CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Sekretny Język Kwiatów

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Sekretny Język Kwiatów   Czw Cze 29, 2017 10:41 am


    ~Płatki opadały miękko tuż obok czubka jego prawego buta. Widział je doskonale. Wątłe, żółte skrawki materii bezmyślnie odrywane od łodygi. Widział, ale nie rozumiał...

Wizje pesymistów przepowiadających, że jesień rozpoczynająca początek roku akademickiego będzie zimna i nadzwyczaj deszczowa rozwiały się pod naporem ciepłych, złotych dni. Nie inaczej było na błoniach londyńskiego Midelesex University. Placówka ta z założenia zrzeszać miała umysły pragnące doskonalić się przez poszerzanie wiedzy ogólnej. Swego czasu tak też przebiegało kształcenie w jej murach. Jednak z biegiem lat i pojawieniem kapitalizmu górnolotne idee nie dały rady odeprzeć ataków elit towarzyskich. Tak też oto witamy w świecie w którym pieniądze odpowiednio zainwestowane zwracają się w postaci papierka poświadczającego idealne wykształcenie bez żadnych nakładów pracy. Jak daleko można zajść tylko i wyłącznie z odpowiednimi znajomościami...? Co jeżeli jest się innym? Nie wpisującym się w ogólnie przyjęty schemat?

Y od początku swojej uczelnianej przygody mieszkał sam w dwuosobowym pokoju. Jego komfort miał głębszą przyczynę - od pierwszego dnia zajęć na pierwszym roku stał się pośmiewiskiem wspołstudentów. Małomówny, czesto z opasłym tomiszczem traktującym o języku  z kwiatów pod pachą, poruszający się w iście nienaturalny sposób, nieco zbyt kobiecy... Patrz, to ten pojeb od kwiatów!
Nie mogło być już gorzej... Tak przynajmniej sądził Y. Do chwili, kiedy do jego pokoju dokooptowano mu współlokatora, X. Dwóch outsiderów w jednym pomieszczeniu nie stworzy ekstrawertyka... prawda?

Two different worlds
We live in two different worlds
For we've been told
That a love like ours could never be
So far apart
They say we're so far apart
And that we haven't the right
To change our destiny


When will they learn
That a heart doesn't draw the line
Nothing matters if I am yours
And you are mine

Two different worlds
We live in two different worlds
But we will show them
As we walk together in the sun
That our two different worlds are one


X - Młotycz ♥️
Y - Kowadeł

_________________


Ostatnio zmieniony przez Amay dnia Pon Lip 03, 2017 10:20 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Czw Cze 29, 2017 10:58 am


JEFFREY STEELE
┠ 21 lat ┨ ┠ 181 cm / 77 kg ┨ ┠ student ┨ ┠ czarne włosy ┨┠ bardzo ciemne oczy ┨

małomówny chłopak, któremu od niedawna ciężko nawiązuje się przyjacielskie stosunki z rówieśnikami. Na co dzień marudny, nieznośny i odpychający outsider – wręcz szablonowy, bo zawsze w czarnych ubraniach, z dala od wszystkich, ze zwieszoną głową i nosem w książce albo ze słuchawkami w uszach. Nie uczy się najgorzej, ale ostatnimi czasy wręcz widać, że wyraźnie się nie stara,

jako jedyny w akademiku pełnym pokoi dwuosobowych mieszka zupełnie sam - wszelkie próby podpięcia mu kogoś w charakterze współlokatora kończą się na tym, że doczepiona osoba po najwyżej miesiącu zabiegała o przeniesienie, tym razem to jego postanowiono przenieść, by zmienić regułę,

denerwują go roślinki i zwierzątka – zwłaszcza małe i młode, niektórzy uważają go przez to za pozbawionego empatii bydlaka, niewrażliwego na piękno,

jego ulubiona książka to „Mały Książę”, czyta ją co najmniej raz w miesiącu.


jego matka zmarła kiedy miał 10 lat, został więc z ojcem – mechanikiem z zawodu.

na początku każdego miesiąca jedzie na 2-3 dni do domu. I po każdym powrocie jest coraz bledszy.


Ma przykrą tajemnicę...


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Czw Cze 29, 2017 12:39 pm

Laurent Blaise Lacroix
21 lat | francuzik | 191 centymetrów | 83 kilogramy | student | platyna na głowie | lazur w oczach


Jego matka wychowywała go samotnie - ojciec Laurenta zmarł tragicznie, kiedy ten był trzyletnim szkrabem. W związku z tym młody mężczyzna nie ma żadnych związanych z nim wspomnień. Brak męskiej figury podczas dorastania odbił się na nim nieco zbyt kobiecym spojrzeniem na świat.
Całe dzieciństwo oraz okres nastoletni spędził w studio baletowym Madame Lenoir - spełniał marzenia swojej matki. Wieloletnie ćwiczenia, nawet jeśli niekoniecznie chętnie się im poddawał, zrobiły z niego prawdziwego baletmistrza.
Szczerze nienawidzi baletu i całej jego otoczki, przyzwyczajenie jest jednak druga naturą człowieka - częste bezsenne noce spędza tańcząc pośrodku swojego pokoju.
Porusza się z taneczną gracją, zupełnie jakby stałe słyszał muzykę.
Jego ciało jest niebywale giętkie. Potrafi nagiąć je tak dalece, że wzbudza tym podziw.
Swoje emocje przekazuje światu za pośrednictwem kwiatów - zna ich język na pamięć. Wielki słownik kwiatów nosi pod pachą jedynie pro forma.
Stosunki łączące go z jego matka można określić jako dalece skomplikowane - Angelique Lacroix zawsze skupiała się na “dobru swojego synka”, nawet jeżeli Laurent miał nieco inne zdanie na ten temat.
Pokój w którym młody Lacroix rezyduje na stałe wydaje się być bardziej kwiaciarnią, niźli studenckim lokum - w każdym wolnym miejscu stoją doniczki, wazony czy wiaderka po brzegi wypełnione kwieciem. Ot, Lau jest domorosłym florystą.
Ubiera się w błękity i jasne fiolety. Nigdy nie założył nic czarnego poza butami baletowymi.


_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Nie Lip 30, 2017 11:55 pm

Na pewno w tym wszystkim jest jakiś plan. Na pewno właśnie tak ma być – konkretnie tak, nie inaczej. To muszę być właśnie ja, właśnie tu i teraz.

Właśnie Ja.

Dwudziesty piąty października był dniem tak pochmurnym, szarym i smutnym, że ciemność sprawiała, iż zdawać by się mogło, że czas zatrzymał się na wieczorze. Nie ważne, że dopiero odchodziła dwunasta – i tak wszyscy snuli się zmęczeni brakiem słońca zupełnie jakby już byli gotowi zniknąć w swoich pokojach, a następnie pod grubą pościelą.
Po chyba już czwartej (ewentualnie siódmej) próbie przeczytania tego samego akapitu, którą popsuły opadające ze zmęczenia powieki, Jeff zatrzasnął książkę ze znużeniem i odłożył ją na bok, obok tacki z nietkniętym obiadem. Przetarł palcami nasadę nosa, zaciskając powieki tak mocno, że wybuchło pod nimi kilka bezbarwnych fajerwerków, po czym ziewnął oszczędnie, rozglądając się nieprzytomnie po wnętrzu stołówki. Dzisiaj było wyjątkowo ciężko próbować żyć, a pogoda niczego nie ułatwiała – wręcz przeciwnie, atmosfera przygnębienia udzielała się nawet gadatliwej pracowniczce sali, która nakładała studentom jedzonko na talerze.
Jeffreya niby miało tu nie być, niby miał przecież na dzisiaj żarcie w pokoju – smutny kubełek podróbki japońskiego kurczaka teriyaki do zalania i zostawienia na trzy minuty pod przykryciem – ale potrzebował ludzi. Nawet jeśli siedział z dala od nich i po prostu obserwował jak dmuchają na ciepłą zupę, po czym siorbią ją niespiesznie z szerokiej łyżki. Człowiek jest w końcu zwierzęciem stadnym. Ale kiedy już tutaj był, siedział nad zimnym już kotletem drobiowym z dwoma biednymi ziemniaczkami i górką surówki, to zaczynał żałować swoich wcześniej tak gorących potrzeb, które teraz wystygły jak jego porzucony posiłek. Wiedział, że uczucie które zepsuło mu konsumpcje jest idiotyczne i próbował czmychnąć przed nim do Atlasu Chmur, ale nie potrafił przestać mieć im - wszystkim ludziom naokoło niego - za złe tego, że siedzą tacy przygnębieni. Tacy... Martwi. Podczas gdy byli boleśnie żywi.

„Książki nie dają prawdziwej ucieczki, ale mogą powstrzymać umysł, zanim sam siebie rozdrapie do krwi.”*

Wstał od stołu, książkę wsunął pod pachę, a tackę ujął w dłonie, by po kilku niespiesznych, ale dziwnie twardych krokach sprzedać jej zawartość śmietnikowemu potworowi, którego klapę zdobiło grzeczne „Dziękuję.”

Idąc korytarzem akademika mijał małą ilość studentów, ale kilkoro z nich zatrzymało na nim spojrzenie dłużej niż zwykle. I może nawet – zwłaszcza w dniu takim jak ten – nie byłoby to znowu takie dziwne, gdyby ich oczy najpierw nie zmierzyły drzwi jego pokoju. I nie, nie było tam wypisanych sprejem wyzwisk, ani śladów rabunku – wręcz przeciwnie: była ledwie karteczka z wydrukowaną prośbą o spakowanie swoich maneli i wyniesienie się w ciągu godziny do innego pokoju. Bardzo zdecydowaną prośbą.
To był pierwszy raz w jego studenckiej karierze - kiedy to on jest zmuszony najpewniej dokooptować się do kogoś i spróbować się don zbliżyć, by ostatecznie stworzyć idealnie uzupełniający się, pełen symbiozy układ współmieszkania. I sam nie wiedział co denerwowało go w tym pomyśle bardziej - w końcu idealnie mieszkało mu się samemu - to, że nawet nie dano mu szansy chociażby zobaczenia drugiego pokoju i dołączonego doń studenta, czy to że zamek jego nieużywanej od dawna torby własnie puścił i musiał łapać dwa końce zamknięcia zszywkami. A potem ciągnąć ją niemrawo dwa piętra wyżej, zmieniając się z każdym krokiem w kłębek złości, który raził każdą mijającą go ofiarę, czekając na to by finalnym ciosem obdarować tego, którego dotknął pech mieszkania w pokoju dwieście dwadzieścia dwa. Miało to nastąpić tuż po tym, kiedy Jeff bez pukania naciśnie klamkę drzwi ozdobionych tabliczką z grawerem trzech dwójek. Dokładnie kiedy od wejścia uderzy go zapach... Kwiatów.

_______________________________
* wykorzystano cytaty z książki „Atlas Chmur” Davida Mitchella

_________________


Ostatnio zmieniony przez Maleficar dnia Czw Sie 03, 2017 7:44 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Wto Sie 01, 2017 9:05 pm

Tylko jeden dzień, a tyle może się zmienić

Ciężka szarość poniedziałkowego przedpołudnia zdawała się osiadać na niebieskich mankietach jego swetra cienką warstwą pyłu wyimaginowanego zmęczenia. Kilka godzin wstecz, kiedy jego lazurowe ślepia wychynęły zza kotary powiek, chłopak był w stanie przysiąc, że po raz kolejny obudził się w środku nocy. Jedynie jazgot jego budzika nakazywał mu uparcie uwierzyć, że północ już dawno minęła, a nowy dzień najzwyczajniej w świecie zapomniał przecisnąć promieni słońca przez grubą zasłonę chmur. Słowem -  wieczór roztoczył swój płaszcz nad światem, nim jeszcze jutrzenka zdołała włożyć buty.
Laurent Lacroix miał wrażenie, że jego czaszka za chwilę rozłupie się samoistnie na dwoje. Kompletnie nie pomagał fakt, że reszta studenckiej braci snuła się tego dnia po meandrach swojej Alma Mater niczym w malignie. Z racji tego młody mężczyzna wychynął z pieleszy pokoju numer dwieście dwadzieścia dwa jedynie po to, by stwierdzić, iż biegnący dzień spędzi przesiadując z książką na podłodze owego pomieszczenia. Izolacja pozwoli mu zachować jego własny spokój ducha. Nie było przecież tak źle - siedział spokojnie we własnym lokum, otaczały go dobre słowa roztaczające wokół upajającą woń, w dłoni ściskał kubek pełen ciemnego, aromatycznego naparu szałwii, stanowiącej podstawową bron w batalii z bólem jego głowy. Żyć, nie umierać~ Gdyby tylko czarne kształty liter książki zalegającej na jego udach chciały składać się w słowa tworzące logiczną całość... być może wtedy nie zatrzasnąłby jej okładki odrzucając niewielki tomik na okrycie stanowiącego oparcie dla jego nienaturalnie prostego grzbietu łóżka. Błękitne oczy kilkukrotnie zniknęły za woalem cieniutkich, pokrytych siateczką drobniutkich żyłek powiek. Był w stanie przysiąc, że wraz z każdym kolejnym zerknięciem na świat, w obrębie pola jego widzenia tańczyło coraz więcej mroczków. Upił łyk szałwii. Potem drugi. Przy czternastym wciąż liczył. Przy dwudziestym trzecim zorientował się, że widzi już dno swojego kubka, z którego puszczała ku niemu perskie oczko uśmiechnięta, żółciutka buźka. Nim zdążył się zorientować zwrócił rysunkowemu wyobrażeniu przynależny mu już na zawsze, radosny grymas. Ciepło ciemnego naparu rozpoczęło wędrówkę w jego żyłach. Niebywale płynnie, wspierając się jedynie pro-forma na kolumnie lewej ręki uniósł się z do pionu. Odstawiając stygnące naczynie na pokryty delikatnym, jasnym fornirem blat biurka, wolną dłonią przeczesał sterczące, nieco przydługie włosy. Realny. Rozgrzany. Żywy.

Tknęła go pojedyncza idea - czas podlać kwiaty.

Dwadzieścia dwie minuty później przemieszczając się po wypełnionym mocną mieszanką kwiatowych zapachów pomieszczeniu, dzierżąc w dłoni konewkę w odcieniach jasnego fioletu, uznał że jego głowa zaprzestała prób pozbawienia go życia. Pochylając się płynnie w kierunku niewielkiej doniczki z rozwijającą się dopiero Gwiazdnicą pogłaskał lekko jej maleńki listek. A wtedy? Wtedy jak na zawołanie klamka przytwierdzona do odrzwi jego lokum jęknęła cicho ustępując naciskowi wywartemu na nią przez niezapowiedzianego gościa. Głowa Laurenta automatycznie zwróciła się ku otworowi wejścia. Zamarł, kiedy uderzyła go fala przesyconego kurzem powietrza pochodzącego z holu akademika, takiego które swoją lepką bytnością zatrważająco szybko wyparło z prostopadłościanu jego nietykalności kwiatowe nuty. Mrużąc jasne ślepia wyprostował się powoli.
- Witaj? W czym mogę pomóc...? - ostry, francuski akcent był aż nader słyszalny. Niebieskooki, ogniskując spojrzenie na bagażu jego gościa, zmarszczył delikatnie nasadę przyjemnie wykrojonego nosa. Nie - nie był zły. Cała przeznaczona przez los na piętnaście metrów kwadratowych pokoju złość skumulowała się bowiem w czarnej personifikacji burzowej chmury naruszającej prywatność odzianego w błękity studenta. A Laurent? Laurent był zwyczajnie zaskoczony, co starał się nieco ułagodzić cieniem uśmiechu błąkającym się po jego wargach. - Nie jestem pewien, czy dobrze trafiłeś. To pokój dwieście dwadzieścia dwa. - rzucił gwoli ścisłości, zupełnie jakby chciał dodać niewielkiej grawerowanej tabliczce z numerem więcej realności.
Czyżby... nie, to nie możliwe! Przecież poinformowaliby go przed dokooptowaniem mu współlokatora. P... prawda?

Są takie zbiegi okoliczności, które przypominają wyrafinowany plan

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Czw Sie 03, 2017 10:18 pm

Na uniwersyteckim dziedzińcu kwiatów było mało, mniej niż studentów, którzy siadywali w ich otoczeniu we wzmożonym czasie nauki przed letnią sesją egzaminacyjną. Koronę najliczniejszych bezapelacyjnie zgarnęły pospolite bratki, bo brzoskwinie, wiosną pokrywające okalający je trawnik płatkami liczniejszymi niż te śnieżne, występowały tylko w trzech, niskich sztukach – dodatkowo podczas upalnych dni dawały lichy cień. Mimo już wyliczonych roślin nie można było powiedzieć, że uniwersytet niemiał w swoich zbiorach kwiatów choć trochę egzotycznych - ale spośród licznych, zjawiskowo wyglądających cyklamenów w sporych glinianych donicach, ostała się tylko jedna sztuka na terenie całkowicie zdominowanym przez chabry. Na końcu należało uważać w okolicach dawnego okręgu z ławek pomiędzy budynkami, bo wciśnięte w drewniane donice, wysokie draceny zaczęły niebezpiecznie wchodzić w obszar znajdujący się pod rządami nieomal żywopłotu z dereni wspólnie tworząc krótki, ale zdradziecki łuk przejściowy, którym można było skrócić sobie drogę z akademika do bufetu, a którego długie liście lub poplątane gałązki niejednej studentce porwały kapelusz z głowy. Na tym kolekcja ucinała się jak nożem, bo pedantyczny ogrodnik tak upodobał sobie trawnik złożony z samej trawy, że sukcesywnie pozbywał się stokrotek, babek i koniczyny. Oraz studentów, którzy ośmielili się usadzić dupsko na soczystej zieleni i uczyć do egzaminów.
Miejscem, w którym rośliny mogły spokojnie się rozrastać, nie czując lęku przed zimowym terrorem, mogłaby być tylko oranżeria. Albo pokój dwieście dwadzieścia dwa – w którego progu stanęła złowieszcza chmura burzowa, której gniewu nie złagodził subtelny widok mieszaniny różnego kształtu listków poskładanych w uroczą mozaikę z różnokolorowymi kropkami kwiecia. Może ta atrakcja powstrzymała ją ledwie na chwilę. Może naruszyła równe tempo jej ciężkich kroków i może, ale tylko może, przyjęła na siebie pierwszy cios, który zadało ciężkie spojrzenie czarnych oczu.
Jeff poczuł się jak kleks, który jakiś malarz upuścił niechcący na sam środek swojego kolorowego dzieła, kiedy ledwie chciał podpisać się w jego rogu – po prostu przyszedł tu i zachwiał bardzo mocno całym obrazkiem, na zawsze psując go i znacząc śladem trudnego do wywabienia atramentu. Pewnie dlatego mieszkaniec tego ogrodu słusznie zauważył, że musiała nastąpić jakaś przerażająca pomyłka, tym samym ściągając na siebie wzrok nieproszonego gościa.
- Nie sądzę, żebyś musiał mi w czymkolwiek pomagać.
Florysta wyglądał tak... mizernie. Wysoki i smukły zupełnie jak kobieta – jego drobniejsze ramiona otwierały widok na dłonie, które czule i ostrożnie dzierżyły konewkę. Stał z tym niepozornym narzędziem ogrodniczym zupełnie jak figura na fontannie gotowa przelewać z niego wodę w nieskończoność, wprost do misy u swoich stóp. I jeszcze ten francuski akcent... Czarny kleks wżerający się w płótno zdawał się skontrastować zresztą swojego otoczenia jeszcze mocniej w miarę kolejnych słów wypływających melodyjnie spomiędzy bladych warg – równie pełnych jak u kobiety.
- Jestem tu po prostu kolejnym chwastem – uciął krótko, z niejakim trudem przeciskając się przez futrynę wraz z doklejoną do boku, wypchaną torbą. - Co, w twoim przypadku dziekanat także zwlekał z informacją? Ostatnio zrobili się bardzo romantyczni, mi przypięli list do drzwi, tobie może włożyli pod... – poduszkę, chciał powiedzieć, ale zdanie rozerwało mu się tak jak niestarannie pochwycony zszywkami boczny zamek torby. A zamiast kolejnych słów na podłogę posypały się ubrania, kosmetyczka oraz imponująca kupka książek – zwłaszcza Mały Książę domagał się wolności tak bardzo, że efektownym ślizgiem po podłodze dostał się do połowy pod łóżko blondyna.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Czw Sie 10, 2017 2:35 pm

Przeszło połowę wschodniej ściany pokoju numer dwieście dwadzieścia dwa  zajmowało wielkie, niczym nieprzesłonięte okno. Szyba osadzona w objęciach drewnianej ramy zazwyczaj posyłała w przestrzeń delikatne przebłyski światła, kiedy słońce wspinając się po nieboskłonie wspierało się o jej powierzchnię swoimi promieniami. Szeroki parapet, rozpościerający swoją płaszczyznę poniżej dwóch otwierających się do wewnątrz skrzydeł, był idealną podporą dla filarów rąk, gdy chciało się wyjrzeć na uczelniany dziedziniec. Sam Laurent niejednokrotnie rozpłaszczał na nim swoje własne dłonie śledząc wzrokiem nieliczne kwitnące rośliny, tu i ówdzie wychylające się nieśmiało spomiędzy objęć równo przystrzyżonego trawnika. Kiedy pierwszy raz dane było mu podejść do nieco przykurzonej tafli oddzielającej jego lokum od świata zewnętrznego był oczarowany. Przyciskając czubek nosa do szyby wpatrywał się w rozrzucone bez ładu słowa - ich przypadkowość jedynie potęgowała ich piękno - układając z nich krótkie zdania. Po kilku miesiącach zaczął nawet prowadzić niemy dialog z "niepiśmiennym" ogrodnikiem.
Tak oto dom na połaci parapetu, tuż pod przypominającą szklarniowe okno ramą z jasnego drewna, znalazło kilka niewielkich doniczek, pyszniących się jaskrawymi kolorami swego szkliwienia. Każdy z rezydentów spulchnionej odpowiednio gleby odpowiadał na zew swych większych krewnych obsiadających skrawki podwórza. Niewielki bodziszek wychylający się nieufnie zza rantu doniczki równie fioletowej co jego niewielkie płatki zdawał się wyciągać swoje listki w kierunku wysokich dracen, zupełnie bez lęku, niepomny swojej maleńkości. Tuż obok, w zielonym naczyniu, pojedyncza dziewanna rozsiewała wokół słoneczny kolor, pochylając lekko swą ciężką głowę, zupełnie jakby chciała paść w objęcia znajdujących się kilka pięter niżej cyklamenów. Odrobinę dalej, w stykających się ze sobą doniczkach, splatając ze sobą listki rosły spokojnie rozłożysty heliotrop oraz petunia o zarumienionych, różowych płatkach. Ich kwiaty zwracały się ku ukrytym w cieniu brzoskwiń chabrom - zazdroszcząc im chyba możliwości obcowania z pięknem. I gdy już wydawało się, że płacz bratków nie usłyszy odpowiedzi, zupełnie znikąd pojawiała się woń mięty - roślinki która, naprawdę niepozorna, wtuliła się w kąt okiennej wnęki.
Końcowym szlifem całości było kilka zasuszonych kulek owocu jemioły wciśniętych w każdą doniczkę - nie był w stanie zebrać jej kwiatów o tej porze roku, a ludzie od dawien dawna postrzegali ją w kategorii chwastu nie garnąc się do jej hodowania, czy też bardziej sprzedaży. A szkoda, bo żywa głośniej krzyczałaby swoją deklarację w kierunku dereni, miast szeptać ją jedynie delikatnym głosikiem.

Wszystkie te dźwięki słyszał jedynie niebieskooki. Słyszał i doceniał.

Wsączająca się przez szybę szarość na kilka chwil zatrzymała się przed oczyma blondyna, by niezrażona ruszyć ku ciemniej plamie na płótnie jego życia, rozbijając się na jej piersi. Ciało niższe niż jego własne zdawało się nie tyle być odziane w czerń, co epatować nią wokół z zapamiętaniem starając się przykryć nią wszystko, co śmiało mieć jakikolwiek kolor. Kwiaty, liście, jasne ściany, błękitną pościel zalegającą na wolnym łóżku... ba! Nawet samego blondyna, będącego kolorytem samym w sobie. Ten, nie tyle z własnej woli, go z konieczności odstawił dzierżoną konewkę na jasną płaszczyznę biurka, by po tym, ocierając dłonie o jasne jeansy opinające jego uda, ruszyć w kierunku teraz już niekoniecznie-nieproszonego gościa. Otóż - rzecz przedziwna - Laurent jak miał w zwyczaju, rozpoczynał znajomość od rangi "zostań moim przyjacielem". I choć nigdy nie przyniosło mu to nic dobrego - zdawał się w tej kwestii nie uczyć na własnych błędach. Jego dłoń, zadziwiająco płynnie, oderwała się razem z ramieniem od boku wyciągając w kierunku chmury. Iluzja nabrzmiałego od wyładowań elektrycznych powietrza prawie-prawie sprawiła, że jasne włoski pokrywające jego skórę stanęły na baczność.
- Bycie chwastem to nie obraza. Bo nawet to, czego nikt nie poważa może nieść ze sobą odpowiedni przekaz. - jego dłoń zawisając w przestrzeni pomiędzy cieniem a jasnością wciąż poruszała się lekko. Zupełnie jak w takt muzyki. - Na imię mi Laurent. Wybacz, najwyraźniej postanowili nie informować mnie o tak istotnej zmia... - ostro ucięte słowa rozsypały się po panelach razem z zawartością torby ciemnowłosego.
Akcja pociągnęła reakcje - wyciągnięta jeszcze chwilę wcześniej ręką wróciła do pierwotnego położenia, kiedy blondyn opadł na kolana nie mogąc zdecydować co ratować w pierwszej kolejności. Jeden rzut oka później - już wiedział. Jego smukłe dłonie wyciągnęły się w kierunku niewielkiej książki, ujmując ją z należną delikatnością. Mały Książę...
- Teraz pomoc się chyba przyda. - stwierdził śpiewnie unosząc się do przyklęku. Maleńki tomik podążył wraz z długimi ramionami w kierunku właściciela. Uśmiech, który błąkał się po wargach blondyna mógłby być zaraźliwy. Mógłby...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Pią Sie 11, 2017 10:15 pm

Cały natłok gwaru i rozmów szczebioczących pomiędzy zroszonymi wodą liśćmi, rozbijał się potężnie o przydymianą szybę niewiedzy i obojętności, którą przytargał wraz z sobą nowy lokator pokoju dwieście dwadzieścia dwa. Choć „przytargał” to raczej złe słowo – on postawił sobie z niej mur, strzeliste wieżyczki i zwodzony most, który nigdy się nie opuszcza; nosił ją jak najlepsze futro z norek, ustawiał za każdym razem pomiędzy sobą a rozmówcą, a nawet sobą a jakimikolwiek bodźcami z zewnątrz, zmniejszając kontakty z otoczeniem do absolutnego minimum. Jeff wkroczył do kwiecistego obrazu nie tylko jak czarny kleks upuszczony z cienkiego pędzelka, ale i jako szum zacierający i zniekształcający łączność radiową – czy też wizualną, której nośnikiem była szyba w szerokim oknie. Nawet promienie przygaszonego, jesiennego słońca wlewające się ciężko przez okno zdawały sięgać ledwie butów przybranego w czerń studenta, nawet nie chcąc zbliżać się do jego twarzy i oczu wyglądających jak para kompletnie pozbawionych żaru, wypalonych węgli... Albo czarnych dziur, które bez reszty pochłaniały wszelkie pozytywne gesty skierowane w stronę ich właściciela. Porywały je, wraz z życiodajną cząstką głupca, który zdecydował się na tak nieodpowiedzialne działanie i nie dawały nic w zamian - większość ludzi wprowadzając tym w zakłopotanie, dziecinną złość albo po prostu zrozumiała poczucie niesprawiedliwości. A co z chłopakiem z konewką? Tym, który przez otoczenie kwiatów sam wyglądał jak... Fiołek. Więc co z Fiołkiem? Nie ugiął swojej cienkiej łodyżki ani za pierwszym uderzeniem, ani za pierwszym słowem, a wręcz wychylił się ze swojej doniczki ciekawsko, jeszcze mocniej mieniąc się w słońcu jasno-fioletowymi płatkami fikuśnych ubrań... Albo włosami jasnymi jak jeden z tych bajecznie wyglądających kruszców. Ten, z którego kobiety lubią robić sobie biżuterię.
Nawet ostrzegawcze zagajenie rozmowy nie odwiodło nowego kolegi od chęci nawiązania nici porozumienia – choć w tym przypadku była to pozbawiona delikatności dratwa, na której grubości można było sobie pociąć ręce. Ba, nawet wyciągnął tę smukłą rękę, której długie palce przywodziły na myśl dłonie typowego artysty i dopiero bolesny trzask upadający na ziemię książek odwiódł go od chęci zetknięcia się z Steelem, którego skóra była delikatna niczym papier ścierny, a wciąż bardziej przystępna w kontakcie niż jego charakter.
- Kurwa mać! – rzucił ze zmęczeniem; bardziej psychicznym niż fizycznym, z bólem sam lądując na kolanach i łapiąc rozchodzącą się w szwach torbę. - Pieprzony szmelc, mogłem cie wywalić od razu...! – sapał, próbując jak najszybciej, bez ładu zgarnąć swoje książki bliżej siebie, prawie jak pisklaki, których niczym nadopiekuńcza kwoka nie chciał wypuszczać z gniazda i na moment widocznie zamarł widząc swojego kurzego czempiona w obcych rękach. W szczupłych, delikatnych dłoniach artysty, który nie trzymał lektury jak mało wartego przedmiotu; ba, nie trzymał jej nawet jak książki, ale jak... Na prawdę ciężko to było teraz dobrze porównać, ale na pewno tak nie trzymało się po prostu rzeczy. Niemniej szatyn wyrwał swoją książkę z prędkością światła, przyciskając ją ręką do boku i uciekł wzrokiem na podłogę, gdzie udało mu się jeszcze zgarnąć dwie losowe tomiki. - Obejdzie się. Masz swoje zajęcia. – Podniósł się ciężko na nieco drżące w kolanach nogi; w końcu przytulanie szerokiej rozprutej torby do boku nie uchodziło za specjalnie wygodne i... - Jeff. Steele.
Iście kowbojskim krokiem podszedł do łóżka i zrzucił torbę na pozbawione pościeli posłanie, które miało się stać jego nowym, już nie tak prywatnym i odosobnionym gniazdkiem.
- Chwast z odpowiednim przekazem? Na przykład skrzyp? Laski wyrywają go z ogrodu, żeby potem kupować tabletki z nim na porost włosów i paznokci – odbił, właściwie sam nie wiedząc dlaczego, po czym, obejrzał się na górkę rzeczy porzuconych niedaleko łóżka blondyna. Atlas Chmur, kosmetyczka z pastą, szczoteczką i mydełkiem ubarwionym w zatopione w tłuszczu zioła, bluza cała w kociej sierści, Edgar Alan Poe w twardej oprawie i... Tak, to były gacie. Jeszcze złożone i nie śmigane. Z metką. ...W symbole Batmana.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Wto Sie 15, 2017 1:25 pm

Promienie słońca pojawiły się nagle, wyglądając nieśmiało zza okiennej ramy pokoju numer dwieście dwadzieścia dwa. Zupełnie, jakby nieco wstydziły się swojego spóźnienia na pierwsze spotkanie indywiduów tak różnych, że aż ich koegzystencja w jednym pomieszczeniu wydawała się niemożliwa. Jasne włosy odzianego w błękity chłopaka pierwsze pochwyciły złotawe przebłyski. Sunąc po nieco przydługich, platynowych kosmykach światło zdawało się posyłać wokół wielobarwne iskry. Jego podróż nie kończyła się jednak na grzywce klęczącego - co to, to nie. Blask rozpraszając się na rozwianej fryzurze, spływał miękkim strumieniem wprost na nieco zadarty nos, zsuwał się na porcelanowe policzki, dodawał odpowiedniej głębi barwie pełnych ust. Zupełnie jak ciekawskie stworzonko padał na uniesione dumnie ramiona, gdzie tuptał powolutku w kierunku kołnierzyka cienkiego swetra. Wyimaginowanym, słonecznym noskiem prześlizgiwał się po napiętej, bladej skórze szyi, znacząc ją swoim namacalnym ciepłem, by po tym delikatnym ruchem niknąć za rąbkiem jasnego materiału. Przyjemna sensacja nie omijała również nienaturalnie wyprostowanego grzbietu blondyna. Przesiąkając się przez delikatny splot wierzchniego okrycia chłopaka, poblask lizał swoim szerokim, rozgrzanym ozorem wgłębienie pomiędzy jego łopatkami, wzbierając w nim falą zsuwającą się następnie wzdłuż wypustek kręgosłupa. Gra świateł... niby nic, jednak we wnętrzu piętnastometrowego pokoju, na powrót wypełnionego wonią kwiatów, zyskiwała znamiona prawdziwej magii.
Aureola blasku otaczająca filigranową posturę Laurenta Lacroix zdawała się nadawać mu jedynie więcej kolorytu. I tylko grube, nieprzebyte mury strzelistego zamczyska stawały naprzeciw jasności sprawiając, iż jej delikatne, ciekawskie przebłyski rozpraszały się w popłochu. Zupełnie, jakby pomieszczenie podzieliło się nagle na dwoje, w połowie zajęte przez nieprzebytą ciemność. Ciemność w którą lazurowe oczy pełne przebłysków spoglądały z nieprzebraną ciekawością. Zwłaszcza, kiedy owa ciemność zagotowała się pod wpływem wypełniającej ją złości.
- Och, spokojnie. Kiedy się już wypakujesz postaram się coś na to... - poradzić? Dlaczego właściwie klęczący blondyn tak dalece chciał wejść w czerń, wstać z kolan, unieść swoje dłonie i niezrażony otulić się płaszczem mroku. Przyjaciel świata...
Jasność starła się w walce z cieniem, kiedy studenci kleknęli naprzeciw siebie. Ratunek, który jasny zaoferował niewielkiej książeczce okazał się być... niepożądany? Tak właśnie to odczuł, kiedy delikatna powierzchnia okładki wyrwała się spomiędzy jego gładkich opuszek trafiając w kochające ramiona swojego właściciela. Wystarczyło jednak jedno przepłynięcie akwarium, by jego pamięć złotej rybki idealnie współgrająca z całością jego podejścia do świata zadziałała. Laurent miał to do siebie, iż wszelkie wyrządzane mu przykrości odchodziły w niepamięć tak szybko, że...
- Każdy ma swoje zajęcia, prawda? Dla mnie jednym z nich stała się pomoc tobie, zwłaszcza w połączeniu z twoim wejściem smoka. Mało kto wchodzi tu z takim rozmachem. Mało kto wchodzi tu w ogóle... - przyznał wzruszając ramionami. - Steele... chodzisz na wykłady do Heliosa? Wydaje mi się... tak, siedzisz po przeciwnej stronie sali wiecznie patrząc w książkę rozłożoną na ławce! Jestem Lacroix, Laurent Lacroix... chociaż... pewnie kojarzysz mnie jako tego "pojeba od kwiatów". - kolejne, ostre wzruszenie ramion splotło się w czasie z momentem, kiedy chłopak pozwolił jednemu ze swoich kolan oderwać się od powierzchni podłogi.
- Na przykład... - przyznał cicho. Delikatnie, z odpowiednią płynnością uniósł się do pozycji stojącej, zaplatając palce swoich smukłych dłoni na wysokości podbrzusza. Kołysał się lekko. - Skrzyp niesie ze sobą odpowiednie dla swoich właściwości słowa. Drzewo życia. To chyba wystarczająco dużo siły, prawda? Docenia się go dopiero wtedy, kiedy umiera. Życie nie jest fair, kiedy determinuje nas jedynie definicja, a nie słowa, które z sobą niesiemy. - zagalopował się. Zagalopował tak dalece, że mówiąc pochylił się w kierunku górki dobytku jego nowego współlokatora. Smukłe dłonie chwytając kolejne przedmioty otulały je swoim naturalnym bezpieczeństwem, by płynnym ruchem przenosić je z podłogi na blat biurka. Dwie książki, kosmetyczka, bluza która spoczęła na nich rozsiewając wokół zwiewne obłoczki kociej sierści... wszystko tak naturalne jak to tylko możliwe. Wszystko tak dalece normalne. Wszystko tak dorosłe w porównaniu do... - Batman. Jest moim ulubionym superbohaterem. - palnął ze słyszalnym w głosie uśmiechem, unosząc nowiutkie bokserki na wysokość swojego nosa. - Pozwolę sobie nie zostawić ich na wierzchu. Łap. - gatki poszybowały po przekątnej pokoju lądując na świeżo zajętym łóżku.
A Laurent? Laurent wciąż uśmiechał się wesoło. Mimo zaskoczenia niebywale szybko pogodził się z faktem posiadania współlokatora. Pogodził się z nim i jak miał w zwyczaju - starał się znaleźć w nim pozytywy.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Czw Sie 17, 2017 2:37 pm

Pachniało zielenią. Naprawdę. Pachniało zroszonymi wodą liśćmi i płatkami, mokrą ziemią, słodkim pyłkiem, który pszczoły przerabiały na miód. Pachniało kwaśno-gorzkawym zapachem soków, które rośliny puszczały z ran, kiedy obrywało się je z chorych liści. Ta dzika mieszanka zamknięta niemal hermetycznie w niewielkim studenckim pokoju mogłaby być przyporządkowana do soczystego odcienia zieleni, gdyby tylko kolory mogły mieć zapachy – choć brzmiało to równie szalenie co wygląd muzyki lub tembr głosu książek. Każda z tych pięknych rzeczy była niekompletna - wszystko było ułożone tak, jakby perfekcja nie mogła zostać osiągnięta, zawsze czegoś brakowało, zawsze trzeba było sobie coś domyślać, dopowiadać, tworzyć własny... Ogród w umyśle lub w biednym i ciasnym pokoju akademika. Tak, jak zawsze przy przeprowadzce musi się rozwalić torba, wysypać książki i zawsze trzeba zgubić gacie przy nieznajomej osobie.
Zawsze było coś nie tak...
O czym on w ogóle myślał, do cholery?!
Otrząsnął się, kiedy zdał sobie sprawę, że jego myśli z kontemplacji otoczenia na nowo pierzchły do wnętrza jego głowy, jakby nie mogąc znieść za dużej ilości światła – które notabene wlało się do wewnątrz pokoju z czystego przyzwyczajenia i wyczuwając wroga przygasło znacznie. Terapeuta nazywał ten bezwiedny zabieg, ucieczkę do swojego wnętrza – „przyzwyczajeniem do samotności”. Ale terapeuta był też idiotą, który szukał powodów kiepskiej kondycji psychicznej Jeffa w jego dzieciństwie, a nie w najnowszych wynikach badań. Choć z tą samotnością coś mogło być na rzeczy. Jak długo Steele potrafił teraz ciągnąć z ludźmi normalny dialog? Mógłby w końcu wypiąć się na nowego, świeżo upieczonego, wyjętego z pieca i jeszcze gorącego koleżki, i zatopić się na powrót w Atlasie Chmur, którego przecież już tak niewiele mu zostało do skończenia. Ale mógł też porozmawiać i sprawdzić jak długo da radę.
Odetchnął ciężko i obrócił się do chłopaka bokiem, przytrzymując niewielki kopczyk książek przy piersi i rozglądając się za wolnym biurkiem.
- Słuchaj, żaden z nas się o to nie prosił, nie musisz być taki miły, nie zamierzam cie osądzać, czy robić cokolwiek. Po prostu tu mieszkam. Nie musimy nawet gadać i nie zabieram dużo miejsca – palnął, chcąc odciążyć blondyna najpewniej silącego się na bycie miłym w całej tej durnej sytuacji. - Nie przywiązuj się. Nikt tu nie rozdaje pucharów ani medali za uśmiechanie się do wszystkich. I nie staraj się na siłę być taki promienny przy mnie, bo wyglądasz przez to jak rozpalona zapałka – a kiedy odpalasz taką w ciemnej piwnicy, to nie pomoże ci odnaleźć wyjścia tylko przyciągnie potwory.
Czy potrafił coś poradzić na szorstki ton? Czy w ogóle chciał...? Czy oglądał się na to, że jego słowa były jak rozrzucane na podłogę szpilki, obrócone dumnie ku górze i prezentujące żądła? Wręcz czekające na chwile, w której blondyn będzie chciał sprawdzić jak mientki jest jego współlokator-mruk. Jak głęboko ta przemiła, przyjazna i delikatna osobowość zapuści się do Czerni z czystej ciekawości zanim zdecyduje się zawrócić, przeryć się na wskroś przez podłogę pokoju i wznieść żywopłot, żeby lepka demotywacja i ponuractwo nie sięgnęły jej łóżka...?
Książki cicho pacnęły układane na blacie z przeciwną, niepasującą wręcz do Jeffa czułością – zwłaszcza Mały Książę, który zyskał miejsce na samym czubku. A potem rytuał rozpakowywania się, ekspansji na nowe tereny na nowo zatrzymał się przez kolejną wypowiedź, której się szczerze nie spodziewał.
- Taaak... – odparł powoli, z ostrożnością, śledząc współlokatora uważnym spojrzeniem. - Pamiętasz rozkład siedzenia każdego z naszego roku? I to co robi, żeby nie skupiać się na zajęciach...? Bo jeśli tylko mój, to zabrzmiało to bardziej niż dziwnie. – Kącik ust drgnął mu nerwowo, a potem student wzruszył delikatnie ramionami i dla zajęcia rąk pedantycznie poprawił swój książkowy stosik. - Nie wiem czy cię kojarzę, mam swoją wspomnianą już przez ciebie książkę i nie rozglądam się po sali, ani nie słucham innych ludzi. Dla mnie nie jesteś jakimś pojebem, jesteś po prostu „Laurent”. Miło mi. Chyba. – Oczywiście, musiało być to słowo na końcu, bo w przeciwnym wypadku jeszcze zrobiłoby się zbyt miło.
Nie spodziewał się, że głupi przykład ze skrzypem tylko mocniej pobudzi konwersacje, wpływając na naprawę specyficzne tory. Zwłaszcza w temacie doceniania kogoś... czegoś dopiero po śmierci. Kiedy tylko ten temat rozpłynął się, to kołtun złości jakby powrócił i Jeffrey nieco zbyt energicznie podsunął stos książek blizej rogu biurka.
- Życie jest od tego żeby nie być fair, Laurent. Czasem dla niektórych słownik jest za ciężki i nie biorą go ze sobą na czas podróży, dlatego oceniają elementy świata dookoła po wyglądzie. Albo po pospolitości. I jeśli coś bez twojego udziału i starań wyrasta ci w ogródku, to najpewniej jest chwastem, a nie darem od Losu. – Zacisnął wąskie wargi tak, że w kącikach ust lekko pobielały. Zagalopował się. Obaj się zagalopowali, dlatego następująca po tych słowach cisza była taka dotkliwa – zupełnie jak poranna mgiełka w lesie, ciężko osiadająca na wszystkim, co wdarło się na jej terytorium. Steele powoli wrócił spojrzeniem na blondyna zbierającego z podłogi porzucone bzdety, akurat kiedy w smukłych dłoniach pojawiła się prywatna bielizna. Bokserki. Majtaski. Jak zwał, tak zwał - pod każdym imieniem niosłyby za sobą tyle samo zażenowania.
W tej konkretnej chwili na policzkach gbura można było usmażyć całkiem niezłą jajecznicę.
- Ta.. tak, dzięki. – Rzucił się w stronę bielizny i szybko wcisnął ją niedbale do torby. - To przez to, że się rozpruła, zwykle ich nie rozrzucam...

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Sro Sie 23, 2017 6:14 pm

Perfekcję osiągnąć jest niebywale trudno. Skompletowanie wszystkich jej elementów w jednym miejscu zdaje się niemożliwe. Ot, zupełnie jakby siły wyższe na to nie pozwalały. Stąd więc pokój numer dwieście dwadzieścia dwa mimo panującej w nim harmonii zdawał się być... niekompletny. Kwiaty pachniały, nie na tyle jednak, by wypełnić swoją wonią najdalsze kąty pomieszczenia ukryte za łóżkiem, czy szafą. Złotawy pyłek unosił się w powietrzu, nie tak liczny jednak by przesłonić towarzyszące mu drobinki sinoszarego kurzu. Płatki opadały miękko na chropowatą powierzchnię parkietu, niezdolne jednak do pokrycia go kwiecistym dywanem. Zawsze coś było "nie na tyle". Zawsze pojawiało się jakieś "jednak", które uparcie wwiercało się w potylicę budząc wątpliwości. I kiedy już wydawało się, że należy pogodzić się ze stanem faktycznym, kiwając pobłażliwie głową, kiedy wiara w to, że "lepiej" i "bardziej" nie nadejdą w ogóle umacniała się w człowieku... los uparcie odwracał się o sto osiemdziesiąt stopni. Pokazując język każdemu, kto postanowił wcisnąć go w jakiekolwiek ramy.
Tak właśnie Czerń wsunęła się do świetlistego ogrodu - lekko, bez zmarszczek na gładkiej tafli spokojnej stagnacji, bez okręgów rozchodzących się wokół miejsca styku. Być może odrobinę uwypukliła jasne barwy. Być może rozproszyła nieco ciepły blask, przydymiając go onirycznie. Być może przyniosła ze sobą kilka fantasmagorii, które uparcie zakrzywiały spokojny ruch skrzących się leciutko drobinek kurzu. A na pewno...? Na pewno przyciągnęła za swoim gotującym się złością ciałem ostrą woń ziół, która splatając się z natywnym, zapachem soczystej, żywej zieleni i kwiecia dodawała im głębi, wpychając je nawet pod świeżo zajęte przezeń łóżko. Na pewno przyniosła w ramionach swoje własne dźwięki podnosząc o kilka tonów szeptane przez kwiaty słowa. Na pewno pozwoliła sobie na przywlec ze sobą niewielki kłaczek kociej sierści, który unosił się właśnie w powietrzu, skrząc się srebrzyście, zapamiętały w tańcu ze złotawym pyłkiem okręcając się wokół jego drobin w drodze na podłoże.

Na pewno przyniosła ze sobą coś... bardziej...

Blondyn mógłby wycofać się z dalszej konwersacji prowadzącej najwyraźniej donikąd. Wystarczyło przecież jedynie odwrócić się, zająć odrywaniem pożółkłych listów od zielonych łodyżek, zaciągnąć się tak dobrze znanym zapachem starając się najzwyczajniej w świecie wyprzeć niewygodny fakt posiadania współlokatora. Fakt, który ośmielił się spaść na barki poruszającego się niebywale płynnie chłopaka nie dalej niż dziesięć minut wstecz. A może... może powinien zasłonić się kotarą milczenia na rzecz ponownego wysługiwania się słowami ukrytymi pomiędzy płatkami kwiatów...?
Ale... wtedy nie byłby Laurentem Lacroix.
- Wiem. Wiem, że żaden z nas nie składał podań do dziekanatu o przydział losowego współlokatora dla porcji dodatkowej rozrywki. - wypalił wciąż uśmiechnięty. Jego smukłe biodro wsparło się o wystający poza całą bryłę biurka blat. - Nikt nie tytułuje również wiecznie skwaszonych indywiduów. Wolę uśmiechać się, niż rozsiewać wokół mgiełkę jadu. Kwiaty mogłyby od tego zwiędnąć... - odpalił spokojnym tonem, zupełnie jakby uwagi chłopaka nie wywarły na nim zamierzonego wrażenia. Po prawdzie - tak właśnie było.
Tanecznym krokiem, unosząc się na czubkach palców, jasnowłosy gotów był wkroczyć w Czerń, pomiędzy szpilki i - płynąc w przestrzeni - nie przejąć się żadnym z ostrych żądeł tnących jego jasną, nieskazitelną skórę. Jego ciało, twarde jak porcelana, uparcie odpierało wszelkie próby zdemotywowania go. Każda złośliwość, każde cięte słowo - wszystko rozbijało się na jego klatce piersiowej, rozpadając się na kawałki zbierające się wokół błękitnych trampek. Laurent po raz drugi w przeciągu kilkunastu minut zaplótł dłonie na wysokości swojego podbrzusza, a zebrane wokół jego stóp kawałki złośliwości zmieniły się w proch. Dlaczego...? Wystarczył pozór spokoju, który roztoczył wokół siebie ciemnowłosy układający książki - dotykający ich jak najlepszych przyjaciół.
- Em... tak...? - jego brwi uniosły się delikatnie. - Pamiętam. Nie czytam na wykładach książek, nie rysuję, nie gram na przenośnych konsolach... ja po prostu obserwuję. Bo każdy robi coś, żeby nie skupiać się na zajęciach, prawda? - odetchnął głębiej przygryzając pełną, dolną wargę. - Dobrze choć raz być "po prostu" Laurentem... - delikatne drżenie w jego głosie przeplotło się z radością.
Radością, która nagle stała się bardziej namacalna, niż lekka ciekawość, z którą blondyn wciąż podchodził do swojego nowo nabytego kolegi. Kolegi, który mógł stać się nagle nieco bardziej odsunięty. Przesuwający kopczyk książek tak, że wydawało się, iż chce zrobić z niego namiastkę muru, który miał osłonić go przed kolejnymi słowami Laurenta. Całkowicie niezamierzenie mu doskwierającymi, warto dodać.
- Och... możesz mieć wiele racji. I chociaż słownik być może jest zbyt ciężki, czasem wystarczy przystanąć w podróży, i poświęcić choć chwilę na docenienie czegoś pozornie pospolitego. Bo... coś co radzi sobie samo, bez żadnej interwencji z zewnątrz jest wystarczająco silne, by z tego nie szydzić. I żeby stać się właśnie darem. - odparł marszcząc lekko nos. Cisza. I jedynie astry mruczały cichutko. Ich głosiki odbijały się echem we wnętrzu laurentowej czaszki. Tak niewiele, a może właśnie tak wiele...?
Ciche parsknięcie dobyło się spomiędzy pełnych warg chłopaka, który - bardziej chcąc, niż nie chcąc - zareagował nieskrywaną wesołością na pierwszy objaw uczuć z gamy nieco mniej ciemnych.
- Wiesz, nie przeszkadzałoby mi, gdybyś rozrzucał tu gatki. Może masz jakieś z Supermanem?
Jego dłonie rozplotły się, kiedy chłopak przesunął rzeczy ciemnowłosego po blacie, robiąc skrawek miejsca na jego krańcu. Po chwili stając tyłem do biurka rozłożył ręce na jego płaszczyźnie, wsuwając na mebel swoje pośladki i siadając nań lekko. Kilkukrotnie poruszył nogami. Jego stopy znajdowały się około pięć centymetrów nad parkietem.
- Tam... - wskazał ruchem głowy pobliską, niewielką szafę. - Jej prawa strona jest całkowicie pusta. Możesz się tam rozpakować.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Sro Sie 30, 2017 4:43 pm

Kiedyś, dawno temu – tak dawno, że nie wiadomo nawet dokładnie kiedy – na granicy wspomnień pamiętało się jeszcze chwile, w których na widok tak wielu kwiatów w jednym, niepozornym i rzekomo nieprzystosowanym do tego miejscu, czuło się prawdziwy niekłamany podziw. Wtedy przejmowano się, starano, wkładało się duszę w rozmowę i dbało o swoje wyobrażenie w głowie innych ludzi. Teraz fabryka Życia stanęła i stopniowo tkankę organiczną zaczynał zastępować hipoalergiczny i tańszy w wytwarzaniu plastik – a plastik bardzo trudno wzruszyć. I nie zrobią tego ani maleńkie krople osiadłe na kolorowych płatkach, ani liście gibiące się na cienkich łodyżkach, ani Fiołek, który pierwszy raz postanowił odgryźć się miękko za nieprzyjemną uwagę. On też wydawał się w tym pokoju stokroć bardziej żywszy niż poruszający się ospale wytwór z plastiku.
...to w końcu kleks, kołtun czy plastik?
Czemu Jeff znajdował na siebie tyle różnych określeń skoro minęło ledwie kilka minut i nie potrzebował nowych form wyrazu? W końcu ani o jotę nie zmienił się od momentu wejścia, aż do chwili, w której odbierał porzuconą bieliznę. Choć być może zmienił... Być może trochę ostygł pod naporem spojrzenia oczu tak niebieskich, że przywodziły na myśl czystą i zimną arktyczną wodę. Być może ochłonął z sykiem i złość zastąpiło zmęczenie – bielizną, przeprowadzką i ostatecznie nawet samą rozmową. Nawet jeśli bardziej od pełnoprawnej rozmowy przypominało to zabawę dziecka w trącanie patyczkiem toksycznego ślimaka, który po każdym dźgnięciu coraz mocniej wsuwa się w skorupę.
Namalowany kleksami, skołtuniony, plastikowy toksyczny ślimak w skorupie. Jeff Steele.|
Ktoś go musi uwolnić od jego własnej, nadmiernie płodnej wyobraźni – z nikim w końcu nigdy nie dogadywał się tak źle jak z nią. Zwłaszcza teraz.
- Twoje kwiaty nigdy nie zwiędną, za bardzo się o nie troszczysz. Zawsze będą mieć za dużo wody w glebie i zawsze będzie czym je podlewać – nawet jeśli przyjdzie ci konewkę napełniać własnymi łzami. - Więdnięcie było pierwszymi wyraźnymi krokami na drodze do nieuchronnej śmierci – ta myśl sprawiłaby, że „po prostu Laurent” poczułby smutek – smutek dałby łzy, a łzy zapełniłyby wyschłą donice aż po brzegi. I wróciłoby Życie. Z roślinami w tym przypadku było trochę prościej. I nie przeszkodziłby nawet ta odrobina soli w ich nowej pożywce.
Czy to zagadkowe bardziej nie było przypadkiem po prostu... harmonią? Toksyczną. Przeciwwagą wprowadzoną i ściągniętą tu z potrzeby utrzymania naturalnego porządku? Do klatki z pięknym okazem rzadkiego gatunku wysokiego, jasnowłosego mężczyzny – o których w całej Europie śnił Adolf Hitler; idealnego przedstawiciela pańskiej rasy Aryjskiej, który dla śmieszności i żartu losu był akurat Francuzem – wpuszczono... To. To coś, co nie potrafiło się zachować. Nie błądziło wzrokiem za miękko poruszającym się ciałem, nie wchłaniało się po czubek głowy w rozmowę, którą współlokator sam zaczął, tylko po prostu nosiło małe kupki swoich rzeczy w różne miejsca – zadomawiając się tak jakby nie był to dla niego pierwszy raz.
I spodziewał się, że nie ostatni.
Jeff odpowiadał coraz rzadziej i coraz krócej. Unikał spojrzenia. Zajął się swoimi sprawami nagle urywając kontakt tak, jakby zamknął się swojej wszystko-odpornej bańce. Nadszedł koniec – koniec rozmowy, żarcików, dogryzania i odgryzania; Steelowi wyczerpały się jego zepsute baterie towarzyskie i postanowił porzucić je na podłodze bez ostrzeżenia, zostawiając Laurenta w otoczeniu powietrza przesyconego już tylko jego słowami. Miłymi słowami – należy dodać – których przesłanie wniknęło na porodówkę wyobraźni Pana Steela i zamierzało upomnieć się o nieco uwagi chwile przed zapadnięciem w sen...

… chwile, kiedy po rozpakowaniu będzie leżał na łóżku...

...w absolutnej ciemności. I będzie wpatrywał się w sufit, myśląc o pospolitych rzeczach, które z racji niezależności stają się maleńkim darem od losu. Darem namalowanym kleksami, ozdobionym kołtunami i... plastikiem. Choć bardziej brzmiało to jak sztuka nowoczesna z wykorzystaniem kupy śmieci.
Zerknął wtedy przez kotarę mroku na drugą część pokoju, gdzie w ciemności widział zarys drugiego łóżka – a raczej gniazdka nad którym pochylały się nieruchome, pogrążone we śnie kwiaty. Pachniało nimi w całym pokoju – zimnym, soczystym zapachem nektaru – u każdego kwiatu różnym, ale w każdym przypadku tak samo nienachalnym.
Chłopak odetchnął ciszej i odwrócił głowę tak, by z powrotem leżeć w łóżku sztywno na plecach. Niby był rozpakowany, ale nadal czuł się nieswojo, obco. Przewrócił się na drugi bok, tyłem do magicznego, sztucznego ogródka. Teraz miał przed sobą ścianę, do której dosunięte było wąskie, jednoosobowe łóżko. Spróbował zasnąć przymykając oczy i zastępując ciemność pokoju mrokiem panującym pod jego powiekami. Zaczął liczyć baranki. A potem kozy. A potem płoty skaczące przez płoty. A potem kwiaty naokoło tego płotu.

A potem... był dzień.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 54
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Pon Wrz 04, 2017 1:24 pm

Ciemność rozpostarła jedną z pół swojego podszytego gwieździstym blaskiem płaszcza w obrębie prostopadłościanu pokoju dwieście dwadzieścia dwa przeszło cztery godziny wstecz. Oniryczne światło księżyca zdawało się uparcie omijać ramę łóżka z jasnego drewna, niezgrabnie ślizgając się po płaszczyźnie parkietu - zupełnie jak pozbawiony pazurów kocur wtykając nos jedynie tam, gdzie niepewne łapki zdołały go ponieść bez zbytniego wysiłku. Kiedyś - naprawdę dawno temu - spało się o tak późnych porach będąc zbyt zmęczonym. Czuło się doskwierający ból w nadwyrężonych mięśniach. Śniło się o lustrach z przytwierdzonymi doń nieskończenie długimi drążkami baletowymi, które po kontakcie z delikatną skórą dłoni zostawiały na niej krwawe odciski. I choć pod kopułą czaszki gotowały się jedynie koszmary, zdecydowanie wolało się je śnić, niż przeżywać.
Kiedyś - naprawdę dawno temu - uśmiechano się szczerze bardzo rzadko, łzy nie szły bowiem w parze z uśmiechem. Starano się zachować pozory, mimo że ciało palącym dyskomfortem upominało się o swoje. Próbowano mówić, jednak wątły głosik był niesłyszalny - zupełnie jakby usta nie poruszały się, a wszelkie dźwięki odbijały się jedynie uparcie od ścianek z cieniutkiej porcelany. I być może - ale tylko być może - gdyby krzyknięto w końcu wystarczająco głośno jasna, nienaturalnie gładka powierzchnia pokryłaby się siateczką pęknięć na tyle głębokich, by wrzask dotarł do odpowiednich uszu. Było się jednak zbyt małym.
I nie wiedziano za co jest się aż tak bardzo karanym...

"Będziemy to powtarzać tak długo, aż zachowasz ramę!"

Film złożony ze wspomnień minionego dnia prześlizgujący się we wnętrzu spoczywającej na poduszce głowy skutecznie przesłaniał standardowy pokaz upadku jego własnej pasji. Pasji, której możnaby rzec nigdy nie było - sczezła bowiem w powijakach rozkwaszona na studyjnym parkiecie ciężkim głazem wyolbrzymionych oczekiwań i obcych ambicji. I choć ten dziwaczny wyjątek od jego własnej reguły winien zmienić zasady gry - nie się zmieniło nic. Jasne oczy wciąż śledziły cyfry połyskujące krwawym blaskiem z płaskiego panelu elektronicznego budzika. Jak co noc, co siedemnaście miarowych mrugnięć, godzina przed jego oczyma zmieniała się leniwie. Jak co noc spoczywał na prawym boku, z dłońmi ciasno splecionymi pod chłodnym policzkiem. Jak co noc jego spojrzenie ogniskowało się na łóżku znajdującym się po przeciwnej stronie pokoju. Jak co noc wzrok ślizgał się po płaskiej powierzchni materaca przykrytego jedynie... ciałem... ciepłym ciałem... nie zmieniło się nic, prawda...?

Ciemności, ktoś śpi w twoim łóżeczku...


A później, wśród zapachu kwiatów, na powrót pojawiła się szarość. I chociaż zdawało się że minęło jedynie mgnienie oka... może tak naprawdę były to godziny?

Pierwsze spod ciepłego okrycia kołdry wysunęły się smukłe stopy. Z cichym plaśnięiem opadając na chłodną podłogę pociągnęły do pozycji siedzącej resztę poruszającego się płynnie ciała. Krótkie ziewnięcie, bardziej pro forma, obwieściło kwiatom, że ogrodnik jest na powrót gotowy stawić czoła światu. Rozciągnięta koszulka, w której zwykł sypiać, zsunęła się z jego prawego barku, odsłaniając kolejny fragment porcelanowo jasnej skóry. Poprawiając ją przepłynął z siadu do pozycji stojącej. Jego jasne ślepia uciekły w kierunku przeciwległej ściany. Rama łóżka, materac, kołdra... Wszystko było regułą. I tylko jeden, mierzący sto osiemdziesiąt centymetrów fakt zaliczał ten poranek do wyjątków. I choć nie powinno - zmieniło się wszystko.
Począwszy od zapachu, który wyostrzył się nagle, poprzez przydymione ciężką czernią światło jutrzenki, skotłowaną pościel na dotychczas wolnym łóżku... kończąc na zalegającym na wczoraj jeszcze nieużywanym materacu ciele! Wszystko to sprawiło, że Laurent miast zacząć dzień od standardowej sesji rozciągania zaczął go od chodzenia na paluszkach - w złym guście było bowiem przerywać czyjś sen. Zwłaszcza sen burzowej chmury.

Błękitny rękaw zniknął za skrzydłem drzwi pozostawiając za sobą kilka kłaczków przemierzających sennie przestrzeń, woń lekko słodkich perfum, oraz połyskujący zlotawo klucz na środku jasnego blatu biurka. I tylko wprawny obserwator był w stanie dostrzec lekko wygięty róg żółtej karteczki zamienionej na potrzeby chwili w niewielkiego posłańca. Lekko pochyła kursywa była nader przyjemna dla oka. Kiedy już złożyło się litery w całość, w powietrzu zdawał się materializować półksiężyc złożony z ostrych, kocich zębów.

I'm not crazy. My reality is just different than yours.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 185


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   Sob Wrz 23, 2017 7:26 pm

Powinien dobrze czuć się w ciemności… W końcu współgrała z jego rozsypanymi na poduszce włosami, z czarnymi oczami; zbierała się za paznokciami i wpływała przez nozdrza do środka organizmu, wypełniała jego ubrania i wsączała się przez cienki papirus skóry – powinna kołysać go do zdrowego snu, być chwilą zasłużonego odpoczynku i niezbędnej regeneracji potrzebnej do poprawnego funkcjonowania. Z tym, że On nie witał jej z ulgą i rozmarzeniem, kokosząc się w pościeli i przygotowując się do części doby, w której zmartwienia kładły się do snu razem z tym, którego głowę zasiedlały. Ale w dyńce Jeffa trwała ciągła, nieprzerwana impreza – od dawna już nie słyszał muzyki, było tylko ciągłe piszczenie wychodzące nie tyle z jego uszu, co z wnętrza. Nie potrafił więc nawet docenić gustu swoich wewnętrznych demonów. W końcu kiedy wszyscy szli spać te rosły i z uśmiechem reprezentacyjnie pukały się w zaczepione na przegubach zegarki. Czas ucieka, mówiły.
Tik. Tak.
Tik. Tak.
Czas ucieka, a ty leżysz. Kolejne siedem godzin będzie stracone. Albo sześć. Albo trzy – zależy jak długo przeleży się gapiąc w ścianę, co było jeszcze mniej, kurewsko, potrzebne, ale tylko to pozostało kiedy stres trzymał powieki podciągnięte do góry. To albo nocny spacer po dziedzińcu. Dziś Jeff był jednak zbyt wyczerpany, by ruszyć się z miejsca – obawiał się też trochę tego, że przyzwyczajenie pokieruje go do starego pokoju. Albo, że już w ogóle nie wróci. Albo, że Po Prostu Laurent zamknie drzwi i reszta nocy spełźnie na obserwacji ściany na korytarzu.
I dopiero ta magiczna chwila tuż przed świtem, kiedy temperatura na zewnątrz była najniższa w ciągu całego dnia, zmęczenie wzięło górę i tąpnęło zsyłając Steel’a na samo dno łóżka. Odgłos zatopienia w prywatnym restarcie zakrył lub pożarł ciche plaśnięcia bosych stóp, szelesty ubrań, psiknięcia perfum i pieśń jasnych włosów przeczesywanych szczotką.
Pożarł nawet kliknięcie zamykanych drzwi.
A potem karmił się już tylko ciszą, zanim nie pojawił się mocniejszy przeciwnik – budzik. A raczej niezawodny telefon Jeffa ułożony na materacu niedaleko poduszki. Najpierw zaczął od narastającego dźwięku nagranych kropel deszczu wpadających do wody – czyli od najatrakcyjniejszego i najmniej kiczowatego wyboru z listy trzydziestosekundowych akcentów poprzedzających właściwy budzik. A co było właściwym budzikiem…? Dope. Konkretnie „My Funeral”.

Burzowa chmura poruszyła się przeciągle w świeżej, nowej pościeli na początek ignorując ostentacyjnie zdarty chrypą głos wokalisty śpiewającego o własnym upadku, by następnie leniwie obrócić się na brzuch i wysunąć bladą dłoń spod warstwy kołdry, by uciszyć rozwrzeszczane urządzenie. Tracisz czas, wstawaj. Jeff leniwie obrócił głowę na drugi bok i wgniatając policzek w nadmiernie nadmuchaną poduszkę spojrzał na drugie łóżko. Na to legowisko przypominające wiosenny wianek. Puste. Oczywiście, że puste. To Jeffa też już niedługo będzie puste - za trzy, dwa, jeden…
Wróciły plaśnięcia bosych stóp. I szelesty ubrań. Kwiaty dostały dodatkową porcję porannych rytuałów mieszkającego na ich terenie człowieczka. Wszystko było tylko trochę głośniejsze i kompletnie pozbawione gracji, ograbione z energii do życia i… Czarne. Wszystkie nowe rytuały były zdecydowanie bardziej pozbawione kolorów. Zamiast nutki perfum był ziołowy zapach czarnego mydła i pasty do zębów z aktywnym węglem; zamiast szczotki była mierzwiąca czuprynę dłoń, zamiast idealnie i elegancko dobranych elementów ubrania, były czarne łaty dobrane tak, a nie inaczej, bo albo inne się zniszczyły, albo właśnie dopiero zbliżał się dzień prania. Kolorowe były tylko…
Klucze.

Nie odlepił karteczki. Nie potrafił. Zamknął drzwi, skrył nowy, niezbędny podarek w głębokiej kieszeni na środku czarnej bluzy i podążył trasą, na której nieomal widział mieniące się błękitem ślady podeszwy butów - gdzieś tam zasypane innymi szarymi odbitkami obcasów i gubionych w biegu bibelotów. Jeff lubił kroczyć korytarzami spóźniony na zajęcia, mijając ludzi jak na lekarstwo i wkraczając do sali wykładowej bez przepychanek. Z premedytacją i niemal bezgłośnie – nawet jeśli oznaczało to wkroczenie do królestwa Demona Heliosa.
Oczy szybko odnalazły w tłumie wolne miejsce gdzieś na uboczu, po lewej od głównej alejki przecinającej sale w dół aż do sceny należącej do wykładowcy – tak jak Steele najbardziej lubił. Zasiadł tam, z dala od innych słuchaczy, bez pośpiechu ozdobił odrapany blat stolika podręcznikami i wyciągnął zeń książkę przełożoną mniej więcej na środku odrapaną zakładką i jego zmęczony wzrok spoczął na białych kartkach zapisanych długą i zagmatwaną historią. Szelesty rozmów i głos wykładowcy słyszał jak zza szyby. Albo jak w wodzie – dudnił, ale nie niósł za sobą żadnego przekazu, był po prostu tłem dla cichego głosu w jego głowie, który odczytywał wersy książki śledzone wzrokiem.

„Nie trać czasu na opłakiwanie tego, czego doświadczyłeś – dodał. – Ciesz się tym, czego doświadczasz.”


Ale tam w głowie to nie był jego głos, ani nawet jego sumienia – to był dźwięk chyboczących się łodyżek kwiatów, szelest listków, kapanie wody i cichuteńki syk nasiąkającej nią ziemi. To był głos Laurenta. Tego, który gdzieś tu był i wiedział gdzie był i on. I wiedział co robi, i że robi to zawsze. Że siedzi i czyta jakąś książkę.
Steele powoli przymknął tomik i odłożył go na ławce z dala od siebie. A potem odsunął go jeszcze kapkę. I jeszcze. A potem z większym zdecydowaniem skrył go pod podręcznikiem i z nieodgadnioną złością ułożył na ławce splecione ręce, z których zrobił wdzięczną poduszkę dla podbródka. Korciło go, by się rozejrzeć, sprawdzić tylko i wrócić do swoich zajęć. Upewnić się, tak po prostu. To był tylko krótki ruch. Jeden. Może dwa. Po prostu pobłądzi czarnymi jak węgielki oczami po zaspanych twarzach studentów – kobiet i mężczyzn – szukając miejsca gdzie kleks błękitu był największy i… Spojrzy mu ospale wprost w jasne fiołkowe oczy.
Lau był na drugim końcu sali.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Sekretny Język Kwiatów   

Powrót do góry Go down
 
Sekretny Język Kwiatów
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: