CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 Wakacyjny kurs dobrego wychowania

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sro Lip 05, 2017 11:45 pm

Czy twoje dziecko w czasie dorastania jest nie do zniesienia? Pali? Pije? Albo co gorsza...bierze narkotyki? Chcesz to zmienić? Bardzo dobrze trafiłeś! Zapisz go na darmowy kurs wychowania, a jego życie odmieni się o 180 stopni!

|| CO || GDZIE || JAK ||

Chłopak lat 17 - jest prawdziwym wrzodem na dupie rodziców. Ci, zapracowani nie mają czasu na naprostowanie jego charakteru. Wtem, pojawia się nadzieja. Wuj jednego ze znajomych mamusi, który jest bardzo dobrym nauczycielem pokory i dobrych manier.
Facet nie robi tego zawodowo, po prostu pomógł ich dziecku w ogarnięciu dupy. Buntownik zostaje wysłany w okresie wakacyjnym do "domku na prerii" tajemniczego pana, daleko od miasta i znajomych.
Gwóźdź programu. "Nauczyciel". Okazuje się on byłym wojskowym z ponad 20 letnim stażem. Jak wiadomo, w wojsku nikt nie ma lekko. Wstawanie o 5 rano, robienie łóżka, śniadanie, trening, obiad, trening, mycie podłóg, czyszczenie toalet szczoteczką do zębów. Dla młodego degenerata będzie to bolesna przygoda. Piekło czas zacząć.

|| KTO ||

"Ja, 17-letni prawiczek, bezrobotny, z nałogami, bardzo przystojny, najwyższego polotu ducha, znużony samotnością i rutyną związaną z nużącym zajęciem dilerki narkotykowej poznam Pana o szlachetnej duszy, przystojnego i eleganckiego, po przejściach, lat 25-45, z ustabilizowaną sytuacja finansową i własnym mieszkaniem.
Nie pozdrawiam." - Maleficar (musiałam to wstawić, przepraszam)

"Nauczyciel" po przejściach - Philanthropist

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Lip 06, 2017 1:54 am


. . : : RAFAEL ARAJUURI : : . .
17 lat || 186 cm / 76 kg || Finlandczyk || bezrobotny || z nałogami || kultywuje tradycje "zachowania nagannego" || dealer narkotykowy

. . : : : : . .

mama uparła się, by nazwać go imieniem jednego z archaniołów - tak, żeby dzieciaki na początku edukacji miały się z czego śmiać. Niestety charakter zamiast dopasować się do tego brzemienia, postanowił zadziałać na zasadzie sprzężenia zwrotnego i chłopczyk miast nadstawiać drugi policzek, jak Pan Bóg przykazał, wolał wybijać innym dzieciom mleczaki. I już się nie śmiały.

prócz angielskiego włada biegle fińskim - prawdopodobnie najgorszym językiem na świecie. I prawdopodobnie najszybszą pięścią. Też na świecie.

pierwszy tatuaż - maleńki krzyżyk przy lewym oku - zrobił sobie w wieku 14 lat w piwnicy kumpla. To był dziecinny test zaufania i odwagi, ale Raf nie żałuje. Tak poznał człowieka, który pomógł mu podjąć się zajęcia, które zapewniało szybką i łatwą gotówkę. Ten sam człowiek zrobił mu potem resztę tatuaży: sikorkę na szyi, jelenia po prawej stronie żeber i dym na lewym przedramieniu.

od szesnastego roku życia jest dealerem narkotykowym - tylko i wyłącznie dlatego, że dopiero wtedy był na tyle wyrośnięty, że wzbudzał zaufanie starszych klientów, w końcu zdarzało mu się zaopatrywać nawet studentów.

jak przystało na zaopatrującego sam nie bierze towaru, ale niektórzy uważają, że ćpa jak pojebany. Ci "niektórzy" opierają tę opinię tylko i wyłącznie na jego gwałtowności, i agresywności, co jest miarą - jak by to sam ujął: "strasznie gównianą".


nie ćpa, ale pije i pali. Paczka dziennie to absolutne minimum, kiedy przychodzi pora na peta, a on nie ma kiepa między wargami, to nosi go jeszcze bardziej niż normalnie. Jest wtedy tak skurwielowatym skurwielem, że po wszystkim sam jest zaskoczony swoją uszczypliwością. Ale czy żałuje? Nie. Żyje tak, by niczego nie żałować.

wśród swoich rówieśników jest prawie że gigantem, dlatego mało kto rzuca mu wyzwanie, ale kiedy jest na mieście to pierze się ze wszystkimi chętnymi jak podrapany kocur, patrolujący swoje terytorium. Czuje kogucią potrzebę zaznaczania tego jaki jest nieustraszony i ponad gadkę-szmatkę wznosi alternatywę tłumaczenia manualnego. Nie dziwnym jest więc, że zarobił już sobie nieco blizn. Kostki jego pięści są już prawie białe od ciągłego zaleczania kolejnych strupów, to samo kolana; jest jeszcze ślad po liźnięciu ostrza na prawym ramieniu.

nie cierpi przesadnej troskliwości swoich starych. Uważa, że już poznał wystarczająco dużo życia i znalazł sobie idealna drogę na wzbogacenie się i życie na odpowiednim poziomie. Na dodatek powinni być mu wdzięczni, że nie przestał jeszcze chodzić do budy, choć zdał dosłownie cudem. Po prostu nie jest głupim dresem.

jest samcem Alfa. Jedynym słusznym. W głowie ma tylko cycki i dupy. Interesują go tylko i wyłącznie kobiety. Liczą się tylko krótkie spódniczki, underboob, koronkowe bielizna, krągłe biodra, wcięcie w talii i smukłe nadgarstki. Raf wprost uwielbia nadgarstki, choć nieszczególnie się z tym obnosi. Nie obnosi się też z tym, że przed WFem robi mu się goręcej kiedy chłopaki ściągają koszulki przez głowę - zawsze tym szybkim, rozpalający ruchem. Ale, ekhym, tak... Interesują go tylko laski. Tylko.

było już wspomniane, że interesują go TYLKO kobiety? Na pewno? Tylko laski.


. . : : : : . .

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Lip 06, 2017 4:49 am


NO PAIN, NO GAIN

BRUCE EDWARD STEVENSON
45 lat || 178 cm || w dobrej formie || Szkot || po amputacji || siwiejący || weteran || chodzi w kilcie

☠ Rodzice wysłali go do wojska, kiedy miał dwadzieścia lat. Była to rodzinna tradycja, jego pradziadek służył armii brytyjskiej, jego dziadek i ojciec tak samo. Przebolał kolejne dwadzieścia pięć wiosen i stwierdził, że ma dość. Przepracował swoje. Lata treningów, bólu mięśni, żołnierskiej musztry i walki wyrobiły w nim pewne nawyki, których już nigdy się nie pozbędzie.

☠ Walczył w Afganistanie, co wywarło mocne piętno na jego psychice. Odradzano mu kontynuowanie służby wojskowej, jednak nie przyjął pomocy psychologa i wcześniejszej emerytury, nie pozwalała na to jego duma. Nie mógł robić wiele, ale wyszkolił kolejnych, młodych żołnierzy, póki nie zrezygnował ze stołka.

☠ Podczas wojny afgańskiej poza utratą zdrowej kondycji psychicznej, stracił też coś innego. Nogę, będąc dokładnym. Ma protezę lewej kończyny dolnej. Utrudnia ona nieco poruszanie się, ale tak silny chłop spokojnie daje radę.

☠ Nigdy nie miał awersji do młodszych od niego. Wręcz przeciwnie, w wojsku czasem zdarzało mu się udzielać prywatnych treningów wytrzymałościowych w swoim namiocie, chętnym do rozwoju świeżakom. Czasami polerowali jego lufę...lufy jego prywatnego arsenału oraz medale, w zamian za świetne szkolenie oczywiście.

☠ Wspominał już ktoś o medalach? Bruce ma ich całkiem pokaźną kolekcję. Jego stopień wojskowy też nie jest najgorszy. Nie został może Marszałkiem polnym, jednakże lubi czasem pochwalić się mianem generała dywizji, a to już coś!

☠ Niektórzy mogą nie zrozumieć co mówi. Szczególnie typowi Anglicy, ponieważ komunikację utrudnia im szkocki akcent Bruce'a. Niech się cieszą, że nie jest Walijczykiem.


WITHOUT CRUELTY THERE IS NO FESTIVAL


☠ Nie kupuje papierosów, woli tradycyjne metody palenia tytoniu. Jest fajczarzem. W domu posiada siedem pięknych, drewnianych fajek, na każdy dzień tygodnia. Są jego oczkiem w głowie. Za zniszczenie choć jednej mógłby zabić, ewentualnie doprowadzić do stanu krytycznego.

☠ Bierze kilka rodzajów leków: na bezsenność, przeciwlękowe, przeciwdepresyjne oraz przeciwbólowe.

☠ Czasem dopada go niesamowity ból lewej nogi, w okolicy po amputacji. Póki leki nie zadziałają idzie w praktykę samookaleczenia. To w jakiś sposób sprawia, że nie koncentruje się tak na pierwotnym dyskomforcie. Miewa też napady lękowe. Nie są one za częste, ale nie może się od nich uwolnić.

☠ Ma psa, pięknego owczarka szkockiego długowłosego imieniem Boyd. Psinka jest posłuszna, wyszkolona i to ona przynosi Bruce'owi leki, kiedy ich potrzebuje. Weteran dba o Boyda lepiej niż o siebie. Codziennie go czesze, co tydzień kąpie oraz kupuje najlepsze przysmaki.

☠ Nie nazwałby się alkoholikiem. On po prostu lubi wypić szklaneczkę, ewentualnie butelkę whisky...co wieczór.

☠ Mieszka w domu na wsi. Do najbliższego sklepu ma dwadzieścia minut piechotą. Nie przeszkadza mu to jednak, ponieważ uwielbia świeże powietrze, a droga jest idealna na spacer z psem. Posiada samochód, więc podróż do większego miasta nie jest niemożliwa.

☠ Jest zwolennikiem wychowania z "umiarkowaną" ilością przemocy fizycznej. Nie posiada dzieci, ale czasami pomaga znajomym naprostować ich niegrzeczne bękarty. Siniaki znikają do ich powrotu do domu i żaden rodzic go nie pozwał jeszcze...pewnie dlatego, że nie dowiedział się o metodach Bruce'a. Bachory zaczynają się uczyć, nie wagarują, rzucają nałogi...jak tu nie kochać takiego nauczyciela!

☠ W domu ma schowek, w którym oczywiście trzyma broń. Jednak ów schowek ma drugie dno, a tam znajdują się o wiele ciekawsze, tajemnicze sprzęty.

☠ Lubi chodzić po domu nago lub półnago. Często zamiast spodni nosi kilt, ponieważ daje mu to większy przewiew. Jako rodowity Szkot nie nosi pod nim bielizny, bo to by było karygodne i bluźniercze.


IMAGINE SMILING AFTER A SLAP IN THE FACE
THEN THINK OF DOING IT TWENTY-FOUR HOURS A DAY


_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pią Lip 07, 2017 3:33 am

-Zamknij ryj, szmato. Przecież i tak nikt tego nie słyszy. - wycharczał przez zaciśnięte zęby, powoli wyciągając ostrze z bladej, wytatuowanej dłoni chłopaka. Zebrał językiem resztki czerwonej, metalicznej substancji, wpatrując się w ofiarę bez najmniejszej empatii. Tyle godzin powtarzał zasady, starał się, panował nad sobą, wszystko na marne. Złapał brutalnie za różowe kudły i rzucił ich właścicielem o sosnową szafę, jak szmacianą lalką. Był to około siedemnastoletni młodzik, chudy, posiniaczony, zabandażowany w paru miejscach. Powoli zasychająca krew ciekła mu po wewnętrznej stronie ud, a świeży strumyk z prawej ręki zaczął skapywać na drewniane panele.
-Który to już raz ukradłeś tytoń mojego gabinetu, Vito? Który raz podstępem zabrałeś klucz? Pytam, który! - akcentując każde słowo, kopał siedzącego chłopaka w brzuch, aż ten zawył z bólu i skulił się na ziemi. Mężczyzna ukucnął przed nim, patrząc na obraz nędzy i rozpaczy ze szczerą satysfakcją wymalowaną na twarzy.-Wiesz, co za kradzież robią w Iranie? Odcinają ręce. Mógłbym postąpić tak samo, ale nie chcę mieć twoich pierdolonych rodziców na karku, słoneczko. Poza tym, masz tak piękne palce, że aż żal je tracić, prawda? Złamane przynajmniej jakoś wyglądają. A mogłeś grać na fortepianie, jak mamusia prosiła.- ton jego głosu zmienił się z agresywnego w delikatny, wręcz przyjemny dla ucha. Złapał za zdrową rękę chłopaka i przytrzymał ją na podłodze. -Muszę ci dać jakąś karę, sam dobrze wiesz. Wolisz opcję A czy opcję B?
-Już nie będę! Przestanę! Nie chcę nic! Obiecuję! - krzyknął zapłakany nastolatek, próbując uratować jakoś swoją kończynę z łap oprawcy.
-To nigdy tak nie działa, Vito. Mówisz jedno, robisz drugie. W tym momencie dodatkowo mnie okłamujesz.
-Bruce, proszę, już naprawdę. To był ostatni raz. Ja...ja pójdę nawet na terapię. Nawet zapiszę się do orkiestry w szkole! Będę już dobry!  
-Wolałbym żebyś był lepszy. Dzisiaj załatwimy to bezboleśnie, aye? - westchnął ciężko, zniesmaczony zachowaniem podopiecznego. Spojrzał w zaszklone oczy, ulgę, która powoli zaczęła malować się na młodej twarzy po usłyszeniu "bezboleśnie", zakrwawiony nos...i w tym momencie zadzwonił telefon. Szkot wbił pięćdziesięciocentymetrowy bagnet w dłoń chłopaka, przebijając się przez panele, i wstał. -Zaraz dokończymy. - olał usłyszane jęki i poszedł odebrać połączenie. Po drodze zgarnął butelkę bourbona i wlał w siebie pozostałości, by chwilę potem wcisnąć zieloną słuchawkę.
-Stevenson.
-Dobry wieczór, mam nadzieję, że pana nie obudziłam. Chciałabym zapytać, czy miałby pan czas zająć się moim synem...

***  
                             
Dzień zapowiadał się bardzo korzystnie. Rano słońca nie przysłaniała ani jedna chmura, a ptaki nie urządzały irytujących serenad. Mężczyzna wstał o godzinie piątej, wcześniej niż zwykle, ale miał ku temu ważny powód. Zachęcony wszechobecną ciszą, zaczął szykować się na przyjęcie nowego rekruta. Z ostatnim pożegnał się jakiś tydzień temu, dlatego w domu zrobiło się strasznie cicho. Zero krzyków, obelg, walenia buciorami przy schodzeniu ze schodów. Bruce zastanawiał się zawsze: Dlaczego każdy buntownik musi nosić te podróbki prawdziwych, wygodnych wojskowych butów? Przecież są ciężkie, trudne do wyczyszczenia, a do biegania nie nadają się nawet w najmniejszym procencie. Wszystkie dzieciaki, które mu przywożono miały jeden, powtarzający się schemat. Tatuaże, nałogi, lenistwo, niechęć do współpracy, czarne ciuchy, a jak przychodziło co do czego to zaczynał się płacz, ból i zgrzytanie zębów.
Na początku zajął się przygotowaniem pokoju, który znajdował się na piętrze. Założył czystą pościel, umył podłogę, wywietrzył, dokończył skręcanie nowej szafy i podłączył, dzień wcześniej kupioną, lampkę nocną obok łóżka. Miejsce wyglądało jak wyjęte ze zdjęcia katalogu czterogwiazdkowego hotelu. Po tej czynności pojechał do sklepu po coś do jedzenia, przecież nie będzie karmił chłopaka mięsem z puszki i whisky, prawda? Zakupił potrzebne produkty do zrobienia najzwyklejszego spaghetti, jakieś inne, jadalne rzeczy oraz napoje bezalkoholowe. Pozory zachowane, można było przejść do kolejnego etapu. Zajął się sobą i szybkim ogarnięciem parteru - salonu, kuchni i łazienki, swojego biura na razie nie tykał. Wyrzucił wszystkie butelki i odpady medyczne, później wykąpał psa, jak również sam zdecydował się na odświeżający prysznic. Przyciął brodę, ułożył włosy, a nawet ubrał czarną koszulę, wszystko by wyglądać profesjonalnie i z klasą. Czego się nie robi dla zaimponowania rodzicom?
Kiedy już wszystko zdawało się być gotowe, usiadł na ganku z czarną, miejscami pozłacaną, drewnianą fajką w ustach i wyczekiwał przybycia nowego lokatora. Musiał na trzeźwo, cierpliwie czekać na spotkanie z rodzicielami bestii, ale jego gardło już wolało o pozbycie się suchości jakąś większą szklaneczką Johnniego Walkera. Nie dał się jednak i zamiast whisky, w ręce trzymał kubek chłodnej wody z cytryną.
Czuł, że im bliżej do spotkania, tym więcej chmur pojawiało się na, jeszcze nie tak dawno bezchmurnym, niebie. Nie dziwiło go to, bowiem opis chłopaka dostał już trzy tygodnie wcześniej, przez telefon. Zwiastowano mu prawdziwego demona, bękarta samego Lucyfera, degenerata. Rodzice nie potrafili znaleźć subtelnych określeń, na zachowanie owego gówniarza z przyszłością w więzieniu lub w rynsztoku z kulą w głowie. Bruce miał już obmyślony i zapisany plan zajęć na następny tydzień. Przez to pierwsze siedem dni miał zamiar wybadać najgorsze przyzwyczajenia, reakcje na różne bodźce, poziom upartości i inne, bardziej lub mniej przydatne szczegóły. Piekło miało zacząć się później.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pią Lip 07, 2017 8:56 pm

- Nie wierze w to – zaczął chłopak przerażająco spokojnym, wręcz do złudzenia radosnym tonem, wpatrując się w rodziców stojących w salonie. Byli tak spięci, że nie chcieli zasiąść na kanapie, nawet jeśli on rozwalił się na fotelu tak, że jedną nogę miał przewieszoną przez oparcie. - Możesz powtórzyć, tato? Chce dokładnie usłyszeć jeszcze raz co macie mi do zakomunikowania.
- To bardzo dobry człowiek – zaczął Pan Arajuuri uspokajająco.
- Ale co ma robić? – syn postanowił zepchnąć go na właściwy tor w drodze do meritum.
Rozpoczynał się właśnie czwarty dzień wakacji, poranek obudził mieszkańców miasta lekkim, ciepłym deszczykiem, który zrosił zadbane ogródki sąsiadów, pozbawione garażu auta zaparkowane na chodnikach oraz spieszących się do pracy dorosłych, którzy tych wakacji nie mieli. Przyniesiona do domu informacja o promocji Rafaela do następnej klasy – już ostatniej na szczęście – miała uspokoić rodziców na tyle, by dali mu spokój przez te trzy miesiące w roku, ale nie minął tydzień, a wyskoczyli mu z informacją, która sam nie wiedział co zrobiła mocniej: wywarła na nim wrażenie czy kusiła do roześmiania się w głos. Owszem, wcześniej straszyli go terapeutami i ostatecznie nawet psychologami, i nawet był u kilku, ale skończyło się na paru spotkaniach. Nie, nie dlatego, że doprowadzał tych biednych ludzi do samobójstw, ale dlatego, że, jak to oni powiedzieli: „Jeśli sam pacjent nie wyraża chęci leczenia, to terapia nie ma sensu”. Tym razem jednak w domyśle nie miał trafić do pozbawionego wyrazu gabinetu ze ścianami obwieszonymi certyfikatami i dyplomami, by wsłuchać się w melodyjny głos mężczyzny pod krawatem, który usiłował stać się jego „przyjacielem” i uporczywie wmówić młodemu, że coś jest zanim nie w porządku, ale do domku jakiegoś poczciwego Wujka Sama, będącego znajomym z wojska przyjaciela, przyjaciela, który był kiedyś przyjacielem jego ojca. Czy jakoś tak. Czyli miała być musztra co rano, czołganie się w błocie, kiełbasa z kapustą na obiad i zabawne historyjki o bestialstwie wojny. U „dobrego człowieka”.
- Pan Stevenson może ci pomóc.
- Uważasz, że potrzebuje pomocy? – ciężar nacisku stalowoszarych oczu w końcu docisnął Pana Domu do kanapy. Co śmieszne, ten konkretny aspekt wyglądu latorośl odziedziczyła właśnie po nim, a teraz pokonywała go ulepszonym modelem jego własnej broni.
- Martwimy się o ciebie z mamą, Raf. Wiesz o tym – mężczyzna złapał mocniej dłoń zasiadającej obok małżonki: rachitycznej kobiety, tak chorobliwie bladej, że przez cienką skórę na jej szyi i dekolcie widać było siateczkę niebieskich żyłek. Spletli razem palce dłoni, układając się jak w teatralnej sztuce zawsze kiedy ma rozpocząć się akt wzbudzania w dziecku poczucia winy. - Próbowaliśmy już wszystkiego, żeby cie choć trochę zmienić, ale nie chcesz nam pomóc, choć jesteśmy pewni, że dobrze wiesz, iż nie podążasz dobrą drogą. Pan Stevenson widział w życiu dużo zła i jeszcze więcej go zwalczył, chętnie podzieli się z tobą swoim doświadczeniem, ugości cie u siebie, zaopiekuje się... Ma rękę i właściwe podejście do młodzieży, sporo młodych dorosłych po wizycie u niego nabrało zupełnie nowego poglądu na świat i życie. Tylko o to cie prosimy, żebyś pobył u niego choć kilka tygodni. On nie miał nic przeciwko i nawet ucieszył się, że może cie poznać.
Czarnowłosy chłopak zmarszczył nieco nos, bo ostatnie słowa trąciły dla niego smrodem kłamstwa. Sięgnął więc do kieszeni ramoneski by wydobyć stamtąd niewielki, biały kartonik i zdusić ten fetor dymem papierosowym.
- Czyli chcecie mnie wysłać do jakiegoś starego pedofila mieszkającego w puszczy, z dala od cywilizacji, żeby co...? – ostatnie słowo wyseplenił, pakując między żeby papierosa i odpalając go zapalniczką Zippo z wygrawerowanym na niej, dekoracyjnym „F”. Przerwa potrwała, aż do pełnego lubości zaciągnięcia się i wypuszczenia dymu. - Dla mojego dobra obadał mi prostatę? I to jeszcze opieracie się na opinii jakiś ludzi z kosmosu, których pewnie nie poznaliście osobiście i zawierzyliście, że jego słodki uśmiech i nieziemsko smaczna herbatka z kory drzewa całkowicie zmieni mój światopogląd i postępowanie? Spłynie na mnie łaska Boża wraz ze światłością skapującą z jego ust i z mądrymi naukami o wojnie? A skoro już w temacie wojny jesteśmy to jego „zwalczanie zła” także było złem. Zabicie mordercy nie zmienia ilości morderców. Więc: tak, wysyłajcie mnie do gościa, który mordował ludzi i jeszcze robi sobie z tego idealny powód dla poprawnego wychowywania młodzieży.
Czarnowłosy podniósł się ze zrezygnowaniem, na poły zawiedzony postępowaniem rodziców i zadowolony z odniesionego zwycięstwa. W jego mniemaniu w końcu pozamiatał temat i już miał zamiar spocząć z powrotem w swoim pokoju, ale rzucone słowa jak bumerang wróciły szybciej niż myślał i szarpnęły przy okazji ciałem jego ojca, który poderwał się błyskawicznie z kanapy.
- Opłacimy ci koncert Avenged Sevenfold!
Te słowa sprawiły, że chłopak stanął w przejściu do kuchni, jak trafiony piorunem i wbił czuje spojrzenie w blat wysepki kuchennej, czekając na wytłumaczenie tej nagłej decyzji. A Pan Arajuuri postanowił kuć żelazo póki gorące:
- Dwa tygodnie. Wytrzymaj u niego dwa tygodnie, wtedy przyjadę po ciebie i zawiozę cie prosto na koncert. - Mężczyzna nie zwracał uwagi na zdumione spojrzenie małżonki, która szarpaniem za rękaw koszuli próbowała zwrócić na siebie jego uwagę. W tym czasie jego syn odwrócił się powoli bokiem do niego i zmierzył upewniającym spojrzeniem. Trwali tak całą wieczność, a Rafael jak wąż zdawał się nie czuć potrzeby mrugania, czy chociażby drgnienia, zupełnie jakby chciał wmówić ofierze, że jest zupełnie nieszkodliwym elementem dekoracji, po czym po przetrawieniu informacji oraz wszelkich za i przeciw, z ociąganiem uśmiechnął radośnie i zaciągnął petem jeszcze raz.
- Jeśli po tygodniu sam z własnej woli mnie odwiezie, to fundujecie mi wszystkie koncerty do końca wakacji.

***

Państwo Arajuuri od rana wyglądali bardziej kwitnąco. Tata ogolił się, smarną szyję najlepszymi perfumami i z miłością cmoknął policzek chichoczącej żony, kiedy ta wiązała mu krawat. Pani Arajuuri natomiast przygotowała pyszne kanapeczki na śniadanie, a potem jeszcze pyszniejsze na drogę, ubrała subtelną, czarującą suknie w kolorowe kwiaty, która przyjemnie opinała jej chude od stresu ciało i nawet przyozdobiła dekolt kolią, którą dostała od zmarłej mamy jako prezent ślubny. Oboje zachowywali się jak wyrwani z innej rzeczywistości. Tata zalał wczoraj cały bak i na noc podłączył akumulator do ładowania by na pewno nie było problemów z dojazdem. Oboje wciąż ćwierkali o tym w jak uroczej okolicy mieszka Pan Stevenson, że kiedyś powinni się tam wybrać na urlop na rowery. Oczywiście we trójkę. Już mówili o swoim synu jak o zupełnie nowym człowieku. Nawet jeśli widzieli rzut na tamtą okolicę tylko z internetowej satelity na mapach Google'a.
A sam Rafael? Minął nieco ponad tydzień od czasu kiedy poszedł na układ ze swoimi rodzicami i nie próżnował w tym czasie. Obdzwonił wszystkich znajomych i wypytał czy nie znali przypadkiem „jakiegoś Stevensona mieszkającego w Dobytkach Dolnych i zajmującego naprostowywaniem trudnej młodzieży”, niestety wszyscy rozkładali ręce (albo nogi). Gość jakby istniał tylko w historyjkach rodziców - zupełnie jakby dorobili sobie zmyślonego przyjaciela, który miał być dobrą i wiarygodną przykrywką na to, by porzucić syna w puszczy. Na szczęście pomocni kumple zasypali Rafaela toną rad i pomogli zrobić właściwe zakupy w marketach budowlanych, aptekach oraz w ich własnych magazynach. Trochę kasy poszło, ale w ostatecznym rozrachunku była to inwestycja w owocną przyszłość. Zwłaszcza, że Rafowi udało się za zarobić sporo podczas sprzedawania stuffu na sporej studenckiej imprezie, po której wrócił do domu tak zalany, że rodzice zdecydowali się na wynajęcie tego wsioka do pomocy przy wychowaniu.
Skończyło się więc na tym, że w bagażniku były dwie torby, nie jedna. Do połowy wypchane ciuchami, a od połowy w dół narzędziami do zmienienia życia tego człowieka w piekło.

Rafael nie znosił jazdy autem. Miał lekką chorobę lokomocyjną i mimo, że nie wypluwał na każdym przystanku cudnych kanapeczek mamy, to i tak po trzeciej godzinie jazdy czuł nieprzyjemny dyskomfort w żołądku i marzył o łóżku oraz wolności od radiowych przebojów puszczanych niezmiennie od chwili wyjazdu spod domu – co prawda zaczął je słyszeć dopiero od godziny, kiedy wyczerpała mu się bateria w mp4, ale po już trzecim Despacito, miał ochotę udusić się kablem.
- Już jesteśmy! - zaćwierkała mama, akurat wtedy kiedy jej syn powoli osiągał perfekcje we wiązaniu węzłów szubienicznych z słuchawek. Dlatego dopiero kiedy wpakował je do kieszeni cienkiej kurtki, zaszczycił spojrzeniem dom, do którego podjechali, zatrzymując się idealnie przed werandą.
Tereny były swojskie, bardzo spokojne, dom uroczy, gotowy na przyjęcie starszych ludzi, mizantropów, którzy szukaliby spokoju od cywilizacyjnego zgiełku i uciekali przed nim w ramiona przyrody i uroczej samotności. Albo do naprostowywania skrzywionych psychik Millenialsów w ramach... pokurwionego hobby. I kiedy tak Raf próbował ocenić charakter gospodarza, opierając się na wyglądzie fasady jego domu, jego stalowe oczy zatrzymały się w końcu na postaci siedzącej przy drzwiach – z herbatką i psem przy boku. Chłopak niemal prychnął. Co lepsze, im bliżej się podeszło tym było zabawniej.
Pierwsza z samochodu wyskoczyła kobieta w sukience w kwiatki, która odważyła się na zatelefonowanie do gospodarza domu. Wkroczyła na werandę z wdziękiem tyczki, stukając niskimi obcasikami o drewno podłogi i wyciągnęła kościstą dłoń w stronę Szkota.
- Dzień dobry, nazywam się Janette Arajuuri, a to mój mąż Elias. I nasz syn Rafael – zapowiedziała najpierw łapiąc się pod ramieniem męża, który szybko do niej dołączył, po czym automatycznie odwracając się, kiedy ich latorośl jebnęła bagażnikiem tuż po wyjęciu swoich bagaży. - My dzwoniliśmy... - zaczęła nieco zmieszana, kiedy czerwona mgiełka wstydu przebiła się przez jej skórę na policzkach, wracając uwagą na rozmówcę. - Naprawdę jesteśmy bardzo wdzięczni, że się Pan zgodził. Jeśli pojawią się jakiekolwiek problemy, z którymi nie będzie Pan sobie mógł poradzić, gdyby sprawiał za dużo kłopotów, proszę śmiało dzwonić! Nie chcemy być dla Pana dodatkowym obciążeniem... - kiwała energicznie głową, spoglądając na mężczyzny swoimi wielkimi, soczyście zielonymi oczami.
W tym czasie drągal w ramonesce i jeansowych spodniach dołączył do rodziców na werandzie, gdzie nie mógł już dłużej dusić komentarza eleganckim milczeniem. Zmierzył mężczyznę z góry nie specjalnie dużo zdradzającym, ale na pewno nieprzychylnym spojrzeniem i palnął, powstrzymując drganie kącika ust:
- Nie dość, że karzeł, to jeszcze w spódniczce. Odwołuje wszelkie niepewności co do tego przyjazdu, na pewno będzie super. Ten żarcik wam się udał. A teraz darujcie, idę szukać garnca złota – rzucił znużony i bez pozwolenia wpakował się do domu. Prawie bezgłośnie, bo na stopy wsunięte miał wściekle czerwone trampki.
- Rafael! - kobieta tupnęła nogą i spojrzała na gospodarza. - Najmocniej Pana przepraszam. To... On na pewno nie chciał. Razem z mężem wierzymy, że gdzieś tam głęboko jest dobrym chłopcem. On po prostu... Trochę się pogubił.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sob Lip 08, 2017 1:50 am

Doczekał się. Trochę im to zajęło, ale dojechali. Zadbani, uśmiechnięci rodzice i ich najgorszy twór. Coś w tym materiale genetycznym musi być, że z dwóch plusów tworzy same minusy. Bruce ledwo wstał z fotela, a już pojawiła się przed nim istna gazela. Naprawdę piękna, szczupła kobieta. Od razu było widać, że dawno dobrze nie spała, stres pochłania ją od środka, a syn tylko jej dodatkowo dopierdala. Taki obraz spotkał już kilkukrotnie. Najpiękniejszym, co następowało, były zdjęcia przesyłane Szkotowi przez rodziców, po jego "kursie". Rodziciele czuli ogromny przypływ szczęścia, kiedy odbierali swoich nowo narodzonych młodzików. A te pochwały przez telefon? Muzyka dla uszu każdego, dobrego aktora. Gdyby tylko wiedzieli, co tak naprawdę zaczyna się dziać, kiedy nie widać na horyzoncie ich samochodów.
Słuchał jednym uchem tego, co klienci mają mu do powiedzenia, skupiając się bardziej na owej latorośli, która już zaczęła pokazywać pazurki. Takie typowe szukanie uwagi, by przekazać jak bardzo nie chce tu być. Walenie czym popadnie, powarkiwanie, irytujące każdego niewybredne teksty. Ileż to nasłuchał się ich pan Stevenson, podczas każdej wizyty bękartów. Totalnie olał docinki ze strony nastolatka, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, jak ważny i znaczący jest kilt w jego rejonach i nieraz już słyszał, że jest facetem w spódniczce...a prawda jest taka, że przed takim krasnalem już niejeden rozchylał nogi, kilka minut po wyśmianiu.
-Sprawdzali państwo zawartość jego toreb? Jedną z zasad, które u mnie panują, jest przeszukanie bagaży w obecności rodziców. To mnie broni prawnie, bo jednak są państwo przy tym i wiadome będzie, że nie zmyślam, znajdując przykładowo kokainę. - odpowiedział, nie spuszczając wzroku z naczelnego śmieszka tej sytuacji. W tym momencie do chłopaka podszedł Boyd, piękny owczarek szkocki, z kartonem w pysku,
który postawił obok nogi buntownika.
- Chciałbym również zastosować, póki państwo są, kontrolę osobistą Rafaela. Wiedzą państwo, sprawdzenie każdej kieszeni spodni i tak dalej. Dodatkowo, mam nadzieję, że skonfiskują mu państwo wszelkie urządzenia elektroniczne jak telefon, odtwarzacz, laptop, cokolwiek ze sobą wziął. Im dalej od nich, tym lepiej dla niego.- uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu, skupiając teraz wzrok na rozmówcach. Czekał chwilę na ich reakcję, po czym sięgnął po teczkę leżącą na parapecie. Otworzył ją i pokazał papiery do podpisania, które mówiły, że Bruce nie odpowiada za uszczerbki na zdrowiu dziecka, a argumentowane to było procedurami wojskowego treningu, na który nie każdy jest cieleśnie gotowy, a pierwszy test sprawnościowy rozpoczynany jest wieczorem w dniu przyjazdu. Jedną z przyczyn były także schody prowadzące na piętro, które jak było napisane, mogą być za śliskie dla danego obuwia bądź materiału skarpet i mogą spowodować utracenie równowagi, a co za tym szło - lekki uszczerbek na zdrowiu w postaci skręconej kostki lub paru siniaków. Miał na to papiery od architekta i oświadczenie od najbliższego lekarza, że po każdym incydencie będzie on monitorował stan chłopca, nie przerywając jednak kursu, ze względu na brak zagrożenia życia.
-Jeśli państwo chcą zajrzeć dalej, załączyłem wykaz diety, jaką wprowadzę Rafaelowi na okres tych paru tygodni, ze względu na ćwiczenia fizyczne, które będzie wykonywał. - dodał jeszcze, udając najbardziej zatroskanego o dobre samopoczucie chłopca jak tylko potrafił.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Nie Lip 09, 2017 1:27 am

Plan był jasny: rodzice mieli zająć Wuja Sama rozmową i zwyczajowym tłumaczeniem okropnego charakteru ich syna oraz zapewnianiem o gotowości pokrycia kosztów wszelkich zniszczeń, a w tym czasie latorośl miała zlokalizować swój pokój i zacząć się rozgaszczać oraz nabijać pierwsze cyferki długu na kredycie staruszków – rozpoczynając od wzmocnienia drzwi.
Niestety plan ten przerwało pudło i spora kupka futra.
Rafael - w całej swojej szatańskości i lucyferowatości - zwierzęta jednak lubił, dlatego kiedy Lessie zatarasował mu drogę i zachował jak celnik na granicy to chłopak nie odkopał go na bok, ani nawet nie wyminął, przekraczając ponad jego grzbietem. Stał tylko i spłynął wzrokiem powoli najpierw na pudło, a potem na resztę dorosłych. Opór był daremny, poza tym zabawę miał zacząć dopiero po wyjeździe rodziców; lepiej więc było grać w tej chwili potulniejszego, wtedy może pozwolą mu zachować chociaż część rzeczy. Udał więc, że bije się z własnymi myślami jeszcze kilka sekund i westchnął aktorsko, głośniej niż było to absolutnie konieczne i zsunął dwie torby na podłogę werandy. Nie zauważył jednak wyrazu ulgi na twarzy stojącego bliżej ojca, bo był zbyt zajęty przetrawianiem kolejnej części koncertu życzeń starego dziada bez nogi i instynktu samozachowawczego.
- Kontrolę osobistą...? – pytanie retoryczne, choć zadane gównie dlatego, iż Raf chciał mieć pewność, że facet dokładnie wie do czego upoważnia go ta procedura i do czego go nie upoważnia. Jeśli dziad odsłoni mu chociażby nadgarstek, to chłopak był gotów na miejscu połamać mu te (z pewnością szorstkie) łapy. Na szczęście przy sobie nie miał niczego konkretnego. Ten wyjazd nie kojarzył mu się z obozem przetrwania, na który wybierało się z papierosami i kokainą w dupie, by nie wykrył ich czujny mundurowy, więc przy sobie miał tylko wyczerpaną mp4, związane w szubienice słuchawki, stary paragon po papierosach i samo pudełko papierosów, zubożałe o dwie sztuki. - Śmiało. Tylko się nie zapędzaj, Dziadku. – Blade usta przeciął mu nieprzystojny uśmiech, kiedy niemal poddańczo rozsunął ręce na boki.
- Poprosiliśmy, by nie brał ze sobą za dużo sprzętu. Jest chyba tylko odtwarzacz oraz telefon... - zaczęła Pani Arajuuri, ale pod koniec, kiedy jej głos cichł i stanowczo tracił na pewności siebie, zerknęła znacząco na syna. Zupełnie jakby w ostateczności jednak nie byłaby specjalnie zdziwiona jakby w jednej torbie znajdowała się żółta łódź podwodna. I to akurat w tej, obok której kucnął jej mąż i przystąpił do przeszukiwań, przekopując się łagodnie i dość niepewnie przez bluzki, i bieliznę syna. W tym czasie na rodzicielkę spadł obowiązek zajęcia się dokumentacją. Janette pozwoliła sobie przysiąść na krześle obok Pana Stevensona i zaczęła pilnie przeglądać dokumentacje, czytając dokładnie każde słowo – to miało zając jej trochę czasu, w którym wszyscy mogli skupić się na przeszukaniu bagaży. A Rafael na próbie nieprzepalenia faceta wzrokiem na wylot.
- Auć... - Pan Arajuuri trafił w końcu na coś przy dnie torby i wyciągnął na zewnątrz czarną nić oraz niewielki słoiczek pełen szpilek. A kiedy podniósł wzrok na ich właściciela, Rafael najpierw uniósł brwi, a potem wzruszył ramionami.
- Co? Mam się spowiadać z zaszywania ubrań? – prychnął i obserwował jak ojciec odkłada na razie znaleziony sprzęt na bok. I tak na podłodze werandy lądowało wszystko co nie było częścią odzieży, kosmetykiem oraz sprzętem elektrycznym przydatnym podczas higieny osobistej, jak suszarka, szczoteczka elektryczna i golarka. I tak całkiem szybko obok nici i szpilek spoczęło otwarte opakowanie leków przeciwbólowych, dwa kartony papierosów, szwajcarski scyzoryk, opakowanie saletry amonowej, dwie sztuki zatrzasków do drzwi oraz folia z garścią śrubek. Rafael nie wyglądał na specjalnie speszonego.
W tym czasie zaciekawiona kobieta w sukience w kwiatki, dotarła w końcu do ostatniej strony i ożywiła się automatycznie.
- Panie Stevenson, ta dieta wygląda na zrobioną bardzo profesjonalnie! Nie myślałam, że pokusi się Pan o takie poświęcenie – ćwierkała jakby miała do czynienia z Alfą i Omegą, aż jej syn z rozpędu przewrócił niecierpliwie oczami.
- Oby nie było tam jarmużu, hummusu i cieciorki zamiast makaronu – skwitował na głos swoje uwagi względem tajemniczego menu. Na ten moment jeszcze po niego nie sięgał, ale już czuł, że będąc wychowanym na matczynej kuchni, z pewnością będzie miał więcej zastrzeżeń, niż było w tym wykazie faktycznego tekstu. Na razie jednak musiał znieść krótki rytuał macania po kieszeniach, na co już aż drżał z niecierpliwości i ekscytacji.
Pan Arajuuri w tym czasie podniósł się, otrzepując kolana, na które wcześniej musiał przyklęknąć podczas przeszukiwania drugiej torby i pochylił się nad małżonką, by rzucić choć okiem na dokumenty.
- Zanim jednak ostatecznie podpiszemy, moglibyśmy najpierw zobaczyć wnętrze domu? - spytał, prostując się na powrót i poprawiając zagniecenia na koszuli.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Nie Lip 09, 2017 4:56 am

Zatroskane matki, które do samego końca wierzą, że ich dziecko nie zostało całkowicie pochłonięte przez złą stronę mocy, były najlepsze do zmanipulowania. A za matkami zawsze byli ojcowie, którzy wyznawali zasadę "żona ma zawsze rację". I w tym przypadku Bruce miał nadzieję, że ma do czynienia z takimi właśnie okazami, dzięki czemu szybko załatwi formalności i zacznie wtłaczać prawdziwe metody nauczania. Już go korciło, widział w chłopaku trudnego przeciwnika, który był inny od tych poprzednich. Nie był zwykłym buntownikiem, czuć było od niego zdegenerowaną kanalię na kilometr, a przy tym wydawał się bardziej wytrzymały. To było dla żołnierza niezwykle fascynujące.
-Ręce szeroko, jak do samolociku, Chłopczyku.- powiedział podchodząc do nastolatka od tyłu. Zaczął od łydek, oklepał i dotykał nogawki, w poszukiwaniu ukrytych elementów. Szedł w górę, do ud, następnie sprawdził tylne kieszenie, a co za tym szło również pośladki. Obadał szybko plecy, by zaraz potem zająć się dokładniej ramionami chłopaka, bo to tam najczęściej znaleźć można ciekawe fanty. Przeszedł do przodu, by precyzyjnie powtórzyć procedurę: od dołu do góry. Nie ominął okolic krocza, bo kto wie, może młody chował tam jakieś dodatkowe scyzoryki czy inne niebezpieczne urządzenia. Uśmiechnął się tylko pod nosem i po wrzuceniu wszystkiego co znalazł do kartonu, wrócił do rodziców. W tym czasie Boyd dzielnie pilnował, żeby nic nie zniknęło z Kartonowego Więzienia Dla Rzeczy.
-Droga Pani, co ja mógłbym robić innego, jak nie zaplanować najlepszych warunków dla nowego podopiecznego.- uśmiechnął się promiennie, niczym zwyczajny, pogodny starszy pan. Z mamusi przeniósł wzrok na ojczulka.
-Rzeczy, które pan znalazł, proszę wrzucić do tamtego pudła. Pudło zaraz zakleimy i wezmą je państwo ze sobą. Leki mam, nici i igły mam, papierosy naszemu maluszkowi nie są potrzebne do szczęścia, tak jak i reszta niekorzystnych dla jego zdrowia przedmiotów.- ledwo skończył swój wywód i już dostał pytanie o oprowadzenie po domu. Był w jeszcze lepszym nastroju niż wcześniej. To pytanie w ogóle nie zrobiło na nim wrażenia. Gdyby mógł, uśmiechnąłby się jeszcze szerzej.
-Chcą państwo zobaczyć dom? Ależ zapraszam! Dawno nikt mnie o to nie pytał. Chodźmy wszyscy, moja psina przypilnuje tego małego bałaganu. - od razu wszedł do środka, cały w skowronkach złapał Młodego Gniewnego pod ramię i zaprowadził do pierwszego przystanku tej wycieczki - kuchni. Był to właściwie aneks kuchenny połączony z salonem. Szafki były dębowe, wszystkie otwierane za pomocą czarnych, błyszczących gałek. Mimo, że z zewnątrz dom wyglądał na stary, weteran zadbał o dość nowoczesne wnętrze. Wszystko było umyte, w płycie indukcyjnej można było zobaczyć swoje odbicie. Lodówka była sprawna, a co najważniejsze, zapełniona.
-Tutaj właśnie będziemy robić sobie jedzenie. Na dzisiaj przygotowałem spaghetti, mam nadzieję, że je lubisz. Jeść można na stołkach, które stoją w tym momencie obok lodówki, lub w salonie. Zależy jak kto lubi. - pootwierał szafki, żeby rodzice mogli zobaczyć ich zawartość, opisał każdy materiał i firmę. Następnie powędrowali do dużego pokoju, w którym stał telewizor oraz odtwarzacz płyt winylowych, obok którego zauważyć można było półkę mającą około metra siedemdziesiąt, zapełnioną owymi płytami.
-Jak będziesz dla mnie miły, to pozwolę ci puścić co będziesz chciał. Mam tego tak dużo, że choć jedna na pewno przypadnie ci do gustu. A z racji braku sąsiadów w przeciągu kilometra, muzyka na pełnej głośności nie będzie problemem. - powiedział do chłopaka, pokazując palcem na kolekcję. Dał opiekunom kilka minut na obejrzenie tego pomieszczenia oraz krótką rozmowę. Sam przeznaczył ten czas na wymyślenie wymówki, bo kolejnym przystankiem miała być łazienka, a obok niej znajdował się gabinet Stevensona. Wejście tam równałoby się z przegraną jeszcze w blokach startowych. A udawanie normalnego, szczęśliwego obywatela było naprawdę męczące.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sro Lip 12, 2017 8:39 pm

Pan Bruce Stevenson urozmaicony w opisach rodziców takimi zdaniami, jak: „dobry i odpowiedzialny człowiek”, „posiada doświadczenie w pracy z trudną młodzieżą”, „pomógł już wielu młodym ludziom z problemami”, czy absolutnym faworytem Rafaela: „cieszy się, że będzie mógł cie poznać”, był w głowie chłopaka zafiksowanym militariami, niespełnionym majorem, który do dziś nie potrafi rozstać się ze znoszonym mundurem, śpi na podłodze i w nocy budzi się z krzykiem nawołując kumpla, którego na jego oczach mina przeciwpiechotna rozjebała w konfetti. Tym czasem dostał sympatycznego dla jego rodziców, spokojnego Szkota bez nogi, który lubi chodzić bez majtek oraz mieszka z Lessie i to w domu, który był marzeniem każdej kobiety mieszkającej w dużym mieście – z meblami wypucowanymi tak, że można by z nich jeść.
Ale o tym za chwilę. Przed starannym wytarciem nóg i wejściem do reprezentacyjnie urządzonego salonu, trzeba było najpierw przejść do rytualnego powitania. Raf niechętnie podniósł długie ręce kapkę wyżej, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę. Czuł narastającą w nim irytację, zawsze bardzo pilnował, by każdy zachował odpowiedni dystans co najmniej wyciągniętej ręki, więc jego ciało automatycznie drgnęło zauważalnie, jak koń gotujący się do kopniaka, kiedy nogawki jego spodni ugięły się po raz pierwszy pod dotykiem obcych palców. Pan Stevens... Steve fakt tego, że nie koziołkował jeszcze przez werandę zawdzięczał koncertowi Avenged Sevenfold, na który Raf bardzo chciał iść – tylko dlatego stał podejrzanie spokojnie, dawał układać sobie dietę i zabierać ulubione gadżety. Ruchy mężczyzny były pospieszne, ale chłopak i tak bardzo wyraźnie czuł jak spore łapska przez ułamek sekundy oklepują jego siedzenie – wcześniej naiwnie myślał, że facet daruje sobie takie metody zapoznawcze - ale nic jeszcze wtedy nie powiedział. Opłatę za bezczelność pobrał dopiero kiedy dziad badał jego ramiona:
- Dosięgasz jeszcze? – uśmiechnął się kpiarsko, czekając aż gospodarz skończy. Niestety nienasycony i chyba bardzo samotny brodacz stanął jeszcze centralnie przed czarnowłosym, powtarzając cały rytuał. I owszem, przez chwilę było zabawnie, kiedy gość był na pułapie jego pasa, ale kiedy zbok bezczelnie złamał nienaruszalność jego krocza, górna warga Rafaela drgnęła ostrzegawczo, zupełnie jakby psim behawiorem miał zamiar pokazać kły. - Czekałeś pewnie na to cały dzień... – rzucił, zauważając uśmiech, który przeciął wtedy twarz mężczyzny jak nieprzyjemna bruzda. Myślenie o tym gościu jak o pedofilu powoli przestawało być tylko mało wysublimowanym żarcikiem i zaczynało jawić się jako możliwość realnego zagrożenia.
Czy Rafael bał się o swój tyłek, czy o swoje cokolwiek? W jego plemiennym regulaminie musiał mieć dupę ciasną jak po praniu, żeby jawić się jaki Samiec Alfa, z którym się utożsamiał, więc jakiekolwiek analne niespodzianki nie wchodziły w grę. Zatem: nie. Nie bał się i kiedy tylko on i Steve złamali z chrzęstem pierwsze lody i cisnęli pierwsze koty za wroga płoty, otrzepał niespiesznie ramiona jak z brudu, wciąż czując na nich kontakt z tym podejrzanym gościem.
Pan Arajuuri przeniósł do pudełka cały niezbędnik młodego skauta, o który postarał się Raf - nawet jeśli podejrzanie wyglądała jedynie saletra. Rafael nie wyglądał na smutnego czy przybitego koniecznością pożegnania się ze swoim Samsungiem czy mp4, bo nie sądził, by rozstawał się z nimi na specjalnie długo. Trzy dni maks.
- Nikt? - zdziwiła się Janette, podnosząc się z krzesła i jeszcze odkładając dokumenty bez podpisania równiutko w walizce. - Inni po prostu przyjeżdżali, podpisywali dokumenty i odjeżdżali?
- Może nie wszyscy lubią jak się ich klepie po kroczu? – prychnął jej syn, zgrabnie wcinając się w rozmowę z komentarzem, którego nie potrafił utrzymać przy sobie. I chyba tym zasłużył sobie najmocniej na nagłe skoncentrowanie na nim uwagi. Zwłaszcza wręcz nienaturalnie ożywionego gospodarza, który wciągnął go do środka.
Wnętrze było przytulne, całkiem nowoczesne, a w powietrzu unosił się jeszcze nieco wyczuwalny zapach detergentów. I nawet jeśli dom nie wyglądał jak bezosobowy hotel, to nadal... Coś w nim było koszmarnie nie tak. Rodzice dotykali mebli, wymieniali się spostrzeżeniami, Steve objaśniał coś i chyba próbował zagaić rozmowę, a Raf po leniwym strzepnięciu jego ręki kontynuował powolne rozglądanie się po domu, jawnie ignorując próbę nawiązania dialogu czy zwrócenia jego uwagi. Wodził wzrokiem po ścianach i podłodze, tak wolno, a jednocześnie z tak dziwnie pilnie, jakby śledził spojrzeniem ciągniętego po panelach trupa. Nie obchodziły go szafki i przyprawy, spaghetti, ani stołki – odłączył się od reszty grupy zwiedzających o krok, by uprzednio rozejrzeć się po salonie zanim dotrze tam wygadany przewodnik. I owszem, zatrzymał się wzrokiem na dłużej na płytach winylowych. Wprawdzie nie miał z nimi specjalnie wielkiego kontaktu, ale jeden ze znajomych jego zleceniodawcy miał klub jazzowy, gdzie zawsze w poniedziałki i środy gościom czas umilała czysta muzyka zaklęta w wielkich krążkach – a tam był już raz czy dwa. Lubił je, to był zupełnie inny rodzaj dźwięku, ale jeśli ktokolwiek myślał, że to sprawi, że spuści się z zachwytu i... Nie. Chwilowe zainteresowanie wykwitłe w jego oczach szybko zgasło pogonione powiększeniem ilości ludzi w jego najbliższym otoczeniu. Przeniósł tym samym zblazowane spojrzenie na Steviego.
- Wystarczy, że będę miły? To myślę, że będą grały od rana do nocy. Zwłaszcza szanty – wycisnął ze skwaszonej miny zalążek uśmiechu, czując, jak zaczyna go męczyć ta dziwna szopka. Co więcej(!) wyczuwał w powietrzu, że nie tylko jego.
Janette w tym czasie, przytulając niewielką kopertówkę do brzucha pokiwała głową na męża, a on, obejmując ją leniwie w pasie zapytał:
- Co jest w reszcie domu?
- Nie musi nam Pan pokazywać swojej sypialni, ale chcielibyśmy zobaczyć pokój przygotowany dla Rafaela. No chyba, że będzie nocował tutaj – rozwinęła kobieta, na chwile zjeżdżając wzrokiem na ulokowany w salonie wypoczynek. - No i chcielibyśmy zobaczyć te schody, o których była mowa w dokumentach.
Skubana przeczytała i pamiętała wszystko.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Wto Lip 18, 2017 3:28 am

Odetchnął z ulgą, kiedy małżeństwo zainteresowało się jedynie pokojem, w którym miał mieszkać ich syn i schodami. Mężczyzna uśmiechnął się do nich przyjaźnie i wskazał ręką drogę, którą mieli dalej podążać.
-Oto te słynne schody. Są przystosowane szczególnie do mnie, ze względu na, jak państwo widzą, moją małą przypadłość. - pochylił się delikatnie i popukał palcami w metalową protezę lewej nogi. Faktem było, że utrudniała mu ona chodzenie, a szczególnie wspinanie się na stopnie, jednakże przy rodzicach potęgował tę niemoc we wchodzeniu na piętro. Zrobił pierwszy krok.
-Jak mogą państwo zauważyć, schody są drewniane. Są trochę szersze i dłuższe od tych spotykanych w innych domach. Po prostu potrzebuję więcej miejsca żeby zrobić małe kółko protezą, bo zginanie jej nie jest najłatwiejsze. Nie życzę tego nikomu, bo nie każdy dałby radę i pewnie część osób wolałaby chodzić o kulach, bez jednej nogi. Mnie osobiście przeszkadzał fakt braku stabilności na dole. - wytłumaczył spokojnie i po chwili skierował się na górę, do komnaty młodzika. Zajęło mu to więcej czasu niż zdrowej osobie, ale nic nie mógł poradzić.
Było to ładnie oświetlone pomieszczenie, bowiem posiadało dwa okna, przysłonięte jedynie firankami w kropki, a parapety ozdobione były małymi kwiatami doniczkowymi. Obok jednoosobowego łóżka znajdowała się komoda na bieliznę, na której stała lampka nocna. Naprzeciwko łóżka stała jasna, drewniana szafa dwudrzwiowa.
-Namęczyłem się, żeby wyczyścić niektóre miejsca. Nieusłuchani gówniarze potrafią być naprawdę nieznośni. Szafa jest nowa. Rodzice poprzedniego chłopca zakupili ją dla mnie po tym, jak tamten buntownik skopał ją w przypływie złości, bo zabroniłem mu oglądania telewizji. Cóż, niewychowane dzieci już tak mają. Szkoda szafy, bo była naprawdę ładna, mahoniowa. Mogłem ją wstawić do siebie, przynajmniej by przeżyła. - spojrzał za siebie, na ojca.
-Zna się pan na drewnie? To bardzo przydatne. Przykładowo, ta szafa jest dębowa. Trudniej ją zniszczyć, bo drewno dębowe jest jednym z najmocniejszych. - opowiedział jako ciekawostkę i stuknął kilkukrotnie w drzwi mebla. Skierował wzrok na uroczą niewiastę, która bacznie obserwowała pokój, zapewne próbując obadać czy jej dziecko na sto procent będzie w tym miejscu bezpieczne.
-Hm, pani uroda i sukienka bardzo ładnie komponują się z kolorami tego miejsca. Pokój aż nabrał koloru i radości, nieprawdaż panowie? - zagadał, by rozkojarzyć towarzystwo, bo jak to tak, głupio nie przyznać, że mamusia jest cudowną kobietą, której promienność powoduje poprawę nastroju w mieszkaniu.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pią Lip 21, 2017 8:01 pm

Rafael bliski już był zgnicia, skiśnięcia i radosnego sfermentowania na wypucowanej podłodze kuchnio-salonu, kiedy gospodarz rozpoczął wzruszającą i pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji historię o schodach. Zwłaszcza ta część o burzliwym romansie szerokości i długości podobała się najmłodszemu najbardziej - od teraz każdy poczyniony na nich krok, każde zetknięcie gumowej podeszwy trampek z wypolerowanym drewnem stopni będzie wykonywane z namaszczeniem i poprzedzone przeczytaniem chociaż jednego wiersza. Albo wsłuchiwaniem się w melodyjne skrzypienie protezy zastępującej dziadowi zdrową nogę. To ostatnie w końcu można już było porównać do pełnoprawnej piosenki, bo już niemal sięgało długością statystycznego utworu.
Przez tę małą dygresję Raf obejrzał się tęsknie na drzwi wejściowe i swoje pudło u stóp Lessiego, w którym spoczywała mp4 z martwą baterią. Młody mógł sobie pozwolić na odpłynięcie myślami, podczas gdy reszta wycieczki wdrapywała się żółwim tempem na piętro. Pani Mama najmocniej udzielała się w rozmowie, a Pan Tata postanowił skupić się na atrakcjach wizualnych.
- Faktycznie początkowo ciężko przyzwyczaić się do tak specyficznej szerokości, ale przynajmniej nikt nie będzie z nich zbiegał i hałasował – skomentowała Janette swobodnie, pewnie w tym „zbieganiu” nie mając na myśli samego gospodarza.
- Hałasować można też spadając – rzucił jej syn niedbale, kilkoma susami długich nóg pokonując ten prywatny Everest. Zrobił to dopiero wtedy, kiedy trójka dorosłych stanęła w drzwiach jego przyszłego pokoju. Janette weszła do środka wraz z mężem, a Raf został w przejściu, opierając się przedramieniem o futrynę i zaglądając do wnętrza z niechęcią.
- Może... Może niech Pan zabierze stąd kwiatki. Niestety Raf nie ma ręki do roślin, a jeśli te coś dla Pana znaczą, to nie chciałabym, żeby zwiędły. Czasem potrafił podlewać rośliny dziwnymi rzeczami... - zmieszała się, po czym obróciła się jeszcze raz zgrabnie na niskim obcasie butów. - Ale pokój naprawdę robi wrażenie. Jest tu tak.. świeżo i przytulnie! - Prawie klasnęła dłońmi.
Czarnowłosy chłopak, widać to było po minie, miał na ten temat nieco inne zdanie, ale traktował to miejsce jak hotel – maksymalnie na dwie noce, więc istniał cień możliwości, że któryś z mebli przeżyje. Na przykład szafa, o której gospodarz wyrażał się z dumą. Jebać jednak kolejną wzruszającą historię, czarnowłosy postanowił doczepić się do czegoś innego mocniej niż do armagedonu opisywanego minute wcześniej.
- "Nieusłuchani gówniarze"? - wychwycił nagle i kącik ust drgnął mu lekko. - Jeszcze kilka minut temu rzucałeś „podopiecznymi” i „chłopczykami”. Wystarczą schody żebyś stracił cierpliwość? Moi rodzice nie podpisali jeszcze umowy, więc pilnuj się lepiej. Dziadziu.
- Rafael! - Janette weszła mu w słowo i poczyniła krok w stronę dwóch mężczyzn, jakby chciała osłonić Pana Stevensona przed uszczypliwością jej pierworodnego. - Najmocniej Pana przepraszam. Jest nam też przykro z powodu szafy. - Była lekko zarumieniona od wcześniejszego komplementu. - Zdecydowaliśmy się już z mężem. Podpiszemy, ale liczymy na stały kontakt telefoniczny z Panem. A i... Mąż ma jeszcze pewną prośbę.
Odwróciła się w stronę partnera, a Elias jakby wręcz czekał na ten subtelny znak dający mu prawo głosu. Aż chrząknął na wstępie:
- Tak, tak... Mamy z Rafaelem pewną umowę. Ponieważ nie był on skory przyjechać tu po dobroci, to dałem mu szanse zrezygnowania z Pańskiej pomocy po upływie dwóch tygodni. Oczywiście opłata się nie zmienia, jednak dałem słowo i muszę go dotrzymać. Jeśli ma Pan w swoich zasadach zakaz telefonowania do rodziców, to chciałbym, by poczyniłby w takim wypadku wyjątek i pozwolił mu samemu zadzwonić. Chcemy pozostawić mu komfort wyboru.
Chrząknął też na zakończenie.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pon Lip 31, 2017 5:22 am

Miał ochotę złapać za szyję gówniarza i zacząć go dusić, a potem rzucić nim o ścianę. Jego głupie komentarze były nie do zniesienia. Ciągle przeszkadzał, próbował przeszkodzić Bruce'owi w udobruchaniu rodziców. Pierwszy raz miał do czynienia z aż tak irytującym przypadkiem. Większość pokazywała wewnętrzną bestię dopiero po wyjeździe "Starych". Mężczyzna wziął głęboki wdech i wydech, starając skupić się na słowach wypowiadanych przez matkę oraz ojca Rafaela. Wychodziło na to, że młody zabezpieczył się jeszcze przed wyjazdem. Dwa razy mniej czasu na znęcanie się nad nieusłuchanym buntownikiem? Słabo.
-Cóż...jeśli doszło do takiej umowy, chyba nie mam możliwości się temu sprzeciwiać. Dam mu zadzwonić dzień przed upływem magicznych dwóch tygodni. Zadecyduje czy woli wracać do domu, czy zostać trochę dłużej, do końca naszej nauki. - rozłożył ręce w geście stuprocentowej zgody na podyktowane warunki. Musiał po prostu obmyślić kilka przyspieszonych metod działania. W wojsku nieraz trzeba było robić coś spontanicznie, bez wcześniejszego ustalania.
Rodzice, jak było widać gołym okiem, stali się najszczęśliwszymi osobami na świecie. Wszystko było ustalane tak jak chcieli, widzieli w Stevensonie autorytet nie do podważenia. Jakby był ich nadzieją na spokojną starość, na ukształtowanie początków dobrej przyszłości ich syna. Piękne wyobrażenia perfekcyjnego pierworodnego, który prowadzi własną firmę, jest lekarzem lub prawnikiem. Ach, standardowy schemat.
- Jeśli wszystko ustalone, zapraszam na dół. Tam podpiszemy papiery. - po tym słowach zaprowadził całą trójkę do salonu. Nie zostawiłby gówniarza samego w pokoju, za żadne skarby. Jeszcze by coś odjebał, albo co gorsza, znalazł. Bruce usiadł wraz z rodzicami na kanapie. Przysunął bliżej drewniany stolik, by mieli podpórkę przy stawianiu podpisów. W tym czasie do chłopaka podszedł zadowolony z siebie pies. Obwąchał go, robiąc wokół jego ciała kilka kółek. Mały strażnik był zadowolony z nowego kolegi. Oparł się łapami o jego uda, prosząc o pieszczoty. Zwierzę było totalnym przeciwieństwem ex-żołnierza i to pewnie dzięki niemu poprzedni podopieczni dawali radę przeżyć wakacyjny kurs bez większej traumy psychicznej.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Sie 10, 2017 12:01 am

Kącik jego wąskich, bladych ust zadrżał delikatnie, kiedy skupiając wzrok na jego nowym mentorze zauważył, że ten zrobił krótkie ćwiczenie oddechowe, by opanować jakąkolwiek, bardziej widoczną reakcje na kolejny niepotrzebny komentarz ze strony przyszłego wychowanka. Oczywiście, że Rafael mógł sobie darować te wszystkie szczeniackie zagrywki – tak samo jak mógł sobie darować sprzedawania narkotyków wieku czternastu lat oraz sprawiania problemów swoim rodzicom – ale nie chciał. Po prostu nie chciał. Nie było w tym żadnego czwartego dna, nie miał żadnej traumy, ksiądz go nie gwałcił, ani starzy nie karmili z procy jak był młodszy.
Był po prostu złym człowiekiem. Złym dzieciakiem, który trafił w czułe łapki wojskowego-szkota-dietetyka bez nogi, któremu w życiu brakowało tylko i wyłącznie kawałka naprawdę dobrej szafy. I który nie lubił dzieci – a przepraszam „gówniarzy” - ale z jakiegoś powodu to właśnie w zajmowaniu się nimi widział idealny sposób na zarobek po powrocie z drugiej wojny światowej. Te wszystkie czynniki składające się na osobę Bruce'a Stevensona budziły już wystarczająco dużo antypatii i braku zaufania, a minęło dopiero... pół godziny?
Pan Arajuuri wydawał się być kontent z podjętej decyzji odnośnie kontaktu z pierworodnym i wszyscy zeszli na dół; niestety razem z fińską latoroślą, której nie pozwolono na tę chwilę dokładniej zaznajomić się z pokojem. Młody z niezadowoleniem na twarzy, ale popędzany przez matczyną dłoń ciągnącą go za rękaw bluzy, zlazł na dół i zajął miejsce na fotelu. Nie chciał patrzeć na to jak rodzice podpisują za niego ten pieprzony cyrograf i na całe szczęście nie musiał, bo Lessie postanowił przywitać się po raz drugi i chyba zrehabilitować po nieprzyjemnym obowiązku pilnowania cennych gadżetów Rafa przed poczynieniem przezeń kroku do odzyskania ich. O dziwo, zwłaszcza u teraźniejszej młodzieży, to nie od internetu i telefonu Raf był uzależniony. Biedował trochę nad utratą dostępu do dobrej muzyki, ale pocieszał się, że może znajdzie coś interesującego w kolekcji winyli. Uśmiechnął się pod nosem i pogładził psa po karku, zaraz zamieniając powolną pieszczotę na nieco energiczniejsze drapanie za miękkimi uszami. Na ten widok przez chwilę można by uwierzyć, że całkiem dobry z niego dzieciak.
I że może nadzieja na jego wyjście na ludzi nie umarła jeszcze tak głośno i agonalnie w kałuży pełnej własnej krwi, i wymiocin.

Długopis kliknął, kiedy Pani Arajuuri, podpisująca umowę w drugiej kolejności, oddawała narzędzie do pisania gospodarzowi. Kilka razy jeszcze zaznaczyła na głos, by w razie wszelkich problemów natychmiast do nich dzwonić, kiedy poganiana przez męża podnosiła się z kanapy i przygładzała spódnicę letniej sukienki.
- Dziękujemy za poświęcony czas, Panie Stevenson. Do zobaczenia, Raf! - ojciec na odchodnym, zanim udało mu się dociągnąć ukochaną do drzwi wyjściowych, chciał jeszcze chociażby nawiązać kontakt wzrokowy z synem, ale młodego pochłonęło drapanie psa po karku. Tak naprawdę jednak, pomimo całej tej intratnej umowy z opłacaniem kosztów koncertu miał starszym za złe tej przymusowej kolonii u jakiegoś kretyna. Dziwnie było słyszeć w obcym domu dźwięk ich odpalanego samochodu. I głosy gasnące za przymykanymi drzwiami auta...
Raf przestał podrapywać psiaka, poklepał go jeszcze po karku i wbił wzrok w uchylone drzwi frontowe.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Sie 17, 2017 1:03 am

Miał już dosyć słuchania o tym, że może dzwonić za każdym razem, gdy Rafael będzie niegrzeczny. Gdyby brał te prośby bardziej poważnie, musiałby informować o jego zachowaniu kilka razy dziennie. Ech, rodzice zawsze są przewrażliwieni. Gdyby tylko wiedzieli, co dzieje się po ich wyjeździe, nie zgodziliby się na spędzenie przez pociechę nawet godziny, sam na sam z Brucem. 
-To ja dziękuję. Mam nadzieję, że nawet skrócony pobyt poprawi zachowanie państwa syna. Zrobię wszystko co w mojej mocy, by wrócił zadowolony i pełen chęci do zmian na lepsze. - uśmiechnął się delikatnie, odbierając podpisaną umowę oraz długopis. Najważniejsze miał za sobą. Państwo Arajuuri zadowoleni, gotowi do odjazdu, a formalności dopięte na ostatni guzik. Ulga, jaką poczuł, była nie do opisania. Przez całą tę szopkę chodził spięty, uważając na każdym kroku, żeby nie spowodować niezadowolenia rodziców. Najgorzej, kiedy to byli opiekunowie jedynaka. Cała ich uwaga wokół szatańskiego gówniarza powodowała, że należało zachować podwójną ostrożność i grać idealnie. 
Widział oddalające się auto, zadowolony z każdego kolejnego metra dzielącego je od domu. Teatrzyk zakończony, można wracać do normalności. 
-Nareszcie.- odetchnął, rzucając teczkę z papierami na kanapę. Z kieszeni kiltu wyjął piersiówkę, z której zaraz pociągnął sporego łyka. Od kilku godzin brakowało mu tego cudownego, pełnego procentów trunku. Zęby szorował chyba trzy razy, żeby nic nie było od niego czuć. Woda kolońska również pomogła. Wywietrzenie całego domu było najdłuższym procesem, jaki musiał się odbyć, ale jak widać dało radę. 
Podszedł do chłopaka i złapał go za kark. 
-Idziemy. Pora na twój pierwszy trening przed obiadem.- zaprowadził go na tyły domu, wychodząc przez drzwi kuchenne. Tam nie oprowadzał rodziców, bo nawet nie pytali o pole dookoła domu. Oczom chłopaka ukazał się prowizoryczny plac treningowy. Długie, metalowe drabinki to pierwsze, co rzucało się w oczy, dalej były między innymi: drewniana ściana do wspinaczki, opony, ciężary, wyznaczony tor do biegów, drut kolczasty do czołgania oraz kilka innych atrakcji. Ułożone były po jedna po drugiej, tworząc tym samym piękny tor przeszkód. 
Zacisnął mocniej palce na szyi Rafaela.
-Teraz słuchaj uważnie. Przebiegniesz sobie, w swoim tempie ten tor. Ja policzę ci czas, a potem zaczniemy prawdziwe ćwiczenia. Mam nadzieję, że zabrałeś ze sobą jakiś dres, hm? Ach...I liczę na to, że na koniec naszego jakże przyjemnego kursu, zejdziesz poniżej minuty. Jasne? - spojrzał w twarz chłopaka, spodziewając się kolejnych, ciekawych docinek z jego strony, a nawet oplucia. Był znieważany już tyle razy, że zdążył się przyzwyczaić.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Sie 24, 2017 3:46 pm

Czy coś się w domu zmieniło, kiedy warczące autko z nadzieniem z rodziców zniknęło za wysokim świerkiem? Nad budynkiem całun roztoczyły skotłowane karykaturalnie ciemne chmury, które raz po raz na wzór stroboskopu rozświetlały okolicę trzaskaniem posępnych piorunów i ogłuszały hukiem grzmotów? Po wnętrzu uroczego, wysprzątanego - wylizanego wręcz! - salonu rozszedł się złowróżbny cień? Czy Pan Stevenson nagle zdarł z siebie maskę i zaniósł śmiechem maniaka? Nie. Nie, nie, nie. Golnął sobie z flaszeczki.
No to dzień pełen zwierzeń czas zacząć. Chociaż nie, nie „zwierzeń, raczej: otwartości – tego rodzaju nieskrępowania, którym popuszcza się sobie pasa i wypuszcza butelkę z objęć palców tylko i wyłącznie po to, by zacisnąć je na innej szyjce. Szyi. Konkretnie i kurewsko boleśnie wbijając opuszki w spinające się mięśnie. Co śmieszne ten stary spieprzeniec złapał Rafaela tak umiejętnie jakby chłopak miał na karku skryty jakiś uchwyt, który częściowo obezwładnia nogi i ręce oraz do bólu spina grzbiet – zupełnie jak ta słynna policyjna dźwignia, która wymaga mało nakładu siłowego, a sprawia, że z każdą próbą wyprostowania się ryzykowało wybiciem barku. Jednak teraz nakład sił w prowadzeniu młodego, niezadowolonego i warczącego byczka był nieco większy, zwłaszcza, że ten dwa razy zaparł się jak osioł - na swój sposób zaskakująco mocno, ale niestety bezskutecznie.
- Długo musiałeś się naczekać, co? – zareagował nagle przechodząc z warkotu do grymasu, który rozciągnął się na jego twarzy szerokim uśmiechem; niekoniecznie życzliwym. Spojrzał na swojego prywatnego skrzata spod byka. - Żebyśmy zostali sami i żebyś mi pokazał czemu mieszkasz tak daleko od cywilizacji i zarabiasz głównie na przetrzymywaniu w domu i poskramianiu młodych dzieciaków, a dorywczo jako krasnal ogrodowy. – ostatnie słowa wypowiedział nieomal przez zęby, ale tylko i wyłącznie dlatego, że sięgał dłonią do swojego karku i złapał mężczyznę za dłoń, próbując ją od siebie oderwać nawet kosztem zadrapań na skórze. W końcu zwracanie do grobu fabrycznie nowego ciała było kompletnie niepotrzebne – swego czasu blizny nawet go kręciły. - Oh, jasne, brutalny Mistrzu, już wbijam się w dresy, nakładam barwy wojenne i idę walczyć z moimi napadami agresji poprzez tracenie energii na wysiłek fizyczny... Myślisz, że nie znam tej metody? Romantyczna z ciebie Świnka, ale spasuje, taplaj się w pyle i błotku sam.
Spojrzał mężczyźnie butnie prosto w oczy.
- Może to zabrzmieć dla ciebie jak ziszczenie marzeń, ale: cmoknij mnie miedzy poślady, Steve. Zaczniesz odliczać czas do czegoś innego. I wtedy gwarantuje, że zejdziesz poniżej minuty.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pią Sie 25, 2017 4:06 am

Młodzik szczekał bardziej zajadle od niejednego kundla, którego dane było Bruce'owi nastawiać. Słuchał jego wywodów, skupiając jednak uwagę na tym, co chłopak próbował zrobić. Uwolnienie się z uścisku? Marne szanse, bo łapa weterana była jak metalowa klamra, zaciskająca się na o wiele delikatniejszym materiale. Jednakże, skoro Rafael tak bardzo chciał pozbyć się nacisku na kark, mężczyzna zapewnił mu to z rozkoszą, bowiem złapał go tą samą ręką za nadgarstek i wykręcił jego ramię do tyłu, jak zawodowy policjant unieruchamiający złodziejaszka.
-Skończyłeś już, szczeniaczku?- spytał, prowadząc go przed najlepszą z atrakcji całego toru, czyli drut kolczasty, pod którym zazwyczaj kazał się czołgać. 
-Właściwie, to jest trochę prawdy w tym co mówisz...- zaczął, łapiąc jego wolną rękę, by i ona wylądowała za plecami. Trzymał go blisko siebie, by wypowiadać kolejne zdania wprost do ucha chłopaka.
-Tylko widzisz, jest w tym małe niedociągnięcie. Ja tym torem nie chcę walczyć z napadami agresji takich gnojów, jak ty. To jest tor dla początkujących żołnierzy, nie dla wymoczków. Moim celem jest wymęczenie cię fizycznie, dla mojej własnej przyjemności. Dzień po dniu, aż grzecznie poprosisz o przerwę. Bez warczenia, bez pyskowania...mój ty fiński cukiereczku.- ostatnie wyrazy wysyczał z pogardą, na koniec cmokając "podopiecznego" w skroń.  
-Chroń buźkę, bo to może jedyne, czego ci nie okaleczę. A dzięki twoim zagrywkom mamy przyspieszony kurs bólu, mój drogi. W tydzień dostaniesz dawkę solidnego wpierdolu, który zwykle rozkładam na co najmniej trzy. Ciesz się tą wyjątkowością.- po tych słowach pchnął go z całej siły wprost na drut, doprawiając ruch kopniakiem z kolana w plecy. Rafael wjechał mu ostro na ambicję swoimi pyskówkami, więc Stevenson nie mógł zostać mu dłużny. Zaczął planować dla niego prawdziwe zawody wytrzymałościowe z dziedziny cierpienia fizycznego i psychicznego. 

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sob Wrz 02, 2017 11:46 am

Nie będzie żadnych wrzasków. Ani żadnych błagań. Rafael zaparł się wewnętrznie i zakleszczył do tego, by składać fortecę swojej nienawiści tylko ze słów i warknięć. Łzy mogłyby podmoczyć jej fundamenty, krzyki – spękać grube ściany, a błagania o litość – poryć rdzą mechanizm na stałe zatrzaskujący wrota. Jak dotąd nikt ani nic nie podeszło do tej budowli – czyli do samego Rafaela – na odległość, z której mógł sięgnąć go ciosami rzucanymi przez ustawiony na dziedzińcu trebusz; zwykle wystarczyły powodowane przy lądowaniu takowych rozpryski ziemi, które przybierały formę wyzwisk. To był pierwszy sygnał alarmowy dla głupca, który przekroczył pewną granicę i dobrowolnie pozbawił się łaski uświęcającej, która litościwie sprawiała, że był Rafaelowi obojętny. Że był „stratą czasu i energii”. Teraz jednak, po podjęciu próby zdominowania, Stevensone stał się zapałką zapaloną w ciemnej piwnicy – czyli nadal nie mógł odnaleźć właściwej drogi do wyjścia, a zaczął jedynie ściągać na siebie uwagę żyjących tam potworów.
Kiedy głowa młodego znalazła się gdzieś na wysokości jego ugiętych kolan nie wyrywał się – nie był to ani pierwszy, ani zapewne ostatni raz kiedy był tak prowadzony i wiedział bardziej niż dobrze, że szamotanie się nic nie da, a skubnie bezcenną energie zmagazynowaną na lepsze okazje. Sapnął więc tylko, układając grzbiet tak, by odciążyć choć trochę barki i odsapnął, wlepiając wzrok w ciemną ziemię miejscami przetkaną ździebełkami trawy. Tak zniszczona nawierzchnia pokazywała, że ten tor faktycznie jest używany i nie jest tu jedynie straszakiem i atrakcją turystyczną dla wielbicieli militariów.
Raf nie wlókł się, kiedy go prowadzono, w końcu nie chciał wylądować pyskiem w tej trawie, albo – jak się po kilku krokach okazało – w radosnej plątaninie wyschniętego na twardo błota oraz dachu z drutu kolczastego. Nawet jeśli Arajuuriego w życiu nie interesował żołnierski trening to wiedział i wyobrażał sobie wystarczająco, by nie musieć czytać instrukcji obsługi do tego elementu placu zabaw. Mina automatycznie zacięła mu się mocniej, kiedy gorący oddech wroga zalał jego szyję i ucho – aż wzdrygnął się i spojrzał na Bruce'a spod ciemnej grzywy opadającej mu częściowo na czoło.
- Coś ty miał w tamtej piersiówce...? Denaturat? Śmierdzisz nim już po kilku łykach... – fuknął, ciągnąc zabawę w „do kogo należy ostatnie słowo”. - Na dodatek rzuciło ci się od tego na mózg.
Nie było mowy o żadnym czołganiu, ani o wysłuchiwaniu małych, zboczonych fantazji starszego i wyjątkowo samotnego Pana. Choć to drugie wywołało nawet u młodszego krótki i urwany kaszlnięciem, śmiech.
- A więc do tego po godzinach fapie sobie Pan Stevenson. Masz tu monitoring? Oglądasz sobie po wszystkim nagrania i zapętlasz w momentach kiedy najbardziej cierpią? Albo kiedy drut zahacza o ich ciuchy i rwie je, mocniej odsłaniając ciało? Pedofil... Tak jak myślałem. Powinieneś siedzieć w więzieniu i codziennie przyjmować w dupę wszystkich kolegów z piętra, na koniec dnia dopychając wstyd rozgrzaną lokówką z nadzieją, że może to cie w końcu zabije, Śmieciu. A nie wmawiać rodzicom że jesteś właśnie tym czego ich dzieciaczki potrzebują... I zasłaniać się gównianą barykadą z doświadczenia na wojnie – sapnął z naciąganym uśmiechem i szarpnął się ze złością po pieszczotliwym buziaczku. Tak mocno, że aż poczuł ten ruch gdzieś w napiętych łydkach.
A potem przyszło twarde lądowanie na nagrzanej słońcem ziemi. I kopniak w plecy, który na chwile wyrzucił cwaniaczkowi powietrze z płuc. Ah, no i doszła jeszcze krew: z rozciętej szyi, przedramion obu dłoni i lewego boku, w który wbił się kolec drutu.
Nie będzie żadnych wrzasków. Ani błagań. Tylko ze złości czarnowłosy zamierzał korzystać – tej, która dawała mu najwięcej sił. Przełknął więc, niczym kawał śmierdzącej, twardej i ostrej ryby, ból, który uderzył go z kilku miejsc naraz, zalany cudownym widokiem krwi wsiąkającej w ubrania i ziemię. A potem całą energię, która miała skupić się na wyrzuceniu niechcianego dźwięku z gardła, złapał w palce i posłał po kręgosłupie w dół do nogi, która korzystając z drugiej, podpartej o ziemię kolanem, wyrzuciła się to tyłu, chcąc sięgnąć mocnym kopniakiem łydki byłego żołnierza.
Bolało jak skurwysyn i reakcja była natychmiastowa.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pon Wrz 11, 2017 4:19 am

Czerpał niemałą satysfakcję, z oglądania poharatanego przez drut kolczasty gówniarza. Skrzyżował ręce na piersi, patrząc na to, jak chłopak próbuje walczyć z bólem, który odczuwał. Twardy był, na pewno twardszy od jego poprzedników. Nie wydał z siebie nawet najmniejszego, cierpiętniczego jęku, co intrygowało Stevensona. Znalazł godnego przeciwnika, nareszcie miał okazję wyciągnąć najcięższą artylerię, niczym Armia Czerwona niszcząca każdy niemiecki garnizon w drodze do Berlina, pod koniec drugiej wojny światowej. Chętnie stworzyłby pyskatemu finowi warunki podobne do tych, w których musieli mieszkać wietnamscy żołnierze w sześćdziesiątym ósmym, ale miał pewne zasady. W końcu zapewniał dzieciakowi wygodne łóżko, ciepłą wodę i świeże jedzenie. Był brutalny, zdawał sobie sprawę z tego jaką krzywdę wyrządza każdemu buntownikowi, który się u niego zjawia, ale jeśli chodziło o warunki mieszkalne, nie mogli marudzić. Żyliby u Bruce'a jak w raju, gdyby tylko stosowali się do wyznaczonych przez niego zasad oraz trzymali się określonego planu dnia. Niestety, każdy z nich był niezależny. Za niesubordynację należała się kara, takie życie.
-No rzesz...ty mały gnoju. - warknął, kiedy ciężki but zderzył się z metalową łydką ex-żołnierza. Nie było to bolesne przeżycie, ale spowodowało zachwianie równowagi oraz dyskomfort, nie wspominając już o brudnej rysie pozostawionej na pięknej, zadbanej, wypolerowanej blasze. Błyszczała się jak psu jajca, a teraz? Oszpecona. Ta zniewaga wymagała nauczki. Złapał Rafaela za włosy i pociągnął w górę, rzucając go po chwili na twardą ziemię. Zanim zdążył się podnieść, starszy mężczyzna wymierzył ciosy buciorami w łydki chłopaka, a następnie usiadł na jego kręgosłupie, dokładnie w odcinku piersiowym, utrudniając mu tym samym oddychanie z powodu wgniatania klatki piersiowej w twarde podłoże. Sprawdzona metoda, nieszczególnie lubiana, ale jakkolwiek skuteczna. Wygiął dodatkowo jego ręce do tyłu i naciągał. 
-Powiedz mi, Raf. Zetrzesz ładnie rysę, którą mi zrobiłeś i pójdziemy w chwilowym pokoju zjeść obiad, czy mam cię tak męczyć do końca dnia? Ja mam czas i zapewniam, że nieraz wytrzymywałem nawet dwie doby bez pożywienia.- podniósł się o kilka centymetrów na moment, by zaraz powtórzyć jakże wygodne posiedzenie na plecach dzieciaka. Kontrolował, czy nie łamie mu kości, to fakt. Chciał go po prostu trochę podrażnić, bo utrudnione łapanie oddechu powoli męczy organizm, a co za tym idzie, również i psychikę. Kiedyś musiał się poddać i wyłączyć tryb pyskacza chociaż na kilka minut, a Stevenson badał ile czasu należało na to poświęcić.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sro Paź 11, 2017 6:16 pm

W głowie Fina eksplodowała bomba nienawiści, która wysadziła wizerunek Szanownego Pana Stevensona z pola minowego obojętności młodego pseudo-gangstera wprost na jego czarną listę – chłopak miał ochotę wjebać się staruchowi butem między poślady jak ciapaci samolotem w World Trade Center. Rozpieprzyć go jak reaktor w Czarnobylu do takiego stopnia, by ludzie po dziesiątkach lat wciąż nie mogli zbliżyć się do tego, co z niego zostanie. A po wszystkim przejść przez jego słodki domek jak huragan Katrina i na swoim miejscu pozostawić już tylko sedes.
Czarnowłosy warknął ostrzegawczo, głęboko, wprost z wnętrza piekielnych trzewi rzekomo smukłego i rzekomo niespecjalnie silnego ciała; zupełnie jakby ból i naginanie jego kręgosłupa (w przenośni i dosłownie) dodawało mu tylko więcej energii. I zdecydowanie więcej polotu, bo z kopniaka był bardziej niż dumny.
Z reakcji oponenta też.
Parsknął wrednie, pozwalając by na jego buźce wykwitł brzydki uśmieszek, ubarwiony śladami mokrej ziemi, która barwiła jasne policzki. Nawet gramoląc się z nieprzyjemnie miękkiego podłoża ponad wstanie przedłożył chęć obejrzenia się i ogarnięcia skali zniszczeń. Obraz chwiejącego się Nauczyciela nie był jednak wystarczająco dobra nagrodą, Rafael spodziewał się, że przynajmniej wygiął blachę, albo – w idealnym wypadku – spowodował, że kolano zacznie się wyginać w drugą stronę, jak u bociana, ale ledwie zauważył niewinną i nie oddającą mocy kopniaka, ryskę. No i niewielka ilość błota, która ochlapała zarówno spódniczkę nowego kolegi, jak i jego mechaniczną część ciała.
Dobre było niestety tylko to, że Raf kupił sobie kilka chwil spokoju. I mocniej rozjuszył dorodnego byczka.
A kiedy młody już miał wstać, w miarę ostrożnie wydobywając drut kolczasty z boku zakrwawionej dłoni to… zaskakująco mu się to udało. Okej, połowicznie. Okej, Stevie mu pomógł – z delikatnością papieru ściernego wyciągając go jak szmatę ze zruszonej, ledwo zastygłej miękkiej ziemi na twardą, wydeptaną do piachu i pozbawioną trawy, glebę obok. I tam cisnął. Cała akcja była za szybka, by złapać tego starca za łapsko, ale szarpnięcie bólu, rozchodzące się impulsem po całym skalpie i mknące jak wyładowanie prądu po kręgosłupie, wyrwało z gardła młodego śmieszka syknięcie, od którego prawie odgryzł sobie język przez zaciśnięcie szczęk. Dyskomfort ozwał się do tego nawet w dziąsłach.
Był już pewien, że w końcu zabije tego gnoja.
Zabije go i przetrzepie jego tłustą dupę, która właśnie wgniatała go w ziemię i dosłownie wyciskała powietrze z płuc jak z pary balonów.
- Kur..wa… MAĆ! – w drugie słowo włożył tyle mocy, że przy nabraniu powietrza, aż lekko uniósł Bruce’a na sobie. Było to zapewne całkiem imponujące – szkoda tylko, że tak kurewsko bezowocne. Sytuacja była patowa, jeśli wcześniej było źle, to teraz było chujowo. Gdyby porównać do czegoś sytuacje Rafaela, to była ona właśnie wielkim, żylastym chujem. Który to usiadł sobie na młodziku jak na jakimś pieprzonym zydlu! Czarnowłosy zakaszlał, podnosząc lekki tumanik kurzu obok jego ust, a ten tylko pogorszył sprawę – naprawdę ciężko czyściło się drogi oddechowe z policzkiem wciśniętym w ziemię, boleśnie wykręconymi łapami i pojemnością płuc zmniejszoną o jakieś dziewięćdziesiąt pięć procent. - Nie za wygy..odnie ci…? – sapnął, ale kolejne wyzwisko utonęło w kaszlu, które tym razem spazmatycznie szarpnęło całym jego ciałem i przy okazji jego samozwańczym jeźdźcem. Widać było, że organizm złamie się szybciej niż duch, a na nieszczęście ten drugi nie może żyć bez pierwszego – jest to konflikt (dla Rafaela) sakramencko tragiczny. Arajuuri wierzgnął mocno i zacisnął zęby tak, że te zgrzytnęły niebezpiecznie ocierając się o siebie i zacisnął powieki tak mocno, że wybuchły pod nimi bezbarwne fajerwerki. Naciąganie rąk w taki sposób pewnie wprawiłoby instruktorów yogi w zachwyt, ale w tej konkretnej chwili młody zmienił się w jeden, wielki, pulsujący i wkurwiony ból – warczący i prawie przegryzający sobie wargi z bezsilnej złości.
Ale słuchał. Oczywiście, że słuchał. Uszy cierpiały z całego organizmu najmniej.
- Oh…? – parsknął, wymuszając na sobie krótki i urwany atak śmiechu. - Po twój..ej wadze wnioskuję, że... – Kolejne kaszlnięcie. - Te głodówki by..ły jakieś pięćdziesiąt lat te..emu.
Nie mógł, nie potrafił i nie chciał się uspokoić. Nie chciał odpuścić, mimo że bolało, szurało mu w kręgach, piszczało w uszach i pulsowało we łbie. Ale na nieszczęście był też głodny. I na moment mógł nabrać… powietrza. Akurat kiedy Bruce na moment podniósł się i chłopak nabrał głębszego wdechu, kolejny siad był tylko gorszy – tym razem Raf kaszlnął tak niebezpiecznie jakby miał przy tym wypluć choć mały procent gardła. Albo obiadu. Najbardziej cierpiała klatka piersiowa, bo tym razem jej właściciel wręcz czuł, że pierwsze żebra odczepione od mostka właśnie zaczęły się o siebie ocierać. A zdecydowanie nie powinny.
- Kurwa, złaź ze mnie zasrańcu! Idziemy na obiad!

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pią Lis 03, 2017 4:14 am

- Uroczo. Skoro tak bardzo chcesz, to możemy iść na obiad. - uśmiechnął się usatysfakcjonowany. Pierwszy, najtrudniejszy krok za nim. Do końca dnia musiał wybadać limity chłopaka, żeby nauka przez następne tygodnie była intensywna, męcząca i na tyle skuteczna, że naprawi  degenerata, zwracając rodzicom nowego, młodego mężczyznę. Już kilka razy osiągnął zamierzony cel, więc nie było możliwości, że Arajuuri nie zmieni swojego zachowania przynajmniej w małym stopniu. Wakacyjne treningi działały na psychikę dzieciaków, najczęściej wywołując w nich poczucie strachu, ale zdarzały się przypadki, które rozumiały swój błąd i brak sensu w buntowniczym stylu życia. Odkładały alkohol, przestały kraść pieniądze z portfela ojca, znajdowały coś, czym mogły zająć swój niestabilny umysł. A wystarczyło delikatnie zmusić ich do przemiany.
Bruce puścił ramiona bruneta i podniósł się leniwie z jego pleców. Nie miał zamiaru czekać aż Rafael dojdzie do siebie, odsapnie i przy akompaniamencie kolejnych obelg łaskawie wejdzie do środka, dlatego złapał go i podniósł, przerzucając sobie przez ramię jak rannego żołnierza.
- Ale jesteś leciutki. Wiesz, że fajki nie zastępują jedzenia? - zaśmiał się, klepiąc Fina w pośladek. Trzymał go mocno, by przypadkiem nie wyrwał się podczas transportu. Wszedł do domu, a pasażera postawił na ziemi dopiero gdy znaleźli się w kuchni. Wszystko było już przygotowane, wystarczyło podgrzać i skonsumować. Stevenson dziękował w duszy temu, co podkusiło go do szybszego przygotowania mieszkania na pokaz dla rodziców, bo w tym momencie nie chciałoby mu się zaczynać spaghetti od nowa.
- Raf, umyj ręce i weź z lodówki coś do picia. Zjemy na kanapie w salonie. - sam również podszedł do zlewu, by obmyć dłonie i pozbyć się brudu i krwi po małej sprzeczce na zewnątrz. Sięgnął po leżącą niedaleko szmatę, namoczył ją i starł również nieczystość z metalowej nogi, którą haniebnie zaatakował młodzik. 
- Jeśli chcesz, możesz włączyć jakąś muzykę. - zaproponował, stając przed kuchenką. Uznał moment posiłku za rozejm. Miał nadzieję, że ciemnowłosy również postanowi nie wprowadzać nieprzyjemnej atmosfery na to parę minut. Na później miał zaplanowane dla niego kolejne zadania, ale kto przejmowałby się przyszłością, czując woń pięknie doprawionego sosu, powodującego aktywność żołądka. Bruce wyjął dwa talerze i sprawnie nałożył makaron, nie żałując ani sobie ani chłopakowi. Takie chuchro musiało częściej pić i ćpać niż wracać do domu na obiadki.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Wto Lis 21, 2017 11:58 pm

Fakt, że wzmożony wysiłek pobudzał łaknienie nie był żadną nowością – jeśli jeszcze doprawić go stresem, aktywnością na świeżym powietrzu, potem i krwią, to otrzymywało się wściekle głodnego młodego człowieka o sadystycznych zapędach wobec wszystkiego co stanie na drodze między nim i lodówką; niezależnie czy jest to jego rodzina, pufa czy zbyt gęste powietrze. Sprawny mistrz kuchni Stevenson postanowił jednak dać kubeczkom smakowym swoich widzów do wiwatu i na koniec potraktował całe danie odważnym sypnięciem upokorzenia. Oczywiście poniżony został obdartus pozbawiony kontaktu ze światem, którego odlepiono od ciepłego, wysuszonego błota i ciepnięto przez ramię jak wór ziemniaków. I to wkurwiony wór ziemniaków, który byłby porwał koszulę Szkota palcami i uprzyjemnił mu krótki spacer do domu koncertem zawodu i wyrzutów, ale był zbyt zajęty przypominaniem sobie jak się w ogóle oddycha. A jak wygląda próba jak najszybszego zaczerpnięcia tchu połączona z chęcią wyszarpnięcia z łap trzymających ciało jak imadło, poganiana dodatkowo potrzebą szybkiego, głośnego i soczystego wyrażenia swojego zdania na cały ten temat? Kaszlem. Głębokim i lekko zahaczającym nawet o torsje. Raf kilka razy pod rząd nabrał niepełnego wdechu i niemal natychmiast wykaszlał wszystko – aż oczy lekko nabiegły mu łzami i zamiast szarpać tego cwela za ubrania, zaczął bez sensu rozmasowywać sobie mostek.
Już wiedział, że zapierdoli tego dziada już tej nocy i to nawet łyżką jeśli nie znajdzie nic lepszego.
Wszystkie trafne odzywki, usytuowane na wystarczająco chamskim poziomie, by odzwierciedlić całą tę pojebaną sytuację, spłynęły mu wzdłuż ciemnych spodni, kiedy do nozdrzy dotarł zapach jedzenia. I nagle już łatwiej było młodemu złapać odpowiedni rytm oddychania po sesji testowania wytrzymałości prętów jego klatki piersiowej. Nawet to klepnięcie w pośladek odeszło chwilowo w niepamięć.
Chwilowo.
Czarnowłosy fuknął, marszcząc przy tym nos, ale wsunął łapy pod  letnią wodę, płynącą wartkim strumieniem do  kuchennego zlewu, by zmyć z nich błoto oraz krew, która pozasychała już miejscami – zwłaszcza majestatyczny, nieregularny strup, który uformował się na boku prawej dłoni. Ta doznała zdecydowanie najgorszych obrażeń. Rzeźbę zrobioną z zakrzepłej krwi zerwano bez cienia bólu i na niepokojąco długi moment woda znikała w odpływie zabarwiona czerwienią. Potem ta sama czerwień poplamiła maleńki, urokliwy ręczniczek zawieszony na haczyku obok, który następnie zamiast odwieszony na miejsce został rzucony na blat jednego z kuchennych mebli.
Rafael podjął dojrzałą decyzję, że zje to jedzenie i wypije picie, które znajdzie w lodówce – zbierze siły i skopie kuternodze dupę korzystając z tego, że stary dobrowolnie naładował mu akumulator. Arajuuriemu naprawdę brakowało w tej chwili fajek…
Odstawił na stół w salonie dwie, kompletnie różniące się od siebie szklanki – nie specjalnie bawiąc się w artystyczne dobieranie bliźniaczych, kiedy szukał ich w szafce – oraz wcześniej wypełniony po brzegi, wysoki dzbanek z sokiem jabłkowym. Jedno z wypełnionych naczyń spoczęło w dłoni ostentacyjnie obrażonego młodzika, który zawędrował pod półki z płytami i kucnął, wbijając w nie zacięty wzrok.
- Masz rozdwojenie jaźni czy co…? – warknął w końcu, wyciągając jedną z płyt i podnosząc się do pionu, z nerwami upijając kilka łyków i czytając co jest na odwrocie opakowania. - Czy bawisz się w „dobrego i złego glinę”?
W jego dłoni pojawiła się płyta… Jazzowa. Nie rock, dark ambient, trash metal czy grunge. Jazz. Konkretnie składanka hitów lat 50-tych, którą otwierać miał wszystkim dobrze znany Ray Charles z jego „Hit the Road Jack”.
- Gdzie mam to włożyć?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Sro Gru 06, 2017 4:34 am

Całą swoją uwagę przeznaczył na podgrzanie sosu do temperatury, która spowoduje rozpuszczenie startego sera, dając idealną kompozycję smakową dla podniebienia. Dodał trochę pieprzu, a przyozdabianie zakończył kilkoma zielonymi oliwkami na samym środku porcji. Zapach unosił się po pomieszczeniu, a kiszki Stevensona rozgrywały prawdziwy koncert heavymetalowy, nie mogąc doczekać się zanurzenia widelca w iście królewskim posiłku. 
Odkładając niezużyte składniki do lodówki, zauważył zbezczeszczony ręczniczek, cały w różowych plamach od niedomytych z krwi rąk. Zacisnął usta, gotów na kolejną awanturę i nauczkę dla chłopaka. Wziął jednak głęboki wdech, a następnie wydech powtarzając sobie, że musi być spokojny, opanowany oraz cierpliwy. Później pokaże mu jak powinno się zachowywać, a na razie jedynie odwiesił rzecz na wyznaczone miejsce. 
Zaniósł talerze na stół, zerkając w stronę Rafaela. Chciał w miarę możliwości kontrolować każde jego posunięcie, by przypadkiem nie ucierpiał żaden z mebli, albo co gorsza jakakolwiek z płyt w  kolekcji. Dlatego zareagował od razu, widząc szklankę z sokiem bardzo blisko jednego z egzemplarzy. Podszedł do buntownika, bez słowa łapiąc jego nadgarstek. Odebrał naczynie, stawiając je jak najdalej winyli oraz odtwarzacza, dla świętego spokoju. 
- Młodziki są coraz bardziej nieporadne. Przecież nie włożysz sobie tego w dupę  - skomentował, wracając do ciemnowłosego. Ukucnął zaraz przy nim, wzdychając z rezygnacją.
- Pokażę ci raz, jak włączać ten sprzęt. Jeśli nie zapamiętasz, to nie będzie muzyki, jasne? - ostrzegł, podnosząc klapę od odtwarzacza. Nakierował rękę, w której Arajuuri trzymał płytę, aby nałożyć ją we wgłębieniu, a następnie włączył całe ustrojstwo i nastawił igłę. Chwilę potem w ich uszach rozbrzmiewała jazzowa nuta, wypełniająca pokój radością wolnej inspiracji. Bruce podniósł się z kolan i skierował szanowne cztery litery w stronę talerza ze spaghetti.
- A co do mojego zachowania... - zaczął, siadając na kanapie. - Nie będę ci tego wyjaśniać. Wiesz, pewnych rzeczy niektórzy nie chcą zrozumieć. W twoich oczach przez następne dwa tygodnie i tak będę bezdusznym, pedofilskim potworem. I chodź już, bo wystygnie. - przeczesał włosy palcami. Musiał przyznać, że był dosyć nerwową osobą. Może nawet za bardzo przewrażliwioną w pewnych sytuacjach. To w dużej mierze była wina wojska, które nauczyło go dyscypliny i perfekcjonizmu, a wszelka nierównowaga wkradająca się do jego życia, wywoływała erupcję wulkanu. Denerwowało go między innymi powielanie schematów przez nieusłuchane bachory. Te same metody szantażu emocjonalnego, te same sposoby na wykazanie się brakiem inteligencji i dojrzałości. Za każdym razem ich bezmyślne zachowanie powodowało u wojskowego nieprzyjemne dreszcze. A sadystyczne metody zdawały się być jedynym młotem, który może przebić ścianę irracjonalnego buntu młodzieńczego. Czy był dumny ze wszystkich typów 'lekcji", jakie zafundował dzieciakom? Nie, ale widząc pozytywne efekty ignorował wszelkie wyrzuty sumienia. Jego też krzywdzono i to w jeszcze gorszy sposób, więc można było powiedzieć, że u niego chłopcy mieli raj w kategorii tortur fizycznych i psychicznych. A Raf...nie był wyjątkiem. Jego jedynymi, oryginalnymi cechami pośród odbywających "kurs" było to, że zdawał się mieć więcej punktów IQ od poprzedników oraz odznaczał się niespotykaną dotąd wytrwałością.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Czw Gru 21, 2017 12:04 pm

Zrobił się nie tyle spokojny co dziwnie otępiały po tym, jak szybko jego niedoszły oprawca zmienił w uczynnego i pełnego cierpliwości kucharza. W pewien dziwny sposób ten spokój wpłynął i na pełne gorącej i zepsutej krwi ciało Rafaela, choć chłopak wmawiał sobie, że to po prostu taki układ - zawieszenie broni pomiędzy jednym żołnierzem i drugim, umowna przerwa na wylizanie konserwy we własnym okopie, nawet jeśli te znajdowały się zaraz obok siebie. Na kolejne strzały przyjdzie czas kiedy opróżnią już dzbanek soku.
Tak sobie wmawiał.
I pewnie to przez tę dziwną osowiałość Raf pozwolił wysunąć sobie szklankę z dłoni. Nie zareagował jak poparzony i nie zaczął się kłócić, bo i ruchy Stevensona nie nosiły w sobie śladu ataku. Facetowi zupełnie przypadkiem udało się podejść do chłopaka tak, że nie uruchomił w nim odruchu walki albo chociażby obrony. Przed, kurwa, wszystkim.
- Całkiem zabawne, że tylko o takiej możliwości pomyślałeś. Ja widziałem całkiem inne zastosowanie; na przykład włożyłbym ci ją w gębę. A za igłę służyłyby twoje dwie jedynki – odfuknął mimo wszystko jakby obrażony, śledząc staruszka zmrużonymi oczami. Mógłby ciągnąć tę wiązankę i włożyć w nią więcej starań, ale zdecydowanie wolał w tej chwili włożyć… widelec w spaghetti, którego zapach rozlazł się już po całym salonie i wdarł się w jego nozdrza, dołączając symfonię jego kiszek do koncertu w brzuchu gospodarza.
- No dobra. Pokazuj.
Zawieszenie broni. Dlatego Steve mógł chwilę pomanipulować dłonią młodzika, wciąż noszącą na sobie czułe ślady randki z drutem kolczastym i po krótkim rytuale wypełnić wnętrze wysprzątanego domu już nie tylko zapachem jedzenia, ale i rytmicznym dźwiękiem mieszaniny dominującego fortepianu i mantry głosów czterech kobiet przerwanej wyrazistszym męskim tembrem. Czemu Raf wybrał akurat jazz…? Bo mógł. I bo ten rodzaj muzyki przypominał mu o najlepszej imprezie jego życia.
Chwile po tym jak z kolan wstał gospodarz, do pionu dźwignął się sam długi i smukły jak tyczka młodzik, żeby dostać się do… koryta. A raczej o talerza z uroczym obiadkiem, prócz przypraw doprawionym zapewne solidną dawką opiekuńczej miłości i drapiącą w gardło ilością ostrzeżeń i zapewnień długiego cierpienia. I bazylii.
Oczywiście Raf nie mógł normalnie usiąść na kanapie – przysiadł na podłokietniku i jedną nogę zwiesił luźno, a drugą oparł o siedzisko, spoglądając z odległości na posilającego się drapieżnika. Czuł nienaturalną potrzebę dosłownie patrzenia na tego dziadygę z góry. A potem naszła go potrzeba na pytania, kiedy już smak obiadu na dobre zagnieździł się w jego ustach, a zawartość zaczęła grzać żołądek.
- Dobra, więc załóżmy, że nie zrozumiem, to zagajając całkiem normalną rozmowę dwójki całkiem normalnych ludzi: co pchnęło cię do tego by na emeryturze po strzelaniu do ludzi w Afganistanie przeistoczyć się w całodobową nianię? – postukał ząbkami widelca o poduszeczkę swojej dolnej wargi. - Nie unikaj pytań.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PhilanthropistSadistic Seme
avatar

Data przyłączenia : 04/07/2017
Liczba postów : 352


Cytat : "Jesteś geniuszem. Jednostką istniejącą po to, by świat cię nienawidził. Dlaczego, zapytasz? To proste. Jesteś jednym z nielicznych, którzy wyróżniają się z tłumu szarych ludzi."
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Pon Sty 01, 2018 6:22 am

Zdecydowanie wolał ciszę przy obiedzie. Konwersacja była zbędna, ale skoro chłopak zaczął, to należało pociągnąć rozmowę i trochę poznać osobę, z którą będzie musiał spędzić całe dwa tygodnie. Jednakże problemem stało się pierwsze pytanie, które spadło na Bruce'a jak niespodziewana bomba na Hiroszimę. Mężczyzna nawinął makaron na widelec, po chwili wypełniając nim usta, by w tym czasie zebrać myśli i odpowiedzieć w miarę satysfakcjonująco dla Rafaela, a jednocześnie bezpiecznie dla samego siebie.
- Założenie, że robię to z nudów raczej już nie przejdzie, co? - uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na chłopaka. Częściowo obecność wychowanków zapełniała pustkę w jego życiu, bo czasami nawet towarzystwo ukochanego zwierzęcia nie wystarczyło, ale fakt faktem - nie chodziło o ciekawsze gospodarowanie czasem. Tortury również nie zaliczały się do priorytetów Stevensona. Mimo, że niańczenie nieusłuchanych bachorów było przyjemniejsze od zabijania innych kulami karabinu maszynowego, to wciąż sens całej tej zabawy tkwił głębiej w psychice starego dziada. 
Odłożył sztućce na boki talerza. Odwrócił się przodem do rozmówcy, by nie wyjść na lekceważącego ową wymianę zdań. Uwielbiał kiedy nastolatkom z wyjebaniem na świat załączał się bakcyl ciekawości i zamiast ignorować obecność przyszłego kata przy posiłku, dostrzegali w nim normalnego człowieka, z którym można przeprowadzić rozmowę na poziomie. 
- Nie chcę by młodych, zdolnych, mających predyspozycje do wielkich osiągnięć ludzi spotkało to samo co... - zatrzymał się, zastanawiając nad doborem słów. Odkrywanie wszystkich kart, najgorszych słabości i problemów przeszłości nie było jego celem. To mogłoby go pogrążyć, nie wiedział przecież co buntownik chciał zrobić z owymi informacjami.
- Może inaczej. Opowiem ci pewną historię. Haczykiem w niej będzie to, że może dotyczyć trzech osób, ale tylko jedna wersja jest prawdziwa. Historia będzie dodatkowo niedokończona, by nie było tak łatwo. I do końca naszego małego kursu masz czas na odgadnięcie prawdziwej wersji wraz z odpowiednim zakończeniem. I właśnie to będzie odpowiedzią na twoje pytanie. Zgadzasz się? - zaproponował. Miała to być niewinna gierka, która mogłaby absorbować myśli czarnowłosego, zmuszać do wymyślania hipotez, do dedukcji, kreatywności i chęci poznawania drugiej osoby. Żołnierz natomiast tym sposobem chciał wybrnąć z niekomfortowego pytania, bez marudzenia i histerycznego unikania odpowiedzi.

_________________
If everyone cared and nobody cried
If everyone loved and nobody lied
If everyone shared and swallowed their pride
Then we'd see the day when nobody died
Posty środa-czwartek. Nareszcie mam czas c:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 300


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 26
Female


PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    Nie Sty 21, 2018 8:58 pm

Ciężko było początkowo przewidzieć czy zanosiło się na długą i pasjonującą historię, która zakończy się w tymczasowym pokoju Rafa, gdzie niania nakryje go kołderką i przypieczętuje nową wiedzę buziaczkiem w czółko i życzeniem przyjemnej nocy, czy może Steve postanowi zbyć go jakimś suchym ochłapem odpowiedzi i dokończyć posiłek w milczeniu. A mimo to Raf, z myślą, że kupił sobie nieco czasu i uwagi byłego żołnierza, wrócił do zmiatania jedzenia z półmiska – jak na dojrzewającego chłopaka przystało – w całkiem sporych ilościach. Dokładka już jawiła się na horyzoncie.
Tak samo jak na horyzoncie jawiła się jednak ta pierwsza opcja z dwóch dopuszczalnych – dłuższa historia. Dało się to wywnioskować po pierwszym pytaniu retorycznym gospodarza, na którego Raf nawet nie silił się odpowiedzieć. Po prostu spoglądał na mężczyznę zza do połowy przymkniętych powiek, z właściwym sobie zblazowaniem. Śmieszna była ta przerwa w wojnie, chwilowe zawieszenie broni, by wyjść na żer i napitek. A potem co…? Wspólne zmywanie naczyń i tuż po wytarciu dłoni wrócą do wgniatania siebie w twardą ziemię podwórka?
Diabeł jeden wie.
Arajuuri był aż podejrzanie spokojny i cierpliwy. Dał mężczyźnie dokończyć te kilka kęsów, usadowić się jak mu się tam podobało i zrobić wstęp do historii, który został jednak niespodziewanie ucięty nożem jego… Sumienia? Sprytu? Świadomości z płynących ze zbytniej otwartości niebezpieczeństw? Raf już otworzył usta, by z rozkoszą dokończyć za niego, ale wtedy rozmówca postanowił podjąć grę od zupełnie innej strony. Od dupy strony, jeśli już iść w konkrety.
- Chcesz się bawić w zagadki? – Retoryczne pytanie kontra retoryczne pytanie. Chłopak wziął kolejny kęs, przeżuł go niespiesznie, przełknął i stuknął o talerz odkładanymi nań sztućcami. - Okej. Podoba mi się. Tylko nie spierdol tego, dziadu. – Uśmiechnął się sprytnie, z przekąsem, wyciągając w jego stronę poranioną i już poznaczoną strupkami dłoń. - W końcu pieczętujemy tę śmieszną umowę krwią. Moją. I… co się stanie jak nie zgadnę?

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content



PisanieTemat: Re: Wakacyjny kurs dobrego wychowania    

Powrót do góry Go down
 
Wakacyjny kurs dobrego wychowania
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: