CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Za zamkniętymi drzwiami

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Za zamkniętymi drzwiami   Pią Paź 26, 2018 12:26 pm

First topic message reminder :


CHARLES BLACKWOOD|35 lat|GŁÓWNY KSIĘGOWY W KORPORACJI ZAJMUJĄCEJ SIĘ PROJEKTOWANIEM I PRODUKCJĄ ELEKTRONIKI|KAWALER DO WZIĘCIA|CICHA WODArobiloda


EZRA SILVERTON|44 lat|PREZES PRZEDSIĘBIORSTWA ZAJMUJĄCEGO SIĘ TECHNOLOGIĄ I ELEKTRONIKĄ|ŻONATY|NIE POTRAFI TRZYMAC JĘZYKA ZA ZĘBAMI
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online

AutorWiadomość
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Wto Lis 06, 2018 9:09 pm

Przez chwile, Bradley analizował wszystkie, możliwe scenariusze ich rozmowy. Patrząc przez pryzmat ich burzliwego rozstania, obstawiałby na rzucanie mięsem, może nawet uderzenie, przyjmując, że Jerry byłby mocno niedojrzały.  Nie zdziwiłby się też, gdyby młody mężczyzna minął go bez słowa, demonstrując swoją niechęć do jego osoby. I chociaż przyjąłby to z bólem, mógłby to całkowicie zrozumieć. To on zawinił. Przez te wszystkie lata, zrozumiał jak bardzo musiał go zranić swoimi egoistycznymi pobudkami, jak bardzo widział jedynie czubek własnego nosa, zamiast dostrzec prawdziwe, szczere uczucia Silvertona. Jerry miał prawo go nienawidzić, miał prawo wymazać go z pamięci i uznać za najgorszy błąd życia.
Jednakże, tak jak przewidziałby wiele, tak zachowania rozmówcy w tym momencie, zdecydowanie nie.
Na przystojnej twarzy prezesa AI wystąpiło zdumienie, lekkie zdezorientowanie, gdy czerwony tusz oblepił materiał garnituru.Milczał, słysząc jak serce mu bije, jak oddech urywa się i więźnie mu w płucach. Szare oczy obserwowały te drugie, wyraźnie tak samo zdziwione i spłoszone.
Cholera. Nawet po takim czasie, nie potrafię się złościć.
Uderzyło go to, jak się do niego zwrócił. Mówił do niego tym dziwnym, wymyślonym przez siebie zdrobnieniem, które wymyślił chyba ich pierwszej albo drugiej nocy, kiedy leżeli w wymiętolonej pościeli, wdychając świeże powietrze z uchylonego okna. Jakby nic się nie stało, jakby nie było tej przepaści, jakby dalej był jego.
Rozczulił go. Sprawił, że Aston westchnął jedynie, delikatnie sięgając do jego dłoni, tej, która mocno trzymała materiał jego brudnej marynarki. Oplótł palcami smukły nadgarstek, spokojny i opanowany, chociaż gdzieś w środku ogniły się te wszystkie chęci, te impulsywne emocje, które pragnęły wziąć górę.
Chciał go przytulić. Wziąć w ramiona, pocałować, przeprosić.
Odsunął jego dłoń delikatnie, dalej jej jednak nie puszczając.
- Nic się nie stało - powiedział jedynie, nie spuszczając spojrzenia z jego twarzy. - I tak nigdy go nie lubiłem - dodał, dopiero teraz spoglądając na czerwone plamy, prezentujące się okazale na jasnym materiale. Co za ironia. Kiedyś kolory częściej kwitły na jego szarych i ponurych ubraniach.
Na wzmiankę o odkupieniu garnituru, tylko pokręcił głową i uśmiechnął się delikatnie. Nie potrzebował kolejnej części garderoby. Chociaż należał do ludzi bogatych, nie był przy tym chciwy. Zarabiał po to, by pieniądze wydawać, ale rzadko robił to ostentacyjnie i dla pożywki innych. Nie czuł takiej potrzeby, tak samo jak potrzeby upominania się o naprawienie wyrządzonej szkody.
- Należało mi się - przyznał, czując jak skóra Jerryego pali go pod opuszkami palców. Puścił jego nadgarstek, opuszczając dłonie, przed tym jeszcze poprawiając poły marynarki.
- Wykonałeś kawał dobrej roboty, jeśli chodzi o design reklamy dla SE. Jestem pod wrażeniem - rzucił po chwili, przechylając delikatnie głowę. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, pozwalając sobie na odrobinę luźniejszą postawę. Mówił prawdę; wiedział, że młody Silverton był zdolny, ale z kolejnymi latami, nabrał wprawy i poszerzył swoje horyzonty. Może nie były to obrazy, na które uwielbiał patrzeć, ale jednak było to jego dziecko, autorska kreacja, trochę tylko zeszlifowana przez ludzi Ezry. Cieszył się, że mu szło.
- Mam nadzieje, że dalej malujesz. Szkoda by było zmarnować tak znakomita rękę - mógł mówić wiele, o wszystkim, omijając najważniejszy temat, który tak bardzo go nurtował. Wystarczyło jedno słowo, jeden gest, jedno przepraszam. Ale tak naprawdę, czy tusz na marynarce nie był wystarczającym dowodem na to, że potrzeba było czegoś więcej, by załagodzić sytuację? Innego miejsca, innych okoliczności.
Poprawił lekko włosy, rozglądając się. Sala nadal była pusta, sprzątaczki jeszcze nie nadeszły. Nawet na korytarzu zrobiło się cicho, jakby los specjalnie dawał im szansę na chwilę rozmowy.
- Jerry, ja...- urwał. Ponownie na niego spojrzał, na powrót poważniejąc, mieląc w ustach te wszystkie słowa, którymi chciał go obdarować. Nie sądził, że w wieku 48 lat, w dodatku na jego stanowisku, będzie miał problem z wyrażeniem własnych uczuć i emocji.
Zrobił krok w kierunku mężczyzny, delikatnie pochylając się w jego kierunku, jakby bał się, że ktokolwiek mógłby usłyszeć ich rozmowę.
- Przepraszam. Powinienem to zrobić dawno temu. Przepraszam, że zachowałem się jak idiota. Przepraszam za to, że pozwoliłem Ci wtedy wyjść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Sro Lis 07, 2018 11:58 am

Zareagował zupełnie spontanicznie, wcale nie zastanawiając się nad swoimi czynami i ich potencjalnymi konsekwencjami. W jednej chwili był Jeremym Silvertonem, czarującym dziennikarzy, dorosłym, rozsądnym mężczyzną, a w drugiej zmienił się w osiemnastoletniego szczeniaka, który nie potrafił przejść obojętnie obok nijakiego garnituru swojego ukochanego. Nawet nie pamiętał, kiedy ostatnio pobrudził czyjś strój w tak celowy i spowodowany emocjami sposób. Było zupełnie tak, jakby marynarka Astona osobiście go obraziła, sprowokowała do zachowania, z którym już dawno się pożegnał.
Którego świadkiem zawsze był tylko i wyłącznie Bradley.
Pozwolił się chwycić za nadgarstek, chociaż coś zabolało go w piersi, gdy dotarło do niego, iż najbliższy mu kochanek nie chciał mieć z nim nawet takiego kontaktu. Przecież nie dobierał się do niego, nie próbował nawet dotknąć jego nagiej skóry – po prostu impulsywnie zareagował, a później patrzył na dowody swojej głupoty w szoku. Niemal tak, jakby liczył, że jego palce same, w magiczny sposób, wyciągną atrament z ubrania.
Cofnął wypuszczoną z uścisku dłoń i schował do kieszeni spodni, opuszczając wzrok, by jego towarzysz nie dostrzegł, jak przykro mu się zrobiło. Z jednej strony chciał mieć pretensje do Bradleya, spytać, po co do niego podszedł, skoro nie chciał mieć z nim nic do czynienia, ale z drugiej… czy miał prawo od niego czegokolwiek oczekiwać? Minęło dziesięć lat. Dziesięć długich, samotnych lat, podczas których prezes AI mógł znaleźć kogoś innego, kogo pragnął dotykać i czyj dotyk był mu miły. Jeremy nie mógł nawet czuć się odrzucony, bo przecież mieli to już za sobą.
Poczuł, że w gardle formuje mu się gula czegoś nieprzyjemnego. Miał problem ze skupieniem się na słowach starszego mężczyzny, w większości wyczuwał raczej jego ton i postawę, które świadczyły o jego… obojętności.
Kolejna szpila wbita prosto w serce młodego Silvertona. On wciąż go kochał, wciąż za nim tęsknił. Obawiał się bardziej zbliżyć, by przypadkiem nie poczuć jego zapachu. Nie dostrzec miękkości ust. Nie potrafił już spojrzeć mu w oczy, bo wiedział, że szare spojrzenie przywoła wszystkie wspomnienia, które z taką desperacją zakopał pod innymi, wypełnionymi gniewem i rozpustą.
A Aston mówił o jego pracy. Zarówno słowa, jak i ich brzmienie, przesyłały jasny sygnał. Jesteśmy tylko znajomymi. Już mi na tobie nie zależy. Zwykły, pusty small talk, nawiązujący może do ich przeszłości, ale jednocześnie pozostawiający w ukryciu wszystkie te chwile pełne uniesień, pełnych uwielbienia spojrzeń i lat pełnych tęsknoty.
To oczywiste, że on już o nim zapomniał. Czym było dla niego kilka tygodni, w niemal pięćdziesięcioletnim życiu? Jerry nie był jego pierwszym, nie był na pewno też jego ostatnim. Nie było pomiędzy nimi niczego wyjątkowego, niczego, o co chciałby walczyć. Nie dla niego przynajmniej. Nieważne było, że drugie tyle czasu młody artysta spędził czekając na jakikolwiek znak, gest, że Bradley jednak go chce. Że był gotów nawet zrezygnować z mówienia o wszystkim Ezrze. Że chciał po prostu znów mieć go obok siebie, patrzeć w jego szare oczy, słyszeć jego śmiech.
- Już od lat nie miałem w rękach farby i pędzli - powiedział cicho, głosem tak pustym i pozbawionym emocji, że zaskoczył nawet jego samego. Był smutny, zraniony, ale jednocześnie świadom, że jego uczucie należało do przeszłości. Nie miał już prawa nawet do tęsknoty za prezesem AI. Nie miał nawet prawa powiedzieć mu, że nie potrafił spojrzeć na farby, bo niezmiennie kojarzyły mu się z nim.
Wziął głęboki wdech, z trudem uciszając emocje szarpiące się w jego piersi. Był dorosły. Nie był już dzieciakiem, nie był tym samym człowiekiem, co kiedyś. Potrafił znieść chwilę niezobowiązującej wymiany zdań o niczym, by później obrócić się na pięcie i odejść do swojego świata, pozbawionego miłości jego życia. Nigdy, z nikim, nie dopasował się tak bardzo, jak z Bradleyem. Musiał w końcu pogodzić się z tym, że tak będzie już zawsze.
Przywołany po imieniu, wreszcie podniósł wzrok, zmuszając się do ukrycia bólu i tęsknoty, które dławiły go od środka. Przekrzywił głowę pytająco, czekając na to, co powie Aston. Zmniejszenie dzielącej ich odległości przyjął z zaskoczeniem, w ostatniej chwili powstrzymując się przed wyrównaniem jej jednym krokiem w tył. Delikatny zapach perfum uderzył w jego nozdrza. Napiął mięśnie ramion, powstrzymując się siłą przed wysunięciem dłoni z kieszeni i przyciągnięciem ku sobie ukochanego. Nieważne, że pachniał dokładnie tak samo, jak kiedyś.
Wstydzisz się mnie!
Mam być twoim brudnym sekretem!
Pomyślałeś, że wykorzystasz nastolatka, zabawisz się, a gdy ci się znudzi, wyrzucisz go jak zużytą zabawkę?
Nienawidzę cię!
Zamknął na moment oczy, odcinając się od wspomnień. Bolesnych słów, którymi rzucał na oślep, byle tylko złamać opanowanie i obojętność mężczyzny swojego życia. Chciał go zranić, pokazać mu, że go nie potrzebuje. Chciał zobaczyć, jak rezygnuje z rozsądku i dumy. Jak pęka na jego oczach i przeprasza.
Ironia.
Uniósł powieki, słysząc wreszcie to jedno, najważniejsze słowo. Słowo, na które czekał dziesięć długich lat, boleśnie świadom, że ono nigdy nie nadejdzie. A jednak w końcu był jego świadkiem.
- Ja też przepraszam - powiedział cicho, unosząc dłoń i układając ją na moment na ramieniu mężczyzny. - Nie miałem prawa się tak zachować. To był błąd. - Zmusił usta do uśmiechu, chociaż jego spojrzenie nadal było puste, obojętne wręcz, kryjąc wszystkie emocje za chłodnym opanowaniem. - To nie miało nigdy prawa się udać.
Jeremy wyminął miłość swojego życia, pozwalając dłoni zsunąć się niżej, a potem oderwać. Ruszył w kierunku drzwi ze świadomością, że to tak naprawdę był koniec. Nie wtedy, tamtego wieczora, gdy biegł przez deszcz i płakał, nie wierząc w swoje nieszczęście. Dopiero po dziesięciu latach zamknęli za sobą ten rozdział.
Już nic mu nie pozostało. Nawet złości musiał się wyzbyć, ostatniej emocji, którą pozostawił za sobą Aston.
- Mam nadzieję, że jesteś teraz szczęśliwy, As - powiedział na odchodnym.
Bo ja nigdy nie będę.
Gdybyś o to poprosił, oddałbym ci nawet swoje życie.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Sro Lis 14, 2018 9:34 pm

Chociaż przed nim stał dojrzały mężczyzna, Bradley miał przed oczami tego osiemnastoletniego szczeniaka, który tak bardzo zawrócił mu w głowie od momentu ujrzenia go w kawiarni. Tego samego, który zagrzał miejsce w jego mieszkaniu, niewiedząc kiedy znosząc część swoich rzeczy, jakby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Chłopaka, którego trzymał w ramionach przed snem i u boku którego budził się, gdy nastawał ranek. Widział jego umazaną farbą twarz, kiedy kochał się z nim na rozłożonych, brudnych od kolorów gazetach, w pokoju gdzie tamten malował. Nadal słyszał jego głos, ten niski, przesiąknięty rozkoszą, głos wymawiający jego imię w taki sposób, że Aston był w stanie oddać mu wtedy wszystko co tylko by chciał. Wszystko, by przeciągnąć tamtą chwilę jeszcze dłużej.
Miał w dłoniach skarb, który z własnej głupoty stracił, a teraz, gdy po dziesięciu latach udało mu się go znowu zobaczyć, nie mógł zdobyć się na nic więcej niż na słowa, które sprawiały mu ból i dyskomfort.
Bradley nienawidził siebie z tamtego okresu. Nie lubił rozpamiętywać swoich chorych ambicji, strachu jaki czuł na myśl, że ktokolwiek mógłby dowiedzieć się o ich związku.
Związku.
Zdumiewające, ale pomimo krótkiego okresu ich znajomości wtedy, Bradley nigdy nie nazwał tego przelotnym romansem. Nigdy nie uznał tego za pomyłkę, nie porównał młodego Silvertona do krótkiego, nic nie znaczącego rozdziału w swoim życiu. Darzył go bowiem tak wielkim uczuciem, że słowo związek było oczywiste samo w sobie. Jeremy był jego drugą połówką, tym brakującym elementem, który przypadkowo odnalazł zamawiając małą czarną. Był osobą, przy której brakowało mu tchu, z która rozumiał się przecież jak nikt inny, chociaż dzieliła ich tak wielka różnica wieku.
Był dla niego wszystkim.
A teraz stał przed nim, przepraszając go za błędy Bradleya, wyglądając jakby miał zaraz pęknąć, rozsypać się na kawałeczki i całkowicie zniknąć.
Milczał zbyt długo. Wiedział o tym, bo cisza robiła się coraz bardziej nie do zniesienia. Patrzył na niego, jak cios znosząc sztuczny uśmiech na ładnej twarzy. Miał ochotę krzyczeć, widząc martwe, puste oczy, bez oznak dawnej radości. Chciał chwycić jego dłoń, tą, która znalazła się na jego ramieniu, powodując niekontrolowane ciepło. Złapać ją i schować w swoich dłoniach, może już nigdy nie wypuszczać. Ale nie zrobił tego, podobnie jak nie zrobił niczego, by przeciągnąć rozmowę.
Dopiero gdy tamten wypowiedział ostatnie zdanie, coś w nim pękło. Coś zmusiło go, by odwrócił się i w kilku krokach znalazł się przy Silvertonie, łapiąc go za przedramię. Obrócił go stanowczo w swoim kierunku, spoglądając na jego twarz, palce mocniej zaciskając na czerwonym materiale marynarki, jakby w obawie, że tamten zaraz mu ucieknie.
Bradley Aston, ten sam, który kierował wielką, dobrze prosperującą firmą, nie był w stanie teraz tego zakończyć. I nie zamierzał popełniać tych samych błędów co kiedyś.
- Przez te dziesięć lat nie byłem szczęśliwszy niż w momencie, kiedy Cię dzisiaj zobaczyłem - powiedział. Głos miał przepełniony szczerością, lekko drżący, bardzo niepodobny do zwyczajowego tonu, jakim częstował pracowników.
- Nie było pieprzonego dnia, żebym o Tobie nie myślał. Cholernej minuty, kiedy nie żałowałbym tego, co zrobiłem - pochylił się lekko w jego kierunku, na tyle blisko, że wyczuł delikatny aromat perfum i skóry, niemal zapraszający do pocałunków.
Nie wiedział, co w niego wstąpiło. W ułamku sekundy, nie było ważne, czy ktoś ich zobaczy, czy nagłośni to prasa, czy straci własną pozycję. Teraz, jedynym czego chciał, to zobaczyć jego uśmiech, ten niewymuszony i prawdziwy, który ciągnął za sobą błyszczące, jasne oczy, pełne wewnętrznej radości.  
Kochał go. Nadal go kurwa kochał. Nie zmieniło to ukrywanie się i brak kontaktu. Nawet niechęć do jego brata nie była czymś, co zmieniłoby jakkolwiek jego uczucia.
Zaskoczona twarz Silvertona na swój sposób była urocza. Aston uśmiechnął się delikatnie, przenosząc dłoń z jego przedramienia na policzek, który delikatnie, z lekkim wahaniem ujął. Był gotowy na to, że tamten go odepchnie, wyzwie od najgorszych i wyjdzie. Ale teraz, w tej chwili, napawał się tymi sekundami kulawej bliskości i tłumionej głęboko tęsknoty.
- Chcę Cię znowu pocałować - powiedział cicho. - Chce to wszystko naprawić - dodał.
Był blisko. Bezwstydnie blisko, na mało prywatnej sali konferencyjnej, pozwalając by jedynie milimetry dzieliły jego usta od ust Silvertona. Wystarczył jeden gest, by przestać omiatać jego wargi gorącym oddechem i wpić się w nie z pasją i dawno nieodczuwaną namiętnością. Tylko trochę, chwilkę...
- Wszędzie prezesa szukałem - jak grom z jasnego nieba, do pomieszczenia wparował Vincent, otwierając szeroko drzwi. Bradley wyprostował się, opuszczając dłonie, delikatnie cofając się w tył, zdziwiony nagłym pojawieniem się swojego asystenta.
- Niestety nie mogę nigdzie znaleźć Charlesa. Nie bardzo wiem, co mam teraz zrobić...- Vincent zerknął zmieszany na młodego Silvertona. Potem bardzo wolno dostrzegł czerwone plamy na garniturze szefa.
- Wszystko w porządku? To krew?! - Zawołał, doskakując do mężczyzny. Bradley, wyraźnie już poirytowany, złapał asystenta za ramię i odsunął go stanowczo.
- To tylko tusz - odpowiedział zwięźle, zerkając na Jeremyego. Nie doczekał jego reakcji, jego odpowiedzi, nawet drobnych, krótkich słów. Żadnego uśmiechu, nawet żadnej złośliwości. Nic.
Narzucam mu się. Robię z siebie kompletnego idiotę.
- Przygotować Panu nowy garnitur?
Bradley westchnął ciężko i w końcu spojrzał na Vincenta. Chowając gdzieś irytację jego osobą, uśmiechnął się i pokręcił głową, ruszając do drzwi.
- Nie. Poradzę sobie. Odwołaj moją obecność na kolacji. Chce odpocząć - rzucił jedynie, nim całkowicie się oddalił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Yesterday at 2:35 pm

Jeremy nie spodziewał się, że prezes Aston Industries zdecyduje się go zatrzymać. Nawet na to nie liczył, nie marzył o tym, nie błagał w duchu. Był pewien, że ich miłość się już skończyła, że Bradley znalazł sobie kogoś nowego i nie potrzebował już człowieka, z którym spędził raptem kilka tygodni swojego długiego życia. Fakt, że młody Silverton świata poza nim nie widział, musiał pozostać ukryty na wieki. Musiał pogodzić się wreszcie ze stratą miłości swojego życia i ruszyć do przodu, wyzbywając resztek emocji i przywiązania, którym dawał upust przez tyle lat.
Pochwycony za ramię, na moment zamknął oczy, nie potrafiąc uwierzyć, że Aston zdobył się na taki gest. Słysząc jego słowa, podniósł natychmiast powieki, musząc upewnić się, iż faktycznie to Bradley do niego mówi, że nie jest to przewidzenie, złudzenie, marzenie które wyrwało się spod kontroli.
Był piękny.
Pomimo upływu lat, prezes AI oszałamiał urodą i czarował głosem. Zawsze potrafił trafić do Jerry’ego, przemówić do jego rozsądku, zmienić chaotyczne emocje w poukładane spojrzenie na świat. Był dla młodego artysty niczym kompas, wskazujący właściwą drogę w szalejącym morzu problemów. Nawet po tylu latach, Silverton wierzył każdemu jego słowu, absolutnie pewien szczerości i dobrej woli Bradleya. Było zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło, jakby wciąż byli kochankami, spragnionymi swojej bliskości i szczęścia.
Tyle, że… minęło dziesięć lat. Dziesięć długich lat wypełnionych samotnością, które zmieniały wszystko. Tamtego nieszczęsnego wieczoru Jeremy po raz pierwszy uznał, że jego przystojnemu ukochanemu nie chodzi o ich dobro, a o siebie. O egoistyczne pragnienie ukrycia ich szczęścia przed światem, by zapewnić sobie władzę i bogactwo. Gdyby wtedy dowiedzieli się o nich wszyscy, nie doszłoby do żadnej katastrofy. Owszem, media mogłyby mieć z tym problem, Ezra mógłby nie być najszczęśliwszy, ale… wtedy Silverton Electronics i Aston Industries były dopiero rozwijającymi się firmami. Nie miały za sobą miliardów, nie były jedynymi liczącymi się graczami w branży technologicznej. Nie były skomplikowanymi siatkami powiązań i układów zależności, nikt nie mógł pozbawić stanowiska prezesa ich założycieli.
W tym momencie sytuacja miała się zupełnie inaczej.
Bradley był tak blisko. Niemal na wyciągnięcie ręki, nie, nawet bliżej. Wystarczyło przekroczyć te kilka dzielących ich centymetrów, połączyć usta w pocałunku i sprawić, że wszystko będzie tak samo, jak dawniej. Ukraść rzeczywistości kilka chwil z przeszłości, nadać życiu nowy sens, powrócić do momentu, w którym byli w niebie, w swoim własnym, prywatnym szczęściu.
Dotyk palców Asa był szokujący, kompletnie niespodziewany, ale jeszcze bardziej zdumiewające było oświadczenie, które wyrwało się z jego gardła.
Jeremy mu uwierzył. W jednej chwili porzucił wszystkie lata wypełnione pretensjami i żalem, ponieważ były one zupełnie nieważne, nie w sytuacji, gdy Bradley nadal go kochał, tęsknił za nim i był gotów zrobić wszystko, by naprawić swoje błędy. Ich błędy.
Wiedział, że jego słowa były szczere, motywowane prawdziwymi pragnieniami. Ale co powinien zrobić w tej sytuacji? Nie byli już mało znanymi ludźmi, którzy mogli chować się przed światem w mieszkaniu Astona. Mieli obowiązki, a dzieliło ich już nie tylko dwadzieścia lat, ale też wiele mil. Jerry nie mógł już tak po prostu żyć i malować w czterech ścianach swojego ukochanego, czekając na jego powrót z tej czy innej konferencji lub wyjazdu służbowego.
Czy był jeszcze gdzieś świat, w którym mogli być razem?
Drgnął z zaskoczeniem, gdy panującą pomiędzy nimi intymną ciszę przerwał obcy głos. Również on cofnął się o krok, zwiększając odległość pomiędzy nimi, a później obrócił głowę, spoglądając w stronę nowoprzybyłego mężczyzny. Na szczęście nie był to nikt ważny, asystent Bradleya, nie człowiek, który mógłby jednym zdjęciem zniszczyć dwa wielkie imperia.
Silverton nie wiedział, co zrobić. Znów czuł się nastolatkiem, który potrzebuje wsparcia i rady, pokazania odpowiedniej drogi i potwierdzenia, że każda jego decyzja będzie miała konsekwencje, ale zostanie zaakceptowana przez jego najbliższych i nie doprowadzi do żadnej katastrofy.
Gdy dostrzegł spojrzenie Bradleya, rzucone mu ukradkiem, zdał sobie sprawę, że moment na reakcję i zapewnieni go, że tak, nadal go kocha, minął. Pozwolił mu uciec, pogrążony w rozważaniach, które prowadziły donikąd. Podniósł dłoń w tym samym momencie, w którym Aston ruszył do drzwi – i patrząc, jak tym razem to on odchodzi, zdał sobie sprawę, że nie chce już nigdy więcej znaleźć się w takiej sytuacji. Nie przeżyłby kolejnej straty tego mężczyzny.
Nie po raz trzeci.

***

Był kretynem. Siedząc na zimnych kafelkach, z czołem dociśniętym do ścianki oddzielającej go od wnętrza łazienki, klął w duchu, pragnąc jak nigdy wcześniej, by jego telefon był już modelem Universe. Mając słuchawkę, mógłby nawet bez obecności urządzenia w dłoni, zadzwonić po kogoś ze swojego zespołu i poprosić o pomoc. Zamiast tego, zdany był na łaskę i niełaskę losu, modląc się w duchu, by żaden dziennikarz nie odczuł potrzeby skorzystania z łazienki. Jego telefon oczywiście był zaszyfrowany, ale pozostawienie go na umywalce podczas zwracania posiłku, nie było najlepszą taktyką, godną prezesa SE.
Zamknął oczy i obrócił się, po raz kolejny witając z biała muszlą. Z każdą kolejną chwilą drgawki jego ciała się wzmagały, a w głowie coraz mocniej mu szumiało. Był już pewien, że cokolwiek się z nim działo, nie było wynikiem zatrucia pokarmowego. Czuł się zbyt źle, a zresztą po wyrzuceniu całości posiłku powinno mu wszystko przejść. Zamiast tego jednak, z minuty na minutę czuł się coraz gorzej. I gorzej. I gorzej. Miał ochotę się rozpłakać, coś, czego nie robił z byle powodu.
Jak przez mgłę usłyszał czyjeś kroki i głos. Miał wrażenie, że go zna, tak, bez dwóch już wcześniej go słyszał, ale nie potrafił wymusić na sobie skupienia pozwalającego na przypasowanie go do odpowiedniego nazwiska i twarzy. Mógł mieć tylko nadzieję, że nie jest to żaden konkurent, nie, że nie jest to żaden pismak.
Odsunął się lekko od drzwi, umożliwiając znajomemu-nieznajomemu na dostanie się do środka, a niedługo potem dał się obrócić, jak szmaciana lalka poddając szarpnięciu i z wysiłkiem skupiając spojrzenie na przybyłym ratunku.
Charles. Charles Blackwood.
Ogarnęła go ulga. W jakiś niezrozumiały sposób uznał, że ten mężczyzna mu pomoże i nie narobi żadnych problemów. Tak, był prawą ręką AI, ale jednocześnie spędził z Silvertonem wystarczająco namiętnych chwil, by skojarzył się starszemu mężczyźnie z kimś godnym zaufania.
- Nienie - wychrypiał niewyraźnie, łapiąc mężczyznę za nadgarstek. - Będzie afera - wyszeptał z trudem, na moment zamykając oczy i odpływając. Gdy ponownie je otworzył, nie miał pojęcia, na jak długo się zatracił, ale wciąż miał dłoń na Charlesie. Wyprostował się z wysiłkiem, opierając bokiem o ścianę.
- Podaj mi telefon. Zadzwonię po Shawna, mojego asystenta - powiedział odrobinę pewniejszym głosem, wskazując głową na umywalkę, na której leżał jego smartfon. - Jak dostanę się do pokoju to… - na moment jego uwaga gdzieś odleciała, a spojrzenie się zamgliło. Po chwili potrząsnął głową, znów skupiając spojrzenie na towarzyszu. - To wtedy załatwi lekarza. Myślę, że dostałem uczulenia. - Uśmiechnął się krzywo, przecierając wierzchem dłoni suche usta, a potem ostrożnie spróbował się podnieść do pozycji pionowej. - Pieprzone leki nasenne - dodał niewyraźnie, powoli stając na nogach, wbijając jednocześnie mocniej palce w rękę Blackwooda, upewniając się, że nie zleci ot tak na ziemię, składając się jak domek z kart.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Yesterday at 6:54 pm

W dziwny sposób, widok Ezry w takim stanie bardzo nim wstrząsnął. Chociaż nie byli sobie w żaden głębszy sposób bliżsi, prócz przypadkowego, namiętnego seksu, to Charles poczuł, jak coś go ściska w środku. Blada twarz i rozbiegane spojrzenie mężczyzny nie przypominało zwykłego zatrucia. Uświadomił sobie też, że najzwyczajniej w świecie, nie chciał widzieć go w takim stanie.
Znieruchomiał, gdy tamten chwycił jego przegub, uniemożliwiając dalsze poszukiwanie telefonu. Brwi Charlesa zmarszczyły się, a na gładkim czole pojawiła się pojedyncza zmarszczka zaniepokojenia, bo chociaż prezes SI miał rację co do afery, to jednak pozostawienie się w takim stanie, mogło poskutkować gorszym samopoczuciem.
Idiota.
Pomógł mu wstać, nie mówiąc absolutnie nic. Mocniej złapał przedramię mężczyzny, pozwalając mu oprzeć się o własne ciało. Dłonią, w całkowicie odruchowym geście, przetarł spoconą twarz Ezry, spojrzeniem mknąc ku wskazanemu telefonowi, leniwie leżącemu na brzegu umywalki.
- To nie najlepszy pomysł - powiedział w końcu, ponownie skupiając spojrzenie na zamglonych oczach Silvertona. - Twój asystent będzie miał sporo na głowie, skoro Ty jesteś wrakiem człowieka. Jego nieobecność wzbudzi jeszcze większe podejrzenia na oficjalnej kolacji - dodał, wolną dłonią sprawnie rozplątując krawat mężczyzny, by umożliwić mu wzięcie głębszego wdechu. Podejrzewał, że asystent Ezry doskonale wiedział, co miał robić pod nieobecność swojego szefa.
Sam powinien zastanowić się, jak wyjaśni swoje zniknięcie Bradleyowi. Miał jedynie znaleźć Vincenta, a tymczasem przepadł na dłuższy czas i nie zapowiadało się, by dołączył do swojego szefa w najbliższym czasie. Musiał pomóc prezesowi konkurencyjnej firmy. Ironia, prawda? Nie wątpił, by Aston nie zrozumiał sytuacji, przynajmniej początkowej. W końcu pomagać należało, ale dlaczego Charles babrał się w tym tak głęboko, nie mogąc zrzucić tego na kogokolwiek ze współpracowników Ezry?
Nawet Blackwood nie do końca mógł sobie odpowiedzieć na to pytanie.
- Oprzyj się o mnie - polecił, obejmując mężczyznę ramieniem, nogą przytrzymując drzwi, by mogli wolno wysunąć się z kabiny.
- Zaprowadzę Cię do pokoju - powiedział cicho, wychodząc do drugiego, odrobine większego pomieszczenia. Zabrał leżący telefon, wrzucając go do wolnej kieszeni marynarki, by nie utrudniać sobie podtrzymywania Ezry, który chybotał się na nogach, gotów w każdej chwili paść. Charles był zmartwiony, jednak zamartwianie w żaden sposób nie burzyło jego racjonalnego myślenia. Musieli się stąd ewakuować i to zanim komuć przyjdzie do głowy skorzystanie z tej toalety.
- Wezwę prywatnego lekarza - dodał jeszcze, nim tamten zdołał cokolwiek powiedzieć. Ku zadowoleniu Charlesa, gdy tylko udało im się opuścić łazienkę, na korytarzu powitała ich pustka. Gdzieś w oddali zamigotała sylwetka sprzątaczki, jednak kobieta w żaden sposób nie zdawała się być zainteresowana ich pojawieniem.
- Numer pokoju? - spytał, zerkając kontrolnie na Silvertona. Nie czekając na odpowiedź, ruszył w lewo, kierując się do drugich, mniej uczęszczanych wind. Te, którymi zazwyczaj się poruszali, z pewnością były obładowane ludźmi, przemieszczającymi się pomiędzy piętrami. Jeśli szczęście im dopisze, może ewentualnie spotkają kogoś mało znaczącego, lub nie związanego z konferencją.
2542.
Głos Ezry był słaby i ledwo słyszalny, Charles musiał mocno wysilić się, by dosłyszeć wyraźnie numer pokoju. Jednak gdy tylko dotarli do windy, bez przeszkód mógł wybrać numer piętra, na który jechali.
- Wytrzymaj jeszcze trochę - opierając mężczyznę o windową ściankę, przeczesał wilgotne jasne włosy Ezry, wyciągając z kieszeni telefon. Przeszukał szybko wszystkie kontakty, jakie przygotował mu Vincent, w razie nagłych wypadkow, w końcu odszukując interesujący do numer lekarza. Zerknął na kreski zasięgu, upewniając się, że będzie w stanie się dodzwonić, po czym przyłożył aparat do ucha.
Czekając na połączenie jeszcze raz zlustrował spojrzeniem Ezrę, wzdychając ciężko.
- Dzień dobry. Charles Blackwood - powiedział do słuchawki. - Bardzo prosiłbym o przyjazd. Mam tu współpracownika, ktory potrzebuje pilnej pomocy medycznej. Prawdopodobnie przedawkowanie alergia lub zażycie zbyt dużej dawki środka nasennego...Tak, ma gorączkę. Wymioty....Drgawki. Tak. Bardzo dziękuję. Asystent podesłał Panu adres hotelu kilka dni temu. Zapłacę podwójnie, jeśli zjawi się Pan w ciągu piętnastu minut. Pokój numer 2542. Do zobaczenia - Charles wsunął telefon do kieszeni i objął mocniej Ezrę w tym samym momencie, jak winda stanęła, dźwięcznie oznajmiając przybycie na wybrane piętro.
- Jeszcze chwilę. Gdzie masz klucz?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Yesterday at 8:43 pm

Ezra utrzymywał się w pozycji pionowej bardziej dzięki sile woli, niż faktycznej energii. Pomoc Charlesa była w tym momencie nie do przecenienia. Tylko dzięki jego pewnemu uściskowi prezes SE był w stanie zmusić się do zachowania minimum pozorów, absolutnie pewien, że księgowy Aston Industries dopilnuje, by dotarł do swojego pokoju i otrzymał odpowiednią opiekę. Nie potrafił zracjonalizować tego przeczucia, chociaż przypuszczał, iż miało ono związek ze szczerym zatroskaniem obecnym na twarzy młodszego mężczyzny. W taki sposób nie patrzył się człowiek, który chciał zniszczyć czyjś wizerunek i karierę.
Do Silvertona docierało mniej więcej co trzecie słowo wypowiedziane przez Charlesa, ale przytaknął mu bez protestu, zaraz ze świstem nabierając powietrza do płuc. To zaskakujące, ale faktycznie oswobodzenie go z krawatu pomogło, zmniejszając zawroty głowy i poczucie ucisku w piersi. Prezes zamrugał, skupiając się trochę bardziej na aktualnej sytuacji i rozejrzał po pomieszczeniu. Meble wciąż odrobinę falowały, dlatego Ezra nie odważył się wypuścić swojego towarzysza, podpierając na nim aż do windy, zachowując jednak wystarczająco pionową pozycję, by mógł ujść (od tyłu) za człowieka, któremu nic poważnego się nie stało. Gdyby nagle Blackwood go puścił, zapewne utrzymałby równowagę, chociaż nie potrafiłby przejść ani jednego kroku – to jednak musiało im wystarczyć.
- Dziękuję - powiedział cicho, chrapliwie, brzmiąc niemal tak, jakby miał coś w gardle i przez to miał problem z mówieniem i oddychaniem. Zresztą, dokładnie tak się czuł, powoli sunąc do przodu, zdecydowany zachować minimum godności i pozorów. Całkowicie zaufał Blackwoodowi, poddając się jego przewodnictwu i nawet nie próbował myśleć o tym, gdzie ten go prowadzi.
- Dwadzieścia pięć czterdzieści dwa - wymamrotał, wzmacniając uchwyt na ramieniu mężczyzny, czując jak ciemnieje mu przed oczami. Zaraz jednak wrócił do rzeczywistości, przyspieszając kroku, świadom iż w każdej chwili może skończyć na podłodze, nawet pomimo wsparcia nieoczekiwanego towarzysza.
Gdy dotarli do windy, westchnął z ulgą, opierając się plecami o ścianę i zamykając oczy. Zacisnął dłoń na poręczy obok, powtarzając sobie w duchu, że już niedługo, że jeszcze chwila i znajdzie się w swoim pokoju, z dala od ciekawskich oczu i kamer. Czuł, że niemal lepi się od zimnego potu, który pokrył jego ciało, skleił włosy na czole i materiał koszuli na piersi. Uniósł powoli drugą rękę, sięgając do kołnierzyka i z wysiłkiem go rozluźnił, pokazując wyraźnie zaczerwienioną skórę, tak mocno kontrastującą z upiornie bladą twarzą. Odsłonięta część niemal od razu zaczęła go swędzieć, dlatego przesunął z irytacją po niej paznokciami. Wyczuwając delikatną opuchliznę przerwał ruch i uniósł powieki, wpatrując się w bok Charlesa, który rozmawiał z kimś przez telefon.
- Niczego nie przedawkowałem, nie jestem durny - mruknął z wysiłkiem, machając na niego dłonią, ale niczego więcej nie dodał. Chwilowa irytacja szybko zniknęła wraz z chwilową energią. Wzmocnił uścisk na poręczy, z ulgą przyjmując bliskość księgowego i wspierając się na nim.
Wskazał głową na odpowiedni kierunek, a potem obrócił ją w stronę Charlesa.
- Pod etui telefonu. Wystarczy przyłożyć do czytnika - mruknął, zaraz jednak jego spojrzenie wypełniło zaniepokojenie. - Był na umywalce. Zabrałeś go? - spytał, zaciskając palce na ramieniu mężczyzny.
Widząc, jak ten przytakuje, odetchnął z ulgą. Dzięki wszystkim świętym, jego pokój znajdował się stosunkowo blisko windy, z której wyszli – wystarczyło kilkanaście kroków i znaleźli się pod ciemnymi drzwiami z elektronicznym zamkiem. Gdy tylko Charles je otworzył, Silverton przekroczył próg i zaczął zrzucać z siebie kolejne elementy ubioru – najpierw na ziemi skończył krawat, zaraz za nim marynarka. Koszula z powodu rzędu guzików wymagała więcej wysiłku, dlatego Ezra najpierw usiadł na ozdobnej, bogato zdobionej kanapie, siłując się z kolejnymi przeszkodami. Jego twarz w jednej chwili z białej zmieniła barwę na czerwoną, a oddech gwałtownie przyspieszył.
- Gorąco. Parzy - mruknął na wpół do siebie, na wpół do swojego gościa, rezygnując z rozpinania za połową. Pospiesznie zrzucił przypinki do mankietów na szklany stolik, a później zdjął koszulę przez głowę, prezentując wyrzeźbioną klatę, wciąż noszącą delikatne ślady po ostatnich uniesieniach z Blackwoodem – przede wszystkim jednak, pokrytą drobną, czerwoną wysypką.
Mężczyzna spojrzał w dół i zaklął, przesuwając ostrożnie palcami po śladach.
- Co do cholery... - mruknął niewyraźnie, skopując eleganckie buty z nóg i zaraz po nich zrzucając na ziemię pasek. Wyglądał, jakby planował pozbyć się też spodni, ponieważ sięgnął do guzików, zaraz jednak przechylił się do przodu i chwycił brzegu stolika, jakby stracił równowagę.
Zaklął po raz kolejny i przy pomocy obu dłoni ostrożnie się przechylił, kładąc na brzegu kanapy.
- Wody? - wyszeptał ciężko, bardziej licząc, że Blackwood go nie zostawił, niż będąc tego pewnym, ponieważ od momentu znalezienia się w pomieszczeniu nie spojrzał na niego ani razu.

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CashmereSkype & Chill
avatar

Data przyłączenia : 14/09/2018
Liczba postów : 121
Cytat : Start with a whisper and end with a shout. Give me a kiss and then spit in my mouth

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Yesterday at 10:00 pm

Tak naprawdę, wątpił by Ezra przedawkował środki nasenne. Właściwie, wątpił by mógł przedawkować cokolwiek, jednak na dobra sprawę, ile o nim wiedział? Tyle co nic. Wiedział jak całuje, jak jego dotyk powoduje dreszcze na całym jego ciele, wiedział jak w czasie snu jego klatka piersiowa opada i unosi się miarowym, łagodnym tempem. Wiedział tyle, ile tamten pozwolił mu wiedzieć, odsłaniając się przed nim w chwili bliskości. Nie wiedział za to co lubi jeść, jakiej muzyki słucha i co robi w wolnym czasie, więc i nie mógł być pewien, czy samopoczucie prezesa SE nie było spowodowane zażyciem większej ilości leków. Dlatego też nie skomentował jego zaprzeczenia, decydując się na diagnozę lekarza.
Gdy tylko wyszli z windy, skierował się we wskazanym kierunku, zwalniając krok na tyle, by Silverton nie miał problemu z utrzymaniem równowagi. Na pytanie o telefon, pokiwał głową, wolną dłonią przeszukując kieszeń.
- Tak, zabrałem. Nie martw się tym - powiedział spokojnie, kontynuując krotką podróż do hotelowego pokoju Ezry. Całe szczęście, już po chwili udało im się zniknąć w pokoju, z dala od potencjalnych świadków zdarzenia. Ostrożnie puścił towarzysza, przez chwilę obserwując jego zmagania z ubiorem. Ze zmartwieniem stwierdził, że skora na jego ciele nie wygląda zdrowo; prócz tych przyjemnych wspomnień ich igraszek w windzie, blade ciało ozdabiała czerwona wysypka, teraz potęgowana jeszcze wysoka temperaturą.
Charles nie myślał wiele. Nie zamierzał zostawić go w takim stanie, wątpił też, by zostawił go zaraz po wizycie lekarza. Upewnił się więc, że może zostawić Silvertona samego, zsunął z siebie marynarkę, rzucając ja na wolny fotel i podwinął rękawy koszuli do połowy przedramion. Rozluźnił krawat i ruszył do łazienki, zgarniając z grzejnika czysty, biały ręcznik, który namoczył w zimnej wodzie. Przy okazji spojrzał na swoje odbicie w lustrze, dostrzegając, że jego własna twarz była spięta z pewnego rodzaju troski, jaką przejawiał. Jego telefon zawibrował w kieszeni, zignorował jednak wiadomość, wracając do pokoju.
Z hotelowej lodóweczki wyciągnął zimną wodę i wsadził korek do ust, odkręcając go sprawnym ruchem.
- Juz idę - rzucił, podchodząc do kanapy, na której położył się Ezra. Ukucnął obok niego, odkładając na swoje kolano mokry ręcznik, dłoń natomiast wsuwając pod głowę Silvertona, by odrobinę ją unieść. Przystawił do jego warg butelkę wody, delikatnie ją przechylając.
- Lekarz niedługo powinien być - mruknął cicho, czekając aż tamten dostatecznie się napije. Dopiero wtedy odstawił butelkę, pozwalając mu ponownie się położyć.
- Do tego czasu postaram się przynieść Ci trochę ulgi - dodał, zabierając ręcznik, którym bardzo wolno przesunął po spoconej, rozgrzanej twarzy mężczyzny. Z doświadczenia wiedział, że zimne okłady bardzo pomagały, kojąco niwelując nieprzyjemności związane z gorączką. Miał więc nadzieję, że faktycznie pomoże to prezesowi.
- Jesteś strasznie problematyczny - powiedział cicho, sunąc zimnym materiałem po jego policzkach i wargach, jeden róg opierając na jego czole. Uniósł kącik ust w bladym uśmiechu, w końcu decydując się na spojrzenie mu w oczy.
- Same z Tobą kłopoty, Prezesie - dodał, przesuwając ciemne spojrzenie na rozchylone, ładne usta mężczyzny.
Zaczynał być zmęczony tym wszystkim. Tym felernym wyjazdem na konferencję, myślami o Silvertonie, tymi mało grzecznymi. Los najwyraźniej raz po raz pragnął, by ich ścieżki się krzyżowały, nie pozwalając Blackwoodowi pozostać obojętnym. Darzył go pewną sympatią. Może nie była to standardowa sympatia dwojga ludzi, a raczej ta zapoczątkowana namiętnością i pożądaniem, ale jednak. Była. Była i zmuszała go do tych głupich zachowań, do których w innym wypadku by nie dopuścił. Jak na przykład zaniedbywanie własnej pracy.
Ezra Silverton rodził w nim najgorsze i najpiękniejsze instynkty.
- Chcesz się jeszcze napić? - spytał troskliwie, siadając wygodniej na ziemi i opierając się bokiem o kanapę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
ArgentOpportunist Seme
avatar

Data przyłączenia : 18/07/2017
Liczba postów : 735


Cytat : I wanna do bad things with you.

PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   Today at 2:18 pm

Niespodziewaną opiekę Ezra przyjął z ulgą. Bardzo rzadko potrzebował pomocy, zwykle to on kontrolował sytuację i kierował innymi, w taki sposób, by wszyscy byli możliwie najbardziej zadowoleni. Zawsze wspierał swojego młodszego brata, zawsze pilnował, by SE pięło się na szczyt, zawsze wymagał od pracowników najwięcej, ale też akceptował chwile ich słabości. Miał rękę do ludzi i potrafił odpowiednio pokierować ich uwagą, by nie tylko wspięli się na wyżyny swoich możliwości, ale też potrafili czerpać z tego satysfakcję. Był manipulantem pierwszej klasy, oczywiście, ale robił to nie dla własnej satysfakcji – a przynajmniej nie tylko dla niej.
Zamknął oczy, poddając się pewnej dłoni i powoli upijając kolejne łyki chłodnej wody. Jego ciało natychmiast odrobinę się rozluźniło, a nieprzyjemne palenie w piersi na moment ustało. Wciąż swędziała go skóra i bolała głowa, ale powoli zaczynało to być znośne.
- Mhm - mruknął, tylko w taki sposób potwierdzając, że słowa Charlesa do niego dotarły. Westchnął z autentyczną ulgą, gdy poczuł zimny, wilgotny materiał na swoim czole. Rozluźnił się trochę bardziej, zupełnie oddając we władanie księgowego konkurencji, przyjmując jego troskę i czułość jak dar. Przesunął dłoń i ułożył ją na ramieniu mężczyzny, delikatnie ściskając w wyrazie wdzięczności.
Uśmiechnął się pod nosem.
- Nigdy wcześniej nie uważałem tego tytułu za podniecający… ale w twoich ustach brzmi to co najmniej sugestywnie - mruknął ze słyszalnym rozbawieniem, wreszcie czując się trochę lepiej i wyraźnie to demonstrując.
- Chcę, dziękuję - potwierdził, unosząc powieki. Przekrzywił lekko głowę i spojrzał na siedzącego przy nim mężczyznę, tym razem samodzielnie lekko się podnosząc i powoli dokańczając butelkę. Po chwili opadł z powrotem na kanapę i przymknął oczy, a jego oddech w końcu się wyrównał do bardziej naturalnego, niemal pozbawionego ciężkości i chrapliwości.
- Nie chciałem ci robić kłopotu… ani komukolwiek, w zasadzie - mruknął po chwili ciszy, uniósł dłoń z ramienia księgowego i przesunął nią pieszczotliwie po jego włosach, w zaskakujący sposób wyrażając swoją wdzięczność za opiekę. Zburzył trochę jego staranną fryzurę, uśmiechając się z subtelnym zadowoleniem. - Nie mogę jednak powiedzieć, żebym całkowicie żałował. Dobry z ciebie pielęgniarz - pochwalił go wesoło i być może dodałby coś jeszcze, być może bardziej krępującego, ale w tym samym momencie ktoś zapukał do drzwi, przerywając tą niemal intymną chwilę.
Jak się okazało, był to lekarz, z dużą torbą narzuconą na ramię i drugą w ręce. Przywitał się krótko z Charlesem, a potem ruszył ku swojemu pacjentowi, wypytując go o objawy i badając. Był szybki, efektywny i nie dał po sobie poznać, czy był świadom tego, z kim ma do czynienia.
- Tak, lekarstwo powinno być na komódce w sypialni - mruknął prezes SE, wskazując palcem na drugie drzwi, znajdujące się po prawej stronie od wejścia. - Ledwo otworzyłem opakowanie i wziąłem tyle, ile zalecił mi lekarz. Nie minęły dwie godziny, a żołądek wywrócił mi się na drugą stronę… - opowiadał cicho, z widocznym zmęczeniem na twarzy. Wyglądał jednak o niebo lepiej niż wtedy, gdy Charles zastał go nad muszą klozetową, dlatego można było wyciągnąć wniosek, iż starania księgowego konkurencji chociaż trochę mu pomogły.
Brunet posłusznie położył się z powrotem na kanapie i wyciągnął dłoń, bez sprzeciwu pozwalając na wbicie w niego wenflonu, wstrzyknięcie lekarstwa, a następnie podłączenie go do kroplówki. Zaraz potem zamknął oczy, przestając się przejmować wszystkim, co go otaczało.
Lekarz, będący w średnim wieku, podniósł się z kanapy i zbliżył do Blackwooda, chwycił lekko za ramię i poprowadził do drugiego pokoju, właśnie sypialni, zostawiając prezesa w ciszy.
[i]- Wygląda jak reakcja alergiczna. Dostał zastrzyk, powinno być już lepiej, ale na wszelki wypadek chciałbym mu dać przynajmniej dwie kroplówki z soli fizjologicznej, żeby wypłukać resztki leku z jego organizmu. Powinien dzisiaj się nie przemęczać, dużo pić i spać, a jutro będzie jak nowy. -[/b] Poklepał mężczyznę po ramieniu. [/b]- Byłoby mniej problemu, gdyby wezwał pan pomoc od razu, jak coś zaczęło się dziać, ale trudno, temu już nie zaradzimy. Nie wygląda, jakby miał trwałe szkody, chociaż wysypka może schodzić kilka dni. [/b]

_________________

Grafiki stardustowe, miłość, miłość, miłość. <3

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Za zamkniętymi drzwiami   

Powrót do góry Go down
 
Za zamkniętymi drzwiami
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: