CalendarCalendar  Indeks  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  Grupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  

Share | 
 

 RADIO SONG

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 237


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: RADIO SONG   Sro Cze 28, 2017 12:17 pm


Jeśli cofnąć się w przeszłość związku Y i X, to był to typowy, szkolny romans; trzymany w tajemnicy, ponieważ pochodzący z nieco lepszej rodziny Y za nic nie chciał, aby ojciec dowiedział się o jego seksualności. Miłość jednak urwała się przez nagłą zmianę decyzji Y i porzuceniu X, po czym przyspieszonej wyprowadzce do USA.

Dokładnie 10 lat później każdy z nich ma swoje życie, ale los znowu łączy ich drogi, bo pewnego dnia X jedzie autem do pracy i słyszy w radiu romantyczną historię pierwszej randki. W mig rozpoznaje głos mówiącego i jednocześnie to, iż opowiada dokładny scenariusz jego własnej pierwszej randki ze szkolnym przyjacielem. Z tym, że opowiadający zamienia osobę X w swojej historii na... kobietę.

Okazuje się, że jego szkolna miłość pracuje w miejscowym radiu. I bierze ślub za dwa miesiące.

X - Kowadło Amay
Y - Młot na czarownice

____________________________________

Little do you know
How I’m breaking while you fall asleep?
Little do you know
I’m still haunted by the memories?
Little do you know
I’m trying to pick myself up, piece by piece?
Little do you know I...
Need a little more time?

Underneath it all I’m held captive by the hole inside
I’ve been holding back for the fear that you might change your mind
I’m ready to forgive you, but forgetting is a harder fight
Little do you know I..
Need a little more time?


I'll wait, I'll wait,
I love you like you've never felt the pain, I'll wait
I promise you don’t have to be afraid, I'll wait
The love is here and here to stay, so lay your head on me.

Little do you know
I know you’re hurt while I'm sound asleep?
Little do you know
All my mistakes are slowly drowning me?
Little do you know
I’m trying to make it better piece by piece?
Little do you know I...
I love you till the sun dies?


I'll wait, just wait
I love you like I've never felt the pain, just wait
I love you like Ive never been afraid, just wait
Our love is here and here to stay, so lay your head on me.

_________________


Ostatnio zmieniony przez Maleficar dnia Czw Lip 06, 2017 1:09 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 237


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Sro Cze 28, 2017 12:18 pm


Ephraim Collins
26 lat

pracuje jako prezenter radiowy w lokalnej stacji i od niedawna zasłużył sobie na komfort prowadzenia godzinnej porannej audycji. Wcześniej siedział w informacjach kulturalnych.
od prawie roku jest zaręczony z Alexandrą Marlow - dziennikarką telewizyjną, z którą za ponad dwa miesiące planuje wreszcie wziąć ślub.
żyje sam w przytulnej, niewielkiej i ciekawie rozplanowanej kawalerce, całkiem blisko kulturalnego centrum miasta, gdzie blisko ma do pubów i restauracji,
podchodzi do nowych znajomości z rezerwą, ale jeśli ktoś go sobie zjedna, to Eph jest niesamowicie lojalnym, zaufanym i zdolnym do poświęceń przyjacielem.
nawet z narzeczoną nieczęsto rozmawia o swojej przeszłości ani o tym, że jego pociągi odbiegają nieco od ogólnie przyjętej normy - nikomu się też, co za tym idzie, nie spowiada z tego, że próbował się z tego leczyć i jest święcie przekonany, że przyniosło to odpowiednie rezultaty.
jest tchórzem. Boi się odrzucenia, braku akceptacji i samotności, dlatego dawno temu poświecił swoje szczęście dla... W sumie już sam nie wiedział dla czego; chyba dla swojego spokojnego, unormowanego i pełnego ambicji życia, w którym nikt nie patrzy na niego jak na dziwoląga.
nadal trzyma w szufladzie biurka dziwne pamiątki z czasów szkolnych.
trzy razy w tygodniu (jeśli czas mu pozwoli) uczęszcza na basen - ma tam wykupiony roczny karnet. Zwykle chodzi tam już wieczorami, maksymalnie trzy godziny przed zamknięciem, kiedy nie ma tam już dzieci i otaczają go jedynie emeryci i ratownicy - to jego sposób na odstresowanie się. W szkole wygrywał masę konkursów pływackich.
Ephraim w liceum

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 60
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Sro Cze 28, 2017 1:03 pm

Theodore Ingram
26 lat 〽 Straszliwy Wiking


〽 Jest tatuatorem. Od kilku lat posiada własny salon tatuażu i piercingu “ingkram”. Zanim mógł sobie pozwolić na własną działalność pracował w salonie jego mentora - Danny'ego, którego to już niejednokrotnie dane mu było tatuować.
〽 Z racji na słabą sytuację materialną po zakończeniu liceum nigdy nie rozpoczął studiów o których marzył. Mógł pozwolić sobie jedynie na kilka kursów, pozwalających mu realizować swoją pasję do ubarwiania skór i żyć innych ludzi.
〽 Od najmłodszych lat, przez cały okres szkoły podstawowej i liceum pracował w różnych miejscach, żeby pomóc mamie związać koniec z końcem.
〽 Mieszka w swoim rodzinnym, niewielkim domku szeregowym razem z siostrą bliźniaczką - Marisol “Mari” Ingram - oraz jej dziewczyną - Liselotte “Eli” Bramfield.
〽 Przez lata klepał biedę, co obudziło w nim niemały szacunek do pieniądza.
〽 Często chadza do klubu Grind zrzeszającego środowiska LGBT.
〽 Ma bardzo brzydki zwyczaj poszukiwania mężczyzn o czarnych włosach i niebieskich oczach tylko po to, by zerżnąć ich w toalecie wyżej wspomnianego klubu. Nigdy nie wybiera tej samej osoby dwa razy. Nigdy nie przytula. Nigdy nie całuje. Zawsze jest pijany.
〽 Kiedy się denerwuje najczęściej rysuje - ma tendencję do nadmiernego realizmu.
〽 Jego poczucie własnej wartości umarło wraz z jego pierwszym związkiem - do tej pory zmaga się z nieumiejętnością rozmowy z ludźmi. Zawsze kiedy zmuszony jest prowadzić konwersację nie patrzy rozmówcy w twarz.
〽 W wieku szesnastu lat, w młodzieńczym zrywie i pod okiem doświadczonego mentora zrobił sobie własnoręcznie pierwszy tatuaż na nadgarstku - imię, które było mu niezmiernie bliskie. Teraz wyrosła na nim biała róża…
〽 Woli gorącą czekoladę od kawy.
〽 Theodore w liceum.


Speszjali for Młoteczek ♡

_________________


Ostatnio zmieniony przez Amay dnia Czw Lip 13, 2017 9:52 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 237


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Czw Lip 06, 2017 10:47 am

Dziś był wielki dzień, dzień debiutu Ephraima, w którym wreszcie będzie miał okazję porozmawiać z garścią swoich słuchaczy, skryty za sporym i czułym mikrofonem, a nie wystawiony przez swoją narzeczoną do oglądania na spotkaniach towarzyskich jak część wystawy muzealnej. Kompletnie nie wiedział z czym do niego zadzwonią i nie chciał obciążać ani siebie ani ich, więc zarzucił dowolny temat. Kolega, ukryty za grubą szybą w pokoju obok, pokazał mu palcem, że piosenka na antenie się skończyła i brunet przycisnął palcami jedną z słuchawek mocniej do ucha.
- Tak, Soko - We might be dead by tomorrow, na dobry początek dnia, a wy pamiętajcie, by omijając poranne korki, jechać przez miasto ostrożnie – ktoś w końcu z niecierpliwością czeka w domu na wasz powrót, a nie doniesienie z wypadku. A ja tymczasem mam pierwszy telefon, słucham cię~! - rzucił rezolutnie, widząc migające na biurku światełko i przyciskiem z zieloną słuchawką odebrał na antenie połączenie. Wystarczyło odczekać chwilę, a w słuchawkach usłyszał pociągniecie nosem i lekko drżący od szlochu kobiecy głos.
- Jezuu... Jaka piękna piosenka...
Ephraim spostrzegł, że współpracownik za szybą już szykuje się do rozłączenia beksy, ale zdążył szybko machnąć na niego ręką i pochylić się głębiej nad swoim mikrofonem.
- Owszem, piękna. Jak się nazywasz i jak mogę ci pomóc?
- T-Thesa. I... I ja już nie wiem czy to, co do Niego czuje, to jest To, czy nie To... Jak można w ogóle poznać czy to jest miłość?! No wie Pan... Tak, żeby się z nią nie minąć...
Słyszał w słuchawkach szelesty towarzyszące obecności chusteczki zaraz przy nosie swojej rozmówczyni, które co jakiś czas zagłuszały jej słowa albo oddech. Przez chwilę sam pozwolił sobie pomilczeć i bębnił cicho palcami w blat masywnego biurka, z którego zwieszały się tony kabli, ale zreflektował się szybko i wyprostował plecy, zerkając na mikrofon z czułością, którą powinien raczej ofiarować swojej przyszłej żonie.
- To bardzo trudna sztuka, Theso, ale chyba fakt tego, że nigdy nie jesteśmy pewni czyni to uczucie naprawdę pięknym i wartościowym. Pozwól, że ci coś opowiem, dobrze? By pokazać, że wcale nie jest jak na filmach, że to wszystko wcale nie ma tak jasnej otoczki i nie wysyła jednoznacznych sygnałów, a osoba, którą życie wpycha ci na ścieżkę jako tę jedyną, nie zawsze w pierwszej chwili błyszczy na tle innych. A mimo to ty jednak dobrze wiesz... – podparł się łokciem o drewno blatu i objął chłodnymi palcami gorący kubek z herbatą o smaku miodu i wanilii. Patrzył na unoszącą się parę jak zahipnotyzowany. - To było dawno temu, na samym początku liceum, kiedy nie wiedziałem i nie miałem prawa wiedzieć jak rozróżnić tę prawdziwą miłość od prostego zauroczenia. Od samego początku roku wodziłem jak psiak, tęsknym wzrokiem za wysoką, piękną blondynką o wilgotnych, różowawych ustach, które wyglądały tak, jakby malarz, który tworzył to piękne dzieło dodał do farby trochę za dużo wody, ale nadrobił brak barwy rozkosznym kształtem. Zawsze kiedy się uśmiechała, to tylko w jednym z jej policzków pojawiał się dołeczek i ponad wszystko kochała praliny z malinami, które czasem kupowałem przed lekcją i kładłem na jej ławce, kiedy nikogo jeszcze nie było. – przerwał tylko po to, żeby parsknąć. - Do dziś nie potrafię jej się do tego przyznać. Wracając jednak, pewnego dnia z okazji choroby nauczyciela chłopcy mieli odwołane zajęcia gimnastyczne i mogliśmy wracać do domu, ale ja zostałem, żeby podpatrzeć, jak Ona gra w siatkówkę. Biłem się z myślami i własnymi pragnieniami, sądząc, że blond-włosa bogini nie spojrzy nigdy na takiego wioskowego głupka, ale odpuszczenie też nie było w moim stylu. Dlatego kupiłem białą, niedługą różyczkę, która ledwo rozwijała pąk i wróciłem na boisko z zamiarem uroczystego zaproszenia jej na pistacjowe lody w parku naprzeciwko szkoły. Przeszkodziła mi w tym jednak zaskakująco twarda piłka od siatkówki, której zupełnie nie zobaczyłem, a która to trzasnęła zahipnotyzowanego mnie prosto w twarz. I to z taką siłą, że na oczach Jej, jej koleżanek i kilku innych, ćwiczących tam drużyn wyrżnąłem się na plecy i ubabrałem szkolny mundurek na charakterystycznym, pomarańczowym piasku, który zaścielał boiska. – znowu przerwał mu głupi śmiech i usłyszał słodkie, trochę zasmarkane parsknięcie płaczącego dziewczęcia w słuchawkach.
- Podbiegła, żeby zobaczyć czy nic ci nie jest? – weszła mu w słowo.
- Nie, nie podbiegła. – odparł bez smutku. - Ale podbiegł ktoś inny - ktoś, kto zafundował mi ten orzeźwiający cios. Zdążyłem wtedy tylko sprawdzić co z różą, ale okazało się, że lądując wgniotłem ją w pomarańczowe kamyczki i to, co z niej zostało wyglądało bardziej żałośnie niż ja w tamtej chwili. Nie mogłem Jej wręczyć czegoś takiego, zwłaszcza, że ich nauczycielka właśnie odsyłała swoje podopieczne do szatni i było już za późno. Wbrew wszystkiemu jednak, to nie miało już znaczenia, bo wtedy nieznośny i wciskający w oczy blask słońca zakryła mi osoba, która ani nie miała malinowych usteczek, ani dołeczka w policzku, a jej ciemne, brązowe włosy były na czas zajęć sportowych spięte w lekki kok, z którego wtedy przez nagłe poruszenie wyrwało się kilka kosmyków, które przyklejały się do mokrych policzków i dyszących ust, z ciekawością i śmiechem pytających, czy wszystko gra, bo wyglądało naprawdę groźnie. A u mnie wszystko grało, grało bardziej niż kiedykolwiek, ale nie potrafiłem się odezwać, zupełnie usidlony przez oczy tak soczyście i niewymownie brązowe, że przywodziły na myśl błyszczące, świąteczne czekoladki, przez które dzieciaki zostawiały odciski twarzy na chłodnych szybach cukierni. Przede mną stało zupełnie mi obce uosobienie tworzących całość elementów, które budziły same pozytywne i dobre skojarzenia, a ja siedziałem na tyłku z podbitym okiem i pomarańczowym pyłem na ubraniach, skórze i włosach i nie potrafiłem wykrztusić z siebie słowa. Zostałem więc odprowadzony po podejrzeniem wstrząśnienia mózgu do pielęgniarki. Tam siedziałem dobre pół godziny, przyciskając worek z lodem do napuchniętej części twarzy, zdrowym okiem nie mogąc oderwać spojrzenia od mojego prywatnego kata, który siedział tam ze mną i jednocześnie lał miód na moje rany. Tam wtedy odnalazłem wreszcie mój język i okazało się, że mamy jeden wspólny, który szybko i z ochotą umilił nam czas spaceru do parku naprzeciwko szkoły. Uprzedzając pytania: tak, nadal byłem tak samo brudny i pod jednym z oczu został mi spory, fioletowy ślad po namiętnym pocałunku z piłką, ale Ona pilnowała, żeby nikt się nie śmiał i sama się chyba przed tym powstrzymywała. A potem kupiła mi na zgodę pistacjowe lody. I tak się zakochałem.
Skończył i usiadł głębiej w obrotowym miękkim fotelu, napawając się ciszą, która zawisła w powietrzu, póki jego rozmówczyni nie odważyła się zadać pytania. Głos już jej nie drżał, rzadziej też pociągała nosem.
- Jak ona się nazywa?
- Th... – zawahał się niebezpiecznie. - Theresa. – ugryzł się w jęzor, ale zanim zdążył to naprawić, było już za późno.
- To prawie jakThesa!
Nie było rady, pozostało tylko sztucznie się uśmiechnąć.
- Tak, dokładnie. Mam nadzieje, że ci tym pomogłem.
- Tak... tak! Dziękuj...! – zanim zdążyła dokończyć w słuchawkach ozwał się dźwięk zakończonego połączenia i współpracownik z drugiego pokoju zastąpił go listą piosenek, podnosząc rękę do góry. W tym czasie Ephraim zsunął z uszu słuchawki i tym razem to jego znajomy zbliżył się do swojego mikrofonu.
- Dobre to było, szefowa będzie zadowolona. Niezły kit tej małej wcisnąłeś, ludzie uwielbiają takie ckliwe historyjki. Masz 10 minut przerwy. – dodał ucieszony, szczerząc zęby spod swoich morskich wąsów, a prezenter w odpowiedzi uśmiechnął się tylko półgębkiem i zgarnął kubek z herbatą z biurka. Nic nie odpowiedział, tylko poderwał tyłek z miejsca i podszedł do okna, chcąc zmienić widok obrzydliwego znajomego z roboty na krajobraz powoli budzącego się miasta. Na moment tylko spojrzał na widok skrawka wjazdu na parking, na który ktoś wbił z piskiem opon, ale stąd nie mógł zobaczyć kto. Sądził, że to kolejny pracownik niezadowolony z tego, że szefowa podpięła mu robotę w dzień, kiedy miał mieć wolne – miewała napady złośliwości.
Po chwili, ustawiając zegarek na wybicie alarmu za kilka minut, wyszedł z zamkniętego pokoju nagraniowego i przeniósł się na korytarz pierwszego piętra za potrzebą – choć tak naprawdę, to potrzebował chwili spokoju, coś nieprzyjemnego zdawało się złapać go za gardło i żołądek.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 60
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Nie Lip 09, 2017 2:07 am

Czuły mikrofon telefonu komórkowego, nieco boleśnie wciskanego przez przytrzymujący go bark w pokryty szczeciną zarostu policzek, wychwytywał każdy, nawet najspokojniejszy oddech właściciela niewielkiego urządzenia. Mężczyzna siedzący w pomrukującym delikatnie samochodzie starał się właśnie nie odejść od zmysłów. Rozciągający się przed maską czerwonego Mustanga korek - jak twierdził zblazowany spiker porannej audycji traktującej o natężeniu ruchu mający co najmniej pięć i pół kilometra - wcale w tym nie pomagał. Wcale.
- Danny, spóźnię się jak jasna cholera. Przytrzymaj dla mnie te tusze. Tak, tak... - głębokie westchnienie dobywając się z męskiej krtani osiadło delikatną mgiełką na łuku kierownicy. Kostki dłoni, które zaciskały się na rzeczonym, pobielały już jakieś dwadzieścia minut wstecz. Dwadzieścia minut w trakcie których przejechał cholerne trzysta metrów! - Tak, wiem że Mari miała to zrobić wczoraj. Wiem... Dan, chłopie, daj spokój! Dziwię się, że zeszłego wieczoru tylko nasze talerze zmieniły się w porcelanowe puzzle. Znasz ją - zareagowała zbyt "ekspresyjnie". Okay, dzięki. Ratujesz mi siedzenie. Jak zwykle. - lewa dłoń pokryta siatką misternych tatuaży oderwała się od gładkiej, gumowanej powierzchni kierownicy, by sięgnąć po telefon.
Wejrzenie skrzących się, brązowych niczym gorzka czekolada ślepi ześliznęło się z obrazu nędzy i rozpaczy rozciągającego się przed przednią szybą wprost na deskę rozdzielczą, gdzie pośród kilku podświetlanych pokręteł pomarańczową poświatą odznaczał się monochromatyczny wyświetlacz wyłączonego na czas rozmowy z Danem radia. Wyświetlacz, który doskonale widoczną na nim godziną uparcie przypominał mu, że trwającego właśnie dnia spóźni się absolutnie WSZĘDZIE. Prostując kark mężczyzna wyćwiczonym ruchem wcisnął na oślep czerwoną słuchawkę, by od niechcenia odrzucić niewielkie urządzenie na wolne siedzenie pasażera. Opadając nań komórka, zupełnie złośliwie, odbiła się od miękkiego siedziska, by z doskonale słyszalnym stukiem opaść na gumowy dywanik wyściełający miejsce na nogi.
- A żeby to jasny szlag! - poduszka oderwanej uprzednio od kierownicy dłoni uderzyła w nią na tyle mocno, że iskra dyskomfortu pojawiła się w ukrytym pod podwiniętym rękawem czarnej bluzy łokciu. Tego było już zbyt wiele. Poniedziałkowe przeładowanie dróg, kłótnia z Mari o jego sobotnie wyczyny w Grindzie, cholerna komórka która nie potrafiła nawet odpowiednio upaść na pierdolone siedzenie pasażera! Wszytko zbiegło się w jednym rozpaczliwym geście, kiedy długowłosy niespokojnym ruchem palca zbudzil do życia radio swojego auta, by kilkoma kolejnymi wciśnięciami klawisza z niewielką strzałką przeskoczyć parę częstotliwości.
- ...Redsi wygrali trzy do...spotkanie na szczycie trwa...obudźcie się i pozwólcie Panu się wy...słońce będzie towarzyszyć nam do...twarda piłka od siatkówki, której zupełnie nie zobaczyłem, a która to trzasnęła zahipnotyzowanego mnie prosto w twarz.
Sunące spokojnie auto zatrzymało się nagle, wzbudzając wokół falę nacechowanych ogromnym niezadowoleniem wrzasków klaksonów. Nieco zbyt mocno wisniety pedał hamulca zaprotestował cichym skrzypnieciem, kiedy noga kierującego mężczyzny opadła nań ze zbyt wielka siłą. Musiał się przesłyszeć. Musiał coś pomylić. Musiał...
- Ale podbiegł ktoś inny - ktoś, kto zafundował mi ten orzeźwiający cios. Zdążyłem wtedy tylko sprawdzić co z różą...
- Kurwa mać!

Tak oto życie Theodore'a Ingrama, ze zwyczajowego poniedzialkowego piekła, zostało podniesione do rangi Armageddonu. Cholernego końca świata, który z odległej mrzonki stał się nagle niebywale namacalnym. Niecałe trzy minuty przeplecione nitką wspomnień nawleczoną na igłę naprędce skleconą z poczucia winy hartowanego tembrem tak dobrze mu znanym, że aż zaciskającym mocną pięść na jego osierdziu, wystarczyło, by na powrót wszedł w skórę zagubionego nastolatka. Podrostka, którego historię właśnie wywleczono na światło dzienne poddając nieuważnej autopsji po raz pierwszy od dziesięciu lat. Bolało jak diabli już w momencie, kiedy z ust znajdującego się po drugiej stronie mikrofonu mężczyzny padło pierwsze zdanie - choć sam ciemnowłosy wmawiał wtedy swojej psychice, iż reaguje przesadnie. Bolało kiedy poczuł na palcach wspomnienie piaskowego pyłu. Bolało, kiedy w nosie zawiercił go zapach środków do dezynfekcji stosowanych w gabinecie szkolnej pielęgniarki. Bolało, kiedy na czubku języka poczuł smak pistacji. A zabiło? Zabiło kiedy jego oddech zerwał się boleśnie zastąpiony słodkawym posmakiem pleśni wyrzutów sumienia.
Theresa.
Wciąż nie ruszywszy samochodu ni o milimetr zanurkował szybko pod deskę rozdzielczą. W ciężkim milczeniu wyłowił spod siedzenia pasażera swoją sfatygowaną komórkę. RDS radia uparcie podsuwał mu odpowiedni numer telefonu. Wykręcając go sądził, że zwariował. Sześćdziesiąt osiem. Dokładnie tyle prób podjął dziesięć lat wstecz. Sześćdziesiąt osiem razy słyszał irytująco piskliwy dźwięk sygnału nawiązywanego połączenia. Tyle też razy łudził się, że usłyszy głos, którego tak dalece wtedy potrzebował. Sześćdziesiąt osiem razy twierdził, że to właśnie teraz wszystko zacznie na powrót się układać.
Dziesięć lat temu stracił nadzieję.
Licznik właśnie się przekręcił.

Sześćdziesiąty dziewiąty raz.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 237


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Pon Lip 10, 2017 12:52 am

Od samego rana wszystko układało się gorzej. Koszula gniotła się mimo powtórzenia jej randki z żelazkiem. Kawa parzona co rano w tym samym kubku była jak nie ta sama kawa. Nie przeszkadzało niezaścielone łóżko, które wcześniej zawsze kuło w oczy nierównościami skotłowanej pościeli. Nie zostało otwarte, ani nawet uchylone żadne okno, jakby gospodarzowi mieszkania nie przeszkadzało duszenie się w oparach własnej samotności – przez to powietrze zdawało się być tak gęste, że rozstępowało się jak mgła kiedy tylko Ephraim przedzierał się przez wydeptane alejki własnego mieszkania. Tej nocy miał koszmary, więc mgła wilgotna od setek niespokojnych oddechów lepiła się do jego ciała kiedy szedł do łazienki, do kuchni, podchodził do szafy, prasował koszule zimnym żelazkiem nawet tego nie zauważając...
W tym koszmarze jego mieszkanie było pudełkiem; miało kartonowe ściany, kartonowe meble, kartonowe jedzenie, picie, życie... Podłogę zaścielał lekki, pomarańczowy szron, wanna w łazience była po brzegi wypełniona płatkami białych róż, a rolę okien pełniły dziury w papierze. Mały, kartonowy On długo zbierał się do tego, by wyjrzeć przez jedną z dziurek – poszarpaną tak, jakby jakiś wielkolud po prostu zrobił ją palcami. I mimo, iż wpuszczały do pudełkowego mieszkanka sporo światła, to nie było zza nich słychać szumu wiatru, warkotu kartonowych samochodzików, czy szelestu kartonowych liści drzew. Też kartonowych. Była tylko cisza i łagodne miodowe światło, które dawno temu opadło na stolik w salonie i rozpełzło się na boki, stopniowo niknąc na rzecz cienia. I tak już zostało – bez wschodu i zachodu. Żadne kartonowe słońce zatem również nie istniało. Jednak by mieć absolutną pewność należało przemierzyć salon na wątłych, papierowych nóżkach, stanąć na noskach bucików na stałe przytwierdzonych do stóp, złapać dłońmi za krawędź poszarpanego okna i wyjrzeć na zewnątrz. A Zewnętrzem był chłopięcy pokój, którego błękitne ściany zasypane były półkami aż uginającymi się od książek, a podłoga z jasnego drewna była miejscami lekko i już chyba na zawsze uciapkana farbami. Sztaluga pozbawiona płótna stała oparta o ścianę obok jednoosobowego łóżka, a po jego drugiej stronie na szafce nocnej stała ramka ze zdjęciem dwóch chłopców spędzających dzień wolny nad jeziorem – przytulonych do siebie tak, jak nie obejmowali się tylko przyjaciele. Zdjęcie było lekko nadpalone w prawym rogu, ale i tak ujęto je w oprawę i ustawiono na honorowym miejscu, by odprowadzało zasypiającego olbrzyma do krainy Morfeusza.
Albo zasypiającego chłopca.

Od samego rana wszystko układało się gorzej. I smakowało kartonem.
Nawet dotychczas niezgorsza kawa z ekspresu na drugim piętrze rozgłośni Night Vale, którą Ephraim kupił by zdusić w ustach posmak powracającego śniadania - pchało się na wolność pobudzone wspomnieniami. Nawet na wewnętrznej stronie prawej dłoni, która grzała się w cieple kubeczka z lurowatym wywarem, czuł mrowienie dyskomfortu ufundowane przez nacisk paznokci. Mężczyzna nie przestawał zaciskać pięści od początku audycji, a od ostatniego telefonu wszystko tylko się pogorszyło. Ślady w kształcie półksiężyców z czerwonych zrobiły się kompletnie sine i tylko mocniej odcinały się na tle bladej skóry.
Ciekawe co ludzie powiedzieliby, gdyby ich ulubiony prezenter umarł, bo pękło mu serce? Pewnie nic, bo nie umarł. A przynajmniej jeszcze nie dziś. Żył i przetrawiał swoją przerwę na siedzeniu niemal nieruchomo na fioletowej sofie we wnęce korytarza, gdzie przekonywał samego siebie, że wytrwa jeszcze niecałe pół godziny swojego czasu antenowego. Że nic takiego się nie dzieje, to tylko chwilowa panika, która szybko minie, kiedy wpadnie w wir pracy i na którą najlepszym lekarstwem było podniesienie się i ruszenie z powrotem do sali nagraniowej zanim skończy się trzecia piosenka. Czyli zanim opadnie ostatnia bariera, za którą skrył się przed telefonami od słuchaczy.
Dopił więc kawę i ruszył. Zasiadł w czarnym fotelu z wysokim oparciem i nasunął na uszy fioletowe słuchawki. Przysunął bliżej siebie ciemny mikrofon na wysięgniku i wziął naprawdę głęboki wdech, by napełnić świeżym powietrzem nawet żyły, w których gęsta krew płynęła wyjątkowo powoli. A potem na powrót zaczął ćwierkać:
- Castle on the hill już za nami, czyli ostatni z trzech najnowszych hitów Eda Sheerana, które zwojowały listy przebojów. Piosenkarz po dłuższej przerwie powrócił w wielkim stylu i za pośrednictwem Tweetera opublikował ten materiał w dokładnie tym samym momencie co Shape of you – dwa ukazują zupełnie różne oblicza artysty. A wy? Macie jakieś ulubione piosenki, które zdają się być wyciągnięte z zupełnie różnych światów, a jednak składające idealnie w wasz charakter? Dzwońcie. – zapowiedział, już myśląc, że dostanie chociaż piosenkę przerwy, ale zielona słuchawka migała jak szalona, obwieszczając, że jego otwarta właśnie linia dorobiła się pierwszego interesanta. - No proszę jesteście szybsi, niż mógłbym podejrzewać, mamy już pierwszego dzwoniącego. Słucham, kim jesteś i skąd do nas dzwonisz?
Ostatnie słowa jednocześnie dobiły się w słuchawce w jednym z aut stojących tego poranka w ponad pięciokilometrowym korku.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
AmayKowadło
avatar

Data przyłączenia : 28/06/2017
Liczba postów : 60
♡

Cytat : Rucham admina. A Ty jaką masz supermoc? ♡
Wiek : 27
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Czw Mar 29, 2018 3:29 pm

Chłopiec stojący w pustce od lat nie narzekał na otaczającą go nicość. Przyzwyczaił się doń, ba! Zdążył nawet polubić. Była cicha, spokojna, nie dawała złudnej nadziei słowami, które wypowiadane były jedynie dla uspokojenia rozedrganych emocji, by po czasie otrzymać niechlubny tytuł złamanych obietnic. Dźwięki znajomego głosu po raz pierwszy, w otaczającym go od lat bezruchu, utworzyły ledwo widoczną, niknącą w oddali ścieżkę nieuchronnie prowadzącą go do zguby. Niewielką dróżkę, na której omdlewającym cieniem kładły się lata wyrzutów, przy której wężowym ruchem wiła się śliska mgła niedomówień niosąca w swych zimnych objęciach lekki pył strzaskanych reminiscencji. I kilka płatków białej róży. Dzieciak uparcie obciągał prawą rączka rąbek zbyt dużej na niego czarnej bluzy. W lewej, w półmroku niepamięci, połyskiwała lekko śliska powierzchnia staromodnej kliszy fotograficznej. Wprawny obserwator mógłby dostrzec na negatywie parę oświetloną ciepłym, wakacyjnym słońcem. Dwa ciała splecione tak ciasno, że pomiędzy gładkimi płótnami skór nie było miejsca na wyrzuty. Na półprawdy, niewielkie kłamstewka, dwuznaczności… tego cudownego dnia wszystko wydawało się być idealne. Dzień przerodził się jednak w popołudnie, to prześliznęło się po tarczy zegara zyskując miano wieczoru… a ten nie minął już nigdy, nie pozwalając jasności wspiąć się na powrót na szary nieboskłon. I nikt nie wiedział, czy zaróżowione policzki jedynego rezydenta pustki to echo delikatnych pocałunków słońca wymierzanych prosto w buzię, która zapomniała już jak się uśmiechać, czy też… coś innego.

I tak miało zostać już chyba na zawsze. Szaro. Zimno.
…i wszystko miało smakować popiołem.

Pik~!

Lewa noga Theodore'a Ingrama, spoczywająca na pedale sprzęgła pomrukującego Mustanga, zadrżała, kiedy jej mięśnie spięły się boleśnie pod wpływem kilku pojedynczych idei. Wrzaskliwych myśli, które odbijając się we wnętrzu dziwacznie opustoszałej czaszki spłynęły w dół jego rdzenia kręgowego. Wszystko było nie tak. Od rana nic nie działo się tak jak powinno. Dłonie drżały próbując zapiąć guziki wybranej minionego dnia koszuli, by ostatecznie wciągnąć w jej miejsce łatwiejszą w obsłudze bluzę z kapturem. Mleko podgrzewane na śniadanie przypaliło się zyskując okropny posmak, którego nie były w stanie zabić nawet najsłodsze płatki - które notabene pozostawiały na języku kompletnie niepasujący do nich kwaśny nalot. Wszystko kładło się pod nogi, już nie jak kłody, a cholerna tama, niemożliwa do bezbolesnego przesadzenia. Urwana sznurówka, siniec na łuku policzka, który w alkoholowym widzie sobotniej wizyty w Grindzie nie wiedzieć kiedy się na nim pojawił… nawet ten cholerny korek.
…zwłaszcza ten cholerny korek.
Ten, który śmiał uwięzić go w niewielkiej kabinie po brzegi wypełnionej głosem. Tym, którego chyba nie chciał już słyszeć…

Pik~!

Charakterystyczne kliknięcie, pojawiające zawsze przy odbieraniu połączenia zdusiło w połowie przebrzmiewający piskliwie ton nawiązywanej rozmowy, sprawiając że resztki instynktu samozachowawczego pierzchnęły z czaszki mężczyzny rozpływając się w przesyconej odorem beznadziei, gęstej masie wypełniającej kabinę jego auta, która nie wiedzieć kiedy wypchnęła zeń powietrze. Gdyby tylko dziesięć lat wstecz wiedział, że to właśnie sześćdziesiąta dziewiąta próba będzie tą udaną. Gdyby tylko wiedział… nie przesunąłby jej wtedy o cholerną dekadę! Echo jego rwących się na strzępy oddechów odbiło się w głośnikach radia samochodu. Nie zauważył tego wcześniej, teraz jednak mógł z przekonaniem graniczącym z pewnością stwierdzić, iż hiperwentylował - czując na języku gorzki posmak wyrzutów, które zagotowały się w jego żołądku, zupełnie jakby planowały wraz z jego treścią wydostać się żrącą falą na zewnątrz. Ból, który odezwał się tępym pulsowaniem w krtani, zdawał się go obezwładniać. Sam nie wiedział, czy zdoła przecisnąć przez ściśnięte gardło choćby jedno słowo nie pozwalając przy tym ulać się również kwaśnej żółci zawodu, który po dziesięciu latach powrócił do niego z siłą zwielokrotnioną każdym nieodebranym połączeniem. Każdą sekundą, kiedy słowa boleśnie powoli traciły swój słodki kształt na rzecz ostrych pociągnięć tuszu na kolejnych kartkach. Każdą kolejną chwilą, kiedy wykręcając numer, który znał na pamięć tracił bezpowrotnie mały fragment siebie. Tak jak teraz, kiedy radosny świergot prezentera każdą swoją słodką nutą rozdzierał coraz to mocniej jego osierdzie. Dłoń którą wspierał na kierownicy - cóż to za niedomówienie, on prawie odbijał odcisk swoich linii papilarnych na miękkiej powierzchni łuku! - zacisnęła się tym silniej. Powinien zareagować złością, tak jak zawsze radziła mu Mari. Wykrzyczeć kilkanaście przekleństw, które ułożą się na jego udach, zapobiegając ich drżeniu. Kilkukrotnie ubliżyć temu, który wycisnął mu dech z płuc.
…zbić jakiś kubek…?
Albo zwyczajnie rozpaść się na kawałki na wzór kruchej porcelany.
- Sądzisz… sądzisz że Theresa uśmiecha się czasem na wspomnienie tego wydarzenia? - we wnętrzu kabiny Mustanga jego głos balansował na krawędzi słyszalności. Tylko dzięki jego zwielokrotnionej wersji płynącej z głośników radia Theodore uwierzył, że faktycznie udało mu się w końcu przecisnąć kilka słów przez swoją nieprzychylną współpracy krtań. Nie było łatwiej. Nie mogło być. Mężczyzna przymykając skrzące się  oczy ponownie odetchnął głęboko. Jego wydech, doskonale pochwycony przez czuły mikrofon telefonu komórkowego, zabrzmiał jak grom powracając w okropnym, przesuniętym sprzężeniu, najpierw jednak wślizgując się do uszu ukrytych pod muszlami fioletowych słuchawek - o czym Ingram wiedzieć nie mógł. Nie mógł i nie chciał… chyba nie chciał… bardzo nie chciał…? - Och kurwa… - jego słowa wciąż rezonowały wokół niego. Głęboki głos nie zmienił się wiele od czasów szkoły średniej. Ani jeden, ani drugi… bolało. Bolało jak diabli.

Na całkowicie innej częstotliwości zblazowany spiker obwieszczał właśnie, że poranny korek podwoił swoją długość. Winą za to obarczano czerwone auto uparcie pobłyskujące światłami awaryjnymi. W jego wnętrzu siedział ponoć wytatuowany mężczyzna wspierający czoło na łuku kierownicy. Zgłaszający to kierowca sugerował, że prowodyr całego zamieszania może być naćpany.
A on? On był zwyczajnie załamany…

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
MaleficarBadass Uke
avatar

Data przyłączenia : 20/05/2017
Liczba postów : 237


Cytat : Jeżeli ktoś żywi do mnie uczucie, którego nie da się przekazać w słowach, może przekazać je w gotówce.
Wiek : 25
Female


PisanieTemat: Re: RADIO SONG   Pon Kwi 09, 2018 10:23 pm

By dodzwonić się do radia trzeba było być na tyle szybkim, by o setne sekundy wyprzedzić co najmniej kilka osób oraz na tyle ukochanym przez szczęście, by trafić akurat na tę jedną otwartą linię. Na przykład sześćdziesiąty dziewiąty raz. I nawet jeśli ludzie, którym się to udało, zwykle byli zaskoczeni tym, że głos spikera z radia odezwał się akurat w ich słuchawce, zawsze prędko łapali z powrotem w dłonie ściśnięty tremą rezon i nawiązywały dialog. Czasem trzeba było ciągnąć ich za język i zadawać pytania, na które tak bardzo chcieli odpowiedzieć, ale zawsze podnieceni swoimi pięcioma minutami sławy pchali się do pozdrowień i przekazania przygotowanych opowieści, czy też do proszenia prezentera jak DJa na słabej imprezie o puszczenie swojego ulubionego kawałka.
Zawsze tak było.
Tylko nie tym razem.
Tym razem było bardzo cicho. Gdzieś po Edzie Sheraanie, po świergocie wracającego na linię spikera Ephraim przywitał tajemniczego rozmówcę zachęcająco, po czym zamilkł, ustępując mu miejsca i… Nic. Usłyszał tylko echo swojego własnego głosu z nieściszonego radia gdzieś głęboko, głęboko w tym smutnym mieście i zapadła ciężka cisza. Widział jak jego współpracownik za szybą marszczy brwi i kręci coś przy głosie, sprawdzając czy przypadkiem cisza nie jest wynikiem jakiś problemów technicznych. Wtedy też kilka szybkich i głośnych oddechów przedostało się po falach wprost do słuchawek Collinsa, sprawiając, że sztuczny uśmiech zrzedł mu leniwie z twarzy na rzecz zaniepokojenia, które poza stającymi na karku i rękach włoskami sięgnęło w końcu twarzy. W swojej pracy nie mógł czasem uciec od nieprzyjemności i głupoty ludzi, i szczerze nienawidził takich chwil. Tych, w których na linie dostawał się znudzony nastolatek, który uciszając siedzących obok i głupio śmiejących kolegów błyszczał na linii kolejnym z durnych żartów o „twojej starej”. Albo tym razem może trafił tu człowiek gotowy pobawić się kosztem bezbronnego pracownika i dogadzający sobie głośno zaczął zadawać osobiste i wyjątkowo obrzydliwe pytania. I na samą myśl o tym od tego przyspieszonego oddechu Ephraim już dostał dreszczy. Odsunął się od mikrofonu, zupełnie jakby to on był powodem całej tej pojawiającej się znikąd palpitacji serca, przeczuwając, że zaraz – już za chwileńkę - coś się stanie. Zupełnie jak czuje się ten słodki zapach jodu w powietrzu tuż przed burzą. Niebo było ciemne i jeszcze spokojne, ale wszyscy już wiedzieli. I teraz prezenter też już wiedział – nawet jeśli jeszcze nic się nie stało.
I musiał to przerwać.
Wyprostował się na powrót i już otworzył usta, kiedy głos w słuchawkach wszedł mu w nieułożoną jeszcze nawet w głowie wypowiedź. I brzmiał tak… gorzko. Jak łagodna, cicha pieśń, która atakując słuchacza nawet w jego najszczęśliwszy dzień, wyrywa z pamięci bolesne wspomnienia i pławi się w nich, drastycznie utrudniając oddech. Jak jesienna słota i nienachalny odgłos deszczu bębniącego o szyby okien i zewnętrzny parapet; tego szarego popołudnia, który jest tak ciemny, że myli się go z późnym wieczorem. Który wprowadza w życie każdego człowieka senne otępienie, które zdawać by się mogło, że nigdy już nie odejdzie. Głos był smutny w ten dyskretny, nienatarczywy sposób – jakby zupełnie nie chciał. Jakby pojawiał się z prostej potrzeby towarzystwa, a żal i cierpienie ciągnął za sobą niczym klątwę.
A przecież nie był taki na samym początku. Kiedyś, dawno, dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma lasami, w prastarych opowieściach, których nawet najwytrwalszym nie chciało się spisywać, przynosił rozkosz i wytchnienie. W tamtym świecie wywoływał same przyjemne emocje, które jak ciepły deszcz spływały po ciele i dla których wybiegało się na dwór, a nie uciekało za barierę okiennych szyb. Był tym chłodnym wiatrem kojącym nagrzane od słońca ciało. Pełną barwnego kwiecia drogą ucieczki od betonowej dżungli miasta. Był czymś nowym, słodkim, nieznanym. Miodem. Czekoladą. Dotykiem, smakiem i zapachem. Był napiętymi mięśniami. Był umykającymi spojrzeniami. Był lodami miętowymi i naleśnikami z Nutellą i talarkami bananów. Czekającym na muśnięcia pędzla płótnem. Rozłożoną szeroko i czekającą na sztukę sztalugą. Roztapiającymi się w palcach farbami. Był nadpalonym w kominku zdjęciem. Był słonecznym dniem nad jeziorem. Był szeptami i pocałunkami.
…kiedyś był całkiem wesołym chłopakiem, który mógł oczarować każdego nawet bez ciosu piłką do siatkówki.
- …Theo…? – Jego głos przecedził się przez czuły mikrofon i odezwał się najpierw w słuchawce, a po pół sekundy w radiu. A potem jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze, odbijając się pod kopułą czaszki.
Ręka Ephraima uniosła się bezwiednie i ułożyła troskliwie dłoń na jego rozchylonych ustach. Zupełnie jak mieli to w zwyczaju aktorzy w teatrze, którzy w przerysowany sposób ukazywali zdziwienie. I nic więcej… się nie stało. Słuchaczom tego dnia nie przyjdzie dowiedzieć się czy Theresa uśmiecha się na myśl o swojej pierwszej miłości. I czy w ogóle się kiedykolwiek uśmiecha. Dzisiaj prezenter się zepsuł. Zastał w końcu od rdzy maszynerii dawno temu zamoczonej litrami przelanych bezsensownie łez i w końcu z oskarżycielskim jękiem ostatni trybik zamarł, zabijając cały twór na miejscu. W ciszy.
Rozeźlony i w swej ignorancji kompletnie nieświadomy ogromu zniszczeń pracownik za szybą szybko odrzucił połączenie i puścił pierwszą lepszą piosenkę, by przerwać okropne milczenie i niezrozumiałą dla osób trzecich sytuację. I tak w telefonie kierowcy cicho pomrukującego Mustanga ozwało się natarczywe pikanie, a w radiu popłynęło wszystkim dobrze znane Love on the brain Rihanny.
- Kurwa mać, Collins! Co to miało być?! – wąsacz sam zsunął z uszu słuchawki i cisnął nimi z irytacją na panel. – Co, nie umiesz już normalnie odpowiedzieć na pytanie? Zabrakło ci pomysłów, czy jak? Wymyśliłeś jakieś gówno, to przynajmniej pociągnij je – to normalne, że ludzie się zainteresowali, kurwa!

Słuchasz w ogóle tego, co do ciebie mówię…?!

Odgłos dzwoniącego telefonu przepłynął łagodnie przez mikrofon w sali wąsacza, a potem ślizgnął po kablu i lekko stłumiony rozdzwonił się w objętej słuchawkami czaszce Ephraima. Ktoś dzwonił… Ktoś dzwonił sześćdziesiąt osiem razy na telefon pozostawiony na pustym biurku w pustym chłopięcym pokoju. W pustym domu przy Klonowej. Gdzieś daleko, daleko stąd. Na innym kontynencie. Dziesięć lat temu.

Ephraim, masz przejebane…


…szefowa dzwoniła, masz do niej iść…


…Collins, masz iść…


Ciekawe co by słuchacze powiedzieli, gdyby ich ulubiony prezenter umarł, bo pękło mu serce?
Boże.

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content



PisanieTemat: Re: RADIO SONG   

Powrót do góry Go down
 
RADIO SONG
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Zona scriptum :: Okruchy Życia-
Skocz do: