, pomiętym, wytarmoszonym i mokrym. Gdyby nie to, że prezes SE dopiero szczytował, ten widok doprowadziłby go do wybuchu. Otworzył usta i przywarł do mężczyzny, gdy ten pociągnął go ku sobie. Mokre, napuchnięte usta, noszące w sobie posmak słonej spermy, były niczym niebo, spełnienie wszystkich marzeń i potrzeb. Silverton nie spieszył się z pocałunkiem, nie walczył o przewagę, nie próbował się bronić. Stał, dociśnięty do kochanka, smakując jego warg i języka, wdychając intensywny zapach seksu, potu, nasienia i perfum, czując pod dłońmi chłodne szkło, a na kroczu – jedynym pozbawionym ubrania elemencie jego ciała – drażniące materiały ich koszul i garniturów, które pocierały o niego nieprzyjemnie, przypominając o lateksowej ochronie, z chwili na chwilę stającej się coraz bardziej niewygodną.
Ale jeszcze moment. Jeszcze kilka sekund bliskości, zanim powrócą do rzeczywistości.
Otworzył oczy, które, nie wiedzieć kiedy, zamknął. Spojrzał w oczy mężczyzny, powoli wracając do prawdziwego świata przez dźwięk jego głosu, ale jeszcze nie będąc gotowym na zderzenie się z konsekwencjami ich czynu. Bez protestu sięgnął pomiędzy nich i zdjął prezerwatywę, drugą dłonią wyszukując w kieszeni spodni marynarki opakowanie chusteczek. Wyczyścił się i schował, zamykając spodnie, a potem – wreszcie – odsunął od księgowego i zaczął poprawiać swój strój, wpatrując się w zabrudzoną szybę.
Nie wyglądał tak źle, ponieważ jego ubranie w większej części pozostało na nim. Owszem, koszula była mokra, ale tego nie było widać ani na pierwszy, ani drugi rzut oka. Wytarł twarz kolejną chusteczką, poprawił krawat i porozrzucane chaotycznie włosy, które wyglądały dokładnie tak, jakby ktoś za nie szarpał (niech przeklęte będą żele!). Wreszcie, podał resztę chusteczek kochankowi, który potrzebował ich znacznie bardziej.
Wciąż milcząc, prezes Silverton Electronics wyczyścił szybę od spermy i śliny.
Przez tę chwilę, wszystko wydawało się skrajnie nierzeczywiste. Czy naprawdę do tego doszło? Czy to było prawdziwe? Czy pozwolił sobie na tak skrajne zapomnienie?
Wreszcie spojrzał na Blackwooda, którego strój prezentował się dokładnie tak, jak człowieka, który kilka chwil wcześniej uprawiał w nim dziki seks. Schował trzymany w dłoni zwitek chusteczek i zużytą gumkę, a potem wyciągnął ręce i sięgnął do krawatu swojego towarzysza, który mu rozwiązał, a potem ponownie stworzył węzeł, decydując się na bardziej skomplikowany i wyrafinowany.
Odruch, by dotknąć Charlesa, by pozostawić na nim jakiś ślad własnej obecności, by zająć się nim jeszcze przez chwilę, był zbyt silny, by mógł go zwalczyć.
Przygładził jeszcze jego marynarkę, wpatrując się w oczy pracownika swojej konkurencji, szukając w nich… sam nie do końca wiedział czego. Cokolwiek to było, znalazł to, bo zrobił krok w jego stronę, chcąc znów połączyć ich wargi…
I właśnie wtedy światło zmieniło kolor na biały, a winda ruszyła w dół. Magia prysła.
Ezra cofnął się o krok, a potem następny, tylko cudem nie depcząc, a lekko kopiąc okulary Blackwooda. Opuścił spojrzenie, wydając się nie tylko zbitym z tropu, ale w ogóle zagubionym. Z tego zaborczego, dominującego i czarującego prezesa nic nie pozostało – był zwykły mężczyzna, który nie rozumie, w jakiej sytuacji się znalazł, jakim cudem w ogóle do niej dopuścił.
Machinalnie się schylił, podniósł okulary towarzysza i podał mu je.
Co ja właśnie zrobiłem...

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Nie Lis 04, 2018 6:28 pm

Lubował się w jego pocałunkach, z każdym kolejnym coraz bardziej zatracając się w smaku jego warg i tym obezwładniającym zapachu skóry i perfum, przypisanym tylko i wyłącznie osobie Silvertona. To ten rodzaj zapachu, który ciągnie się za człowiekiem, zjawiając się w najmniej oczekiwanym momencie, budząc całą lawinę wspomnień, mile łechtających duszę. Nawet teraz, kiedy pocałunek był mniej natarczywy, a bardziej subtelny i namiętny, odnajdywał w nim wszystko czego szukał, mogąc westchnąć w rozchylone wargi błogo z niemym uwielbieniem.
Początkowo, przez krótką chwilę sądził, że Ezra nie odpowie na pieszczotę, że wraz z  osiągnięciem orgazmu, uleci jego cień sympatii i zafascynowania jego osobą. Myśl tą przyjął z ukłuciem żalu, całe szczęście szybko odgoniona przez odwzajemniony pocałunek.
Zamknął więc oczy, jak zawsze gdy chciał możliwie jak najdłużej czerpać przyjemność, skupić się tylko na chwili obecnej, stojąc tak, roznegliżowany, spocony i oblepiony własnym nasieniem.
Doprawdy, w wieku trzydziestu pięciu lat, za kilka dni trzydziestu sześciu, zachowywał się jak nastolatek, nie mogący utrzymać na wodzy swojej żądzy. I ku własnemu zaskoczeniu, wcale nie było mu z tym źle.
Mruknął, lekko niezadowolony, gdy wszystko się skończyło. Chociaż czuł dalej bliskość Ezry jego usta odsunęły się, zostawiając niedosyt. Czuł w ustach jego smak, w nozdrzach zapach, w tyłku pozostałość po przygodnym seksie. Rozchylił powieki, wolno, uśmiechając się leniwie i zatrzymując spojrzenie na twarzy kochanka. Przystojnej, zmachanej wysiłkiem twarzy, której widok będzie się za nim ciągnął jeszcze bardzo długo. Bo dla tego widoku, jeszcze nie raz, nie dwa sprawiłby mu przyjemność.
Nie mówili już nic. Cisza, chociaż dusząca, nie wydawała się Charliemu kłopotliwa. W ciszy miał wrażenie, jakby słyszał dalej bicie jego serca, zakłócane tylko dźwiękiem zapinającego się paska spodni. Była miła, taka, jaka powinna być po zajebiście dobrym stosunku, na chwilę przed tym, jak wszystko diabli wezmą.
Odebrał chusteczki, sprawnie ocierając członek i dłoń. Pochylił się, ujmując materiał spodni oraz bielizny, by sprawnym ruchem naciągnąć je na siebie. Wygładził koszulę, dopinając kilka jej guzików, wciskając materiał pod spodnie. Była pognieciona tak bardzo, że nie ważne, co by z nią zrobił, prawdopodobnie i tak nie wróciłaby do stanu sprzed przekroczenia progu windy. To nic. Nie zamierzał się tym przejmować. Jego pokój nie znajdował się tak daleko, większość ludzi dalej uczestniczyła w bankiecie, więc jeśli szczęście odpowiednio mu sprzyjało, nikt nie wychwyci go wzrokiem w takim stanie. A nawet jeśli to wątpił, by ktokolwiek połączył stan jego koszuli z dzikim seksem w windzie.
Oparł się ciężko o lustro, poprawiając mankiety, zabierając się za niechlujnie zawiązany krawat. Czynność przerwał mu Silverton, w zaskakującym dla niego geście, milcząco pomagając mu z wiązaniem.
Patrzył na niego, a spojrzenie ponownie miało w sobie coś ciepłego i zachęcającego, wręcz hipnotyzującego swoją intensywnością. I on nie odrywał wzroku, opuszczając tylko dłonie, pozwalając mu na wszystko, na kolejną chwilę wkroczenia w jego prywatną przestrzeń. Nic się nie skończyło. Póki czerwone światła migały nad ich głowami, dalej trwali w intymnej atmosferze, niezdecydowani na to co dalej. Co za kilka chwil, gdy zderza się z okrutną rzeczywistością, w której nie było miejsca na romanse.
Wychylił się w jego stronę, widząc chęć pocałunku, zbliżające się wargi, błękitne, przeszywające spojrzenie. Chciał wyjść mu na przeciw, przyśpieszyć wszystko, znowu trwać w tej rozkosznej nicości, nie męczony zawodowym stresem. Tylko kawałek, milimetr i poczułby jego język, znowu jęknął by cicho, przeciągle, mięknąc pod wpływem doznań.
Wstrzymał oddech, gdy światło rozjaśniło windę, powodując, że niemal zmrużył oczy z wyraźnego dyskomfortu. Wbił się mocniej w ściankę, odwracając spojrzenie jak przyłapany na gorącym uczynku dzieciak. Zacisnął wargi, zacisnął serce, pozwolił rozumowi na więcej.
Koniec.
Wróć.
Pocałuj mnie.
Odebrał okulary, zakładając je na nos, poprawiając jednocześnie czarne kosmyki włosów. Spojrzał na mały ekranik, oznajmiający piętro, do którego się zbliżali. Niby od niechcenia zgarnął z ziemi telefon, ukradkiem rozglądając się za możliwymi śladami ich małego grzechu.
Winda zatrzymała się dokładnie w momencie, kiedy Blackwood zdołał opanować oddech. Drzwi otworzyły się przy charakterystycznym akompaniamencie dzwonka, zapraszając do wyjścia. Charles momentalnie zrobił dwie rzeczy. Najpierw wyciągnął z kieszeni wizytówkę, a następnie wsunął ją w klapę marynarki Ezry, znacząco ją klepiąc.
- Do zobaczenia, Prezesie - powiedział, zerkając na niego kątem oka, nie przeciągając już nieoczekiwanej schadzki.
Wyszedł, nie oglądając się za siebie, energicznym, szybkim krokiem kierując się do swojego pokoju. Przesunął palcami po estetycznym, fachowym wiązaniu krawata, nie powstrzymując się przed subtelnym uśmiechem.
Cholera. Było warto.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Pon Lis 05, 2018 1:23 am

To było to. Koniec. Ich jednonocna przygoda, która dostała nagle drugą szansę, naprawdę dotarła do momentu, w którym nie można było zrobić już niczego więcej. Nie pozostało nic do powiedzenia, nic do uczynienia. Nie mieli prawa się więcej dotknąć, spojrzeć na siebie z pożądaniem, ukraść kolejnej chwili z szarej rzeczywistości. Byli w pewnym sensie rywalami, a Ezra miał żonę. Nie mógł sobie pozwolić na faktyczny romans, nie na swojej pozycji, nie z kimś takim jak Charles Blackwood. Ironią losu było, iż mężczyzna, który przyciągnął jego uwagę do tego stopnia, iż pragnął poznać jego imię i powtórzyć ich namiętną noc, był zarazem najbardziej nieodpowiednim wyborem do takich wyskoków. Jak doszło do tego, iż nie poznali się poprzedniego wieczora, zanim wylądowali w łóżku, było dla Silvertona zagadką. Zajmowali ważne stanowiska w konkurencyjnych firmach, niewątpliwie widzieli się nie raz i nie dwa na podobnych wydarzeniach – a jednak, cudem, przyciągnęło ich do siebie w tamtym barze wyłącznie pożądanie.
Niemożliwe faktycznie się stało.
Prezes SE milczał, licząc iż cisza będzie znakiem samym w sobie. Po tym wszystkim, do czego pomiędzy nimi doszło, nic nie wydawało się właściwe. Czy powinni porozmawiać jeszcze raz o konieczności zachowania tego między sobą? Czy powinien spróbować go przekupić? A może zamienić kilka nieistotnych zdań, czekając na dotarcie windy do celu?
Ezra Silverton zawsze wiedział, co powiedzieć. Niezależnie od tego, z kim miał do czynienia i co miał do zaoferowania, potrafił sprawić, by ludzie jedli mu z ręki. Jeśli czegoś chciał, zdobywał to.
W tej chwili jednak nie miał pojęcia, co zrobić.
Nie patrzył na swojego towarzysza i z czymś pomiędzy ulgą a zawodem przyjął dźwięk świadczący o dotarciu do celu. Jakaś część jego oczekiwała, że za drzwiami będą czekać tłumy paparazzich, rada i Aston – zaskakująco, nie było tam nikogo. Nawet zwykłego pracownika hotelu, który upewniłby się, że żyją i nie planują nikogo pozywać za przystanek w windzie – zapewne – pozbawionej nawet zasięgu.
Czując dłoń na swojej piersi, wreszcie obrócił głowę i spojrzał na Blackwooda pytająco. Potrzebował ułamku sekundy by zrozumieć, co właśnie otrzymał – a implikacje wynikające z tego jednego, prostego gestu, były nieskończenie wielkie.
Czego Charles od niego chciał?
Nie. Co Charles pragnął uzyskać?
Ezra wiedział, że nie mógł wykorzystać informacji wypisanych na wizytówce, nawet gdyby od tego zależało jego życie. Powinien ją wyjąć z kieszeni, rzucić na ziemię i odejść w swoją stronę. Zapomnieć o namiętnym seksie, zapomnieć o Blackwoodzie, zapomnieć w ogóle o mężczyznach.
Uniósł dłoń, ale zatrzymał ją w połowie ruchu, patrząc na oddalającego się pewnym krokiem księgowego. Może i nie wolno było mu jej użyć… ale mógł ją zachować. Jako pamiątkę swojej ostatniej przygody. Wspomnienie tego, iż przez kilka chwil prawa ręka jego największego konkurenta należała do niego i nad wyraz chętnie dopominała się o dziki seks. Tak, właśnie tak, na pamiątkę najbardziej szalonej rzeczy, jakiej kiedykolwiek się dopuścił.
Zamrugał, gdy zamknęły się przed nim drzwi, a winda ruszyła z powrotem do góry. Spojrzał na ekran i pospiesznie nacisnął numerek własnego piętra – znajdującego się na tyle daleko od Blackwooda, by nie czuł pokusy odszukania go i… bóg jeden wiedział, czego.
Nie chciał wracać na bankiet, nagle bardzo zmęczony całą sytuacją, w jaką się wplątał. Fakt, iż – najprawdopodobniej – nie groził mu szantaż, zdjął ciężar z jego piersi, ale na jego miejscu został postawiony następny, niemal równie mocno utrudniający oddychanie i czarowanie ludzi.
Miał możliwość spróbowania czegoś więcej, niż przygodnego seksu. Pragnął tego – a rzeczy, które przyciągały jego spojrzenie, szybko do niego należały. Nie dla niego były wątpliwości, ostrożność i kalkulacja zysków oraz strat. Polegał na własnej intuicji i umiejętności oceny ludzi znacznie bardziej, niż na tabelkach i liczbach. Rzadko kiedy się mylił, niemal nigdy się nie powstrzymywał przed osiągnięciem raz założonego celu.
Tym razem jednak musiał, co spowodowało, że nagle poczuł się znacznie mniej istotny i wspaniały, niż na co dzień pozwalał sobie myśleć. Koniec końców, gdy nadchodził wieczór i szedł do łóżka, był tylko człowiekiem. Mężczyzną w równym stopniu spętanym przez oczekiwania i wymagania innych, co nawet najniżej znajdujący się w hierarchii pracownicy. Sam ze swoimi bitwami, myślami i tęsknotami.
Telefon prezesa SE zawibrował, zwiastując nadejście kolejnej wiadomości. Wyjął go z kieszeni bez pośpiechu, zamykając za sobą drzwi i wyrzucając brudne chusteczki oraz prezerwatywę do pobliskiego kosza na śmieci.
”Jak poszła prezentacja? Założyłeś garnitur, który ci przygotowałem?”
Uśmiechnął się mimowolnie, zrzucając z siebie kolejne partie eleganckiego stroju, któremu już nic nie mogło zaszkodzić.
”Zwariowałeś. Nie wpuściliby mnie na salę.”
„Haha, bo istnieje na świecie ktoś, kto by mógł cię przed czymkolwiek powstrzymać. Uwielbiam patrzeć, jak miażdżysz marzenia takich ludzi.
Ale i tak zraniłeś moje uczucia.”
„Przyjedź jutro i sam w nim wygłaszaj nasze oświadczenia, to pogadamy.”
„Po moim trupie, Ez.”
Położył się na łóżku i zamknął oczy, odkładając telefon obok siebie. Może jednak nie był taki samotny, jak czasami o tym myślał.

Noc starszego Silvertona była taka sama, jak wiele, wiele poprzedzających ją. Bezsenna, ciężka i długa. Świadomość wizytówki schowanej w kieszeni jego marynarki, niesamowitego seksu i zdrady nie dawały mu spać. Oliwy do ognia dodał telefon od kobiety, która powinna być jego ukochaną i która specjalnie dla niego położyła się spać później, by zamienić z nim kilka słów po odbytym bankiecie. Po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że flirtując i zaliczając przypadkowych facetów, robił problem nie tylko sobie, ale też i innym. Gdyby którykolwiek z jego romansów ujrzał światło dzienne, nie tylko on pożegnałby się ze stanowiskiem we własnej firmie, ale wystawiłby nie kogo innego, a swoją wierną żonę, na łaskę i niełaskę reporterów, pragnących wiedzieć co ona sądzi o sobie jako kobiecie, iż jej mąż zdecydował się zdradzać ją z mężczyznami. Nie zasługiwała na coś takiego, nie po tych wszystkich latach stania u jego boku, znoszenia jego humorów i wzlotów oraz upadków firmy. Dodatkowo, rozwodząc się, zabrałaby pokaźny kawałek jego majątku – pieniędzy, które on sam, własnymi rękami, zarobił i pomnożył. Niezależnie od tego, jak dobrą osobą była i jak bardzo nie zasługiwała na skończenie z nim, zakłamanym bucem, nie zasługiwała też na jego pieniądze. Od samego początku to on ją utrzymywał i nigdy nie dołożyła nawet najmniejszego wysiłku, by zarobić coś na własną rękę czy nawet wesprzeć jego firmę w chwili, w której tego potrzebował. On był mężczyzną, ona była kobietą. To do jego obowiązków należało zapewnienie jej odpowiednich warunków.
Ezra skrzywił się do siebie, sięgając po telefon i spoglądając na godzinę. Czasami nawet on sam miał problem z zaakceptowaniem własnego egoizmu i wyrachowania. Nie wiedział, kiedy jego uczucie do Vivien zgasło, ale w końcu dotarła do niego ta smutna prawda.
I była piąta nad ranem.
Miał ochotę zawyć z irytacji.
Podniósł się z materaca, kopnięciem zrzucił z niego kołdrę i przemierzył wielką sypialnię, sięgając do jednej z walizek i szukając w niej nowych leków, które dostał od lekarza. Pomyślałby kto, że po nie jednym, a dwóch spotkaniach z niesamowicie seksownym księgowym spałby jak zabity, ale nie, za dużo działo się w jego głowie, by jego umysł pozwolił na chwilę odpoczynku. Z tryumfującym pomrukiem wyjął opakowanie środków nasennych, a potem pospiesznie zażył jedną pastylkę, licząc że zapewni mu trochę snu, ale też pozwoli na odzyskanie przytomności i rozpoczęcie kolejnego, obfitego w wydarzenia, dnia.

To była najgorsza decyzja, jaką podjął w ciągu ostatnich kilku miesięcy – a jeśli wziąć pod uwagę, iż raptem parę godzin wcześniej uprawiał seks z księgowym Aston Industries, to mówiło samo za siebie. Opierając się jedną dłonią o ścianę, a drugą przytrzymując podłogi, wcale nie tak radośnie żegnał się ze swoim śniadaniem, uciekającym z jego żołądka w zastraszającym tempie. Z jego oczu popłynęły aż łzy, a gardło boleśnie zapiekło. Dotarł do łazienki w ostatniej chwili i zwyczajnie upadł na kolana, rezygnując z jakichkolwiek prób pozostania w pionie.
Gdy tylko jego ciało odrobinę się uspokoiło, sięgnął do telefonu i pospiesznie wystukał trzy wiadomości, każdą skierowaną do innej osoby.
”Musisz jednak przyjechać i mi pomóc. Sorry.”
„Mój brat ma jak najszybciej znaleźć się na konferencji, ZAŁATW TO.”
„Nie pojawię się na pierwszym spotkaniu, przenieś je na jutro.”
Silverton oparł się czołem o ścianę o chłodną ścianę i zakaszlał chrapliwie. Nie czuł się wiele lepiej, a obowiązki czekały. Potrzebował wsparcia, nawet jeśli Jerry miałby tylko przy nim stać i kiwać głową. Nie mógł sobie pozwolić na żadną wpadkę, nie po prezentacji Universe. Dziennikarze czekali na oświadczenia nie jak sępy, a lwice broniące młodych, gotowe rozszarpać każdego, kto przekroczy nieprzekraczalny próg.
”Dwie godziny góra i jestem.”
Uśmiechnął się pod nosem, po raz kolejny przypominając sobie, że nie, nie był sam, chociaż czasami łatwiej było w ten sposób myśleć. Jerry wreszcie zdecydował się wziąć udział w czynieniu Silverton Electronics najpotężniejszą firmą na rynku, wnosząc zarówno powiew świeżości w ich spojrzenia, jak i typową dla nich energię. Razem naprawdę byli niezwyciężeni.
Ezra podniósł się wreszcie z podłogi i wsunął pod prysznic, zmywając z siebie pot i zapach. Potem ruszył przygotować się na spotkania, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mógł to zrobić. Mógł, nawet w takim stanie, bo był cholernym Ezrą Silvertonem i jakieś zatrucie nie stanie mu na drodze.
Zakręciło mu się w głowie i chwycił się ściany.
Mógł, a w razie czego, będzie miał pod ręką Jerry’ego. Wszystko się uda.

Stojąc podczas bardzo kameralnego spotkania z prasą, w którym uczestniczyło tylko kilku dziennikarzy z najważniejszych czasopism na świecie, kilkoma prezesami najistotniejszych na rynku firm oraz ich prawymi rękami i asystentami, zdał sobie sprawę, że nie, nie mógł. Szybko przekazał pałeczkę dowodzenia nad prezentacją produktu, planów, żartów i ciekawostek bratu, samemu skupiając się głównie na tym, by nie zemdleć. Co chwilę ciemniało mu przed oczami, paliło go gardło i nos, a do tego raz po raz miał uderzenia zimna i gorąca. To nie mogło być zwykłe zatrucie, ono minęłoby po tej przydługiej wizycie w toalecie. Niejednej.
Ze wszystkich dni, akurat tego musiało go coś dopaść i uczynić całkowicie bezbronnym.
Podniósł głowę, słysząc pytanie skierowane bezpośrednio do siebie – ale za nic nie mógł nadać sensu pozostałym słowom. Uśmiechnął się wąsko, ostatkiem sił zmuszając się do zachowania pozorów. Wyjął telefon z kieszeni i postukał znacząco o ekran.
- Państwo wybaczą, ale jeden z Silvertonów potrzebny jest gdzie indziej i tak się składa, że to o mnie chodzi. Pozostawiam was w rękach mistrza. - Poklepał brata – zaprawdę ubranego w ten cholerny, czerwony garnitur, który faktycznie założył i na który nikt nie mrugnął – po ramieniu, a potem obrócił się na pięcie i ruszył do drzwi.
A potem dosłownie pobiegł do łazienki. Zatrzymał się na moment przed umywalką, rozluźniając krawat, który zaczynał go dusić i przemywając twarz zimną wodą. Zaraz potem poszedł na kolejne spotkanie z podłogą i muszlą klozetową.
Zdecydowanie za późno zorientował się, iż komórkę położył na brzegu umywalki, zamiast wziąć ją ze sobą.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Wto Lis 06, 2018 11:19 am

Gdy tylko drzwi pokoju Charlesa zamknęły się, Blackwood oparł się o nie ciężko i zaklął głośni i siarczyście, wyrzucając z siebie tłumioną obawę i jakąś dziwną irytację, która w nim tkwiła. Wpatrywał się w jakiś punkt przed sobą, chyba w tarasowe drzwi wychodzące z bogatego, luksusowego pokoju, tak różnego od pokoju, w którym obudził się dzisiejszego ranka.
Wiele rzeczy od wczorajszego wieczoru wydawało mu się nierealne. Spotkanie Ezry, upojna noc w jego ramionach, zaskoczenie wynikające z ujrzenia go po raz kolejny. I seks w windzie, którego dobrowolnie się dopuścili, zdając sobie sprawę z konsekwencji głupich czynów.
Kiedy tak o tym pomyślał, stwierdzał, że każdy jego gest, każdy ruch czy wypowiedziane słowo, pchało go na granice zguby, zmuszało do balansowania pomiędzy przyzwoitością i zdrowym rozsądkiem, budząc jakieś nieznane mu dotąd dawki adrenaliny, zamieniając przy tym przygodny seks w całą maskę skomplikowanych zdarzeń, które nigdy, przenigdy nie powinny mieć miejsca. Nie z prezesem SE, nie z kimkolwiek innym.
To nie był on, to nie był Charles Blackwood, który z premedytacją wychodził z łóżka kochanka, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem, ba! Tamten Blackwood nie zostawiłby swojej wizytówki, licząc na...No właśnie. Na co liczył?
Przeczesał palcami włosy, drugą dłonią rozluźniając zawiązany wcześniej przez Silvertona krawat. Zostawił mu wizytówkę impulsywnie, nim zdołał przeanalizować sytuację. W głębi duszy chyba miał nadzieję, że Ezra zadzwoni, napiszę, da mu jakikolwiek znać na to, że nie żałuje, że chce to powtórzyć. Z nim, za zamkniętymi drzwiami. Ostatecznie jednak dziecinna głupotą było marzenie o tak frywolnych i błahych rzeczach.
Nie napisze. Nie jest głupi i tak sentymentalny jak Charles.
Odrzucając brudne, spocone ubrania, zniknął w obszernej łazience, od razu wchodząc pod prysznic, ciepłą wodę przyjmując na ciele jak błogosławieństwo, pokutę zmycia z niego potu, pocałunków i dotyku Ezry.
Ma żonę.
Ta myśl najbardziej mu ciążyła, powodowała, że czuł się jak śmieć, jak cholerny łajdak, wykorzystujący niewiedze innych dla własnych przyjemności. Nie rozbijał rodzin, nie ważne, czy były to rodziny średniej klasy społecznej, czy pieprzona rodzina Ezry Silvertona. Choć nie znał twarzy tej kobiety, z łatwością mógł wyobrazić sobie wyraz jej zawodu, jej smutek i piekący w piersiach ból. To nieme oskarżenie w jego kierunku.
Wszystko zniszczyłeś. Gdyby nie Ty, wszystko byłoby w porządku.
Nie chciał tego. Nie chciał być powodem smutku tej kobiety, powodem rozterek Silvertona, jego grzechem, który ciągnąłby za sobą. Nawet, jeśli miałby za to zapłacić jego uśmiechem, widokiem błękitnych, roziskrzonych oczy i smakiem jego warg, które do tej pory czuł na ustach.
Tego wieczoru, zdołał jedynie wysłać kilka maili do działu prawnego, nie mogąc za bardzo skupić myśli na czymkolwiek innym. Spalił dwa papierosy na tarasie, wypił lampkę wina, odruchowo zerkając na leżący obok telefon, którego szybkę ozdabiało pojedyncze pęknięcie, pamiątka po upadku na windową podłogę.
Nic. Żadnej wiadomości jaka mogłaby ponownie poruszyć w nim cokolwiek. Żadnego znaku, że nie popełnił błędu. I chociaż gdzieś w środku odczuł ukłucie zawodu i zwątpienia, przyjął tej niemy koniec jak ostateczne potwierdzenie.
Dość romansów.

- Gdzie Vincent? Zawsze znika, kiedy jest najbardziej potrzebny - mruknął Bradley, krocząc żwawo korytarzem w towarzystwie Blackwooda. Zerknął na niego pytająco, jakby oczekując, że jego księgowy w magiczny sposób wyczaruje asystenta przy jego boku.
- Prawdopodobnie zaraz przyjdzie - Charlie posłał szefowi lekki uśmiech, spoglądając na zegarek. Mieli dziesięć minut do spotkania z prasą, w którym uczestniczyli najbardziej wpływowi prezesi. Prasa nigdy nie interesowała się płotkami. To firmy takie jak Aston Industries czy Silverton Electronics były ich głównym łupem, gorącym tematem, o który walczyli dziennikarze. Oprócz nich, chociaż niewątpliwie mniejsi, wiodły swój prym pomniejsze firmy, często dla bezpieczeństwa zajmujące się zupełnie inna technologią. Nikt nie był na tyle głupi,bykonkurować z gigantami.
- Myhym. Zastanawiam się, dlaczego jeszcze go trzymam - Aston poprawił mankiety koszuli i westchnął tylko ciężko. Jego przystojna twarz była teraz lekko spięta, a kształtne, wąskie wargi zacisnęły się w pojedynczą linię.
- Masz za miękkie serce - zażartował Charles, otwierając drzwi prowadzące do sali konferencyjnej. Bradley spiorunował go jedynie wzrokiem, zaraz skinieniem głowy witając się ze zgromadzonymi.
Przy kilku stolikach ustawionych w rzędzie, zebrali się reprezentanci firm. Przed nimi, na ustawionych krzesłach, siedzieli już dziennikarze z aparatami, mikrofonami i masa notatek, prawdopodobnie pieczołowicie przygotowywanych przez kilka dni. Konferencja miała być krotka, zaledwie po kilka pytań, ponownie zaprezentowanie najnowszej technologii, by serwisy informacyjne miały co rzucić ludziom na pożarcie. Blackwood nienawidził dziennikarzy. Nienawidził fleszy, masy pytań, jego zdjęć widniejących w gazetach i internecie. Cenił swoją prywatność, chętniej zaszywając się w biurze, niż na organizowanych, hucznych bankietach czy konferencjach. Niestety, Bradley bywał okropnie denerwujący w tym temacie i uparty jak osioł, ciągając go we wszystkie, możliwe miejsca.
Aston usilnie chciał go awansować. Oficjalnie na swoja prawą rękę, na swojego zastępcę. Jednakże dostrzegał niechęć Blackwooda do tego pomysłu, chowającego się za tymi przeklętymi tabelkami, z nosem w wyliczeniach i papierach. Szanował jego decyzję, nie mniej, dalej licząc na to, że któregoś dnia zmądrzeje.
Charles rozejrzał się. Na krótką chwilę zawiesił spojrzenie na bladej twarzy Silvertona. Spojrzenie było krótkie, przelotne i nie trwało więcej, niż powinno w tej sytuacji. Większość uwagi skupiał jednak młody mężczyzna obok niego, wystrojony w rzucający się w oczy, czerwony garnitur. Nie znał go, nie przypominał sobie też, by kiedykolwiek widział go na jakiejś konferencji. Bradley natomiast znał go bardzo dobrze.
Zatrzymał się trochę zbyt nagle, unosząc delikatnie brwi. Zignorował nagłe wyjście swojego konkurenta, zignorowałby zapewne nawet uderzenie meteorytu, gdyby miało miejsce tuż obok nich. Jedyne, co mógł zrobić, to drobne machnięcie dłonią na Charliego, dając mu znak, by oddał mu trzymane dokumenty.
- Znajdź mi Vincenta. Już - rzucił, ignorując lekkie zdezorientowanie swojego księgowego, który wolno oddał mu teczki, kiwając głową.
- W porządku. Zaraz przyjdę - powiedział. Zrobiło się zamieszanie, gdy dziennikarze, jeden przez drugiego starali się zadawać pytania. Na pierwszy strzał padło SE, mieli więc dobre dwadzieścia minut, nim dziennikarze przedrą się przez pozostałe firmy, dochodząc do nich.
Odwrócił się, przeciskając przez drobny tłum, wyciągając telefon, by w międzyczasie spróbować dodzwonić się do Vincenta. Bezskutecznie.
Na korytarzu rozejrzał się z wyraźna irytacją, w końcu zaczepiając jednego z pracowników hotelu.
- Toalety? - spytał, przypominając sobie, że młody asystent miał solidny problem ze stresem. Dobrym pomysłem było poszukanie go najpierw tam, zanim pójdzie na kolejne piętra. I go zabije.
- Prosto i na lewo - młoda kobieta uśmiechnęła się, pokazując mu drogę. Podziękował jej skinieniem głowy, energicznym krokiem kierując się we wskazanym kierunku.
Pchnął mocno drzwi, zastając w środku ciszę. Trwała konferencja, większość osób znajdowała się już w sali, raczej nikt nie wybrałby tego momentu na wyjście do kibla na szybkie oddanie moczu.
- Vincent? - rzucił, rozglądając się i nasłuchując. Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, był telefon zostawiony na łazienkowej umywalce. Dopiero potem dobiegł go stłumiony, gardłowy bełkot, dźwięk wyrzucania z siebie resztek posiłku. Toaleta była pojedyncza, rozdzielona na strefę z umywalką i zamkniętą strefę z ubikacją. Charles zawahał się, jeszcze raz spoglądając na telefon, odrobine wściekając się na swoje zbyt dobre serce. Telefon nie należał do Vincenta, właściwie, nie miał pojęcia do kogo mógłby należeć, jednak wyraźnie, ktoś potrzebował pomocy.
Zrobił więc dwa kroki, chwytając za klamkę i naciskają ją pewnie.
- Wszystko w porządku? - spytał, pukając jeszcze pojedynczo, jakby miało mu to pomóc w odgonieniu lekkiego zażenowania. - Potrzebuje Pan pomo...- urwał, gdy drzwi rozchyliły się, a jego oczom ukazał się nie kto inny, jak Silverton. Skulony, spocony, z twarzą pochyloną nad toaletą i w nieprzyjemnych, wymiotnych spazmach.
W natłoku sali, nawet nie zauważył, kiedy tamten wyszedł, więc zdziwienie Charlesa, było teraz spotęgowane.
- Ezra!
Doskoczył do niego, szybko kucając i łapiąc go za ramię. Odsunął go, by moc spojrzeć na jego twarz, druga z dłoni opierając na spoconym czole. Szybko zlustrował jego twarz ze zmartwieniem, czując jak nagle coś zaciska mu się w żołądku.
- Masz gorączkę. Wezwę pomoc - powiedział, przeszukując kieszeń w poszukiwaniu telefonu.
W takim stanie zjawił się na konferencji. Co on sobie myśli, idiota?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Wto Lis 06, 2018 5:23 pm

***
Co pchało go do przodu? Wielu powiedziałoby, że miłość do sztuki. Wielu, że płynąca w jego żyłach krew Silvertonów, z których każdy znajdywał swoją drogę samodzielnie i podbijał serca setek tysięcy ludzi. Tak jak dziadek Jeremy’ego dostał nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny, a jego ojciec został sławnym piosenkarzem i miał na koncie trzy platynowe płyty, brat podbił rynek elektroniki, miażdżąc konkurencję i oferując rozwiązania nierzadko innowacyjne, dopasowane do potrzeb konkretnych grup konsumentów i dzięki temu zarabiał grube pieniądze.
Jerry’emu nie zależało jednak na poklasku, sławie i milionach. Owszem, był diabelnie dobry w tym, co robił i niejedna galeria sztuki zabiłaby się za to, by umieścił w niej swój obraz, ale zupełnie nie o to chodziło w jego życiu. Nie chodziło też o znacznie bardziej komercyjne pomysły, które czasami podrzucał Ezrze, które nierzadko dopracowywał z jego specjalistami, zawsze przepychając swoją wizję, która okazywała się – rzecz jasna – strzałem w dziesiątkę.
Był Silvertonem, a Silvertonowie z celem i intuicją podbijali świat, nie patrząc dwa razy na ludzi, którzy stanęli im na drodze i próbowali rzucać kłody pod nogi. Niejednokrotnie udowodnił swoją wartość, nawet pomimo młodego wieku i niewielkiego doświadczenia. Obserwując swojego brata nauczył się wielu trików, zdobył pewność siebie i bezduszność, która umożliwiała mu parcie naprzód pomimo ludzi, którzy byli przekonani, że wiedzą lepiej, niż on. Że są mądrzejsi.
Tylko Ezra nigdy nie próbował na niego wpłynąć, nie mówił mu, co powinien robić i jak znaleźć swoje miejsce w skomplikowanej rzeczywistości, pełnej pokus i kretynów. Nie zabronił mu zaręczyn z przypadkowo poznaną Ukrainką, nie zakazał trzykrotnej zmiany uniwersytetu, nie zwyzywał od idiotów, gdy czekał na wyniki testu na AIDS. Zawsze był, gotów dać pieniądze na kolejny wyskok młodego Silvertona, zaproponować nowy kierunek jego poszukiwań, ale przede wszystkim – zapewniając milczące wsparcie. Gdyby nie on, Jeremy stoczyłby się na artystyczne dno i zmienił w zadłużonego ćpuna albo nieznośnego, kapryśnego artystę. Zamiast tego, w wieku dwudziestu ośmiu lat zdecydował się poświęcić większość swojego czasu jego firmie, zrezygnował z pierwszych stron gazet i tworzenia niezrozumiałych dzieł sztuki.
Mógł to zrobić, ale nie chciał. Wolał zostać jednym z nazwisk działu kreatywnego, odpowiadającego za aspekty wizualne czy to projektów, czy to to kampanii reklamowych. Szał i bunt, które ogarnęły go wraz z osiągnięciem szesnastego roku życia zniknęły, pozostawiając pewnego siebie i poukładanego specjalistę, którego nie sposób było przegadać, ani zaprosić do swojego łóżka.
Do zawiedzionego nastolatka ze złamanym sercem w końcu dotarło, że jego wściekłość niczego nie rozwiąże i jedyną osobą, która warta była jego uczuć i czasu, był nie kto inny, jak starszy brat. Młody Silverton był mu winny tak wiele, że zapewne do końca życia nie spłaci swojego długu – ale bóg mu świadkiem, że zamierzał zrobić wszystko, by pomóc Ezrze i pokazać własną dojrzałość oraz kompetentność. Nie istniała prośba, której by odmówił.
Nawet, jeśli wymagała od niego zdolności teleportacji.
Nie zdążył się spakować. Nie zdążył się umyć. Ba, nie zdążył nawet zamknąć swojego apartamentu – a już wsiadał w prywatny samolot Ezry i leciał na konferencję, by pomóc mu w czymkolwiek, co zamierzał zrobić. Wszystkim zajęli się pracownicy jego brata, dzięki czemu gdy dotarł do hotelu, wyglądał olśniewająco, przeczytał większość materiałów i był gotów na każde wyzwanie, jakie przed nim stanie, niezależnie od tego, czy będzie musiał rozmawiać z dziennikarzami, prezesami konkurencyjnych firm, czy obsesyjnymi fanami SE.
Przygładził czerwony garnitur własnego projektu w windzie, wreszcie na moment pozwalając sobie na jedną myśl, którą przez ostatnie dwie godziny uparcie ignorował.
Co, jeśli on tam będzie?
Uniósł dłoń i docisnął ją do piersi, w miejsce które nagle zapulsowało nieprzyjemnym bólem. Minęło dziesięć lat, dziesięć lat, podczas których nigdy nie zobaczył Bradleya Astona we własnej osobie, ani z bliska, ani z daleka. Owszem, przez długi czas chorobliwie wyszukiwał o nim informacje w internecie i gazetach, kolekcjonował zdjęcia, darł je i masturbował się do nich, ale nigdy nie był tak blisko jak w tym momencie. Było więcej niż prawdopodobne, że nie tylko prezes AI pojawi się w zasięgu jego wzroku, ale będzie zmuszony (chętny?) do zamienienia z kim kilku zdań. Co zrobi wtedy?
Czy gdyby Ezra wiedział, poprosiłby o przyjazd?
Nigdy nie pozna odpowiedzi na to pytanie, ponieważ nigdy mu nie powie. Nie powiedział wtedy, kiedy tego pragnął ponad życie, nie powiedział wtedy, gdy cierpiał ze złamanym sercem, nie powie więc i teraz, gdy minęło już tak dużo czasu i zarówno on, jak i Aston, zapomnieli o całej sytuacji. O kilkunastu tygodniach kompletnego szaleństwa i zapomnienia, dzięki którym Jerry poznał smak prawdziwej, pierwszej miłości, której nie potrafił wymazać ze swojej pamięci, niezależnie od tego, jak bardzo tego pragnął. Tamte uczucia już minęły. Były wspomnieniem, wyidealizowanym, ale też wyblakłym.
Bradley, jego Bradley był nikim. Nie towarzyszył mu przez te wszystkie lata, nie wiedział, co przeszedł. Jedyne, co zrobił, to przetarł szlaki dla kolejnych mężczyzn i zniszczył miłość do farb.
Nie był już nawet jego.
Nie, tak naprawdę nigdy nie był.
To wszystko już minęło. Minęło, dlaczego więc, po raz pierwszy po tylu latach czuł ból w piersi, w miejscu, w którym kiedyś było serce, które oddał jednemu jedynemu mężczyźnie?
Zamknął oczy, odcinając się na moment od swojej sylwetki. Zignorował ułożone starannie czarne włosy, wystające spod nich wielokolorowe kosmyki, twarz w wielu miejscach tak podobną do tej należącej do jego brata, wyraźnie zarysowane kości policzkowe, zaróżowione ze zdenerwowania, które nagle go opanowało. Odciął się od swojego intensywnie zielonego spojrzenia, które w tym momencie wypełnione było wyłącznie bólem, uczuciem na które nie miał żadnego prawa.
Odetchnął z trudem.
Tu nie chodziło o niego. Chodziło o Ezrę. Ezra go potrzebował, więc przyszedł i zrobi wszystko, by mu pomóc.
Urocza asystentka jego brata zgarnęła go z windy i zaprowadziła do jednej z mniejszych, konferencyjnych sal, w której czekał wcale nie tak mały tłum dziennikarzy i prezesów. Większość z obecnych tam osób Jeremy znał, jeśli nie osobiście, to z widzenia, dlatego od razu się rozluźnił. Wiedział, czego się spodziewać.
Do tego nie zauważył Astona.
Kolejny problem z głowy.
Podszedł do Ezry i przytulił go mocno do siebie, witając się jak zawsze krótko, ale z pełnią uczuć. Dopiero potem spojrzał na jego twarz – i już wiedział, czemu został w ogóle wezwany.
- Wyglądasz koszmarnie - zapewnił go z braterską szczerością, klepiąc lżej po ramieniu.
- Nie wierzę, że założyłeś ten garnitur - odwdzięczył się Ezra, brzmiąc znacznie lepiej, niż się prezentował.
- Nie mów, że nagle zacząłeś się wstydzić swojego gejowskiego braciszka. - Jerry puścił do niego oko ze śmiechem. Zdążył jeszcze otrzymać w odpowiedzi jakże znaczące wywrócenie oczami, któremu jednak towarzyszyło dziwne wygięcie warg, które przykuło uwagę młodszego Silvertona. Oczekiwał innej reakcji i ta wywołała w nim zaniepokojenie, nie mógł jednak spytać się o powód takiego zachowania, ponieważ jednocześnie stały się dwie rzeczy: próg sali przekroczył były ukochany Jeremy’ego, a spotkanie z dziennikarzami się rozpoczęło.
Prezes SE delikatnie, ale znacząco, nakierował brata na odpowiednie miejsce przy stole, samemu siadając obok. Po dziesięciu latach Jerry nie mógł nawet spojrzeć na Bradleya, nie pozwolono mu przesunąć po nim spojrzeniem, nie mógł zobaczyć jego reakcji na swoją obecność, nie mógł nawet stwierdzić, czy jakkolwiek się postarzał. Musiał skupić się na swoich obowiązkach, a cały strach, podekscytowanie i złość – nie miał pojęcia, skąd ona przybyła – zepchnąć na później.
Zajął się czarowaniem dziennikarzy, tylko trochę zaskoczonych jego obecnością. To od Ezry uczył się czarowania tłumów i kierowania ich uwagi tam, gdzie chciał. Potrafił żartować z równą naturalnością, co jego brat, nie było jednak w nim ani grama tego nonszalanckiego profesjonalizmu, które przyciągały uwagę wielu. Młodszy Silverton wywoływał w ludziach emocje dzięki entuzjazmowi i naturalnej radości, chętnie odpowiadał na pytania i niejednokrotnie nawiązywał w swoich odpowiedziach czy to do jakiegoś artysty, czy też pospiesznie szkicował coś na kartkach z materiałami i prezentując swoje spojrzenie na ważne kwestie. Tak jak Ezra roztaczał dookoła siebie aurę charyzmatycznego lidera, tak Jeremy był przyjaznym i ciepłym kolegą, który chętnie dzielił się ciekawostkami i zdradzał tajemnice, których nie wolno było mu powiedzieć.
A przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Pod wieloma względami był znacznie bardziej niebezpieczny od swojego brata, ponieważ z łatwością usypiał czujność, a później miażdżył oponenta, zanim ten zdążył zauważyć, co go trafiło.
Podczas tego spotkania nie musiał jednak wyciągać pazurów i odgryzać niczyjej głowy. Jego zadaniem było skupienie na sobie uwagi, stworzenie show i sprawienie, by wszyscy zapomnieli o nieobecności Ezry.
I dokładnie to zrobił.
Nie było w nim ani grama niepewności, tików nerwowych, prześladujących go w młodości. Nie był już szczupłym, nieśmiałym, ale zadziornym chłopaczkiem, tylko Silvertonem przez wielkie „S”. Nie uśmiechał się subtelnie, nie uciekał wzrokiem, nie poddawał spontanicznym emocjom, nie patrzył zauroczonym wzrokiem na Astona.
Prawdę powiedziawszy, przez całe spotkanie nie spojrzał na niego ani jeden raz. Zabił ciekawość i ból, skupiając się na zadaniu. Dopiero wtedy, gdy kolejka pytań doszła do prezesa AI, pozwolił sobie ostrożnie skupić na nim wzrok.
Zabolało. Bóg mu świadkiem, że zabolało, niemal pozbawiając tchu.
Dziesięć lat. Nigdy wcześniej nie zastanowił się nad tym, jak długi to czas.
Znowu chciał go uderzyć. Znowu chciał zacząć rzucać w niego przedmiotami, pędzlami, farbami, długopisami i wszystkim innym, co mógł znaleźć pod ręką – zupełnie tak, jakby nie minęła nawet chwila od tego przeklętego wieczoru.
A jednocześnie widział zarówno po sobie, jak i po nim, jak wiele się w nich zmieniło. Dziesięć lat. Czym było kilka tygodni szalonej miłości w zderzeniu z dziesięcioma latami? Niczym. Mrugnięciem oka. Pstryknięciem palcami.
Miłością mojego życia.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Wto Lis 06, 2018 7:06 pm

Bradley nie mógł określić emocji, jakie nim targnęły, kiedy zobaczył Jeremyego. Było w tym jednak coś dziwnego i dość nieprzyjemnego, jak moment przed straceniem świadomości, kiedy wszystko w koło ciemnieje, zaciera się i przestaje mieć znaczenie.
W jednym momencie, Bradley Aston, prezes jednej z czołowych firm technologicznych, stał się po prostu zwykłym, szarym człowiekiem, człowiekiem z wieloma wadami i ukrytą historią, którą sprawnie taił przed całym światem.
Dziesięć lat.
Dziesięć lat minęło, odkąd widział młodego Silvertona po raz ostatni. Wtedy, w ten deszczowy, chłodny dzień, kiedy jego własne mieszkanie zamieniło się w absurdalne pole walki. Jeremy rozbił wtedy cały komplet kieliszków, tłukąc je o ścianę, chyba tylko przypadkowo nie trafiając w Bradleya. Krzyczał. Długo, histerycznie, przełykając łzy, wyzywając go od najgorszych, nie pozwalając się dotknąć. Aston też krzyczał. Dobitnie i twardo, próbując go uspokoić, wyjaśnić, w pewnym momencie nawet udobruchać, co skończyło się tylko i wyłącznie trzaśnięciem drzwi i końcem ich znajomości. Zamknął burzliwy, namiętny i pełen czułości rozdział, trwający zaledwie kilka tygodni. I dopiero wtedy, gdy nie słyszał jego głosu, gdy nie widział osiemnastoletniej, blond czupryny przy swoim boku, zrozumiał, że nie była to zwykła fascynacja, przelotny romans czy chęć zaznania czegoś nowego.
Kochał go. Tego młodego, o dwadzieścia lat młodszego chłopaka, który jak grom z jasnego nieba zjawił się w jego życiu.
Bradley wrócił do rzeczywistości, siadając na swoim miejscu. Podczas gdy dziennikarze tak licznie obskoczyli młodego Silvertona, on mógł spokojnie przyjrzeć się jego twarzy, ruchom, drobnym gestom, starając się dojrzeć to co kiedyś. Ku własnemu, lekkiemu zawiedzeniu, stwierdził, że po tamtym chłopaku nie było już śladu. Zamiast niego stał dojrzały, przystojny mężczyzna, pewny swoich działań i absolutnie nie pamiętający o jego istnieniu. Tylko oczy, niesamowicie zielone, zdawały się być takie same jak dziesięć lat temu.
On też się zmienił. W jego wieku, dziesięć lat było słabo widoczne, ale jednak dostrzegalne po dłuższej analizie. Chociaż czarne włosy nadal nie utraciły swojego koloru, oczy utraciły dawny blask na rzecz chłodnej kalkulacji i dystansu. Wraz z rozrostem firmy, stracił łobuzerski uśmiech i błysk w tęczówkach, przestał reagować impulsywnie i nie dawał się już prowadzić sercu i jego zachciankom. Stał się tym, przed czym zawsze straszył go Jeremy. Przed tym cholernym, biznesowym zdziadzieniem, przed wtopieniem się w tłum tych samych, szarych twarzy i garniturów. Nie pozwalał sobie na plamy farb na drogim materiale, tak samo jak nie pozwalał sobie na miłość.
Przede wszystkim, nie pozwalał sobie na wspomnienie młodego Silvertona.
- Przepraszam za spóźnienie - podenerwowany głos Vincenta sprowadził go na ziemię. Szare oczy prezesa spoczęły na swoim asystencie, który teraz nerwowo rozgrzebywał przyniesione dokumenty.
- Nic się nie stało. Jesteś w samą porę - powiedział, rozglądając się. - Gdzie Charles?
Vincent uniósł brwi i wzruszył tylko ramionami.
- Nie wiem. Nie widziałem go - odpowiedział. - Mam go poszukać?
- Nie trzeba. Sam się znajdzie - mruknął jedynie, opierając podbródek na zaciśniętej pięści.
- Och, fajny garnitur. To brat prezesa Silverton? Podobno jest znanym artystą - asystent mówił, mówił zbyt wiele i Bradley pragnął w tym momencie, by po prostu ucichł. Ponownie zerknął na energicznego Silvertona, na jego uśmiech, styl wypowiadanych żartów, po których kilku dziennikarzy serdecznie się zaśmiało. Potrafił ich porwać tak, jak potrafił porwać jego.
Dziesięć lat.
Zdumiewające, że po takim czasie, doskonale pamiętał jak się poznali. Co więcej, pamiętał nawet w co był wtedy ubrany. Pamiętał rozwiane, jasne włosy i pewny siebie uśmiech, w tej kawiarni na przeciwko jego firmy, zawsze pustej, pomimo dobrej lokalizacji. Kupował tam codziennie kawę, a pewnego dnia, los sprezentował mu też Jeremyego. Malował wtedy, jakieś abstrakcyjne, niezrozumiałe wtedy dla Bradleya rzeczy. Więc zagadał, bo wewnętrzna ciekawość zwyciężyła. A później, w kolejnych dniach, chłopak znowu tam był i znowu rozmawiali. Czasami tak długo, że Bradley na złamanie karku biegł do firmy, przypominając sobie o spotkaniu.
- Chyba jest dużo młodszy od brata. O jakieś dwadzieścia lat? - Vincent pomimo marzeń Bradleya, nadal mówił. Kiwnął więc tylko głową, dość niechętnie.
Dwadzieścia lat. Różnica wieku, która była wtedy dla niego nie do przeskoczenia.
A teraz? Czy teraz byłoby inaczej?
Ich spojrzenia się minęły. Bradley odwrócił wzrok, nie wychwytując spojrzenia Jeremyego, skupiając się na dziennikarzach.
- Panie Aston, jak pan odniesie się do rewelacji, jakimi uraczył nas prezes Silverton Electronics?
Odciął się. Przestał o nim myśleć, z wieloletnia wprawą, z delikatnym uśmiechem odpowiadając na każde skierowane do niego pytanie. Był profesjonalistą, gdyby taki nie był, nie zaszedłby tak daleko. Vincent podawał mu potrzebne materiały, od czasu do czasu spoglądając na szefa z pełnym dumy spojrzeniem. Trzeba było przyznać, że Bradley także prezentował się dobrze. W drogim garniturze, dobrze ułożoną fryzurą, nadal gładką twarzą bez zmarszczek. Był przystojny i życzliwy, posiadał tej dojrzały urok, do którego lgnęły kobiety.
Na lekkie rozluźnienie pozwolił sobie dopiero, gdy dziennikarze skończyli wywiady, pakując aparaty i mikrofony do toreb. Wtedy też zrobiło się kolejne zamieszanie, kiedy członkowie konferencji ruszyli ze swoich miejsc, szurając krzesłami.
- Vince, zabierz wszystkie dokumenty i zanieś je do mojego pokoju. Znajdź też Charlesa. Za dwie godziny mamy oficjalny obiad z pozostałymi prezesami - poinstruował Aston, wręczając asystentowi wspomniane dokumenty. Poprawił krawat i odczekał tyle, by jego pracownik zniknął mu z pola widzenia.
Zdecydował. Pomiędzy kolejnymi,nużącymi pytaniami reporterów, zdecydował, że nie pozwoli przejść młodemu Silvertonowi tak obojętnie. Nawet, jeśli miałby znowu usłyszeć masę wyzwisk.
Odnalazł spojrzeniem czerwony garnitur, po czym ruszył w kierunku Silvertona, ostatecznie zatrzymując się przed nim.
W myślach, było to proste. Podejdzie, przywita się, może wymieni z nim kilka zdań. W praktyce jednak, otworzył usta, nie bardzo wiedząc co ma powiedzieć, wpatrując się w pytające, zielone oczy i czując się jak kompletny idiota.
- Minęło trochę czasu. Dobrze Cię widzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Wto Lis 06, 2018 8:15 pm

Aston nadal był przystojny, to trzeba było mu przyznać. Bogactwo i potęga mu służyły, wyostrzając rysy twarzy, dodając zarówno bardziej tajemniczych, jak i bardziej stanowczych nut. Był bardzo odmienny od Silvertonów i na tym właśnie zbudował swoje imperium. Jego charyzma była subtelniejsza, nie emanowało od niego wyzwanie, tak często obecne w Ezrze i Jerrym. Podczas gdy oni tylko czekali, aż świat pochwyci przynętę i spróbuje ich zaatakować, dopytać, tryumfalnie dostrzec lukę w ich rozumowaniu – by mogli zmiażdżyć przeciwnika w sposób, jakiego się nie spodziewał – Bradley był wręcz łagodny. Stabilny, opanowany, cierpliwy i pewien swego. On nikogo nie niszczył, jego oponenci sami się wycofywali. Właśnie przez jego upór wciąż był niesamowicie istotnym producentem, z którego zdaniem liczył się każdy, nawet Silverton. Był tak odmienny – i dlatego tak niesamowity.
Jeremy pamiętał, czemu się zakochał w tym konkretnym mężczyźnie. Pamiętał ich delikatne flirty, bezpieczeństwo, jakie czuł przy starszym mężczyźnie, potęgę, jaka wynikała z jego spojrzenia. Przy nim był niezwyciężony, a jednocześnie o nic nie musiał walczyć. Tak jak lubił pokazywać swoją wyższość i drażnić, tak przy Astonie odnalazł spokój i ciszę. Przy nim mógł być sam, a jednocześnie być przy kimś. Mógł rozmawiać godzinami, ale mógł też godzinami malować, popadając w relaksującą rutynę. W wieku osiemnastu lat był cholernie problematycznym i zbuntowanym dzieciakiem, któremu miłość pomogła zapanować nad wszystkimi innymi, kotłującymi się w nim cały czas, emocjami. Nie tylko lubił z mężczyzną dyskutować, czuć na sobie jego spojrzenie i poznawać rozkosz płynącą z kontaktu z doświadczonym kochankiem, ale podobały mu się też te momenty, gdy nie robili nic konkretnego, skupieni we własnych myślach, jedynie delikatnie się dotykając i wspólnie popijając wino albo jedząc niechlujnie zrobione kanapki.
On go naprawdę kochał. Był pewien, że spędzi z nim resztę swojego życia, że zostanie jego sławnym malarzem, że będzie wspinał się po szczeblach kariery po to, by pewnego dnia się z nim zrównać i powiedzieć „dałem radę! Bądź ze mnie dumny”. Bradley był dla niego całym światem, wkroczył w rzeczywistość pełną złości i niezrozumienia i wprowadził tam spokój. Zajął jego myśli, jego ciało, jego sztalugi i szkicowniki – a gdy Jeremy poprosił go o wejście w jeszcze jeden istotny element, wycofał się. Nie tylko zniszczył cały porządek, do jakiego doprowadził, ale wywrócił wszystko do góry nogami.
Młodszy Silverton nie był dumny z tego, czego się chwytał, by zapomnieć o ukochanym. Nie był dumny z kłótni z rodzicami, z przygodnych kochanków i seksu bez zabezpieczeń, z używek i podróży w najodleglejsze miejsca na świecie.
Tylko Ezra nie pytał, a był. Człowiek, którego aprobaty Jerry był pewien i któremu chciał przedstawić miłość swojego życia.
A Bradley mu odmówił.
Jeremy odwrócił wzrok od swojego byłego ukochanego, podniósł się z krzesła i włożył dłonie do kieszeni spodni, obracając się ku jednemu z prezesów i zamieniając z nim kilka zupełnie niezobowiązujących zdań. Odegnał ból i złość po raz kolejny, skupiając się na czymkolwiek innym, licząc że Aston wykorzysta ten czas na podkulenie ogona i zmycie się z sali. Nie chciał z nim rozmawiać, nie wiedział, co miałby mu do powiedzenia po tych dziesięciu latach. Wmawiał sobie, że zapomniał, że mu przeszło, ale prawda była inna i stała się oczywista w chwili, w której go zobaczył.
Nigdy nie przestał kochać Bradleya Astona.
Sala powoli pustoszała, a on wciąż nie kierował się do drzwi, nie odwracał się, obawiając że ponownie jego wzrok spocznie na starszym prezesie. Wiele mogło zmienić się w ich życiach, w ich obowiązkach, w ich doświadczeniach, ale w tym momencie Jerry czuł się znowu jak osiemnastoletni dzieciak, który usilnie próbował nie patrzeć na obiekt swoich westchnień.
Pożegnał się z Nicholasem, potwierdzając że na pewno pojawi się na obiedzie i będą mogli kontynuować rozmowę na temat aktualnych trendów, a później wziął głęboki wdech, obrócił się na pięcie i… niemal zderzył z prezesem AI.
Podniósł na niego spojrzenie, z mimowolną irytacją stwierdzając, że nadal był od niego trochę niższy, przez co cały czas patrzył nań z dołu. Czego on chciał? Był najbliżej drzwi, chyba wszyscy już wyszli, czemu do niego podszedł, czemu na niego zaczekał?
Młody Silverton poczuł, że serce bije mu szybciej. Wbił wzrok w milczącego byłego kochanka, czekając aż ten przerwie ciszę, a sekundy nieznośnie zaczęły się dłużyć. W jednej chwili czas płynął normalnie, a w drugiej wszystko było po stokroć spowolnione. Oczy Astona były z bliska piękne, tak samo hipnotyzujące, jak kiedyś. Był zbyt gładko uczesany i idealny, by Jerry uznał go za prawdziwie seksownego, ale nawet w takiej sytuacji czuł do niego pociąg. Prezes Aston Industries nie zmienił się tak bardzo, jak on, przynajmniej nie fizycznie. Grube pieniądze pomogły mu zachować młodość i sprawić, że wręcz emanował czystością i ułożeniem.
Wreszcie brunet się odezwał. Jeremy niemal poczuł, jak jego własne oczy rozszerzają się w szoku.
Po tylu latach… po tym wszystkim… wyglądając w ten sposób…
Odsunął się o krok i powiódł spojrzeniem po byłym kochanku, jakby sprawdzał, czy ten faktycznie przed nim stoi. Dostrzegł wypolerowane eleganckie buty, ciemnoszary garnitur, białą koszulę i ciemny krawat. Wyglądał jak spod igły, ubrany o kilka półek wyżej niż wtedy, gdy się poznali – a już w tamtych czasach nie dbał specjalnie o wydatki na strój. Ten, który miał na sobie w tym momencie, musiał być zrobiony na zamówienie, ponieważ idealnie oplatał jego ramiona i pas, podkreślał rysy twarzy i dodawał tego nierealnego elementu perfekcji, który zmieniał go z człowieka w idealną lalkę. Był tak wspaniały, że aż nierzeczywisty.
Prawdziwy biznesmen, wpływowy i bogaty, emanujący pewnością siebie. Efekt pracy zapewne dziesiątek ludzi, którzy w każdej chwili dbali, by przypadkiem nie popełnił jakiegoś błędu, nie wybrał czegoś bardziej ekstrawaganckiego, nie pomiął kołnierzyka i krzywo zawiązał krawatu. Miał za zadanie wzbudzić zaufanie, przyciągnąć uwagę, ale nie rzucać się w oczy.
Jeremy opuścił spojrzenie, sięgając do kieszeni marynarki, z której wyjął swoje wieczne pióro. Kilkoma wypracowanymi ruchami je rozkręcił, a następnie wyjął nabój wypełniony czerwonym tuszem, którym jeszcze kilka chwil wcześniej szkicował pospiesznie plakat, jaki będzie promował Universe. A potem ścisnął go, tryskając atramentem na starannie wyprasowany, idealny i perfekcyjny garnitur prezesa AI.
Wewnętrzna złość i spięcie zniknęły, rozluźniając delikatnie jego ramiona i mięśnie twarzy. Podniósł spojrzenie znów na twarz mężczyzny… a potem jego oczy rozszerzyły się w szoku. Cofnął się o kolejny krok, upuszczając na podłogę trzymane części pióra, brudząc posadzkę i ich buty.
- Boże - wydusił z siebie wreszcie, patrząc raz po raz to na twarz swojego konkurenta-i-eks-w-jednym. - As, przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło - powiedział pospiesznie, sięgając do poplamionej marynarki mężczyzny, nie zauważając nawet, że zwrócił do niego w ten sam sposób, co dawniej.
Przyzwyczajenie? Szok? Tęsknota?
Rozejrzał się ze spanikowaniem po sali. Czy ktoś zobaczył jego wyskok? Czy jednym głupim odruchem dostarczył dziesiątce dziennikarzy materiały na szokujące nagłówki na najbliższy miesiąc? Zniszczył wizerunek firmy brata, który mu całkowicie zaufał?
Nikogo oprócz ich dwójki nie było.
- Wybacz. Zapłacę oczywiście za pralnię. Albo nowy garnitur - zapewnił, wciąż jednak wyraźnie pod wpływem szoku, trzymając za nieszczęsny, cholernie drogi materiał w pobliżu nieszczęsnej plamy.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   

Powrót do góry Go down
 
Za zamkniętymi drzwiami
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: